sobota, 4 maja 2013

Po lasach, dolinach i łąkach Pogórza Dynowskiego




   Między pracą na polu i w ogrodzie trzeba znaleźć czas na wędrówki, na pójście przed siebie, gdzie nogi poniosą a oczy szukają odległych punktów na horyzoncie. Do tego świetnie nadaje się każdy dzień, w którym serca i umysły czują, iż potrzeba im przerwy od roboty, zabiegania i nużącej powtarzalności koniecznych do zrobienia czynności. Ten właśnie rodzaj wolności jest ogromnym plusem osiedlenia z dala od cywilizacji. Sami sobie wyznaczamy tu rytm, ulegając w tym względzie tylko porom roku i pogodzie. Nie poddajemy się żadnym modom, obcym duchowo tradycjom czy konserwatywnym opiniom. Staramy się cieszyć życiem i tym, co nas otacza, bo przyszła nareszcie na to pora.


   Trzeba po prostu od czasu do czasu nabrać wiatru w skrzydła, odgonić zły nastrój, poszukać nowego spojrzenia na rzeczywistość i odetchnąć swobodą, bezkresem a przede wszystkim życzliwością zapraszającej do eksploracji natury. Także i po to przecież zamieszkaliśmy na wsi, by cieszyć się tym, co tutejsza przyroda ofiarowuje nam tak szczodrze. Wszystko tak szybko się teraz zmienia! Szkoda byłoby coś przegapić, pominąć, nie zachwycić się tą wyczekaną bujnością roślin, delikatnością początków ich kwitnienia i pojawiania się nowych listków z nabrzmiałych ich sokami pączków.


   Obuwszy nieodłączne gumowce a psu założywszy obrożę wyruszamy po śniadaniu w ten ciepły, kolorami zapraszający świat lasów mieszanych, głębokich dolin, kwitnących bujnie łąk, ku szachownicy pól i pofalowanych, wielobarwnych wzgórz.


   Idzie się dobrze, bo ciepło jest a zarazem rzeźko. Po ostatnich deszczach wilgoć przenika powietrze a miękka, nasiąkła wodą ziemia ugina się pod stopami. Ptaki śpiewają optymistycznie, dodając dodatkowej głębi oraz życia otaczającej nas przestrzeni. Zuzia biegnie radośnie przed siebie. Ochoczo popija wodę z kałuż. Kładzie się w nich, chłodząc łapy i brzuch a ziając spogląda na nas uśmiechniętym, oddanym spojrzeniem. A my maszerując wciągamy głęboko w płuca ożywcze, górskie powietrze...


  Znika ból głowy i splątanie myśli. Wszystko się w nas uładza, uspokaja, nabiera wyrazistości i lekkości. Otacza nas bezkres kolorów, dróg, możliwości. Zmysły pieści cudowny bezczas, gdy nic się nie musi, nic nie wzywa szybko z powrotem a żadna myśl upartą pajęczyną nie ciągnie nas w przeszłość czy w dręczące chmury nieodłącznych kłopotów i zmartwień. Jedyne, co zakłóca nam dobry humor to chmary muszek i komarów, które także nabrały nowego wigoru i apetytu do spijania krwi z rozgrzanych spacerem ciał wędrowców. I chociaż gorąco, to nie ściągamy koszul z długimi rękawami. Tylko one chronią nas przed ugryzieniami.


   Ale nic to! Wędrujemy! Wolni, młodzi duchem i ciałem. Bezcenny jest ten stan, gdy człowiek pełen jest sił, optymizmu, ochoty do życia i rozpościerania skrzydeł. Aksamitnie miękką, porosłą młodą trawą i mchem dróżką wchodzimy w las. Po lewej stronie pachną nam lasy świerkowe i sosnowe, po prawej migoczą w słońcu brzozowe i wierzbowe zagajniki. 


A my napawając się tym wszystkim idziemy przed siebie, omijając kałuże pełne żabiego skrzeku i rozmiękłe grudy ziemi, pozostawione przez dojeżdżające tędy na pola traktory. Patrzymy na te ulokowane między lasami pola obsiane po horyzont owsem i gryką. Jeszcze nic nie wzeszło. Jeszcze ziemia tuli serdecznie w swym matczynym łonie pęczniejące szybko ziarna. Ale lada chwila wszystko to ustroi szaro beżowe połacie ziemi w delikatną, jasnozieloną mgiełkę pierwszych trawek i listków.


   Wchodzimy w las bukowy, pełen srebrzystych, gładkich pni podobnych do greckich kolumn. Zadzieramy głowy i pośród zielonych, koronkowych koron buczyny dostrzegamy ciemnozielone gałęzie sosen i świerków. Mnóstwo tam dorodnych szyszek.





   Dobiega nas stamtąd szybki, warkotliwy stukot. To dzięcioł wali mocno dziobkiem w pień. Dostrzegamy jego czerwone upierzenie między liśćmi, ale i on nas widzi, bo przerywa na chwilę swoją robotę i przygląda się nam uważnie. Nie chcemy go niepokoić, ruszamy zatem dalej. Po obu stronach drogi kwitną obficie łuskiewniki różowe, jasnofioletowe fiołki wonne, jaskrawożółte kniecie błotne, delikatne skrzypy leśne, fioletowo niebieskie groszki wiosenne, jasnoliliowe szczawiki zajęcze i wiele innych kwiatuszków, których nazw nie znam. Uczę się z lubością tych nowych dla siebie słów. Staram się rozpoznawać coraz więcej tajemniczych i prześlicznych leśnych kwiatów.



   Spod ubiegłorocznych liści wychodzą już na światło dzienne paprocie. Na razie jest ich mało, ale za tydzień, dwa rozrosną się obficie między drzewami, na polankach i w ocienionych jarach. Wtedy zrobi się tutaj gąszcz jak w nietkniętej stopą ludzką prastarej puszczy. Rozrosną się też jeżyny, tworząc żyjące, nieprzebyte żywopłoty.


   W paryjach i dolinach błękitną nitką wiją się strumyczki i potoki. Obrasta je gęsto ciemnozielona, bagienna roślinność. Spod wody przebłyskują kolorowe kamyki, które w świetle słońca podobne są do złotych samorodków. Brodzimy po wodzie, mącąc ją i obmywając ubłocone drogą buty. Zuzia znów kąpie się w strumieniu i pije do woli. 



   Ponad nami leśne wzgórza obrośnięte mchami, młodymi jagodnikami i konwalijkami dwulistnymi. Wspinając się nimi docieramy na skąpane w słońcu ugory.




   Tarnina pachnie tam oszałamiająco i kwitnie drobnymi, białymi kwiatuszkami. Wonie świeżej ziemi, sosen, mchów i strumyków, olejków eterycznych wydychanych przez rozwijające się z pąków listki tworzą najwspanialsze perfumy świata. Dzikie czereśnie, ulęgałki i jabłonie także okryły się jasnym kwieciem. A najlepiej widać to, gdy stanie się na zboczu wzgórza i patrząc w dół między szmaragdowo ulistnionymi brzozami oraz krzewami kalin dostrzega się bialutkie obłoki obsypanych kwiatami drzew owocowych. 


Gdzieś tam w oddali błyszczą kolorowe dachy pobliskiego miasteczka. Maleńkie z tej odległości traktory i kombajny posuwają się powoli po polach. Z drugiej strony doliny dobiega nas warkot piły motorowej. Trwa wiosenna wycinka lasu. Na skutek tegorocznych ataków śnieżyc i uciążliwych zlodowaceń mnóstwo drzew zostało powalonych, zniszczonych, czy złamanych. Trzeba to powoli uprzątnąć, zrobić miejsce lasowi do rozrastania i odradzania się.

 



  Polną drogą wychodzimy na rozległe łąki. Mnóstwo teraz na nich żółtych plamek mniszka lekarskiego, jasnoty białej (rośliny bardzo do pokrzywy podobnej), wyki żółtej, różowej jasnoty plamistej oraz podobnych do dmuchawców puszystych, nieznanych mi z nazwy białych kwiatków. 

W dali widać wielobarwne pola, porosłe już jasnozielonymi zbożami ozimymi oraz rzepakiem. A za nimi wzgórza otulone mglistym, rozmywającym ich kontury oparem. Parę metrów przed nami drogę przemierza kolorowy bażant - samiec. Beżowa samica schowała się szybko w zaroślach i nie zdążyłam zrobić jej zdjęcia.
 




 
   Jest coraz goręcej. Wracamy więc do domu, przemierzając po drodze nasze pole. Dostrzegam na nim z radością mnóstwo szczawiu. Zrywam parę listków i pogryzam z lubością. Jeszcze kilkadziesiąt ostatnich metrów. Coraz głośniej słychać gdakania kur i pokrzykiwanie kogutów. Już nas widzą i żywiołowo witają swych gospodarzy. Wreszcie docieramy do bramy wiodącej do ogrodu i podwórza. Kwitnące czereśnie sypią w krąg białym konfetti swych płatków.


 Zmęczona Zuzia natychmiast wbiega do oczka wodnego i chłodzi się w nim z ogromną przyjemnością. 

 



A my, po trawie usianej cętkami opadłych kwiatków idziemy do domu, gdzie czeka i na nas zimna, pyszna woda ze studni, świeży chleb żytni a na deser lody waniliowo-truskawkowe…

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost