Święta
idą! Święta!
Wiosnę z sobą wiodą
Chłodną, lecz promienną
I jak zawsze młodą
A jeszcze prowadzą
Wytęsknionych gości
Śpiew ptaków
Woń kwiatów
Tchnienie zieloności
Nadzieję, co w duszy
Znów się zakorzenia
Że zwycięży dobro
Życia pełna ziemia
Na ten widok w sercach
Coś dzwoni radośnie
Witajcie nam Święta!
Wiwat! Wiwat wiośnie!
Wiosnę z sobą wiodą
Chłodną, lecz promienną
I jak zawsze młodą
A jeszcze prowadzą
Wytęsknionych gości
Śpiew ptaków
Woń kwiatów
Tchnienie zieloności
Nadzieję, co w duszy
Znów się zakorzenia
Że zwycięży dobro
Życia pełna ziemia
Na ten widok w sercach
Coś dzwoni radośnie
Witajcie nam Święta!
Wiwat! Wiwat wiośnie!
Powyższy, naiwno-optymistyczny wierszyk popełniłam wiele lat temu, gdy marzec tętnił ciepłem i zielenią a chwilowe zmiany pogody nie były tak drastyczne jak te obecne. Gdzież tam wtedy myslało się o wichurach, burzach, snieżycach i mrozie? Wszystko było jak należy. A przynajmniej tak wydaje mi się z perspektywy czasu. Człowiek zresztą przeważnie ma tendencję do pamiętania tego, co dobre, ładne i miłe. Resztę zazwyczaj wypiera się jako zbędny bagaż.
W tamtych czasach nie w głowie mi były takie, jak teraz zmartwienia związane z gospodarstwem, troską o byt i zdrowie naszych bliskich, nas i zwierząt, które mamy pod opieką a także lęki przed tym, co przyniesie niepewne jutro. Ot, po prostu cieszyłam się świętami, jako synonimem odrodzenia życia i początkiem prawdziwej wiosny. Potrafiłam się tak radować niczego jeszcze właściwie o prawdziwym życiu nie wiedząc. Dzisiaj już bym chyba takiego wierszyka nie napisała bo choć nadal zdarza mi się cieszyć byle czym a moja sielska rzeczywistość jest tym, co mi najbliższe i nie marzę o zamienieniu jej na wygodny, miejski żywot, to niestety, z tyłu czaszki coraz głośniej i częściej dźwięczą jakieś pesymistyczne nutki. Patrzę na swoją twarz i poza wciąż licznymi piegami widzę cienie goryczy i zmarszczki bezradności, które są jak mapa moich życiowych doświadczeń, przeżyć oraz stale kłębiących się w duszy uczuć. Jakże daleką przeszłam drogę od tamtych lat prostego, szczenięcego szczęścia! Jak wiele się nauczyłam, jak wiele zapomniałam. Jak podobna, ale jednocześnie inna dzisiaj jestem.
A więc znalazłam po latach ów wiosenny wierszyk i przeczytałam go dziwiąc się samej sobie, że tak prosto kiedyś na wszystko patrzyłam. I tak mi z tym było dobrze. I nie miałam wewnętrznych oporów by o tym pisać. Teraz w głowie panoszy się coraz bardziej i wszystkiego surowo pilnuje wierna zgraja osobistych sępów: bezlitosny cenzor, ironiczny krytyk, dyżurny malkontent, znudzony obserwator, etatowy szyderca.
- Co zrobić z tym dziecinnym wierszykiem? Wyprzeć się go? Schować i niech nigdy już światła dziennego nie ogląda? - szepnęłam zrazu, przeczytawszy go z lekkim przekąsem i wzruszeniem ramion. Ale potem przypłynęły z odsieczą inne myśli.
- Wierszyk, jak wierszyk. Ani lepszy ani gorszy. Z ciebie prawdziwej zrodzony. Nadal potrafisz widzieć świat w jasnych kolorach. Umiesz cieszyć się tym, co masz! Nie wywołuj wilka z lasu tymi swoimi wiecznymi obawami i troskami. Doceniaj każdą chwilę. Nawet te wichury, deszcze i śniegi kwietniowe. Nawet to skrzypienie kości i obolałość mięśni, gdy wstajesz rano. Nawet ten ogrom roboty, z którym zmierzyć się musisz co dnia. Wciąż jeszcze masz siły i ochotę by robić swoje. I tego sie trzymaj!
W tamtych czasach nie w głowie mi były takie, jak teraz zmartwienia związane z gospodarstwem, troską o byt i zdrowie naszych bliskich, nas i zwierząt, które mamy pod opieką a także lęki przed tym, co przyniesie niepewne jutro. Ot, po prostu cieszyłam się świętami, jako synonimem odrodzenia życia i początkiem prawdziwej wiosny. Potrafiłam się tak radować niczego jeszcze właściwie o prawdziwym życiu nie wiedząc. Dzisiaj już bym chyba takiego wierszyka nie napisała bo choć nadal zdarza mi się cieszyć byle czym a moja sielska rzeczywistość jest tym, co mi najbliższe i nie marzę o zamienieniu jej na wygodny, miejski żywot, to niestety, z tyłu czaszki coraz głośniej i częściej dźwięczą jakieś pesymistyczne nutki. Patrzę na swoją twarz i poza wciąż licznymi piegami widzę cienie goryczy i zmarszczki bezradności, które są jak mapa moich życiowych doświadczeń, przeżyć oraz stale kłębiących się w duszy uczuć. Jakże daleką przeszłam drogę od tamtych lat prostego, szczenięcego szczęścia! Jak wiele się nauczyłam, jak wiele zapomniałam. Jak podobna, ale jednocześnie inna dzisiaj jestem.
A więc znalazłam po latach ów wiosenny wierszyk i przeczytałam go dziwiąc się samej sobie, że tak prosto kiedyś na wszystko patrzyłam. I tak mi z tym było dobrze. I nie miałam wewnętrznych oporów by o tym pisać. Teraz w głowie panoszy się coraz bardziej i wszystkiego surowo pilnuje wierna zgraja osobistych sępów: bezlitosny cenzor, ironiczny krytyk, dyżurny malkontent, znudzony obserwator, etatowy szyderca.
- Co zrobić z tym dziecinnym wierszykiem? Wyprzeć się go? Schować i niech nigdy już światła dziennego nie ogląda? - szepnęłam zrazu, przeczytawszy go z lekkim przekąsem i wzruszeniem ramion. Ale potem przypłynęły z odsieczą inne myśli.
- Wierszyk, jak wierszyk. Ani lepszy ani gorszy. Z ciebie prawdziwej zrodzony. Nadal potrafisz widzieć świat w jasnych kolorach. Umiesz cieszyć się tym, co masz! Nie wywołuj wilka z lasu tymi swoimi wiecznymi obawami i troskami. Doceniaj każdą chwilę. Nawet te wichury, deszcze i śniegi kwietniowe. Nawet to skrzypienie kości i obolałość mięśni, gdy wstajesz rano. Nawet ten ogrom roboty, z którym zmierzyć się musisz co dnia. Wciąż jeszcze masz siły i ochotę by robić swoje. I tego sie trzymaj!
- Przecież wiesz, iż niektórzy ludzie po naprawdę ciężkich przejściach osobistych, po chorobach, po walce z nowotworem (a nawet w jej trakcie) potrafią szanować i kochać egzystencję taką, jaka ona jest. Nie wybiegać myślami zanadto w przyszłość. Nie dręczyć się tym, co przemijalne albo tym, na co nie ma się wpływu. Celebrować każdą chwilę i uśmiechać się do samego siebie oraz do bliźnich. Tego nauczył ich dotyk śmierci, doznanie makabrycznego bólu, ostatecznego strachu i bezgranicznej samotności.
- Na pewno w umiejętności doceniania życia w każdym jego wymiarze pomaga wyznawana filozofia czy też głęboka wiara. Wystarczy, że wspomnę sobie mądrość, spokój, zgodę na wszystkie wyroki Opatrzności i ciepły blask, jaki do samego końca bił od ś.p. siostry Judyty, od razu wstyd mi za moje niewielkie przecież zmartwienia, bóle i obawy dotyczące przyszłości. Śmieszny i żałosny wydaje się wówczas ogarniający mnie od czasu do czasu pesymizm i niemoc. Przecież żyję. Przecież kocham i jestem kochana. Przecież mogę oglądać kolejną wiosnę. Zauważać i podziwiać jej barwy, zapachy, nastroje oraz niezwykłe szaleństwa pogodowe.
- Dlaczego więc nazwałam powyższy wierszyk naiwnym? Czy pogoda serca oraz ufność w dobro i w sens życia jest czymś głupim i niestosownym a nawet mocno irytującym? Czy z tego powinno się wyrosnąć i raz na zawsze porzucić jak stare, niemodne zabawki?
- Mała Oleńko, co siedzisz tam we mnie i czasem nie masz śmiałości się odezwać, widząc jak niekiedy smętnie zwieszam głowę, jak wzdycham i trę zaczerwienione oczy, jak chętnie narzekam w chórze innych narzekaczy - Oleńko, weź mnie proszę za rękę i zaprowadź raz jeszcze w swoją wiosnę. Pokaż, jak cieszyć się znów świętami, jak biegać swobodnie razem z wiatrem, jak śmiać się bez bólu w sercu, jak pisać proste, radosne wiersze i nie wstydzić się ich wcale!
Drodzy czytelnicy tego bloga! Oboje z Cezarym życzymy Wam odnalezienia w sobie ufności i prostej radości życia, spokojnego czasu dla siebie nawzajem, chęci na wspólne, wiosenne spacery. Choćby w śniegu i w deszczu! I także, a jakże: