sobota, 29 sierpnia 2015

Dom...





  

   Był sobie dom. Jest gdzieś nadal. Całkiem blisko. Mały, ale jednocześnie przestronny. Podobny do wielu innych, ale odrobinkę jednak odmienny. Swojski i znajomy a troszkę jakby nierealny. Ze snu, czy z marzenia pochodzący. Stojący na skraju cywilizacji i dzikiej natury. Łączący je w sobie zrozumieniem i miłością. Wyrastający na styku rzeczywistości i pragnienia. Niełatwo doń trafić, ale przecież coś podpowiada jak tam dojść. Za sercem. Za przeczuciem. Za tęsknotą. Za dziecięcym, niewinnym zajączkiem, tańczącym wytrwale po ścianach codzienności. 


   W tym domu gospodarze żyją swoim zwykłym, ale i niezwykłym życiem.  Pracują. Cieszą się. Wygłupiają jak dzieci. Martwią się czymś mocno i nieraz długo milczą ze zwieszonymi smętnie głowami. Wyglądają wtedy jak brzozy, które wicher przygiął do ziemi a mróz potem na długo tak uwięził. Muszą coś zrozumieć. Muszą odtajać i znowu usłyszeć DOBRO oraz WIARĘ. Bo przecież uczucia płyną cały czas żyłami i tętnicami domu. Kto umie się wsłuchać w jego tętno ten rozumie, ten wie…


   Dom szemrze głosami przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Najlepiej słychać to podczas przyjęć, na które zlatują się ptaki wędrowne z całego świata. Niektóre dostrajają się do pulsujących tu dźwięków. Inne pozostają w cieniu. W ciszy i skupieniu próbują poznać mowę domu i odnaleźć w sobie jakieś odbicie. Dom widzi je i otula ciepłym oddechem. Zaprasza, aby odpoczęły w jego bezpiecznych zakamarkach. A one odwdzięczają się ufnym kwileniem. Opowieścią z dalekich krain albo z bliskich zakątków spełnień i niespełnień.


   Dom uwielbia gości. Pragnie opowiadać im swe historie. Wyprawiać dla nich przyjęcia. Otwierać tajemne skrytki. Sięgać nawet do samych fundamentów albo zahaczać o więźbę dachową. Nie ma dla domu żadnych ograniczeń. Jest wolny w mnogości swych uczuć. W swobodzie ich wyrażania. W szeptaniu o tym, co dla niego ważne. We wczuwaniu się w szepty odwiedzających go przybyszów. I taką samą wolność ceni u swoich gości. Ich odwagę. Nietuzinkowość. Prawdę. Szczerość. Łut szaleństwa (bo dom czasem wzlatuje, jak chatka Dorotki z krainy Oz, a wówczas wzlecieć razem z nim mogą wszyscy, którzy mają ochotę znaleźć się nie wiadomo gdzie i nie wiadomo po co).

   Gospodarze domu zapraszają do posiedzenia na najwygodniejszych ławach. W cieniu albo w słońcu. Jak kto lubi. Zachęcają do częstowania się tutejszymi smakołykami. Proste to jadło, ale zdrowe. Nic sztucznego ani barwionego tu nie znajdziesz. W menu jest uczuciowość, wrażliwość, ufność, zrozumienie, dobre słowa, zamyślenie, wspomnienie, wzruszenie, pełna znaczeń cisza, radosny uśmiech, łzy…

   Na stole są orzeźwiające napoje i gorące, ziołowe herbaty. Lekkie przekąski i solidne dania. Nikt nie wyjdzie stąd głodny.

   Nikt nie wyjdzie pominięty. Dom ma tę właściwość, że widzi wszystko i na uczuciach każdego gościa zależy mu tak samo. Podpowiada gospodarzom, komu należy się więcej uważności, kto łaknie bycia w centrum uwagi a kto woli pozostać w cieniu. Kto wpada na chwilkę a kto rozsiadł się na dłużej. Każdy może stąd odejść z darem DOBREGO SŁOWA.


   Jedyne, czego dom nie rozumie, jedyne, co dom boli, to goście, którzy wchodzą i wychodzą a jakby ich wcale nie było. W czapkach – niewidkach. W cichostępnych butach. Zdają się niczym żarłoczni poszukiwacze fast foodów. A może to wytrawni łowcy sensacji?  Detektywi węszący za skisłym smakiem, fałszywym słowem, niedomykalną zastawką serca…Gapie, którzy zajrzą tu, zajrzą tam a chłód mają w duszach. Może i chcieliby odtajać, ale nie potrafią zaufać uczuciom, wyjąć z oczu kawałka zaczarowanego lustra. Bywa, iż posznupią po tajemnych szufladach, szukając, czego nie zgubili. Pogrzebią nawet w workach ze śmieciami, chcąc dogrzebać się do kropli ukrytego tam dziegciu. A nie znalazłszy niepocieszeni są i zdegustowani. Przez chwilę nerwowo pokasłują. A potem razem z innymi, tymi otwarcie korzystającymi z gościny domu, jak gdyby nigdy nic skosztują najlepszych dań z stołu. Napiją się najsłodszych, najbardziej czarodziejskich trunków. Owioną ich zapachy deserów i ciast. Aromaty swojskich nalewek i win. Powiewów z nad pobliskich łąk i lasów. Połaskoczą ich przyjazne wiatry w kominie tańczące. Pogłaszczą pohukiwania ukrytego na strychu echa. Rozśmieszą nawet dziecinne rymowanki trzpiotnych duszków zamieszkujących podwoje domostwa. I nic. I nadal niczego ci dziwni goście nie rzekną. Miny mają jak zawsze nieprzeniknione. Jak kontrolerzy z Izby Skarbowej. Jak wizytatorzy podczas ważnego egzaminu. 


   Wchodzą jakby ukradkiem.  Otoczeni nieprzenikalną zmysły zasłoną. Schowani za wygodnym pozorem. I wychodzą nasyciwszy się pokątnym patrzeniem, nie uścisnąwszy nawet gospodarzom dłoni, dom zostawiając w zdumieniu, niezrozumieniu, przykrości…Bo dom nie wie, nie rozumie potrzeb i odczuć tych dziwnych gości. Czy jest w nich łut życzliwości dla domu? Czy tylko obojętność? A jeśli obojętność, po co więc wciąż dom odwiedzają? Znikają, jakby ich wcale nie było. Jakby duchami, widziadłami jeno byli…Nie uśmiechną się nawet. Nie powiedzą – dziękuję za miłą gościnę. Nie zawołają śmiało, iż dania tu serwowane całkiem są nie w ich guście i wobec tego odwiedzają dom po raz ostatni.  Milczą uparcie. Nic zdecydowanego w nich nie ma. Ot. Krążą niczym ćmy wokół lampy. Wciąż i wciąż. Szukając bólu, pocieszenia, światła, ukrócenia własnych lęków, zagłuszenia niepokojów czy oddalenia na moment zwykłej, wyniszczającej, codziennej nudy…


   Dom wie, iż wielu z nich jest po prostu zbyt nieśmiałych by przyłączyć się do rozmowy przy stole.  Dla niektórych z nich SŁOWO, to zbyt wielka bariera. Ale dom bezustannie oswaja ich łagodnym szeptem, cierpliwym słuchaniem, ciepłym uśmiechem, cienistym schowkiem między gromadzonymi gratami i zabawkami, między ogrodem a warzywnikiem. Jest jak gitara, na której strunach przy minimalnym wysiłku można zagrać pełną gamę – jeśli się tylko chce, jeśli się przemoże w sobie tę niemoc, stłucze tę zbędną przecież skorupę nabytych ograniczeń i stereotypowych uprzedzeń…Dom wciąż ma nadzieję, iż dziwni goście wreszcie przemówią…

  
  


   Witajcie, drodzy, blogowi goście! Wasza obecność jest dla mnie ważna. Cieszę się każdym Waszym słowem. Doceniam to, że przychodzicie tutaj i towarzyszycie nam w naszych smutkach, radościach, niepokojach, westchnieniach…

   Witajcie, drodzy goście! Tak właśnie mogłabym zatytułować każdy nieomal post, który umieszczam na tym blogu. Bo piszę, bo piszemy z Cezarym dla siebie, ale i dla Was. Dla Was, którzy odwiedzacie to miejsce i szukacie tu odpoczynku, oddechu, zrozumienia, bliskości, uśmiechu…I dla nas – żeby chwila nie przepadła. Żeby można było zajrzeć tu po latach i westchnąć. Acha! Tak to właśnie było! Dobrze, że pisaliśmy bloga. Inaczej wszystko zniknęłoby we mgle zapomnienia, unifikującej wszystko codzienności…

   Jest taka chwila, gdy publikuję nowy post a on po jakimś czasie staje się widoczny dla wszystkich. Widzę wówczas, że gromadnie zlatują się na mojego bloga ptaki ze wszystkich stron świata. Nieraz jest to cała chmara ptasząt. Zidentyfikowanych i niezidentyfikowanych. I tylko kilkoro z nich odważnie zaśpiewa. Otwarcie daniami z naszego stołu się poczęstuje. Tylko kilkoro myśli swe i uczucia ujawni. Reszta odleci, odleci…Jak zwykle. Nie wiadomo gdzie. Nie wiadomo, z jakimi odczuciami.

   Zostajemy my, gospodarze bloga. My – autorzy, którzy lubimy pisać i szczerze wyznajemy –  lubimy być czytani. A także komentowani, bo komentarze to komunikacja między nami. To jak zasiadanie przy wspólnym stole i spojrzenie prosto w oczy. Szczera rozmowa. Docenienie tego, co piszemy. Nagroda.

   Jesteśmy tu. Zapraszamy Was serdecznie w nasze progi. Wciąż i wciąż.

A czas płynie…Za chwilę los, czas, przeznaczenie albo głupi przypadek sprawić może, że zniknie znana nam wszystkim rzeczywistość. Potłucze się jak lustro. Odpłynie w siną mgłę. Więc póki jesteśmy – serdecznie zapraszamy w nasze progi.

 I jak zawsze z życzliwym uśmiechem witamy Was w naszym blogowym domu. Czym chata bogata, tym rada.

Kogo mamy zaszczyt dzisiaj gościć?

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost