niedziela, 3 sierpnia 2014

Strychowe zamyślenia i sny…



   

    Prawie każdy wiejski dom ma duży strych. Oddalone od centrum życia, ciche i ciemne, najbardziej odosobnione w domu miejsce, gdzie wchodzi się zazwyczaj po stromych schodkach, lub drabinie a przechowuje tam rupiecie, worki starych ubrań, zepsute urządzenia elektryczne, kanapy z wyłażącymi zewsząd sprężynami, skrzynie, pudła, słoje, nieprzydatne, choć dziwnie trudne do wyrzucenia rzeczy…Poddasza kryją w sobie także przeróżne zakamarki, miejsca tajemne, zamknięte dla oczu przypadkowych gości. To często zakątki pełne wspomnień i uwięzionych tu na zawsze, nabrzmiałych silnymi emocjami chwil. A wszystko to owinięte delikatną mgłą pajęczyn, zasnute zapachem zbutwiałego drewna i kurzu, bezpiecznie zastygłe w czasie. Zwłaszcza strychy w drewnianych, starych domostwach stanowią niezwykłą, fascynująca przestrzeń, w której bezpiecznie czują się pająki, nietoperze, myszy czy też kuny a szpary między starymi, stropowymi deskami dają magiczne złudzenie oglądania nieba niczym w kalejdoskopie. Niektórzy miastowi przerabiają swoje strychy na wspaniałe atelier, lub wygodne antresole i pozbawiają w ten sposób te pomieszczenia ich charakterystycznego nastroju, uczucia tajemnicy i dotyku przeszłości. Oswajają i oświetlają porządnie te zakamarki sprawiając, iż stają się one integralną, najzwyklejszą częścią ich domostwa. Mają na to pomysł, czas i fundusze. Nie patyczkują się z drzemiącymi tu sekretami i wymiatają je z pamięci domu wraz z kurzem i truchłami much.


    My po uprzątnięciu przed kilku laty naszego strychu pozostawiliśmy go w spokoju i wchodzimy nań z rzadka, nie ingerując zbyt mocno w szelestliwy splot czasu i mroczny urok tego pomieszczenia. Jest ono już na zawsze chyba naznaczone piętnem tragicznego wydarzenia, mającego tu miejsce około dziesięciu lat temu. Były właściciel naszego domu tu właśnie samobójczo zakończył swe życie. A wcześniej to właśnie na strychu lubił się kryć przed zrzędliwą matką by czytywać po kryjomu powieści historyczne i przygodowe, w tym ulubionych przez siebie Verne’a oraz Sienkiewicza. Ów nazbyt wrażliwy mężczyzna był samotną, nieszczęśliwą, kompletnie niezrozumianą przez otoczenie osobą. Miał pecha przyjść na świat nie w tym czasie i nie w tym miejscu, które pomogłoby mu znaleźć w życiu spełnienie. „Głupi Staszek”, jak zazwyczaj mówiono we wsi o nim znajdował na strychu swe schronienie i oazę, gdy zmęczył go ten pełen intensywnego dziania, ludzkich drwin i fałszywych przyjaciół świat na dole…

   Dlatego szanując w pewien sposób to miejsce i nie chcąc niczego tu zaburzać wdrapuję się na ciemne, strychowe schody ot, tyle tylko by w deszczowe dni pranie tam powiesić. Zioła czy grzyby latem wysuszyć, bo w lecie gorąco tu jak w piekarniku. Coś schować na wieczne niepamiętanie. Koty złapać, które z upodobaniem lubią się chować w ciemnych zakamarkach a potem szaleć, ćwicząc akrobatyczne skoki między krokwiami i deskami podporowymi. Komin przeczyścić, który ciągle w stalaktyty sadzy i żużlu obrasta. Kawałki chleba na płachtach rozłożyć, żeby nie zapleśniał, lecz przydawał się do szybkiego przygotowania karmy dla kur. Potem wystarczy napełnić wiadro tymi wysuszonymi na kamień kromkami, ciepłą wodą zalać, śruty dosypać i jedzenie dla pierzastych w try miga gotowe.

   No właśnie…Od pół roku udaje nam się kupować z zaprzyjaźnionej piekarni duże ilości czerstwego oraz całkiem jeszcze świeżego chleba. Codziennie setki kilogramów niesprzedanego pieczywa wraca na zaplecze piekarni ze sklepów, nie znajdując nabywców. Czy to chleb jest w dzisiejszych czasach za drogi, czy to oferta piekarzy zbyt duża? Pewnie jedno i drugie.  Tak czy siak my jesteśmy ogromnie zadowoleni raz w miesiącu przywożąc do domu po kilka dwudziestokilogramowych worków przecenionego chleba razowego i zwykłego, orkiszowego i słonecznikowego, z żurawiną, rodzynkami, siemieniem lnianym i dynią, bułek, rogali, pączków, ciastek francuskich, drożdżówek i strucli. Niewielką część tego dobra mrożę i zużytkowuję potem dla nas, gdyż nic złego temu pieczywu nie dolega. Jest czyste i smaczne a przy tym niezwykle urozmaicone gatunkowo. Ktoś go w sklepie nie chciał, ale przecież nie powinno się marnować. Zresztą myślę, iż tak naprawdę żadna kromka się nie marnuje. Na podkarpackiej prowincji, z dala od eleganckich supermarketów i złudnych świateł neonów, wciąż jest duży szacunek dla chleba. Tutejsza tradycja a co ważniejsze, ubóstwo wielu rodzin każe traktować ten dar boży nieomal z nabożeństwem. Tak było i tak jest nadal. Wielu ludzi pamięta tu czasy głodu na przednówku, czy w okresie wojny. Wtedy sucha kromka chleba bywała wytęsknionym rarytasem…Wtedy obecny nadmiar wszystkiego wydawałby się po prostu niemożliwy a nawet niemoralny. Myślę o tym wszystkim i dziwnie mi się robi na widok tej ogromnej ilości chleba zgromadzonego na moim strychu. Dla kur…

   Na zapleczu piekarni, gdzie przeważnie obsługuje nas serdecznie ta sama, ubrana na biało piekarzowa zawsze czeka kolejna chętnych by nabyć u niej trochę tańszego pieczywa. W dzisiejszych czasach ludziom się nie przelewa i muszą zważać na każdą złotówkę. Tymczasem chleb na półkach sklepowych drogi. Coraz droższy. Kupisz bochenek, kostkę masła, mleko, ser czy wędlinę i już portfel jest lżejszy o parę dziesiątek złotych. A przecież jeść trzeba codziennie. I coś jeszcze na obiad wymyślić. I tak co dnia, dziesiątka za dziesiątką, stówka za stówką…A pensja, emerytura, renta mała, coraz mniejsza…A tymczasem posłowie oraz ministrowie lekką ręką wydają na swoje obiadki i kolacyjki tysiące złotych! Tak dalecy od zwyczajnego życia, jak gdyby spadli na ziemię z obcej planety i zupełnie nie rozumieli niestosowności swego zachowania. Ech, ileż narzekań, utyskiwań słyszy się w tych wszystkich miejscach, gdzie się ludzie, co dnia spotykają. Poczekalnie w przychodniach i bankach, kolejki w aptekach, przystanki autobusowe szemrzą głosami staruszków przelęknionych o swój byt, pełnych obaw o niepokojącą bliskość z pogrążoną w chaosie Ukrainą. Szumią pomrukiem gniewnych, młodych osób oburzonych na niesprawiedliwość społeczną i rosnącą drożyznę oraz rosnące bezrobocie i wynikający z niej marazm oraz totalny brak perspektyw dla pozostających w kraju. A wokół? Tylko markety coraz bardziej kolorowe i towarami wszelakimi przepełnione. Tylko krzykliwych reklam i udawanych promocji wszędzie coraz więcej. Tylko telewizja mami  i stępia zmysły radosnymi programami rozrywkowymi i zadowolonymi z siebie twarzami celebrytów. A szarzy, spracowani ludzie drepczą do sklepów ze swoimi karteczkami, gdzie mają spisane listy niezbędnych zakupów i nie oglądają się nawet na boki, zaś telewizor przydaje im się zaledwie jako wieczorna, monotonna usypianka po męczącym dniu...

   Ale na bok chcę teraz odłożyć te gorzkie spostrzeżenia i próżne żale. Powracam myślami do mojego strychu i tamtego dnia, gdy rozkładałam na nim ostatnio kromki pachnącego wspaniale chleba. Było bardzo gorąco. Na dworze upał ponad trzydziestostopniowy. Strych blachą pokryty rozpalony i duszny niczym sauna. Długo już klęczałam na płachtach starych prześcieradeł i mechanicznie otwierałam kolejne woreczki foliowe z pieczywem. Tworzyłam całkiem ładną, chlebową układankę. Podobną do tych tasiemcowych budowli z kostek domina. Zapatrzyłam się na nią. W głowie mi się zakręciło. Otarłam rękawem koszuli spocone czoło. Usiadłam na jakiejś skrzynce po jabłkach. Oparłam się o drewniany słup. Na chwilę przymknęłam oczy…

…Jestem na strychu. Ale to chyba nie mój strych, choć miejsce jakby to samo, bo przez okno widzę tę samą, tylko mniejszą może trochę niż moja lipę. Gdzieś podziała się szara, betonowa podłoga a zamiast niej jest ciemnobrązowa, dębowa. I ściany wokół drewniane a nie ceglaste. Nie widać też nowych, plastikowych, prostokątnych okienek. Jest tylko jedno maleńkie, półokrągłe okno przysłonięte szarą, wystrzępioną firanką. Siedzę w kącie na stosie starych szmat. Dookoła panuje półmrok. Powietrze jest gorące i ciężkie. Pachnie świeżym chlebem, suszącymi się u powały ziołami oraz odchodami myszy. Słychać też ich ciche popiskiwania. Wszędzie piętrzą się stosy jakichś worków. Kilka wielkich skrzyń stoi ustawionych w rogach pomieszczenia. Stare, wielkie jak drzwi, mętne lustro przystawiono do największej ze skrzyń. Coś mi każe tam podejść. Staram się iść cichutko, żeby nie spłoszyć tego czegoś, czego głośny, miarowy oddech dobiega do mnie z tamtej strony. Nie widać mojej postaci w zamglonej szybie zwierciadła, ale o dziwo, wcale mnie to nie zastanawia. Ostrożnie zaglądam za nie. I dostrzegam ze zdumieniem, iż na kolejnym stosie szmat śpi jakaś młoda, wychudzona kobieta. W ramionach tuli pogrążone we śnie małe dziecko. Obok nich, wprost na podłodze stoi miska z jakimiś marnymi resztkami pożywienia.

  Nie chcę ich budzić, przeszkadzać. Nie wiadomo czemu, ale nie dziwi mnie tutaj widok tych dwojga. Mam przy tym nieodparte wrażenie jeszcze czyjejś obecności. Zdaje mi się, że w pobliżu mnie stoi ktoś jeszcze i ze smutkiem przygląda się tym dwojgu. Wpatrując się w mroczny kąt omalże dostrzegam w nim mglistą sylwetkę, wysokiego, lecz zgarbionego mężczyzny… Poznaję go od razu. To Staszek. Jednak wcale się go nie boję. Uznaję jego bycie tu za coś normalnego, przynależnego temu miejscu. Po chwili odwracam od niego oczy i wstrzymując oddech wpatruję się jeszcze długo w twarze śpiących. Piękne, niezwykłe twarze. Kobieta wygląda jak postać z obrazów Rafaela. Długie rzęsy ocieniają subtelnym cieniem jej policzki. Blade, ślicznie wykrojone usta otacza ciemny, delikatny meszek. Niewiasta uśmiecha się błogo. Pewnie ma dobre sny…Gęste, ciemne włosy kobiety zaplecione są w długi warkocz, spływający teraz na nagie stopy opartego o jej piersi oseska. Maluch zaczyna się chyba budzić. Porusza się nerwowo. Popiskuje jak kociak. Matka otwiera oczy i jak gdyby chcąc czym prędzej uciszyć malca szybko rozpina bluzkę i przystawia dziecko do piersi.

- Jedz Szymonku, jedz mój kochany, tylko nie płacz, nie wolno ci płakać – wyszeptała pochylając się troskliwie nad synkiem i całując główkę maleństwa.
Potem mu coś cichutko zanuciła. Ta melodia wywołała w mym sercu dziwne wzruszenie. Tak, jakbym kiedyś już ją słyszała. Jak gdyby pochodziła z jakiejś utraconej, mitycznej krainy wiecznej szczęśliwości…

   Chłopczyk najadłszy się znowu zasnął a matka położyła go delikatnie obok i wzięła pustką miskę, żeby wyskrobać z niej jakieś okruchy. Oblizała palce a potem zapatrzyła się z nadzieją w okienko. Oczy lśniły jej gorączkowo. Żuła skórkę od chleba i widać było, iż delektuje się jej smakiem. Wreszcie westchnąwszy ciężko pogładziła śpiącą twarzyczkę dziecka i wyszeptała:

- Kiedyś upiekę dla nas wielki, chrupiący chleb. Jak wystygnie, to zjemy go we dwoje. Bez niczego. Albo nie! Posmaruję go masłem. Posypię cukrem. Jeszcze zobaczysz Szymonku, jakie wspaniałe może być jedzenie. Jak cudowne życie…

   Raptem zamilkła i skuliła się, gdyż do jej uszu dobiegły jakieś krzyki z dołu. Słychać było nieprzyjemny, męski głos. Trwała kilkuminutowa, wygłaszana nie znoszącym sprzeciwu tonem tyrada. Dało się w niej rozróżnić tylko pojedyncze fragmenty zdań…

- Mam już tego dość! Powiedziałem, że ma się wynosić! Potrzebna nam tutaj ta….Jak Ty nic z tym nie zrobisz, to ja….Kolejna gęba do nakarmienia! Wreszcie ją znajdą i nas wszystkich….Głupia babo…Miłosierdzie? W tych czasach?! O sobie trzeba myśleć a nie o….Tak, dzisiaj! Jak ty nie, to ja wygonię! Zamilcz!

   Ze strachu wstrzymałam oddech. Wcisnęłam się za wielką skrzynię i popatrywałam stamtąd na poczynania czarnowłosej kobiety, która szybko wstała z barłogu, podeszła do okna i nerwowo zaczęła zapinać bluzkę, obciągać brązową spódnicę, zawiązywać na głowie niebieską chustkę a nawet mimo gorąca otulać śpiące dziecko w wełniany kocyk i popatrywać lękliwie w stronę drzwi. Wyglądała przy tym jak zaszczute zwierzę, które koniecznie chciałoby gdzieś uciec, schować się, lecz nie bardzo wiadomo gdzie. Zaczerwieniona z powodu tłumionych emocji oddychała szybko i oblizywała spierzchnięte wargi czubkiem języka.

   Niedługo potem drzwi strychu otworzyły się i do środka weszła cichutko ubrana w sprany fartuszek młoda gospodyni. Pod pachą niosła bochenek chleba a w dłoni małą kankę, wypełnioną chlupoczącym, świeżo udojonym mlekiem.

- Nie śpisz już Estero? – zapytała melodyjnym, cichym głosem spoglądając z mieszaniną wstydu i ulgi na sylwetkę stojącej przy oknie kobiety.

 - Już odpoczęłam Agnieszko! Najwyższa pora bym stąd odeszła. Poczekam jeszcze parę chwil do zmierzchu i pójdę – odrzekła tamta twardo i zdecydowanie a potem spojrzawszy w zmieszane oczy Agnieszki, złagodniała. Podeszła do gospodyni i ucałowała ją z czułą wdzięcznością.

- Naprawdę dużo dla nas zrobiłaś Agnieszko! Dziękuję ci kochana! Nigdy o tym nie zapomnę. Teraz jednak sama muszę zadbać o nasz los – szepnęła i uśmiechnęła się tak pogodnie, jak gdyby wybierała się na bal, na którym czekał na nią jakiś piękny książę.

- Ale gdzie pójdziesz Estero? Przecież wszędzie Niemcy… - żachnęła się gospodyni.

- Usiądź proszę spokojnie. Razem pomyślimy nad tym, co można dla ciebie zrobić. Napij się. Zjedz kawałek chleba. Właśnie upiekłam świeży.

- Nie martw się o mnie kochana! Czuję, że powinnam iść. Wszystko będzie dobrze. Trafię do swoich i jakoś przeczekam do końca wojny. Tam, za lasem i za drugą wsią mieszkali kiedyś dalecy krewni męża. Na pewno są tam jeszcze i pomogą nam… - odrzekła nazywana Esterą kobieta a potem poprosiła nieśmiało:

- Jeśli możesz, to daj mi na drogę trochę chleba. Zawinę go sobie w chustkę i zjem na śniadanie. Pewnie będę musiała nocować w lesie, to akurat mi się jutro przyda.

- Bierz cały bochenek! I mleka do butelki ci naleję. I trochę pieluch dla Szymonka dam. Nie mam nic więcej, bo w domu bieda. Kazimierz wszystko przepił…- tłumaczyła się ze wstydem Agnieszka i przelewała mleko do butelki wyciągniętej ze stojącej na strychu szafki.

   Pół godziny później za oknem zaczął zapadać zmrok. Był początek wyjątkowo ciepłego sierpnia. Pachnące, wieczorne powietrze nawiewało aż na strych aromat łąki, siana i dzikich róż. Jakiś pies zaszczekał w oddali. Jakiś kot zamiauczał przeciągle. Kobiety westchnąwszy, uściskały się serdecznie a potem razem zeszły ostrożnie po skrzypiących, drewnianych schodkach.
   Stałam jeszcze długo przy strychowym okienku patrząc na ledwo co widoczną w oddali błękitną chusteczkę Estery, która znikała właśnie w głębi bukowej kniei. Popatrzyłam w stronę, gdzie do niedawna stał Staszek, obserwując wraz ze mną w skupieniu rozgrywające się tu sceny. Jednak po tym smutnym człowieku został już tylko niewyraźny cień i ciche westchnienie. Chwilę potem i tego już nie było…
   Cykały świerszcze a gospodyni na dole chyba szykowała kolację dla męża, bo dało się słyszeć brzęk talerzy i sztućców, szuranie krzeseł. Upojnie wprost pachniało świeżym chlebem i jakąś zupą. Poczułam się głodna. Sztućce hałasowały coraz mocniej. I świerszcze też coraz głośniej grały...

... - Co to za hałas? Co się tam dzieje? – pomyślałam i przeciągnęłam się mocno a w brzuchu zaburczało mi tak potężnie, jakbym od kilku dni nic nie jadła. Coś kłuło mnie w uda. Sięgnęłam i namacałam suche okruchy chleba…

- Ile tu śmieci! Na czym ja siedzę? – sapnęłam, otwierając oczy i będąc znowu na swoim własnym strychu. Wokół mnie leżały płachty pokryte suszącym się chlebem. Złapałam pierwszą lepszą kromkę i z rozkoszą wbiłam w nią zęby a potem zbiegłam na dół i zerknąwszy na zegar kuchenny odkryłam, że musiałam uciąć sobie na górze niezłą drzemkę. Cezary właśnie odgrzewał dla nas zupę jarzynową. Układał talerze i łyżki na stole. Kroił w cienkie kromki mój ulubiony, razowy chleb.

- Już myślałem, że zasnęłaś na tym strychu! – zawołał na mój widok. Trochę nieprzytomnie uśmiechnęłam się do niego i nic nie odpowiedziałam. Wspomnienie dziwnego snu zwijało się w bezpieczny kokon w mojej głowie i nie czas był teraz na jego opowiadanie. Umyłam ręce a potem zasiadłam przy stole i ze smakiem zjadłam w towarzystwie męża naszą obiadokolację.

   Za oknem zaczęły cykać świerszcze. Ciemna ściana lasu stała w dali tajemnicza i nieprzenikniona a na strychu w ciszy i spokoju schły pęczki ziół oraz czerstwe pieczywo rozłożone na płachtach…


* Historię Staszka zawarłam w opowiadaniu „Sekret naszego domu”. Przeczytać je można zajrzawszy w archiwum tego bloga, do listopada, 2012 roku.

* Agnieszka i Estera są głównymi bohaterkami powieści, którą piszę od ponad roku, jednak wciąż jeszcze daleka jestem od jej skończenia.

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost