"Zabawa na gdyńskiej plaży" - fotografia ze zbiorów Muzeum Miasta Gdyni
Często czytając książki albo oglądając filmy dziejące się w przededniu drugiej wojny światowej zastanawiałam się jak ci ludzie mogli wtedy żyć tak normalnie, tak zwyczajnie? Czy nie dostrzegali zwiastunów zła, które nieuchronnie nadciągało? Czy byli kompletnie nieświadomi tego, co dzieje się na świecie i za moment może też dziać się na ich podwórku? A może po prostu nie chcieli tego dostrzegać? Lepiej wszak przeżyć swoje życie, to dane nam króciutkie istnienie łątki jednodniówki we względnym spokoju i zadowoleniu, niż tracić czas i energię zamartwiając się tym, na co nie ma się wpływu. Dlatego pewnie ówcześni bagatelizowali wiadomości mogące zaburzyć ten ich optymistyczny ogląd rzeczywistości albo zupełnie odsuwali je od siebie, nie chcąc mieć do czynienia czy też wyśmiewając nawet osoby informujące je o zagrożeniach. Woleli wierzyć, że nie będzie tak źle. Bo nie może być. Bo zawsze wszak jakoś tam będzie. Nie z takich opresji się przecież wychodziło. A poza tym co może taki szary człowiek wobec całej machiny wojennej, wobec polityków, którzy realizują swoje interesy jak zawsze nie przejmując się losem zwykłych zjadaczy chleba? Niewiele, a zatem lepiej odwracać głowę i zajmować się sobą. Bo tylko na to, co blisko nas możemy mieć jakiś wpływ. Na nic więcej.
W sierpniu 1939 roku kawiarnie, kabarety, kina i teatry pękały wręcz w szwach. Ludzie bawili się, śmiali, tańczyli, znieczulali wszelkiej maści alkoholem i narkotykami, romansowali i kochali się na zabój, płodzili dzieci, wyjeżdżali na letniska, uprawiali sporty, pisali wiersze, piosenki i opowiadania, zbierali w sadach pachnące jabłka by robić z nich pyszne przetwory na zimę. A wszystko to czynili bardzo zachłannie, rozpaczliwie, jak gdyby na zapas, jak gdyby chcieli nacieszyć się tą cudowną intensywnością, zanim pryśnie ich tęczowa bańka mydlana…
Mam wrażenie, iż teraz jest podobnie. Mimo szalejącej drożyzny, mimo widma braku węgla do ogrzewania domów, mimo postępującej upadłości wielu firm, mimo zapchanych chorymi na depresję oddziałów psychiatrycznych, mimo realnej możliwości blackoutów oraz zagrożenia wojną jądrową życie kwitnie jak gdyby nigdy nic. Jak gdyby istniały dwie różne, lecz równoległe rzeczywistości. I sama już nie wiem, która z nich jest prawdziwa, a która medialna i wirtualna. Może w ogóle wszystko to jest jednym wielkim Matrixem? Albo Titanikiem, na którym orkiestra będzie grać do samego końca, bo tratw ratunkowych i tak dla wszystkich nie starczy…? No bo spójrzcie. Kawiarnie i restauracje, mimo kosmicznych cen, pełne gości. Galerie handlowe – podobnie. Młodzież gromadnie bawi się w swoich pełnej ogłuszającej muzyki klubach. W telewizji jak zawsze jeden kiczowaty program rozrywkowy za drugim, a nieśmieszny kabaret za kolejnym, żenującym kabaretem. Reklama goni reklamę. Wymalowane wyzywająco panienki o bezmyślnych oczach nakręcanych lalek zachęcają do kupna takich to a takich napojów, ubrań, kosmetyków, chipsów oraz telefonów komórkowych. Udający farmaceutów aktorzy szczerząc się optymistycznie namawiają do nabycia leków oraz suplementów na wszelkie przypadłości. W Internecie popularni influencerzy i tiktokerzy kręcą swoje dziwne biznesy zarabiając na klikalności i oglądalności materiałów o modzie, kuchni, podróżach albo sportach ekstremalnych. Wszystko jak gdyby nigdy nic, a nawet bardziej niż zazwyczaj kwitną przejawy rozbuchanej egzystencji, życia aż do upicia…
I my też, wpisując się w ten trend tu na blogach, w tym naszym przytulnym, budyniowym świecie piszemy zazwyczaj o sprawach błahych i emocjonalnie neutralnych. Tak, jakby o poważnych rzeczach pisać nie wypadało. Jakbyśmy chcieli zostawić je za bramą tego zaczarowanego ogrodu. Jakbyśmy zawarli między sobą jakiś układ, by pewnych tematów lepiej nie poruszać, bo nieruszane zdają się niczym stary niedźwiedź, który śpi. Po cóż więc go budzić? Wystarczy, że zatykamy uszy by nawet nie słyszeć jego chrapania. Zamykamy oczy by nie widzieć jak zwierz przewraca się z boku na bok. I robimy swoje, jak zawsze. Bo cóż innego moglibyśmy zrobić…? Czy może odważnie rzucać się hurmem na owego drzemiącego zwierza, ryzykując iż pierwsi w szeregu zostaną dotkliwie pogryzieni i zjedzeni a reszta śmiałków w tym czasie zrejteruje i jak zwykle nic poza wstydem i jeszcze większym osamotnieniem nie wyniknie z naszego sprzeciwu…?
Wielu z nas zmęczonych, zniesmaczonych i znudzonych jest medialnym straszeniem, nagonką na jedną czy drugą opcję polityczną, bezustannym skłócaniem narodu, nawarstwiającymi się absurdami prawnymi oraz gładkimi kłamstwami panów w drogich garniturach. Wielu to nawet nie obchodzi, bo w tym czasie przeżywa swoje osobiste dramaty i zmaga się z problemami niezwiązanymi z tym wszechogarniającym polityczno-propagandowym bagnem. Komuś sypie się zdrowie. Komuś rozpada się małżeństwo. Ktoś nie może się pozbierać po czyjejś stracie. A ktoś umiera z samotności…Dlatego tu, na blogach stworzyliśmy sobie taką przyjazną, lecz nieco cukierkową enklawę, gdzie próbujemy odpocząć od trudnych tematów i spraw przerastających możliwości naszego zrozumienia oraz wpływu na nie. Wkraczamy do tego wielobarwnego ogrodu z ufnością, iż to miejsce jest naszym ciepłym schronieniem, ucieczką, haustem świeżego powietrza. Dlaczego jednak coraz częściej doznaję wrażenia, że ten blogowy raj utrzymywany w sztucznej sterylności zaczyna się dusić w nazbyt słodkim sosie, zaczyna odstręczać niby luksusowe aquaparki obfitujące w biały piaseczek, sztuczne palmy i turkusowe baseny, lecz bez powodzenia próbujące imitować prawdziwe, tropikalne plaże?
Ku czemu zmierzamy? Czego szukamy – prawdy, czy iluzji? Gdzie właściwie jesteśmy, my z krwi i kości? Czujący i myślący. Nieudający nikogo. Na pozór tak pewni swego i urządzeni w życiu a tak naprawdę otoczeni wzburzonym oceanem i coraz bardziej rozbujani na kruchej łódeczce swego losu…? Wiatr pcha tę łódeczkę to w jedną, to w drugą stronę a my skostniali z zimna, otępiali ze zmęczenia nawet już nie chcemy, nie umiemy podnieść porzuconych gdzieś w kącie wioseł…Niech się zatem dzieje co chce. Co ma się dziać. Byleby z tego wszechogarniającego Matrixu udało nam się wyszarpnąć dla siebie odrobinę świętego spokoju i przeżyć jak gdyby nigdy nic kolejny dzień. I kolejny. Bo gdzieś tam w duszy wciąż kołacze się nam nadzieja, że może wcale nie będzie tak źle, jak się wydaje i już za chwilę się rozpogodzi a my ujrzymy wreszcie na widnokręgu upragniony ląd. Tak sobie dumam razem z wszystkimi bezradnie dryfując na falach. A w deszczowe dni robiąc przetwory z gruszek i malin, czy też walcząc z inwazją myszy na mój dom oraz atakiem pleśni na owoce w ogrodzie, czekam z utęsknieniem na zapowiadaną złotą, polską jesień…
A lato 1939 roku było naprawdę piękne…
" Lato 1939 r." - fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego
Poniżej rozmowa z osobą, która w ciekawy sposób patrzy na to, co dzieje się obecnie, Mowi tez o tym co nas czeka. Moim zdaniem warto posluchac...
Poniżej link do vloga wspaniałego piekarza, który na YT próbuje przekonać ludzi do idei budowania wspólnych pieców chlebowych dla wsiach, z których ludzie będą mogli korzystać kiedy nie będą mogli kupić pieczywa w sklepie albo sami go sobie upiec...
Piece chlebowe do wspólnego użytku - ciekawy pomysł polskiego piekarza

