Ostatni tydzień przyniósł Pogórzu Dynowskiemu
pogodę w kratkę. Jakby ktoś w niebiosach bawił się w dziecięcą wyliczankę, ale
nie mógł się zdecydować na co ma wypaść. Na kogo bęc.
Ochłodziło się znacznie, choć nie brakowało też słońca. Zdarzyło się kilka przelotnych deszczy i jedna, krótkotrwała ulewa. Zaczęło też padać teraz, w chwili, gdy właśnie piszę ten tekst. Nie wiem jednak jak długo on potrwa i czy nareszcie ogród zdoła napić się do syta. Może znowu nawiedził nas tylko łagodny, przelotny, nic nieznaczący deszczyk? Tutejsze niebo co dnia obiecując wyczekane opady przebierało się w nowe sukienki od złoto-różowych o wschodzie i zachodzie po srebrzysto-granatowe albo jaskrawo chabrowe w ciągu dnia. Przetaczały się po niebie ogromne hufce stalowo-sinych obłoków, szalał porywisty wicher a niebo nadal skąpiło prawdziwego, porządnego deszczu. Dlatego w obejściu w dalszym ciągu jest bardzo sucho. Spragniona ziemia w ogrodzie w wielu miejscach mocno jest spękana. Gdzieniegdzie tworzą się tak głębokie rozpadliny, iż można zajrzeć w ich czeluści niby w tajemnicze kratery. Jednakże ta odrobina deszczu sprawiła, że ogród obmył nieco swe lico z kurzu a spłowiała trawa przybrała się w nową, soczystą zieleń. Kwitnie melisa, mięta i babka. Nadal wspaniale dojrzewają maliny, wśród których co dzień z rozkoszą buszuję.
Ochłodziło się znacznie, choć nie brakowało też słońca. Zdarzyło się kilka przelotnych deszczy i jedna, krótkotrwała ulewa. Zaczęło też padać teraz, w chwili, gdy właśnie piszę ten tekst. Nie wiem jednak jak długo on potrwa i czy nareszcie ogród zdoła napić się do syta. Może znowu nawiedził nas tylko łagodny, przelotny, nic nieznaczący deszczyk? Tutejsze niebo co dnia obiecując wyczekane opady przebierało się w nowe sukienki od złoto-różowych o wschodzie i zachodzie po srebrzysto-granatowe albo jaskrawo chabrowe w ciągu dnia. Przetaczały się po niebie ogromne hufce stalowo-sinych obłoków, szalał porywisty wicher a niebo nadal skąpiło prawdziwego, porządnego deszczu. Dlatego w obejściu w dalszym ciągu jest bardzo sucho. Spragniona ziemia w ogrodzie w wielu miejscach mocno jest spękana. Gdzieniegdzie tworzą się tak głębokie rozpadliny, iż można zajrzeć w ich czeluści niby w tajemnicze kratery. Jednakże ta odrobina deszczu sprawiła, że ogród obmył nieco swe lico z kurzu a spłowiała trawa przybrała się w nową, soczystą zieleń. Kwitnie melisa, mięta i babka. Nadal wspaniale dojrzewają maliny, wśród których co dzień z rozkoszą buszuję.
Ta zmienność
pogody kojarzy mi się ze zmiennością nastrojów człowieka, z dziwnymi i
nieprzewidywalnymi losami ludzkimi oraz z różnymi pojawiającymi się z nagła i
znikającymi równie nieoczekiwanie gasnącymi zainteresowaniami czy fascynacjami.
Przypomniała mi się przy tej okazji oglądana w dzieciństwie francuska baśń, w
której Catherine Deneuve miała na sobie wspaniałe suknie w barwach nieba a
owych cudownych strojów dostarczał jej król, grany przez przystojnego Jeana
Marais. Zdaje się, że była to „Księżniczka w oślej skórze”, jedna z tych
ekranizacji, która wywarła na mnie niegdyś największe wrażenie. Zawsze po jej
obejrzeniu chwytałam za kolorowe kredki i w zapamiętaniu rysowałam długowłose,
wiotkie królewny oraz wróżki w obfitych, przebogatych szatach. Ich fantastycznymi wizerunkami zapełniałam
dziesiątki bloków rysunkowych. Z
kredkami albo pędzlem w ręku stwarzałam w głowie nowe baśnie i opowieści.
Marzyłam, że gdy dorosnę, to stroić się
będę w tak wspaniałe suknie. I zostanę radosną, odważną czarownicą fruwającą
nad światem w powiewających na wietrze szatach. A dobrocią, ufnością i szczerością wygram
z każdym smokiem! Ech...Dziecięce, naiwne marzenia...
Pochylając się nad
kartką uśmiechałam się do siebie odpływając gdzieś daleko i oddając się zupełnie
swojej pasji, która dawała mi zapomnienie o prześladującej mnie w tamtych
latach zmorze znienawidzonej matematyki.
Nie przypuszczałam, iż w przyszłości czekać mnie będą nie takie smutki i
frustracje. Jednak dzisiaj wiem, że nic w życiu nie dzieje się przypadkiem.
Pewnie tamte moje potyczki z matematyką miały mnie przygotować na dużo poważniejsze
starcia. Miały mnie nauczyć, że w życiu nie wszystko jest tak proste jak w
baśniach i nie zawsze codzienne, ludzkie historie kończą się tak dobrze jak owe
baśnie. Ileż uporu, cierpliwości i wiary wymaga chociażby walka z własnymi
ułomnościami, z lękiem, bólem i tęsknotą. Ileż trzeba mieć w sobie światła by przezwyciężyć
ogarniający nieraz zewsząd mrok…
Dziś zdaję sobie sprawę, iż życie to ciągłe
zaskoczenia i zmiany. W dzieciństwie na
przykład zdawało mi się, że to upodobanie do rysowania nigdy mnie nie opuści,
że w moim dorosłym życiu na pewno będę robić coś z nim związanego. A jednak
przeszło, minęło. Pojawiły się za to inne rzeczy i sprawy, które potrafią dawać
radość, wytchnienie, ucieczkę od problemów, spełnienie, czy też bezcenny spokój.
Rzadko dziś ubieram sukienki. Wiszą w szafie zapomniane, nieużywane od lat.
Liczy się dla mnie teraz przede wszystkim wygoda, użyteczność oraz swoboda
stroju a nie jego wygląd. Cóż. Zmieniają się pory roku, zmienia się człowiek,
zmienia się świat. Znaczenie wielu rzeczy blaknie. Nabiera mocy coś nowego. Pewne
wspomnienia zostają tak wyraziste jakby dotyczyły dnia wczorajszego, inne
zacierają się, znikają, jakby ich nigdy nie było…
Także lipiec
doznaje kolejnych przeistoczeń. Przekwitają kwiaty, które jeszcze tydzień temu
królowały w okolicach. Na łąkach dostrzec można coraz więcej odcieni fioletu. Znak
to, że pogórzańska przyroda powoli przygotowuje się już do jesieni. Powiewają
na wietrze majestatyczne wiechcie amarantowo-brązowych traw, różowo-lila ziele wierzbówki oraz
ciemnoliliowe główki, kwitnących teraz obficie ostów oraz żywokostu. Nawet
łodygi pokrzyw przybierają odcień liliowo-bordowy. Nad nimi wielkie obłoki i
małe chmurki przesuwają się w niekończącym korowodzie zawiłych kroków i pląsów.
A wiatr akompaniuje tym łąkowym tańcom grając na bębnach, piszczałkach oraz
trąbkach albo po prostu mrucząc swe ciche murmurando, które opowiada o przyszłych,
nieuniknionych przemianach...
Tymczasem
Cezary, mając ostatnio więcej wolnych chwil niż wiosną oddał się bez reszty,
odkrytej w sobie dopiero tu, na Pogórzu, pasji stolarskiej. Po stworzeniu
zgrabnej, mahoniowej w odcieniu i bardzo wygodnej ławeczki wziął się za
wykonanie pasującego do niej stoliczka. Do tego celu wykorzystał resztę
starych, modrzewiowych desek podłogowych. Zamyślał się na długo a potem piłował,
obcinał, mierzył, przypasowywał i skręcał ze sobą wytrwale kolejne kawałki
drewna. Malował je po wielekroć by przybrały głęboką, wyrazistą barwę. W
przerwach między pracami gospodarz odpoczywał na leżaku w cieniu pod wiatą albo
wpadał do domu na zupę jarzynową relacjonując postępy swoich prac i
zachęcając bym zajrzała jak mu idzie. Na chwilę zostawiałam więc me tak
prozaiczne acz konieczne czynności, jak mycie okien, pranie, sprzątanie, oraz
odkurzanie unoszących się wszędzie kłębami psich kłaków (kiedy tylko Jacuś
zakończył linienie, to zaraz wzięły się za kontynuację jego dzieła Zuzia,
Hipcia oraz Misia!) i szłam na inspekcję aby chwalić i podziwiać efekty mężowskich, twórczych
starań.
Pod wieczór
dzieło Cezarego było ukończone. Jeszcze nieco wilgotny od farby stolik
ustawiliśmy przy starszej o tydzień ławce pod wiatą i przyglądaliśmy się im z
każdej strony zastanawiając się, w którym miejscu ostatecznie powinny one
stanąć. Może z tyłu ogrodu zamiast leżących tam próchniejących bali ze starej
stodoły? A może w cieniu pod gruszką, tam gdzie do niedawna był kurzy wigwam?
Przenoszenie tych ogrodowych mebli nie jest sprawą łatwą, bowiem modrzewiowe
drewno jest wyjątkowo ciężkie i tylko we dwoje dajemy radę je dźwignąć. A skoro
gdzieś już ławka ze stolikiem stanie, to już tam pewnie zostanie. Tylko na zimę
będziemy chować dzieła Cezarego do budynku gospodarczego. Pomieszczenie po
kurniku nada się do tego w sam raz. Ale nie popędzajmy czasu. Przecież jeszcze
trwa lato. Potem, miejmy nadzieję, czeka nas pogodna, łagodna jesień. Jeszcze
się nam stolik z ławką przydadzą w ogrodzie nie raz…
W związku z
powyższym przyszła mi na myśl kolejna baśń z dzieciństwa. „Stoliczku nakryj
się!” Jakież tam cudowności wyczarowywano! Jakimiż pysznościami się objadano!
Hmm…Aż ślinka na myśl o nich cieknie!
- Trzeba by
wypróbować należycie nowe drewniane sprzęty, zainicjować ich używanie, uczcić
jakowymś smacznym posiłkiem na świeżym powietrzu! - ustaliliśmy zgodnie z mężem o
poranku.
Nie zwlekając
zatem Cezary wziął się za przyrządzanie pasty z białego sera, czosnku, ogórków
i papryki. Nakroił razowego chleba. Ja zaparzyłam ziołową herbatkę z czystka i
wrotyczu (dobrą przeciw boreliozie!). Wyjęłam z lodówki miseczkę zerwanych
wieczorem wiśni i malin. A potem razem poszliśmy do ogrodu na smaczne, lipcowe
śniadanie! :-)
Entliczek –
pętliczek, ławeczka, stoliczek
A na tym stoliczku uśmiechu koszyczek
A na niebie słońce
i chmurek bez liku
Entliczek – pętliczek,
deszczyk już w koszyku…






















