sobota, 1 maja 2021

Daj, ać ja pobruszę…

 



 

   „Daj, ać ja pobruszę a ty poczywaj”. To prawdopodobnie pierwsze zdanie zapisane w języku polskim. Zapisu owego dokonali w XIII wieku cystersi z klasztoru w Henrykowie. Jakie jest znaczenie tegoż zdania? Najbardziej dosłowne to: „Pozwól, abym ja mełł, a ty odpocznij”. Wiekopomną ową kwestię wymawia mąż do swej spracowanej żony.  Piękne, prawda? Hmm… Im dłużej żyję na tym świecie, tym ważniejsze mi się to odezwanie wydaje. Bo tym bardziej rozumiem i doceniam wagę owego zwrotu w codziennym życiu.  Oznacza ono troskę o drugą istotę, miłość do niej, empatię, poczucie  równouprawnienia, zdolność do poświęcenia swojej wygody dla czyjegoś lepszego samopoczucia, rozumienie i docenienie ciężkiej pracy, chęć jej współdzielenia. Znamienne jest też dla mnie, iż właśnie to zdanie jest pierwszym, a więc teoretycznie istotnym dla wzajemnego traktowania ludzi. Pierwszym, lecz niestety, bynajmniej nie powszechnie rozumianym i wdrażanym w życie.

 


   Piszę ten tekst o poranku pierwszomajowym. W dniu Święta Pracy, którego znaczenie ostatnio mocno zmalało w obszarze państwowym, do którego świętowania nikt już nikogo nie zmusza, ale które dla tak zwykłych, zapracowanych mróweczek, jakimi jesteśmy nadal powinno być ważne. Dotyczy wszak ono nas wszystkich. Naszej zwyczajnej codzienności, w czasie której wykonujemy mnóstwo powtarzalnych, męczących, lecz koniecznych prac, których przecież nikt za nas nie wykona. Na szczęście robota może być nie tylko źródłem znoju, ale i satysfakcji, uspokojenia wewnętrznego, zapomnienia o tym, na co się nie ma wpływu, poprzez to, że robi się to, na co wpływ nadal się ma i oby zawsze miało. Jest też wyrazem naszej pasji i niegasnącego w duszy ognia. Niepoddawania się marazmowi, zniechęceniu i ogólnemu bezsensowi. Praca miała, ma i będzie miała sens. Choćby dlatego, że lepiej robić cokolwiek, niż nie robić nic. Życie to działanie. Życie to przeistaczanie i rzeźbienie naszej codzienności, nas samych również. Pierwszomajowe święto jest wyjątkowym docenieniem siły ducha i ciała zwyczajnych ludzi, naszej wytrwałości, uporu, wizji, do której warto dążyć. Jest też wyrazem tego, jak ważny jest odpoczynek, możność odejścia od najpilniejszych nawet zajęć i bez wyrzutów sumienia oddania się nic nierobieniu. Odpoczynek wszak, to nie tylko nagroda za trud, ale też czas do nabrania nowych sił i ochoty do dalszej pracy. To możliwość spojrzenia na inne dziedziny życia, na wspomnienia i plany. Na marzenia i sen. A z wiekiem, niestety, coraz trudniej u człowieka o długi, nieprzerwany, głęboki i dający prawdziwe wytchnienie sen…

 


   Ale wróćmy do meritum. W ciągu ostatnich kilkunastu dni owo pamiętne zdanko o wyręczaniu bliskiej osoby w pracy i pozwalaniu jej na odpoczynek wiele razy wyświetlało się w mej głowinie i brzmiało w uszach. Stanowiło ono bowiem realne odzwierciedlenie sytuacji, jakie były moim i Cezarego udziałem. Przyszła wiosna a z nią pojawiła się jak zawsze konieczność wykonania wielu prac ogrodowych. Wszyscy, którzy mają ogrody, działki, warzywniki czy nawet balkony ze skrzynkami kwietnymi pewnie dobrze rozumieją o czym mówię. Jak co roku trzeba przekopywać, nawozić, pielić, siać i sadzić, przycinać, naprawiać, szukać tego, co zgubione, znajdować to, co zapomniane, porządkować, sprzątać, sprzątać, sprzątać…

 


   Poza wyżej wymienionymi czynnościami my, gospodarze Jaworowa zajmowaliśmy się od połowy kwietnia … kamieniarstwem! I przyznać muszę, że jest to robota znacznie przewyższająca ciężkością wszystkie powyższe zajęcia. Wymaga ona bowiem silnych, wytrzymałych na ból i zmęczenie rąk, kręgosłupa i nóg, narażonych na podnoszenie i przenoszenie ciężarów, wielokrotne schylanie się, kucanie, klękanie i wstawanie z coraz bardziej rozgłośnym stęknięciem.

 


   A po co to wszystko? Otóż od kiedy zamieszkaliśmy w naszym domku pod lasem stosy gruzu, połamanych dachówek oraz kamieni, jakie tu gromadzimy sukcesywnie powiększają się rok po roku. Myślę, iż każdy, kto zamieszkał w wiejskim siedlisku zetknął się z problemem zalegania w ziemi ogromnej ilości gruzu, żelastwa i różnorakich śmieci o wielu gabarytach. Kiedyś ludzie nie przejmowali się chyba zanadto tym, co zakopują. Ważne było by jakoś pozbyć się tego, co przeszkadza a wszak miłosierna ziemia wszystko w siebie wchłonie, wszystko ukryje. Kiedyś nie było dostępne i obowiązkowe tak jak obecnie segregowanie i wywożenie śmieci. Co zatem mieli począć mieszkańcy wsi by nie utonąć w tym wszystkim? Mogli jedynie zakopywać, nie myśląc o potomnych, którzy kiedyś wydobywać będą na powierzchnie owe wątpliwej jakości „skarby”, owe niestety kompletnie nieprzydatne dla żadnego archeologa rzeczy.  Mogli też  i zapewne to robili (o zgrozo!) wywozić tony rupieci do lasu. Uff! Było, minęło.  Na szczęście oboje z Cezarym znaleźliśmy dobre zastosowanie dla naszych kamieni oraz gruzu i właśnie to pochłaniało nas w ciągu ostatnich dni.

 


   Najpierw jednak postanowiliśmy zająć się oczyszczeniem długiego na 10 metrów i szerokiego na metr paska terenu stykającego się z frontową ścianą naszego domu.  Wymyśliliśmy sobie, że zasadzimy tam mnóstwo wielobarwnych, pnących róż oraz innych roślin mogących ładnie prezentować się na tle poszarzałego od starości i wilgoci tynku. Przez lata miejsce to niezwykle bujnie porastały podagryczniki, glistnik – jaskółcze ziele, osty, pokrzywy, mlecze oraz trawy i aż do zeszłego roku nic nie zapowiadało tego, by miało się to zmienić. Jednak w końcu olśniło nas, że przecież można to zrobić. Sprawić by miejsce to było ładniejsze, by było na czym oko zawiesić. Na wstępie obudowaliśmy je z Cezarym ładnymi, barwionymi na różowo cementowymi krawężnikami. Potem trzeba było wyrwać dokładnie wszystkie zielska. Następnie wydobyć z gliniasto-piaszczystego gruntu tony kamieni i połamanych cegieł, przewieść owe znaleziska na wyżej wspomniane, wysokie na ponad metr stosy a wreszcie zakupić wymarzone rośliny oraz kilkaset litrów żyznej ziemi i torfu aby tamtejsza gleba stała się żyzna i przyjazna dla jej nowych mieszkańców.

 


   Po posadzeniu tamże kilkunastu krzaków róż pnących oraz „drzewkowych”, krzewuszki ogrodowej, rododendronu i piwonii zaczęliśmy myśleć o jakimś zabezpieczeniu tego miejsca przed ciekawskimi i skłonnymi do niszczycielstwa psami. Dumaliśmy o jakimś płotku, siatce, palisadzie albo o zakupie kilku ton jakowychś ładnych kamieni ogrodowych…Wszystko to jednak musiałoby się łączyć ze sporymi wydatkami a te zbyt mocno obciążałyby nasz domowy budżet. W końcu wpadliśmy z Cezarym na zbawienny i wielce odkrywczy pomysł, że przecież pośród naszych gór gruzu zalega mnóstwo ładnych polnych, różnokolorowych kamieni i jeśli tylko porządnie poukładamy je wokół naszych młodych sadzonek będą one nie tylko chronić je przed psami, ale przy okazji również niebanalnie owo miejsce ozdabiać.

 



   Jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy! I oto dzień po dniu wybieraliśmy z owych stosów nadające się do naszych planów różnej wielkości kamienie, ładowaliśmy je na taczki a następnie przewoziliśmy do nowego kwietnika pod domem i układaliśmy je tak, aby otaczały one dokładnie każdą roślinę, ograniczając przy okazji ilość światła dla chwastów, które mogłyby spod spodu wykiełkować.  I oto niedawno skończyliśmy tę robotę! Nie wygląda to na razie zbyt imponująco, bo roślinki są jeszcze maleńkie i potrzeba zapewne kilku lat by ziściły się nasze wizje o tym zakątku jako o miejscu pełnym wielobarwnego, bujnego kwiecia. Czas jednak płynie szybko i jeśli tylko dożyjemy dane nam będzie w końcu cieszyć się urokliwym wyglądem owej kwietno - kamienistej rabatki.

 


   Jeśli jednak myślicie, że to koniec naszej kamieniarskiej roboty, to jesteście w błędzie! Otóż Cezary od dłuższego czasu planował wybudowanie wzdłuż północnej (czyli przeciwległej do tej kwietnej) strony ściany domu murku. Murku, którego zadaniem byłoby osłonienie domu od wilgoci, ocieplenie fundamentów, niemożność podkopywania się pod dom nornic, kretów i myszy. Kawałek takiego solidnego, obudowanego płaskimi kamieniami murku (z moją pomocą, rzecz jasna) wybudował już kilka lat temu od zachodniej strony domu. Psy z ochotą natychmiast zaanektowały ów murek, wylegując się na nim i skwapliwie korzystając z cienia oraz chłodu ciągnącego od owych kamieni w upalne dni.


 

   Teraz przyszedł czas na ciąg dalszy murku, do którego budowy można było wykorzystać nadal zalegający na tyłach podwórka gruz. Najpierw przecięliśmy na pół ogromny baner, służący nam kiedyś jako daszek nad drewutnio-altanką. Ów mocny i nieprzepuszczający wody baner ułożyliśmy wzdłuż ściany domu a potem zaczęliśmy go obkładać gruzem przewożonym na taczkach z owych stosów (pozbyliśmy się wczoraj jednego z tych stosów przez co na podwórku zrobiło się nagle mnóstwo miejsca!). W ten sposób przez kilkanaście godzin harówki ułożyliśmy całkiem zgrabny, wysoki na kilkadziesiąt centymetrów kamienisty a długi na 10 metrów mur, który w najbliższym czasie będzie przez Cezarego sukcesywnie zalewany betonem. Beton ów jak zwykle wykona sam mieszając na taczkach piasek z cementem (musimy nabyć kilkadziesiąt ton cementu, zamówić kilka ton piasku i zwalić go tam, gdzie był ów uprzątnięty stos gruzu). A gdy wszystko porządnie stwardnieje (co potrwa kilka dni) pieski będą miały następne miejsce do wylegiwania się, natomiast my powód do ulgi, że już nam dom nie będzie podmakał.


 


   Oczywiście w naszym siedlisku jest jeszcze kilka miejsc, w których wykorzystać możemy pożytecznie pozostały w pierwszym stosie gruz, kamienie i dachówki. O naprawę prosi się fatalnej jakości betonowo - kamienna powierzchnia przy budynku gospodarczym. Sporo drobno potłuczonego gruzu (młotkiem!) wysypujemy też co roku na nasz podjazd przed bramą żeby tamtejsze podłoże stało się mniej błotniste i grząskie.  Przez to ów stos gruzu sukcesywnie maleje. Co roku jednak kopiąc w ziemi znajdujemy kolejne „ kamienne znaleziska” z dawnych czasów. Zdaje się więc, iż niewielka jest szansa na całkowite pozbycie się owego stosu. Trudno! Taka już chyba uroda i właściwość tego miejsca. Tak czy siak, robota kamieniarska, jakkolwiek ciężka jest i wymagająca sporego uporu, daje jednak sporo zadowolenia, tym bardziej, gdy szybko widoczne są jej efekty i gdy wiadomo, że cieszyć się nimi będziemy jeszcze przez wiele lat.

 


   A co z tym tytułowym zwrotem brzmiącym: „daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj?” Cóż, wspieraliśmy się z Cezarym w naszym wspólnym, kamieniarskim znoju. Pomagaliśmy sobie wzajemnie, pocieszaliśmy się, żartowaliśmy, kwękaliśmy, dopełnialiśmy się i wyręczaliśmy. A do tego pozwalaliśmy sobie na odpoczynek, gdy już mięśnie odmawiały posłuszeństwa a stare kości skrzypiały niczym pordzewiałe żelastwo przy każdym pochyleniu…

   Myślę, że dla każdego z nas bardzo ważne jest by mieć kogoś, kto jest obok. Kto widzi, rozumie, współodczuwa i pomaga. Komu zależy na nas. Kto potrafi to okazać, wspierając, wyręczając, lub choćby wzdychając empatycznie podczas wspólnej przerwy w pracy.

   Dziś nareszcie oboje odpoczywamy…Niech się świeci pierwszy maja!:-))



Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost