„Zima na ramiona moje spadła niewinnością, białym płaszczem…” – śpiewa Kayah w jednej z moich ulubionych piosenek, tych, które nigdy się nie zestarzeją i których szczególnie dobrze się słucha, gdy za oknem robi się coraz bardziej biało. Spadł śnieg i błyskawicznie zmieniły się pogórzańskie pejzaże oraz nastroje. Jakby w duszy coś odetchnęło, jakby wbrew atakowi listopadowego mrozu zapanowała wreszcie długo wyczekiwana odwilż. Śnieg ma swoją tajemniczą moc i magię. Mimo destrukcyjnych i przygnębiających zmian na świecie to wrażenie nie zmienia się a wręcz przybiera na sile.
A jeszcze parę dni temu soczysta zieleń i złociste barwy jesieni królowały w naszym ogrodzie. Wspaniale kwitły lwie paszcze i bujniła się mięta. Ciepła aura pozwoliła nam na porządne wysprzątanie ogrodu przed zimą, na posadzenie na ogrodzonym poletku (chronionym przed zdeptaniem przez psy) prawie dwustu sadzonek truskawek. O ile mróz nie zniszczy młodych sadzonek i o ile nie dobije ich przyszłoroczna susza, spodziewam się wielu pysznych owoców w czerwcu.
A skoro już o psach wspomniałam, to muszę napisać o nagłej, odkleszczowej chorobie Misi, którą przez kilka dni musieliśmy wozić do odległego o 20 km weterynarza, gdzie dostawała zastrzyki i kroplówki ratujące jej życie. Jakiś czas temu niepozorny kleszczyk dopadł ją na terenie ogrodu, wgryzł się w szyję i zanim go wyrwałam zdążył niestety zakazić psinusię babeszjozą. A jest to choroba podstępna i łatwa do pomylenia z innymi a tym samym do przegapienia pierwszych objawów i nie zareagowania wystarczająco szybko by zapobiec najgorszemu. U Misi był to brak apetytu, osowienie, w końcu wymioty. Myślałam na początku, że może coś zjadła, czymś się struła i przez dwa dni czekałam na samoistną poprawę, jak to często się u psów dzieje. Potem jednak widząc, że nic jej nie lepiej przeraziłam się, że może to jej złe samopoczucie ma przyczynę taką samą, jak u zmarłej w styczniu Zuzi. Był to wtedy nowotwór bezwzględny, żarłoczny i zabójczy. Na samo wspomnienie o tym łzy zbierają się pod powiekami a serce trzepocze jakby koszmar umierania Zuzi zdarzył się przed chwilą…Nie czekając więc na nic dłużej zapakowaliśmy słabiutką, niewidomą psinkę do samochodu i pojechaliśmy do lecznicy. A tam? Tłum składający się ze stroskanych opiekunów zwierząt oraz miałczących bezradnie kotów i nerwowo dyszących psów. Kilka spośród owych psin leżało na kocykach albo gołych kafelkach zaś z kroplówek sączyła się w ich żyły krew albo sól fizjologiczna z antybiotykami. W kilka godzin potem, gdy w końcu weterynarz zbadał naszą Misię i pobrał jej krew na badania laboratoryjne okazało się, że dolega jej to samo, co owym leżącym pokotem psom. Babeszjoza – choroba, w której pierwotniaki w try miga zasiedlają krwinki czerwone psa i niszczą je, na skutek czego wysiadają nerki, wątroba a w końcu pozostałe, niezbędne do życia organy. Na szczęście Misia nie była jeszcze w tak złym stanie jak niektóre z tych biednych piesków w lecznicy. Nie trzeba było sprowadzać dla niej krwi a potem jej przetaczać. Wystarczyły codzienne kroplówki i zastrzyki a teraz, już w domu, antybiotyki w tabletkach oraz środki krwiotwórcze. Z dnia na dzień Misia czuje się coraz lepiej. Znowu ma apetyt i ochotę na beztroskie brykanie po ogrodzie w towarzystwie Hipci i Jacusia.
A zdaje mi się, iż owo brykanie jest tym weselsze, im więcej śniegu zalega wszędzie. Polarne, jaworowe pieski znowu są w swoim żywiole. I cieszę się patrząc na ich radość. Uśmiecham się chłonąc w siebie ten delikatny optymizm emanujący z owej niewinnej bieli, a przede wszystkim z dobrego samopoczucia wszystkich naszych kochanych psiaków. I cieszę się też tym kilkustopniowym mrozem a nawet nie mam nic przeciwko temu by zrobiło się jeszcze chłodniej. Srogi mróz bowiem to jedyny sposób na wybicie milionów kleszczy czyhających w ogrodzie, w lesie i na polach na psy, koty, sarny, dziki, jelenie, zające, lisy, ptaki i wszelkie ciepłokrwiste stworzenia. Niechże szaleje zatem ten mróz i czyni swą powinność. Niech maluje na szybach swoje wspaniałe wzory, niech chrzęści pod nogami i błyszczy tysiącami diamentów na śniegu a brylantowo niech mieni się w wiszących z dachów soplach.
„Ogień zaczął tańczyć już w kominie…” – śpiewa w dalszej części swej piosenki Kayah. I odkąd nastała zima tańczy ten ogień wesoło w naszych piecach. Drewna na szczęście mamy sporo, a więc niechże owe życiodajne płomienie tańczą do woli i rozgrzewają dom. Dodają mu one przytulności i swojskości, poczucia oderwania od reszty świata. Pozwalają nam na zasłużony, spokojny odpoczynek. Drogi do miasteczka oblodzone teraz i śliskie a my z Cezarym oddychamy z ulgą, że rychło w czas skończyła się konieczność jazdy z Misią do weterynarza, że póki co w ogóle nigdzie nie trzeba stąd się ruszać, bo solidne zapasy zrobione a więc niby niedźwiedzie w gawrze moglibyśmy się tu okopać na niemal całą zimę. Jednak na pewno nie raz się gdzieś stąd ruszymy, bo przecież chłodne dni przeplatać się będą z cieplejszymi a i okoliczne lasy przyzywać będą na zimowe przechadzki. Wprawdzie tych lasów coraz mniej, bo na skutek ostatnich, wzmożonych wycinek poznikały całe połacie srebrzystych bukowych kniei, ale gdy tylko pójdzie się dalej można zapomnieć o zniszczeniach i znowu odetchnąć niewinnym pięknem dzikiej natury, zanurzyć się w jej ciszę i moc, popatrzeć na niebo, na ziemię, zanucić ulubioną piosenkę, zajrzeć w duszę i znów poczuć się częścią tego wszystkiego…


















