czwartek, 14 maja 2020

Deszczowe opowieści…






   Chłodno zrobiło się na dworze  i pada…Nareszcie porządnie pada. Ogród z wdzięcznością przyjmuje każdą kroplę deszczu. Pije zachłannie, na zapas wchłaniając w siebie tyle wilgoci, ile się tylko da, bo dobrze wie, że wkrótce znowu rządy przejmie słońce a przygłuszona na chwilę susza od nowa zawładnie przyrodą . Jednak póki co, wszechwładna magia deszczu sprawia, że pojawia się coraz więcej zieleni, jak na drożdżach rośnie szczypior cebuli i czosnku, kiełkują buraczki, nabrzmiewają pączki konwalii, coraz śmielej rozwijają się amarantowe liście winogron, niebieszczą niezapominajki, fioletowieją obłoki kwiatów bzu, gęstnieją ligustrowe żywopłoty i pnącza winobluszczu. Dopiero co wykoszona nisko trawa momentalnie porasta wysokim i bujnym, ciemno szmaragdowym futrem. A w naszym maleńkim stawiku znowu pojawiła się wyczekiwana tu od dawna woda. Wystrzeliły w górę kłącza tataraku i gałązki wierzb – samosiejek. Spośród omszałych kamieni umiejscowionych na stromym brzegu  przebiły się młode podagryczniki, pokrzywy i mlecze, dając w swym gąszczu schronienie licznym robaczkom i płazom. Pod wodą znikły kolejne stopnie schodków wiodących do stawu. Niebo na dobre pociemniało. W oddali widać fale nowych chmur i mgieł obiecujących następne opady. Zadowolone z takiego stanu rzeczy żaby wylegują się na powierzchni wody albo pluszczą beztrosko w szuwarach. Wieczorami słychać chóralne żabie kumkania i rechoty, zwyczajne ich opowieści…









   A skoro o mieszkańcach stawu mowa, to przypomniało mi się, że dawno temu w tak pochmurny jak dzisiaj dzień napisałam bajkę o pewnej żabce, która bardzo chciała być duża…


 
O małej żabce
Była sobie raz maleńka żabka, taka, która niedawno przestała być kijanką. Nie zwracała na siebie niczyjej uwagi. Ciemna i lekka niby zbutwiały kawałek drewna pływała wśród wodnej roślinności stawu.
W przedszkolu kijanek, mieszczącym się pod wielkim liściem nenufaru trwała właśnie wspaniała zabawa. Maleństwa zbite w gromadkę tworzyły ze swych ciał rozmaite kształty by po chwili rozproszyć się nagle każde w inną stronę. A ileż było przy tym śmiechu i pisku. Ale nasza żabka nie należała już do tego towarzystwa. Wyrosły jej przecież łapki, zanikł ogonek - była za duża na takie zabawy.
Z zazdrością patrzyła na dorosłe żaby, skaczące pięknym łukiem od jednego brzegu sadzawki do drugiego. Obserwowała żabie zawody w skokach i sama próbowała tego samego. Niestety, nie udawało jej się to na razie.
Słuchała śpiewu oraz poezji żabiej i cierpiała, bo nie umiała wydawać z siebie tak pięknych dźwięków, jak to robiły dorosłe mieszkanki stawiku.
Postanowiła wobec tego, że zrobi coś niezwykłego, coś, co wyróżni ją spośród innych żabek w jej wieku. Zapragnęła dostać się na największy przy brzegu kamień i poprosić słońce o pomoc. Może słoneczko sprawi, że urośnie i będzie mogła dotrzymywać kroku starszym?
Jednak wdrapanie się na wielki głaz było trudniejsze niż sobie wyobrażała. Ześlizgiwała się wiele razy, ocierając z łapek delikatną skórkę.
Wreszcie udało się i wyczerpana żabka usiadła na wierzchołku kamienia. Do tej pory widywała tylko czasem, jak wieczorami zasiadała na nim niby na tronie najstarsza z żab. Opowiadała wtedy młodszym, jak blisko jest nieba i jak cudowne bajki gwiazdki szepczą księżycowi na ucho. Nigdy jednak nie siadał na nim nikt w samo południe. Podobno wtedy rządziło tu słońce i żaby aż do zmroku z respektem omijały kamień. Rzeczywiście, miały ku temu powód. Był bowiem wówczas nieznośnie gorący i suchy. Promienie dotykały go bezustannie aż jego szczyt bielał w słońcu i jaśniał jak prawdziwy diament.
I tam właśnie siedziała teraz żabka. Mimo, że dotyk kamienia parzył ją w brzuszek a grzbiet wysechł niby zwiędły liść żabka wołała, jak mogła najgłośniej:
- Pomóż mi słoneczko! Spraw bym urosła! Nie chcę już być zwykłą żabką, na którą nikt nie zwraca uwagi!
I byłaby tam, biedactwo wyschła na wiórek, gdyby nagle nie zdarzyła się rzecz niezwykła. Oto znienacka coś pochwyciło ją mocno i wrzuciło do chłodnej, ożywczej wody. Przez chwilę była nawet z tego zadowolona, gdy jednak chciała popłynąć - okazało się to niemożliwe. Ze wszystkich stron otaczała ją nieprzenikniona, choć przeźroczysta ściana. Poprzez nią widziała z przerażeniem jak oddala się od stawu, a nawoływanie żab stawało się coraz bardziej odległe.
   Spojrzała w górę, myśląc, że to może słońce spełniło jej prośbę podnosząc ją tak wysoko i zabierając z kamienia. Jednak nie zobaczyła jasnej kuli słońca, lecz tylko ciemny krążek, w którym ktoś wydłubał  dziurki. Prześwitywało przez nie niebo i napływało tamtędy trochę powietrza. Żabka nie wiedziała o tym, że to po prostu mały chłopiec bawił się nad stawem w łapanie żab do słoja i jedyną, którą udało mu się schwytać była właśnie ona. Niósł ją teraz do swego domu. A ponieważ nie był złym dzieckiem, lecz tylko samotnym chłopcem, ciekawym tajemnic przyrody postanowił, że będzie ją codziennie karmił i patrzył, jak rośnie. To miało być jego zwierzątko. Nie miał psa ani kota. Z powodu silnego uczulenia na sierść zwierząt nawet posiadanie chomika czy świnki morskiej nie mogło wchodzić w rachubę. Ale żaba nie miała przecież sierści. Mama, nie będzie chyba miała nic przeciw temu, że postawi ją w swoim pokoju, na parapecie? Mama rzeczywiście zgodziła się na to. Prosiła tylko by zdjął za słoja pokrywkę i nalał doń więcej wody, gdyż żabce będzie wówczas na pewno wygodniej.  
- I pamiętaj Stasiu - dodała mama, bo chłopiec miał na imię Staś - Musisz jej dawać jedzenie i codziennie czyścić słój, jeśli to ma być od dzisiaj twoje zwierzątko.
Staś ucieszył się. A więc nareszcie ma coś własnego! Posłusznie odkręcił słoik, odłożył na bok pokrywkę i dolał do niego wody z kranu tak, by sięgała prawie do samego brzegu. Potem nawrzucał tam listków sałaty i pietruszki a nawet trochę płatków kukurydzianych, które bardzo lubił, myślał więc, że robi tym zwierzątku dużą przyjemność. Tak naprawdę, to nie miał pojęcia co jedzą żaby i postanowił, że wybierze się po południu do biblioteki. Tam pracowała ciocia. Poprosi ją o wyszukanie książki o życiu płazów.
Wkrótce chłopiec zadowolony pobiegł do ogrodu. Żal było siedzieć w domu, gdy na dworze taka piękna, letnia pogoda. Żabka została w pokoju Stasia sama. Nie rozumiała, co się z nią dzieje. Chociaż nie widziała przed sobą żadnej przeszkody, to jednak było coś, co nie pozwalało jej popłynąć dalej. Jakaś niewidzialna zapora uderzała w nią co chwilę zupełnie niespodziewanie. Obolała i przestraszona rozpłakałaby się, gdyby umiała płakać. Postanowiła odpocząć. Przycupnęła na dnie słoja. Wkrótce jednak poczuła, że nie ma czym oddychać. Skoczyła wtedy najwyżej jak umiała i uchwyciwszy się listków pietruszki wspięła na sam wierzch. Nareszcie zaczerpnęła powietrza. Siedząc na brzegu słoika rozglądała się wokół. Meble w pokoju chłopca wydawały jej się wielkie, jak góry. Granatowy dywan na podłodze podobny był do nieba. Żabka otworzyła szeroko oczy ze zdumienia aż nagle zatrzęsła się przerażona i spadła na leżącą obok, otwartą książkę. Z kąta pokoju coś jej się przyglądało. Miało wielką, brązową głowę i nieruchome, błyszczące oczy. Ogromne łapy wystawiło w jej stronę jakby chciało ją pochwycić.
Z mocno bijącym sercem wyskoczyła żabka przez uchylone okno. Nic jej się nie stało, bo upadła na miękki trawnik. Obejrzała się czy brązowy potwór nie goni jej. Nic się jednak groźnego nie działo. Tylko gdzieś w pobliżu cykał świerszcz. Potem usłyszała głos chłopca: - Mamo! Przyniosłem dla żabki trochę much do zjedzenia! - To Staś wchodził właśnie do domu. Pobiegł od razu do swego pokoju. Wrzucając jednak, muchy do słoika nie dostrzegł w nim żabki. Włożył doń całą rękę i grzebiąc między liśćmi powtarzał zaniepokojony: - Żabuniu, gdzie się schowałaś? - Nikogo jednak w słoju nie było. Tylko na otwartej książce, leżącej nieopodal zauważył dużą, mokrą plamę a rudy miś z kąta pokoju patrzył zagadkowym wzrokiem w stronę okna, wyciągając przed siebie puchate łapy.
- Uciekła! Mamo, ona uciekła! - zawołał chłopiec, wyglądając przez okno i ocierając wierzchem dłoni mokre od łez oczy. Żabka tymczasem, jak mogła najszybciej, skakała poprzez ogród. Nie czuła już bólu poobijanego o ściany słoika ciała ani strachu przed potworem z mieszkania człowieka. Podążała w kierunku, skąd dochodził ledwo słyszalny rechot żab. Wiedziała, że gdzieś tam daleko jest jej dom - mały, leśny staw. Tam musi wrócić koniecznie.
I wróciła. Resztką sił wlazła prosto w przybrzeżny muł. Poczuła znajomy zapach zgniłych liści. Otuliły ją miękkie, podwodne trawy. Grupa kijanek przysunęła się do niej blisko, niczym do mądrej, starszej siostry. A ona cicho opowiedziała im historię o przygodach małej żabki, która bardzo chciała być duża i dlatego zrobiła wszystko by spełnić swoje pragnienie. Kijanki słuchały opowieści z zapartym tchem.  Wkrótce zasnęły zgodnie, tuląc się do niej na liściu grążela. Woda wokół nich szumiała leciutko a z nieba zaczęła kropić wiosenna, przyjazna mżawka. Stara, mądra żaba, swoim zwyczajem siedząc na wielkim kamieniu przysłuchiwała się narastającemu szumowi deszczu oraz cichnącej coraz bardziej rozmowie księżyca z gwiazdami. Przypomniała sobie o dawnych swych pragnieniach by móc kiedyś dotknąć którejś z tych gwiazd, zobaczyć jakie są naprawdę. Potem jednak usłyszała żałosny jęk, jaki przez sen wydawała mała żabka-wędrowniczka i pomyślała, że czasem lepiej jest chyba, gdy marzenia zostają tylko marzeniami….













... Już po bajce, deszcz wciąż pada

Coś tam dalej opowiada

Kto się wsłucha w deszczu baśnie

Pewnie smacznie sobie zaśnie…



  

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost