Prawie każdy wiejski dom ma duży strych. Oddalone
od centrum życia, ciche i ciemne, najbardziej odosobnione w domu miejsce, gdzie
wchodzi się zazwyczaj po stromych schodkach, lub drabinie a przechowuje tam
rupiecie, worki starych ubrań, zepsute urządzenia elektryczne, kanapy z
wyłażącymi zewsząd sprężynami, skrzynie, pudła, słoje, nieprzydatne,
choć dziwnie trudne do wyrzucenia rzeczy…Poddasza kryją w sobie także przeróżne
zakamarki, miejsca tajemne, zamknięte dla oczu przypadkowych gości. To często
zakątki pełne wspomnień i uwięzionych tu na zawsze, nabrzmiałych silnymi emocjami
chwil. A wszystko to owinięte delikatną mgłą pajęczyn, zasnute zapachem
zbutwiałego drewna i kurzu, bezpiecznie zastygłe w czasie. Zwłaszcza strychy w
drewnianych, starych domostwach stanowią niezwykłą, fascynująca przestrzeń, w
której bezpiecznie czują się pająki, nietoperze, myszy czy też kuny a szpary
między starymi, stropowymi deskami dają magiczne złudzenie oglądania nieba niczym
w kalejdoskopie. Niektórzy miastowi przerabiają swoje strychy na wspaniałe
atelier, lub wygodne antresole i pozbawiają w ten sposób te pomieszczenia ich
charakterystycznego nastroju, uczucia tajemnicy i dotyku przeszłości. Oswajają i oświetlają porządnie te zakamarki sprawiając, iż stają się one integralną, najzwyklejszą częścią ich
domostwa. Mają na to pomysł, czas i fundusze. Nie patyczkują się z drzemiącymi
tu sekretami i wymiatają je z pamięci domu wraz z kurzem i truchłami much.
My po
uprzątnięciu przed kilku laty naszego strychu pozostawiliśmy go w spokoju i
wchodzimy nań z rzadka, nie ingerując zbyt mocno w szelestliwy splot czasu i
mroczny urok tego pomieszczenia. Jest ono już na zawsze chyba naznaczone
piętnem tragicznego wydarzenia, mającego tu miejsce około dziesięciu lat temu. Były właściciel naszego domu tu właśnie samobójczo zakończył swe życie. A
wcześniej to właśnie na strychu lubił się kryć przed zrzędliwą matką by czytywać
po kryjomu powieści historyczne i przygodowe, w tym ulubionych przez siebie Verne’a oraz Sienkiewicza. Ów nazbyt wrażliwy mężczyzna był samotną,
nieszczęśliwą, kompletnie niezrozumianą przez otoczenie osobą. Miał pecha
przyjść na świat nie w tym czasie i nie w tym miejscu, które pomogłoby mu
znaleźć w życiu spełnienie. „Głupi Staszek”, jak zazwyczaj mówiono we wsi o nim znajdował na strychu swe schronienie i oazę, gdy zmęczył go ten pełen intensywnego
dziania, ludzkich drwin i fałszywych przyjaciół świat na dole…
Dlatego szanując w pewien sposób to miejsce
i nie chcąc niczego tu zaburzać wdrapuję się na ciemne, strychowe schody ot,
tyle tylko by w deszczowe dni pranie tam powiesić. Zioła czy grzyby latem
wysuszyć, bo w lecie gorąco tu jak w piekarniku. Coś schować na wieczne
niepamiętanie. Koty złapać, które z upodobaniem lubią się chować w ciemnych
zakamarkach a potem szaleć, ćwicząc akrobatyczne skoki między krokwiami i
deskami podporowymi. Komin przeczyścić, który ciągle w stalaktyty sadzy i żużlu
obrasta. Kawałki chleba na płachtach rozłożyć, żeby nie zapleśniał, lecz
przydawał się do szybkiego przygotowania karmy dla kur. Potem wystarczy
napełnić wiadro tymi wysuszonymi na kamień kromkami, ciepłą wodą zalać, śruty
dosypać i jedzenie dla pierzastych w try miga gotowe.
No właśnie…Od pół roku udaje nam się kupować
z zaprzyjaźnionej piekarni duże ilości czerstwego oraz całkiem jeszcze świeżego
chleba. Codziennie setki kilogramów niesprzedanego pieczywa wraca na zaplecze
piekarni ze sklepów, nie znajdując nabywców. Czy to chleb jest w dzisiejszych
czasach za drogi, czy to oferta piekarzy zbyt duża? Pewnie jedno i drugie. Tak czy siak my jesteśmy ogromnie zadowoleni
raz w miesiącu przywożąc do domu po kilka dwudziestokilogramowych worków przecenionego
chleba razowego i zwykłego, orkiszowego i słonecznikowego, z żurawiną, rodzynkami,
siemieniem lnianym i dynią, bułek, rogali, pączków, ciastek francuskich, drożdżówek
i strucli. Niewielką część tego dobra mrożę i zużytkowuję potem dla nas, gdyż
nic złego temu pieczywu nie dolega. Jest czyste i smaczne a przy tym niezwykle
urozmaicone gatunkowo. Ktoś go w sklepie nie chciał, ale przecież nie powinno
się marnować. Zresztą myślę, iż tak naprawdę żadna kromka się nie marnuje. Na
podkarpackiej prowincji, z dala od eleganckich supermarketów i złudnych świateł
neonów, wciąż jest duży szacunek dla chleba. Tutejsza tradycja a co ważniejsze,
ubóstwo wielu rodzin każe traktować ten dar boży nieomal z nabożeństwem. Tak
było i tak jest nadal. Wielu ludzi pamięta tu czasy głodu na przednówku, czy w
okresie wojny. Wtedy sucha kromka chleba bywała wytęsknionym rarytasem…Wtedy
obecny nadmiar wszystkiego wydawałby się po prostu niemożliwy a nawet
niemoralny. Myślę o tym wszystkim i dziwnie mi się robi na widok tej ogromnej
ilości chleba zgromadzonego na moim strychu. Dla kur…
Na zapleczu piekarni, gdzie przeważnie
obsługuje nas serdecznie ta sama, ubrana na biało piekarzowa zawsze czeka
kolejna chętnych by nabyć u niej trochę tańszego pieczywa. W dzisiejszych
czasach ludziom się nie przelewa i muszą zważać na każdą złotówkę. Tymczasem
chleb na półkach sklepowych drogi. Coraz droższy. Kupisz bochenek, kostkę
masła, mleko, ser czy wędlinę i już portfel jest lżejszy o parę dziesiątek
złotych. A przecież jeść trzeba codziennie. I coś jeszcze na obiad wymyślić. I
tak co dnia, dziesiątka za dziesiątką, stówka za stówką…A pensja, emerytura,
renta mała, coraz mniejsza…A tymczasem posłowie oraz ministrowie lekką ręką
wydają na swoje obiadki i kolacyjki tysiące złotych! Tak dalecy od zwyczajnego
życia, jak gdyby spadli na ziemię z obcej planety i zupełnie nie rozumieli
niestosowności swego zachowania. Ech, ileż narzekań, utyskiwań słyszy się w
tych wszystkich miejscach, gdzie się ludzie, co dnia spotykają. Poczekalnie w
przychodniach i bankach, kolejki w aptekach, przystanki autobusowe szemrzą
głosami staruszków przelęknionych o swój byt, pełnych obaw o niepokojącą
bliskość z pogrążoną w chaosie Ukrainą. Szumią pomrukiem gniewnych, młodych
osób oburzonych na niesprawiedliwość społeczną i rosnącą drożyznę oraz rosnące
bezrobocie i wynikający z niej marazm oraz totalny brak perspektyw dla
pozostających w kraju. A wokół? Tylko markety coraz bardziej kolorowe i
towarami wszelakimi przepełnione. Tylko krzykliwych reklam i udawanych promocji
wszędzie coraz więcej. Tylko telewizja mami i stępia zmysły radosnymi programami
rozrywkowymi i zadowolonymi z siebie twarzami celebrytów. A szarzy, spracowani ludzie
drepczą do sklepów ze swoimi karteczkami, gdzie mają spisane listy niezbędnych
zakupów i nie oglądają się nawet na boki, zaś telewizor przydaje im się
zaledwie jako wieczorna, monotonna usypianka po męczącym dniu...
Ale na bok chcę teraz odłożyć te gorzkie
spostrzeżenia i próżne żale. Powracam myślami do mojego strychu i tamtego dnia,
gdy rozkładałam na nim ostatnio kromki pachnącego wspaniale chleba. Było bardzo
gorąco. Na dworze upał ponad trzydziestostopniowy. Strych blachą pokryty rozpalony
i duszny niczym sauna. Długo już klęczałam na płachtach starych prześcieradeł i
mechanicznie otwierałam kolejne woreczki foliowe z pieczywem. Tworzyłam całkiem
ładną, chlebową układankę. Podobną do tych tasiemcowych budowli z kostek
domina. Zapatrzyłam się na nią. W głowie mi się zakręciło. Otarłam rękawem
koszuli spocone czoło. Usiadłam na jakiejś skrzynce po jabłkach. Oparłam się o
drewniany słup. Na chwilę przymknęłam oczy…
…Jestem na
strychu. Ale to chyba nie mój strych, choć miejsce jakby to samo, bo przez okno
widzę tę samą, tylko mniejszą może trochę niż moja lipę. Gdzieś podziała się szara,
betonowa podłoga a zamiast niej jest ciemnobrązowa, dębowa. I ściany wokół
drewniane a nie ceglaste. Nie widać też nowych, plastikowych, prostokątnych
okienek. Jest tylko jedno maleńkie, półokrągłe okno przysłonięte szarą,
wystrzępioną firanką. Siedzę w kącie na stosie starych szmat. Dookoła panuje
półmrok. Powietrze jest gorące i ciężkie. Pachnie świeżym chlebem, suszącymi
się u powały ziołami oraz odchodami myszy. Słychać też ich ciche popiskiwania.
Wszędzie piętrzą się stosy jakichś worków. Kilka wielkich skrzyń stoi
ustawionych w rogach pomieszczenia. Stare, wielkie jak drzwi, mętne lustro
przystawiono do największej ze skrzyń. Coś mi każe tam podejść. Staram się iść
cichutko, żeby nie spłoszyć tego czegoś, czego głośny, miarowy oddech dobiega
do mnie z tamtej strony. Nie widać mojej postaci w zamglonej szybie
zwierciadła, ale o dziwo, wcale mnie to nie zastanawia. Ostrożnie zaglądam za nie. I
dostrzegam ze zdumieniem, iż na kolejnym stosie szmat śpi jakaś młoda,
wychudzona kobieta. W ramionach tuli pogrążone we śnie małe dziecko. Obok nich,
wprost na podłodze stoi miska z jakimiś marnymi resztkami pożywienia.
Nie chcę ich budzić, przeszkadzać. Nie
wiadomo czemu, ale nie dziwi mnie tutaj widok tych dwojga. Mam przy tym nieodparte
wrażenie jeszcze czyjejś obecności. Zdaje mi się, że w pobliżu mnie stoi ktoś
jeszcze i ze smutkiem przygląda się tym dwojgu. Wpatrując się w mroczny kąt
omalże dostrzegam w nim mglistą sylwetkę, wysokiego, lecz zgarbionego mężczyzny…
Poznaję go od razu. To Staszek. Jednak wcale się go nie boję. Uznaję jego bycie
tu za coś normalnego, przynależnego temu miejscu. Po chwili odwracam od niego
oczy i wstrzymując oddech wpatruję się jeszcze długo w twarze śpiących. Piękne,
niezwykłe twarze. Kobieta wygląda jak postać z obrazów Rafaela. Długie rzęsy
ocieniają subtelnym cieniem jej policzki. Blade, ślicznie wykrojone usta otacza
ciemny, delikatny meszek. Niewiasta uśmiecha się błogo. Pewnie ma dobre sny…Gęste,
ciemne włosy kobiety zaplecione są w długi warkocz, spływający teraz na nagie
stopy opartego o jej piersi oseska. Maluch zaczyna się chyba budzić. Porusza
się nerwowo. Popiskuje jak kociak. Matka otwiera oczy i jak gdyby chcąc czym
prędzej uciszyć malca szybko rozpina bluzkę i przystawia dziecko do piersi.
- Jedz Szymonku,
jedz mój kochany, tylko nie płacz, nie wolno ci płakać – wyszeptała pochylając
się troskliwie nad synkiem i całując główkę maleństwa.
Potem mu coś
cichutko zanuciła. Ta melodia wywołała w mym sercu dziwne wzruszenie. Tak,
jakbym kiedyś już ją słyszała. Jak gdyby pochodziła z jakiejś utraconej,
mitycznej krainy wiecznej szczęśliwości…
Chłopczyk najadłszy się znowu zasnął a matka
położyła go delikatnie obok i wzięła pustką miskę, żeby wyskrobać z niej jakieś
okruchy. Oblizała palce a potem zapatrzyła się z nadzieją w okienko. Oczy
lśniły jej gorączkowo. Żuła skórkę od chleba i widać było, iż delektuje się jej
smakiem. Wreszcie westchnąwszy ciężko pogładziła śpiącą twarzyczkę dziecka i
wyszeptała:
- Kiedyś upiekę
dla nas wielki, chrupiący chleb. Jak wystygnie, to zjemy go we dwoje. Bez
niczego. Albo nie! Posmaruję go masłem. Posypię cukrem. Jeszcze zobaczysz
Szymonku, jakie wspaniałe może być jedzenie. Jak cudowne życie…
Raptem zamilkła i skuliła się, gdyż do jej
uszu dobiegły jakieś krzyki z dołu. Słychać było nieprzyjemny, męski głos.
Trwała kilkuminutowa, wygłaszana nie znoszącym sprzeciwu tonem tyrada. Dało się
w niej rozróżnić tylko pojedyncze fragmenty zdań…
- Mam już tego
dość! Powiedziałem, że ma się wynosić! Potrzebna nam tutaj ta….Jak Ty nic z tym
nie zrobisz, to ja….Kolejna gęba do nakarmienia! Wreszcie ją znajdą i nas
wszystkich….Głupia babo…Miłosierdzie? W tych czasach?! O sobie trzeba myśleć a
nie o….Tak, dzisiaj! Jak ty nie, to ja wygonię! Zamilcz!
Ze strachu wstrzymałam oddech. Wcisnęłam się
za wielką skrzynię i popatrywałam stamtąd na poczynania czarnowłosej kobiety,
która szybko wstała z barłogu, podeszła do okna i nerwowo zaczęła zapinać
bluzkę, obciągać brązową spódnicę, zawiązywać na głowie niebieską chustkę a
nawet mimo gorąca otulać śpiące dziecko w wełniany kocyk i popatrywać lękliwie
w stronę drzwi. Wyglądała przy tym jak zaszczute zwierzę, które koniecznie
chciałoby gdzieś uciec, schować się, lecz nie bardzo wiadomo gdzie.
Zaczerwieniona z powodu tłumionych emocji oddychała szybko i oblizywała
spierzchnięte wargi czubkiem języka.
Niedługo potem drzwi strychu otworzyły się i
do środka weszła cichutko ubrana w sprany fartuszek młoda gospodyni. Pod pachą
niosła bochenek chleba a w dłoni małą kankę, wypełnioną chlupoczącym, świeżo
udojonym mlekiem.
- Nie śpisz już
Estero? – zapytała melodyjnym, cichym głosem spoglądając z mieszaniną wstydu i
ulgi na sylwetkę stojącej przy oknie kobiety.
- Już odpoczęłam Agnieszko! Najwyższa pora bym
stąd odeszła. Poczekam jeszcze parę chwil do zmierzchu i pójdę – odrzekła tamta
twardo i zdecydowanie a potem spojrzawszy w zmieszane oczy Agnieszki,
złagodniała. Podeszła do gospodyni i ucałowała ją z czułą wdzięcznością.
- Naprawdę dużo
dla nas zrobiłaś Agnieszko! Dziękuję ci kochana! Nigdy o tym nie zapomnę. Teraz
jednak sama muszę zadbać o nasz los – szepnęła i uśmiechnęła się tak pogodnie,
jak gdyby wybierała się na bal, na którym czekał na nią jakiś piękny książę.
- Ale gdzie
pójdziesz Estero? Przecież wszędzie Niemcy… - żachnęła się gospodyni.
- Usiądź proszę spokojnie.
Razem pomyślimy nad tym, co można dla ciebie zrobić. Napij się. Zjedz kawałek
chleba. Właśnie upiekłam świeży.
- Nie martw się o
mnie kochana! Czuję, że powinnam iść. Wszystko będzie dobrze. Trafię do
swoich i jakoś przeczekam do końca wojny. Tam, za lasem i za drugą wsią
mieszkali kiedyś dalecy krewni męża. Na pewno są tam jeszcze i pomogą nam… -
odrzekła nazywana Esterą kobieta a potem poprosiła nieśmiało:
- Jeśli możesz,
to daj mi na drogę trochę chleba. Zawinę go sobie w chustkę i zjem na
śniadanie. Pewnie będę musiała nocować w lesie, to akurat mi się jutro przyda.
- Bierz cały
bochenek! I mleka do butelki ci naleję. I trochę pieluch dla Szymonka dam. Nie
mam nic więcej, bo w domu bieda. Kazimierz wszystko przepił…- tłumaczyła się ze
wstydem Agnieszka i przelewała mleko do butelki wyciągniętej ze stojącej na
strychu szafki.
Pół godziny później za oknem zaczął zapadać
zmrok. Był początek wyjątkowo ciepłego sierpnia. Pachnące, wieczorne powietrze
nawiewało aż na strych aromat łąki, siana i dzikich róż. Jakiś pies zaszczekał
w oddali. Jakiś kot zamiauczał przeciągle. Kobiety westchnąwszy, uściskały się
serdecznie a potem razem zeszły ostrożnie po skrzypiących, drewnianych
schodkach.
Stałam jeszcze długo przy strychowym okienku
patrząc na ledwo co widoczną w oddali błękitną chusteczkę Estery, która znikała
właśnie w głębi bukowej kniei. Popatrzyłam w stronę, gdzie do niedawna stał
Staszek, obserwując wraz ze mną w skupieniu rozgrywające się tu sceny. Jednak po tym smutnym człowieku został
już tylko niewyraźny cień i ciche westchnienie. Chwilę potem i tego już
nie było…
Cykały świerszcze a gospodyni na dole chyba
szykowała kolację dla męża, bo dało się słyszeć brzęk talerzy i sztućców,
szuranie krzeseł. Upojnie wprost pachniało świeżym chlebem i jakąś zupą.
Poczułam się głodna. Sztućce hałasowały coraz mocniej. I świerszcze też coraz
głośniej grały...
... - Co to za hałas?
Co się tam dzieje? – pomyślałam i przeciągnęłam się mocno a w brzuchu
zaburczało mi tak potężnie, jakbym od kilku dni nic nie jadła. Coś kłuło mnie w
uda. Sięgnęłam i namacałam suche okruchy chleba…
- Już myślałem,
że zasnęłaś na tym strychu! – zawołał na mój widok. Trochę nieprzytomnie uśmiechnęłam
się do niego i nic nie odpowiedziałam. Wspomnienie dziwnego snu zwijało się w
bezpieczny kokon w mojej głowie i nie czas był teraz na jego opowiadanie. Umyłam
ręce a potem zasiadłam przy stole i ze smakiem zjadłam w towarzystwie męża
naszą obiadokolację.
Za oknem zaczęły cykać świerszcze. Ciemna
ściana lasu stała w dali tajemnicza i nieprzenikniona a na strychu w ciszy i
spokoju schły pęczki ziół oraz czerstwe pieczywo rozłożone na płachtach…
* Historię Staszka zawarłam
w opowiadaniu „Sekret naszego domu”. Przeczytać je można zajrzawszy w archiwum tego bloga, do listopada, 2012 roku.
* Agnieszka i Estera są
głównymi bohaterkami powieści, którą piszę od ponad roku, jednak wciąż jeszcze daleka
jestem od jej skończenia.