sobota, 8 czerwca 2024

Między suszą a mokrawicą…

 



   Dawno nie pisałam, ale nic szczególnego się u nas nie działo i pewnie dlatego natchnienia ani ochoty do pisania nie było. I właściwie nadal tak jest, więc tylko z kronikarskiego obowiązku postanawiam zamieścić nowego posta o tym, czym głownie żyjemy na naszej górce pod lasem.




   Przez większość maja panowała u nas susza, więc w ruch szły konewki i wąż ogrodowy. W spękanej niby na pustyni ziemi nie urosłyby przecież ani ogórki ani pomidory ani sałata….A i tak kiepsko rosły, bo zdaje mi się, iż dla roślin deszcz, jakikolwiek by nie był, ma o wiele większe znaczenie, niż podlewanie przez człowieka. Może chodzi tu o to, że deszcz rosi całą roślinę albo dostarcza jej składników, które  ją w jakiś czarodziejski sposób odżywiają i do życia pobudzają? Tak czy siak magicznego deszczu nie było. Natomiast jego zapowiedzi były prawie co dnia. Pełne nadziei, próżne jednak obietnice.



  

   Nad nami niemal każdego popołudnia się chmurzyło a nawet gdzieś tam z dala grzmiało. Zapowiadała się wyczekiwana ulewa. Złudne to jednak było i frustrujące. Bo człowiek znowu wierzył, gdyż chciał uwierzyć, że tym razem nareszcie popada. Bo tak wspaniale wiało. Bo zewsząd kłębiły się te ogromne szaro granatowe chmurzyska i nawarstwiały coraz mocniej. I nawet widać było czasami, że gdzieś tam na horyzoncie pada. Jasne smugi deszczu nad wzgórzami  widoczne były u nas całkiem wyraźnie. Biegałam więc z aparatem fotograficznym uwieczniając ten cudowny spektakl obłoków i czekając z niecierpliwością na pierwsze krople wody oznaczające początek upragnionych opadów. W całej okolicznej przyrodzie czuć było to oczekiwanie. To radosne podniecenie, że już zaraz, że nareszcie niebo zlituje się nad Pogórzem. Nawet psy ogarniało jakieś szaleństwo. Biegały jak zwariowane dookoła stawiku. Zaczepiały się wzajemnie do zabawy. Pyski śmiały im się radośnie i nawet Jacuś, kulejący staruszek, nabierał dawnego wigoru.  









   Ale cóż. Potem wszystko mijało. Gdzieś tam daleko od nas łaskawe niebo zsyłało komuś zbawczą sikawicę. Jednak nie nam, nie nam. Tutaj  chmury znowu zmieniały zdanie.  Odechciewało im się najwidoczniej przeistoczenia w deszcz. A w końcu rozpływały się w oddali i znowu ukazywało się ostre słońce, które choć pięknie oświetlało ogród, łąki i lasy to przecież nie przynosiło ulgi wyschniętym ziemiom i spragnionym roślinom. I znowu, jak co wieczór musiałam krążyć po ogrodzie z konewką, podtrzymując przy życiu nieszczęsne rośliny.





   Od tej suszy nasze ogrodowe oczko wodne zamieniło się w smętną i maleńką, zatęchłą kałużę. Jednak nawet ta resztka wody cały czas zwabiała do ogrodu spragnione ptaki i owady. A pewnego popołudnia przyciągnęła także jeża. Biedak przytuptał do owej kałuży pewnie ostatkiem sił, ale pił a potem czkał tak głośno, że usłyszała go Hipcia i zafascynowana warowała nad stawikiem, nigdy wcześniej takiego zwierza przecież nie widziawszy. Obawiając się, że psy mogą zrobić jakąś krzywdę jeżowi Cezary ubrał grube rękawice i wyniósł kolczastego gościa na pole za naszym płotem. Obserwowaliśmy go tam przez jakiś czas, póki nie zniknął w gęstwie wysokich traw.




 Aż w końcu i u nas naprawdę zaczęło padać. Czerwiec nareszcie zesłał wyczekiwaną odmianę. Deszcz podlał wszystko obficie. Na dnie stawiku ponownie zalśniła świeża woda. A do tego udało się napełnić wszystkie wiadra i pojemniki deszczówką. Rośliny z miejsca doznały cudownego wręcz odrodzenia. Zieleń zrobiła się bujna, świeża i soczysta. Kwiaty zalśniły nowym blaskiem. A ja nareszcie mogłam odpocząć od dźwigania ciężkiej konewki.




   Ale cóż! Nie ma róży bez kolców. Albowiem teraz pada u nas co dnia. I nie miałabym nic przeciw temu, a wręcz przeciwnie, bo cieszę się, że rośliny nareszcie mogą się napić do syta. Jednak taki mokry stan rzeczy bardzo podoba się ślimakom, które niby zombie w nieprzeliczonych ilościach atakują ogród i pożerają co tylko się da. Najbardziej jak zawsze smakują im ogórki i łubiny. Jednak nawet miętą i wrotyczem nie pogardzą. Dlatego po kilka razy dziennie wyruszamy z Cezarym na ślimacze łowy. Uzbrojeni w długie kije, na końcach których zamocowane są małe ostrza krążymy po ogrodzie i tępimy wszechobecne mięczaki. A te, których nie da się w ten sposób unicestwić zbiera się ręcznie do wiaderka ze słoną wodą, gdzie momentalnie kończą swój ślimaczy żywot. Nie cierpię tej morderczej, obrzydliwej roboty, ale cóż począć, skoro nie da się inaczej ochronić  ogrodu przez bezlitosnym pożarciem. Ślimaki to obojnaki, które rozmnażają się w tempie błyskawicznym. Niektóre mogą w sezonie złożyć po kilkaset jaj, z których bardzo szybko wylęga się równie żarłoczne potomstwo. Ech! Z tego wszystkiego nawet śni mi się po nocach, że monstrualne ślimory podobne do węży albo potwornych wijów szparą pod drzwiami włażą do mojej sypialni łakomie rozdziawiając paszcze. I muszę uważać, żeby bosą stopą nie nastąpić na te oślizgłe potwory a przede wszystkim by nie dać się im zjeść...

   Lubię o świcie wyjść do ogrodu.Zapatrzeć się w dal.  Odetchnąć świeżym powietrzem. Zapomnieć o koszmarach nocnych i w ogóle o całym świecie. Napawać się przez chwilę tą bujnością, zielonością, kolorami dopóki nie zerknę w dół, gdzie jak zwykle brązowieją i rudzieją nieprzeliczone ilości żądnych posiłku ślimaków. ....Zatem chcąc nie chcąc znów biorę szpikulec albo wiaderko ze słoną wodą w dłoń i ruszam na polowanie. 





   Na razie poranek u nas pogodny, ale w prognozach widoczne są kolejne deszcze. I widać malownicze chmury na nieboskłonie. No cóż. Nigdy nie może być idealnie. I sama już nie wiem, co gorsze, czy susza, czy mokrawica…




Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost