niedziela, 2 czerwca 2013

Emigrantki, cz.3 - "Saheera"




   W chwili, gdy pierwszy raz zobaczyłam Saheerę pomyslałam, iż to pewna siebie i dość nieprzystępna kobieta. W miarę wzajemnego poznawania dowiedziałam się o niej, że jest skromną, samotną, złaknioną zrozumienia i ciepła oraz głęboko przeżywającą życiowe perturbacje istotą. Jakże często tak bywa w życiu, iż pierwsze wrażenie jest mylne i zupełnie nieprzystające do poznanej osoby. Czasem rozczarowujemy się mile, czasem wręcz przeciwnie. W przypadku Saheery, na szczęście, było to pozytywne rozczarowanie
   Pierwszy raz poszłam do szkoły dla emigrantów w czerwcu. Był to więc zimowy, chłodny i deszczowy czas a wszyscy ubierali ciepłe kurtki, czapki a nawet kozaczki. Pięć stopni na plusie i siekący wiatr oraz ulewa to dla ciepłolubnych Australijczyków oraz emigrantów z Afryki i Azji trudna do zniesienia pora. Saheera miała na sobie elegancki, świetnie skrojony brązowy płaszcz i piękne, skórkowe botki. Gęste, kasztanowo-czarne włosy otulały jej szczupłą twarz burzą krótkich loków. Siedziała przy stoliku obok Maneki i coś do siebie poufnie szeptały. W czasie pobytu w pierwszej grupie językowej nie zamieniłyśmy właściwie ze sobą ani słowa. Nie było na to czasu. Każdy starał się jakoś oswoić z nowym dla siebie środowiskiem. Ogarnąć ten nowy, stresujący świat i zbliżyć choć trochę do najbliżej siedzących osób. Ja miałam Tihoę, ona Manekę.
   Dopiero, gdy przeniesiono nas do wyższej grupy, zdane na siebie i przez podobieństwo położenia jakoś sobie bliższe zaczęłyśmy się lepiej poznawać. Przy sześcioosobowym stoliku były trzy wolne miejsca. Ja, Maneka i Saheera usiadłyśmy blisko siebie, jak ptaszki, które wypadłszy z gniazda, tulą się do siebie na mchu leśnym, nie wiedząc, co je czeka. Poza nami siedziała tu jedna Japonka, Tajka i Sudanka. Każda miała przed sobą dużą tabliczkę ze swoim imieniem by wiadomo było, kto zacz i by móc się rozpoznawać w przyszłości. W czasie kilku minut przed rozpoczęciem pierwszych zajęć zamieniłam parę słów z Tajką i okazało się, że o radości, ona zna kilka słów po polsku, albowiem miała męża Polaka. A widząc moje europejskie imię na tabliczce od razu zadała mi pytanie o kraj pochodzenia. Ucieszone tą nieoczekiwaną nicią porozumienia zamierzałyśmy poznać się bliżej na następnej przerwie. Teraz zaczynała się pierwsza lekcja w nowej klasie a więc trzeba było skupić się jak najmocniej na tym, co mówiła nauczycielka. W głowach huczało nam z emocji. Serca waliły młotem. Jednak każdy musiał przemóc swoje nerwy, przedstawić się i powiedzieć parę słów o sobie. Wówczas dowiedziałam się, iż Saheera jest Afganką, ma prawie pięćdziesiąt lat, w Australii jest od lat siedmiu, a wcześniej przez długi czas mieszkała w Berlinie. I rzeczywiście! W tym momencie zrozumiałam skąd brał się jej dziwny akcent, który słyszałam, gdy wypowiadała sie na forum klasy. Artykulacja Saheery była twarda i wyraźna. Mówiła mieszanką angielskiego, niemieckiego i perskiego. Czerwona jak burak na twarzy z ulgą skończyła swą prezentację i popatrzyła na mnie pytająco. Ścisnęłam mocno jej dłoń i szepnęłam, że było dobrze. Bardzo dobrze nawet! W odpowiedzi uśmiechnęła się z wdzięcznością i odetchnęła głeboko.
   Maneka, gdy przyszedł jej czas nie potrafiła, niestety, wykrztusić ani słowa. Gdzieś zniknęła ta wesoła, swobodna dziewczyna. Obok mnie siedziała teraz na jej miejscu biedna, rozedrgana, z trudem powstrzymująca łzy istota. Obie z Saheerą starałyśmy się gestami, mimiką i szeptem dodać jej odwagi. Jednak na niewiele się to zdawało.
  Kiedy po kilku dniach Maneka przestała pojawiać się w szkole stałyśmy się z Saheerą bardzo bliskimi koleżankami. Opowiedziała mi więcej o sobie i po raz kolejny zdumiałam się, jak skomplikowane, barwne i trudne do ogarnięcia mogą być losy ludzkie.
   Będąc młodą dziewczyną Saheera wraz z bratem i rodzicami wyjechała z Afganistanu. Było to w czasach inwazji rosyjskiej na jej ojczyznę. Uciekli przed wojenną zawieruchą do Niemiec Zachodnich, gdzie schronili się u przyjaciół. Starszy brat Saheery po roku wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Tam założył rodzinę i nieźle mu się wiodło. Tymczasem w Berlinie Saheera  nauczyła się perfekcyjnie języka niemieckiego, skończyła szkołę średnia, znalazła pracę i męża. Jednak nie była w małżeństwie szczęśliwa. Mąż alkoholik wyżywał się na niej ubliżając jej słownie, zdradzając bezwstydnie i maltretując fizycznie. Po ponad dwudziestu latach takiej męki złożyła pozew rozwodowy i wreszcie, przynajmniej na papierze, odzyskała wolność. Jednak nie czuła się wolna. Rodzina jej męża oraz znajomi odwrócili się od niej, uznając iż rozwodząc się z nim postąpiła wbrew utartym obyczajom i wierze. Rodzice Saheery już w tym czasie nie żyli. Brat był daleko. Całe szczęście, że kobieta miała dwie wierne przyjaciółki, także Afganki, które w tajemnicy przed swymi małżonkami spotykały się z nią, chcąc wesprzeć ją w trudnych chwilach. Tym niemniej Saheera czuła się samotna i opuszczona. Może gdyby miała dzieci wszystko ułożyłoby się lepiej? Miałaby teraz w nich oparcie. Jednak mimo długiego, uciążliwego leczenia przez cały okres trwania swego małżeństwa nie dała rady zajść w ciążę, co tylko pogłębiało nieporozumienia między nią a jej mężem.
   Jeszcze kilka lat spędziła w Niemczech, usiłując poskładać na nowo swoje pokiereszowane życie. Miała niezłą pracę biurową, ale codzienne powroty do pustego, wynajmowanego po rozwodzie mieszkania działały na nią przygnębiająco. Nie wiedziała, co począć ze sobą dalej i gdzie znaleźć światełko w tunelu? Wówczas odezwała się do niej zapomniana, daleka rodzina z Australii, zapraszając Saheerę do siebie.
   Po kilkunastu miesiącach załatwiania skomplikowanych formalności Saheera wylądowała w Melbourne, gdzie zamieszkała z ciotkami i kuzynkami, zajmującymi wielki dom w dzielnicy położonej w pobliżu oceanu. Kobiety załatwiły jej pracę w fabryce części samochodowych. Dzięki temu Saheera miała pieniądze na własne potrzeby. Zrobiła prawo jazdy. Kupiła samochód. Po czterdziestce mogła zacząć życie na nowo. Tym bardziej, że pojawił się w jej otoczeniu sympatyczny, kulturalny, miły i bardzo nią zainteresowany Afgańczyk. Przyjechał na urlop z Kabulu i zamierzał odpocząć na białych plażach Australii od wojennego zamętu i politycznych przepychanek w ojczyźnie. W Kabulu był ważną, wojskową personą, ale czuł się  już bardzo zmęczony tą rolą oraz niemożliwymi do rozwikłania sprawami, w które był zamieszany.
   Zakochał się w delikatnej, uczciwej, wrażliwej Saheerze i podczas następnego swego pobytu w Australii, w rok po zapoznaniu, pobrali się i spędzili ze sobą najpierw w Melbourne, potem w Kabulu kilka wspaniałych, romantycznych miesięcy. Jednak Saheera musiała wracać do Australii, by nie przepadły jej skomplikowane, biurokratycznie starania o uzyskanie obywatelstwa.
   Ciężko jest żyć osobno. Nawet największa miłość może nie przetrwać długotrwałej rozłąki. Nie chciała zostać w Kabulu. Mentalnie była już bardzo daleko od wszystkich surowych ograniczeń i zakazów, obowiązujących tamtejsze kobiety. Poza tym w ojczyźnie było niebezpiecznie a jej mąż, z racji zawodu, wciąż narażał życie i zdrowie. To właśnie on pragnął, by mogli razem zamieszkać na stałe w Australii. Pragnął polepszenia losu dla siebie i żony. Jednak co innego marzenia, co innego rzeczywistość. „Pokojowa interwencja” Amerykanów położyła kres neutralnym stosunkom miedzy Australią a Afganistanem. Sprzymierzeńcy, w tym większość krajów europejskich oraz Australia przyłączyli się do „pokojowej okupacji” ojczyzny Saheery a spotkania obojga małżonków stały się jeszcze rzadsze i trudniejsze. Saheera latała do Kabulu, bojąc się za każdym razem, czy dane jej będzie stamtąd wrócić. Także starania o australijską wizę dla męża nie miały szans powodzenia.
Na dodatek Saheera otrzymała informację, iż jej żyjący w Ameryce brat zachorował na raka i chciałby po raz ostatni zobaczyć siostrę. Zrezygnowała więc z pracy i ze szkoły. Porzuciła wszystko i poleciała do Stanów najszybciej jak się dało.
   Nie było jej dwa miesiące. Ujrzawszy ją w kilkanaście dni po powrocie z Ameryki omal jej nie poznałam. Zszarzała na twarzy. Gdzieś przepadł blask oczu i delikatny, pełen nadziei uśmiech. Przytuliła się do mnie i wśród szlochów wydusiła z siebie opowieść o ostatnich, pełnych cierpienia chwilach ukochanego brata oraz o tym, jak ciężko jej teraz.
   Znowu osaczyła ją dawna samotność, bezradność i gorycz. Krewne, z którymi mieszkała zachowywały się tak, jakby były rozczarowane jej powrotem z Ameryki. Miały też do niej pretensje o to, że nie pomaga im finansowo tak, jak kiedyś. Zaczęły traktować kobietę chłodno i opryskliwie.
   Zrozpaczona Saheera nie umiała już skupić się na nauce. Wciąż poszukiwała nowej pracy. Wciąż czekała na jakieś wieści od męża. Postarzała się gwałtownie i schudła. Przychodziła do szkoły wpół przytomna. Czasem tylko uśmiechała się, gdy opowiadała o dawnych, dobrych czasach, kiedy była jeszcze dzieckiem a jej piękny, gorący kraj dawał jej oraz wszystkim Afgańczykom ostoję i proste szczęście. Niekiedy pogrążała się w długich rozmowach z poznaną w naszej grupie subtelną, wykształconą Iranką o imieniu Shadi.  Mogły rozmawiać ze sobą swobodnie, bowiem zarówno w Iranie, jak i w Afganistanie mówi się po persku. Nie wiem, o czym mówiły. Myślę, że dużo było w ich rozmowach polityki i goryczy. Wyraz ich twarzy wyrażał lęk o losy rodaków i krajów rodzinnych zdanych na łaskę zachodnich polityków oraz moc ich kłamliwej propagandy. Wszak obie ich ojczyzny od kilkunastu lat nie miały i nie mają dobrej prasy w naszej strefie kulturalnej. Jest jakaś przepaść, niezrozumienie, obojętność i obcość między narodami. Jest jakaś ogólnoświatowa nagonka na kraje chcące żyć po swojemu. Opinia publiczna ze znudzeniem obserwuje przetaczające się po świecie przemarsze kilkusettysięcznych wojsk, pogróżki polityczne, ostrzeżenia, okupacje, knowania i niekończący się polityczny zamęt. A gdzie w tym wszystkim jest zwykły człowiek? Czy jest jeszcze gdzieś miejsce na proste, zwykłe szczęście…?

   Nie wiem, jak potoczyło się dalej życie Saheery. Po przyjeździe do Polski dostałam od niej kilka krótkich, grzecznościowych maili. Potem kontakt się urwał…

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost