Między pracą na polu i w ogrodzie trzeba
znaleźć czas na wędrówki, na pójście przed siebie, gdzie nogi poniosą a oczy
szukają odległych punktów na horyzoncie. Do tego świetnie nadaje się każdy
dzień, w którym serca i umysły czują, iż potrzeba im przerwy od roboty,
zabiegania i nużącej powtarzalności koniecznych do zrobienia czynności. Ten
właśnie rodzaj wolności jest ogromnym plusem osiedlenia z dala od cywilizacji. Sami
sobie wyznaczamy tu rytm, ulegając w tym względzie tylko porom roku i pogodzie.
Nie poddajemy się żadnym modom, obcym duchowo tradycjom czy konserwatywnym
opiniom. Staramy się cieszyć życiem i tym, co nas otacza, bo przyszła nareszcie na to pora.
Trzeba po prostu od czasu do czasu nabrać wiatru w skrzydła, odgonić
zły nastrój, poszukać nowego spojrzenia na rzeczywistość i odetchnąć swobodą,
bezkresem a przede wszystkim życzliwością zapraszającej do eksploracji natury. Także
i po to przecież zamieszkaliśmy na wsi, by cieszyć się tym, co tutejsza
przyroda ofiarowuje nam tak szczodrze. Wszystko tak szybko się teraz zmienia!
Szkoda byłoby coś przegapić, pominąć, nie zachwycić się tą wyczekaną bujnością roślin,
delikatnością początków ich kwitnienia i pojawiania się nowych listków z
nabrzmiałych ich sokami pączków.
Obuwszy nieodłączne gumowce a psu założywszy
obrożę wyruszamy po śniadaniu w ten ciepły, kolorami zapraszający świat lasów
mieszanych, głębokich dolin, kwitnących bujnie łąk, ku szachownicy pól i
pofalowanych, wielobarwnych wzgórz.
Idzie się dobrze,
bo ciepło jest a zarazem rzeźko. Po ostatnich deszczach wilgoć przenika
powietrze a miękka, nasiąkła wodą ziemia ugina się pod stopami. Ptaki śpiewają
optymistycznie, dodając dodatkowej głębi oraz życia otaczającej nas
przestrzeni. Zuzia biegnie radośnie przed siebie. Ochoczo popija wodę z kałuż.
Kładzie się w nich, chłodząc łapy i brzuch a ziając spogląda na nas
uśmiechniętym, oddanym spojrzeniem. A my maszerując wciągamy głęboko w płuca
ożywcze, górskie powietrze...
Znika ból głowy i splątanie myśli. Wszystko się w
nas uładza, uspokaja, nabiera wyrazistości i lekkości. Otacza nas bezkres
kolorów, dróg, możliwości. Zmysły pieści cudowny bezczas, gdy nic się nie musi,
nic nie wzywa szybko z powrotem a żadna myśl upartą pajęczyną nie ciągnie nas w
przeszłość czy w dręczące chmury nieodłącznych kłopotów i zmartwień. Jedyne, co
zakłóca nam dobry humor to chmary muszek i komarów, które także nabrały nowego
wigoru i apetytu do spijania krwi z rozgrzanych spacerem ciał wędrowców. I
chociaż gorąco, to nie ściągamy koszul z długimi rękawami. Tylko one chronią
nas przed ugryzieniami.
Ale nic to! Wędrujemy! Wolni, młodzi duchem
i ciałem. Bezcenny jest ten stan, gdy człowiek pełen jest sił, optymizmu,
ochoty do życia i rozpościerania skrzydeł. Aksamitnie miękką, porosłą młodą
trawą i mchem dróżką wchodzimy w las. Po lewej stronie pachną nam lasy
świerkowe i sosnowe, po prawej migoczą w słońcu brzozowe i wierzbowe zagajniki.
A my napawając się tym wszystkim idziemy przed siebie, omijając kałuże pełne
żabiego skrzeku i rozmiękłe grudy ziemi, pozostawione przez dojeżdżające tędy
na pola traktory. Patrzymy na te ulokowane między lasami pola obsiane po
horyzont owsem i gryką. Jeszcze nic nie wzeszło. Jeszcze ziemia tuli serdecznie
w swym matczynym łonie pęczniejące szybko ziarna. Ale lada chwila wszystko to
ustroi szaro beżowe połacie ziemi w delikatną, jasnozieloną mgiełkę pierwszych
trawek i listków.
Wchodzimy w las bukowy, pełen srebrzystych,
gładkich pni podobnych do greckich kolumn. Zadzieramy głowy i pośród zielonych,
koronkowych koron buczyny dostrzegamy ciemnozielone gałęzie sosen i świerków. Mnóstwo tam dorodnych szyszek.
Dobiega nas
stamtąd szybki, warkotliwy stukot. To dzięcioł wali mocno dziobkiem w pień.
Dostrzegamy jego czerwone upierzenie między liśćmi, ale i on nas widzi, bo
przerywa na chwilę swoją robotę i przygląda się nam uważnie. Nie chcemy go
niepokoić, ruszamy zatem dalej. Po obu stronach drogi kwitną obficie
łuskiewniki różowe, jasnofioletowe fiołki wonne, jaskrawożółte kniecie błotne, delikatne
skrzypy leśne, fioletowo niebieskie groszki wiosenne, jasnoliliowe szczawiki
zajęcze i wiele innych kwiatuszków, których nazw nie znam. Uczę się z lubością
tych nowych dla siebie słów. Staram się rozpoznawać coraz więcej tajemniczych i prześlicznych
leśnych kwiatów.
Spod ubiegłorocznych liści wychodzą już na
światło dzienne paprocie. Na razie jest ich mało, ale za tydzień, dwa rozrosną
się obficie między drzewami, na polankach i w ocienionych jarach. Wtedy zrobi
się tutaj gąszcz jak w nietkniętej stopą ludzką prastarej puszczy. Rozrosną się
też jeżyny, tworząc żyjące, nieprzebyte żywopłoty.
W paryjach i dolinach błękitną nitką wiją
się strumyczki i potoki. Obrasta je gęsto ciemnozielona, bagienna roślinność. Spod
wody przebłyskują kolorowe kamyki, które w świetle słońca podobne są do złotych
samorodków. Brodzimy po wodzie, mącąc ją i obmywając ubłocone drogą buty. Zuzia
znów kąpie się w strumieniu i pije do woli.
Ponad nami leśne wzgórza obrośnięte
mchami, młodymi jagodnikami i konwalijkami dwulistnymi. Wspinając się nimi
docieramy na skąpane w słońcu ugory.
Tarnina pachnie tam oszałamiająco i kwitnie
drobnymi, białymi kwiatuszkami. Wonie świeżej ziemi, sosen, mchów i strumyków,
olejków eterycznych wydychanych przez rozwijające się z pąków listki tworzą
najwspanialsze perfumy świata. Dzikie czereśnie, ulęgałki i jabłonie także
okryły się jasnym kwieciem. A najlepiej widać to, gdy stanie się na zboczu
wzgórza i patrząc w dół między szmaragdowo ulistnionymi brzozami oraz krzewami
kalin dostrzega się bialutkie obłoki obsypanych kwiatami drzew owocowych.
Gdzieś tam w oddali błyszczą kolorowe dachy pobliskiego miasteczka. Maleńkie z
tej odległości traktory i kombajny posuwają się powoli po polach. Z drugiej
strony doliny dobiega nas warkot piły motorowej. Trwa wiosenna wycinka lasu. Na
skutek tegorocznych ataków śnieżyc i uciążliwych zlodowaceń mnóstwo drzew
zostało powalonych, zniszczonych, czy złamanych. Trzeba to powoli uprzątnąć,
zrobić miejsce lasowi do rozrastania i odradzania się.
W dali widać wielobarwne pola, porosłe już jasnozielonymi zbożami ozimymi oraz
rzepakiem. A za nimi wzgórza otulone mglistym, rozmywającym ich kontury oparem.
Parę metrów przed nami drogę przemierza kolorowy bażant - samiec. Beżowa samica
schowała się szybko w zaroślach i nie zdążyłam zrobić jej zdjęcia.
Jest coraz goręcej. Wracamy więc do domu,
przemierzając po drodze nasze pole. Dostrzegam na nim z radością mnóstwo
szczawiu. Zrywam parę listków i pogryzam z lubością. Jeszcze kilkadziesiąt
ostatnich metrów. Coraz głośniej słychać gdakania kur i pokrzykiwanie kogutów. Już
nas widzą i żywiołowo witają swych gospodarzy. Wreszcie docieramy do bramy
wiodącej do ogrodu i podwórza. Kwitnące czereśnie sypią w krąg białym konfetti
swych płatków.
Zmęczona Zuzia natychmiast wbiega do oczka wodnego i chłodzi się
w nim z ogromną przyjemnością.
A my, po trawie usianej cętkami opadłych
kwiatków idziemy do domu, gdzie czeka i na nas zimna, pyszna woda ze studni,
świeży chleb żytni a na deser lody waniliowo-truskawkowe…