sobota, 13 lipca 2019

Entliczek - pętliczek…






 
   Ostatni tydzień przyniósł Pogórzu Dynowskiemu pogodę w kratkę. Jakby ktoś w niebiosach bawił się w dziecięcą wyliczankę, ale nie mógł się zdecydować na co ma wypaść. Na kogo bęc.
Ochłodziło się znacznie, choć nie brakowało też słońca. Zdarzyło się kilka przelotnych deszczy i jedna, krótkotrwała ulewa.  Zaczęło też padać teraz, w chwili, gdy właśnie piszę ten tekst.  Nie wiem jednak jak długo on potrwa i czy nareszcie ogród zdoła napić się do syta. Może znowu nawiedził nas tylko łagodny, przelotny, nic nieznaczący deszczyk? Tutejsze niebo co dnia obiecując wyczekane opady przebierało się w nowe sukienki od złoto-różowych o  wschodzie i zachodzie po srebrzysto-granatowe albo jaskrawo chabrowe w ciągu dnia. Przetaczały się po niebie ogromne hufce stalowo-sinych obłoków, szalał porywisty wicher a niebo nadal skąpiło prawdziwego, porządnego deszczu. Dlatego w obejściu w dalszym ciągu jest bardzo sucho. Spragniona ziemia w ogrodzie w wielu miejscach mocno jest spękana. Gdzieniegdzie tworzą się tak głębokie rozpadliny, iż można zajrzeć w ich czeluści niby w tajemnicze kratery. Jednakże ta odrobina deszczu sprawiła, że ogród obmył nieco swe lico z kurzu a spłowiała trawa przybrała się w nową, soczystą zieleń. Kwitnie melisa, mięta i babka. Nadal wspaniale dojrzewają maliny, wśród których co dzień z rozkoszą buszuję.





   Ta zmienność pogody kojarzy mi się ze zmiennością nastrojów człowieka, z dziwnymi i nieprzewidywalnymi losami ludzkimi oraz z różnymi pojawiającymi się z nagła i znikającymi równie nieoczekiwanie gasnącymi zainteresowaniami czy fascynacjami. Przypomniała mi się przy tej okazji oglądana w dzieciństwie francuska baśń, w której Catherine Deneuve miała na sobie wspaniałe suknie w barwach nieba a owych cudownych strojów dostarczał jej król, grany przez przystojnego Jeana Marais. Zdaje się, że była to „Księżniczka w oślej skórze”, jedna z tych ekranizacji, która wywarła na mnie niegdyś największe wrażenie. Zawsze po jej obejrzeniu chwytałam za kolorowe kredki i w zapamiętaniu rysowałam długowłose, wiotkie królewny oraz wróżki w obfitych, przebogatych szatach.  Ich fantastycznymi wizerunkami zapełniałam dziesiątki bloków rysunkowych.  Z kredkami albo pędzlem w ręku stwarzałam w głowie nowe baśnie i opowieści. Marzyłam, że gdy dorosnę, to  stroić się będę w tak wspaniałe suknie. I zostanę radosną, odważną czarownicą fruwającą nad światem w powiewających na wietrze szatach. A dobrocią, ufnością i szczerością wygram z każdym smokiem! Ech...Dziecięce, naiwne marzenia...



   Pochylając się nad kartką uśmiechałam się do siebie odpływając gdzieś daleko i oddając się zupełnie swojej pasji, która dawała mi zapomnienie o prześladującej mnie w tamtych latach zmorze znienawidzonej matematyki.  Nie przypuszczałam, iż w przyszłości czekać mnie będą nie takie smutki i frustracje. Jednak dzisiaj wiem, że nic w życiu nie dzieje się przypadkiem. Pewnie tamte moje potyczki z matematyką miały mnie przygotować na dużo poważniejsze starcia. Miały mnie nauczyć, że w życiu nie wszystko jest tak proste jak w baśniach i nie zawsze codzienne, ludzkie historie kończą się tak dobrze jak owe baśnie. Ileż uporu, cierpliwości i wiary wymaga chociażby walka z własnymi ułomnościami, z lękiem, bólem i tęsknotą. Ileż trzeba mieć w sobie światła by przezwyciężyć ogarniający nieraz zewsząd mrok…


   Dziś  zdaję sobie sprawę, iż życie to ciągłe zaskoczenia i zmiany.  W dzieciństwie na przykład zdawało mi się, że to upodobanie do rysowania nigdy mnie nie opuści, że w moim dorosłym życiu na pewno będę robić coś z nim związanego. A jednak przeszło, minęło. Pojawiły się za to inne rzeczy i sprawy, które potrafią dawać radość, wytchnienie, ucieczkę od problemów, spełnienie, czy też bezcenny spokój. Rzadko dziś ubieram sukienki. Wiszą w szafie zapomniane, nieużywane od lat. Liczy się dla mnie teraz przede wszystkim wygoda, użyteczność oraz swoboda stroju a nie jego wygląd. Cóż. Zmieniają się pory roku, zmienia się człowiek, zmienia się świat. Znaczenie wielu rzeczy blaknie. Nabiera mocy coś nowego. Pewne wspomnienia zostają tak wyraziste jakby dotyczyły dnia wczorajszego, inne zacierają się, znikają, jakby ich nigdy nie było…


   Także lipiec doznaje kolejnych przeistoczeń. Przekwitają kwiaty, które jeszcze tydzień temu królowały w okolicach. Na łąkach dostrzec można coraz więcej odcieni fioletu. Znak to, że pogórzańska przyroda powoli przygotowuje się już do jesieni. Powiewają na wietrze majestatyczne wiechcie amarantowo-brązowych traw, różowo-lila ziele wierzbówki oraz ciemnoliliowe główki, kwitnących teraz obficie ostów oraz żywokostu. Nawet łodygi pokrzyw przybierają odcień liliowo-bordowy. Nad nimi wielkie obłoki i małe chmurki przesuwają się w niekończącym korowodzie zawiłych kroków i pląsów. A wiatr akompaniuje tym łąkowym tańcom grając na bębnach, piszczałkach oraz trąbkach albo po prostu mrucząc swe ciche murmurando, które opowiada o przyszłych, nieuniknionych przemianach...






   Tymczasem Cezary, mając ostatnio więcej wolnych chwil niż wiosną oddał się bez reszty, odkrytej w sobie dopiero tu, na Pogórzu, pasji stolarskiej. Po stworzeniu zgrabnej, mahoniowej w odcieniu i bardzo wygodnej ławeczki wziął się za wykonanie pasującego do niej stoliczka. Do tego celu wykorzystał resztę starych, modrzewiowych desek podłogowych. Zamyślał się na długo a potem piłował, obcinał, mierzył, przypasowywał i skręcał ze sobą wytrwale kolejne kawałki drewna. Malował je po wielekroć by przybrały głęboką, wyrazistą barwę. W przerwach między pracami gospodarz odpoczywał na leżaku w cieniu pod wiatą albo wpadał do domu na zupę jarzynową relacjonując postępy swoich prac i zachęcając bym zajrzała jak mu idzie. Na chwilę zostawiałam więc me tak prozaiczne acz konieczne czynności, jak mycie okien, pranie, sprzątanie, oraz odkurzanie unoszących się wszędzie kłębami psich kłaków (kiedy tylko Jacuś zakończył linienie, to zaraz wzięły się za kontynuację jego dzieła Zuzia, Hipcia oraz Misia!) i szłam na inspekcję aby chwalić i podziwiać efekty mężowskich, twórczych starań. 



   Pod wieczór dzieło Cezarego było ukończone. Jeszcze nieco wilgotny od farby stolik ustawiliśmy przy starszej o tydzień ławce pod wiatą i przyglądaliśmy się im z każdej strony zastanawiając się, w którym miejscu ostatecznie powinny one stanąć. Może z tyłu ogrodu zamiast leżących tam próchniejących bali ze starej stodoły? A może w cieniu pod gruszką, tam gdzie do niedawna był kurzy wigwam? 



   Przenoszenie tych ogrodowych mebli nie jest sprawą łatwą, bowiem modrzewiowe drewno jest wyjątkowo ciężkie i tylko we dwoje dajemy radę je dźwignąć. A skoro gdzieś już ławka ze stolikiem stanie, to już tam pewnie zostanie. Tylko na zimę będziemy chować dzieła Cezarego do budynku gospodarczego. Pomieszczenie po kurniku nada się do tego w sam raz. Ale nie popędzajmy czasu. Przecież jeszcze trwa lato. Potem, miejmy nadzieję, czeka nas pogodna, łagodna jesień. Jeszcze się nam stolik z ławką przydadzą w ogrodzie nie raz…





   W związku z powyższym przyszła mi na myśl kolejna baśń z dzieciństwa. „Stoliczku nakryj się!” Jakież tam cudowności wyczarowywano! Jakimiż pysznościami się objadano! Hmm…Aż ślinka na myśl o nich cieknie!
 - Trzeba by wypróbować należycie nowe drewniane sprzęty, zainicjować ich używanie, uczcić jakowymś smacznym posiłkiem na świeżym powietrzu! - ustaliliśmy zgodnie z mężem o poranku. 

   Nie zwlekając zatem Cezary wziął się za przyrządzanie pasty z białego sera, czosnku, ogórków i papryki. Nakroił razowego chleba. Ja zaparzyłam ziołową herbatkę z czystka i wrotyczu (dobrą przeciw boreliozie!). Wyjęłam z lodówki miseczkę zerwanych wieczorem wiśni i malin. A potem razem poszliśmy do ogrodu na smaczne, lipcowe śniadanie! :-)




Entliczek – pętliczek,  ławeczka, stoliczek

A na tym stoliczku uśmiechu koszyczek

A na niebie słońce i chmurek bez liku

Entliczek – pętliczek, deszczyk już w koszyku…

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost