sobota, 2 listopada 2019

Spoza szyby…





   Spoglądam w okno. Porywisty wiatr wściekle przegina drzewa i krzewy. Bawi się nimi niby trawkami.  Nasłuchuję poświstów i jęków dochodzących z komina, klekotania blach na dachu. Na naszej stareńkiej lipie nie ostał się już ani jeden listek. Coraz mniej kolorów na okolicznych łąkach. Przyroda szykuje się do zwyczajnego o tej porze roku przeistoczenia. Tylko modrzew nadal zielony, jakby nie czuł jeszcze zbliżającej się zimy albo jakby oznajmiał wszystkim, że jeszcze nie pora na  wielkie ochłodzenie. Jakby buntował się przeciw tym zmianom, którym tak posłusznie poddają się inne rośliny. Jednak i on w końcu zżółknie. Opadną jego mięciutkie igiełki i nagi stawić będzie musiał czoła mrozom, dujawicom oraz śnieżycom, pogodzić się z tym, co nieuniknione…


      W jednym z komentarzy pod poprzednim postem wspomniałam o ukochanej książce mego dzieciństwa, „Dziewczynce spoza szyby” Jadwigi Ruth  - Charlewskiej.  Dawno temu Mama, siedząc przy moim łóżku czytała mi ją w długie, zimowe wieczory. Byłam chorowitym, wciąż zapadającym na dolegliwości układu oddechowego albo na zapalenia uszu, anemicznym dzieciakiem. Mama na pociechę wypożyczała wówczas dla mnie z biblioteki najpiękniejsze baśnie i opowieści. A gdy otwarto na naszym osiedlu księgarnię jednym z pierwszych zakupów Mamy była właśnie owa „Dziewczynka spoza szyby”. Przypominam sobie jak obie pochylałyśmy się nad zawartymi w niej czarno-białymi, rysowanymi delikatną kreską ilustracjami.  Jak sięgałam potem po ołówek i nieporadnie próbowałam rysować wielkookie, poważne twarze dziecięce. W późniejszych latach z zapartym tchem, po wielekroć przewracałam strony tej lektury sama. Wzruszała mnie opowieść o mieszkającej w Krakowie, chorej na Heinego-Medina Elżuni, która dzięki pomocy harcerzy oraz mądrym wsparciu pisarza, pana Andrzeja odzyskuje wiarę w siebie, zaczyna inaczej spoglądać na otaczających ją ludzi, nabiera siły by zmienić swą codzienność, by stać się radosnym, samodzielnym, nie lękającym się świata dzieckiem.
   Przypomniawszy sobie o tej opowieści nabrałam chęci by przeczytać ją ponownie. Przekonać się, czy nadal będą mnie interesować dzieje tej kalekiej dziewczynki, czy trafi do mnie styl historii, której akcja toczy się w surowych, powojennych latach, czy spodoba mi się prostota języka, jakim była napisana, czy dostrzegę w niej coś, czego nie zauważałam jako dziecko. Chciałam też na moment przywołać ten nastrój ciepłego, wspólnego wieczoru z Mamą. Ożywić czas, który bezpowrotnie minął. Musnąć go chociaż poprzez dotyk kartek tej starej lektury…Przekonana byłam, iż znajdę książeczkę na którymś regale, że bez trudu wypatrzę jej charakterystyczną, niebieską, mocno podniszczoną okładkę. Ale choć dokładnie przejrzałam półkę po półce, nie znalazłam upragnionego tomiku. Pewnie nie wzięłam go z domu rodzinnego, pewnie i tam go już nie ma. A szkoda…


   Przeszukując bibliofilskie, internetowe strony znalazłam kilka ciekawych recenzji książki J.Ruth – Charlewskiej. Znalazłam też fragment pochodzący z jej ostatniego rozdziału.  To oszczędny w słowach, lecz bardzo trafiający mi do serca opis nastroju przyjaciela Elżuni, samotnego pana Andrzeja. Kiedyś ów fragment nie wywierał na mnie tak dużego wrażenia. Przede wszystkim obchodziły mnie wówczas losy wychodzącej na prostą dziewczynki. Teraz jednak na wiele rzeczy patrzę inaczej. Wiem już, że nie zawsze da się zwyciężać, że bolesne utraty są nieodłączną częścią życia i zawsze przebywa się poza się za jakąś nieprzekraczalną szybą.  Że los przynosi człowiekowi nie tylko pociechę, nadzieję i tryumf nad ułomnościami, ale także żal, bezradność, gorycz, gniew  a w końcu smutne pogodzenie…Że pozostają wspomnienia, które im bardziej serdeczne są i słodkie, tym bardziej potrafią ranić oraz boleć...Jednak jak dobrze, że są. Dobrze, że są...


   Owładnięta wzruszeniem przeczytałam ów fragment po wielekroć a potem z westchnieniem spojrzałam za okno, gdzie listopadowy wiatr uparcie miotał gałęziami drzew a szarzejące niebo zapowiadało niebawem deszcz…

„Pana Andrzeja ogarnął smutek. Podparł głowę dłońmi. Zamyślił się. Cisnęły się wspomnienia natrętne – dręczące. Kiedyś nie był sam. Był dom, żona, i najmilsza, ukochana córeczka. Lilka lubiła zimę. Pamięta jej różową buźkę, pamięta słowa:
- Tatuś, przewieź mnie na sankach. Taki śnieg.
Z warszawskich Bielan wracali roześmiani, rozbawieni.
Wieczorem, przed snem, Lilka prosiła: - Opowiedz jakąś historię. Ale musi być długa, bardzo długa.
Nie wróci tamten czas.
Wkrótce Boże Narodzenie.
Lata minęły od jej śmierci, ale zapomnieć trudno.
”
 Jadwiga Ruth-Charlewska, „Dziewczynka spoza szyby”, Wydawnictwo literackie, 1970.
  
  

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost