niedziela, 16 lipca 2017

Okiem pomocnika drwala…






    Było to lekko zachmurzone, poniedziałkowe popołudnie. Rozleniwione psy wylegiwały się beztrosko po kanapach i fotelach. Cezary wziął się za sprzątanie stajni Augiasza, czyli naszej samobałaganiającej się drewutni. Ja natomiast przysłuchując się zawsze aktualnym pieśniom obywatela GC oraz nucąc ulubioną z nich – „Pytanie o Polskę” zaczęłam przygotowywać ciasto na pierogi. Nie przepadam za tą czynnością, ponieważ nie dość, że jest ona wielogodzinna, tojeszcze  monotonna i dla nóg oraz dłoni męcząca. Jednak w lodówce spoczywał od jakiegoś czasu pokaźny kawał białego sera, który trzeba było jakoś zagospodarować, by się nie zmarnował. Padło na pierogi ruskie, które to mąż mój uwielbia tak więc i tego dnia wieść o upragnionym smakołyku wywołała u niego wielce radosny uśmiech na twarzy. Farsz miałam już gotowy, zatem zabrałam się za wyrabianie ciasta. Właśnie odpoczywałam kapkę, drapiąc się umączoną ręką w czoło, zapatrzona w pięknie kwitnąco na bordowo malwy przy płocie, gdy wtem rozległ się ostry dzwonek telefonu. No wprost uwielbiam, gdy ustrojstwo to dzwoni w najmniej odpowiedniej chwili! A odzywa się ono przeważnie zawsze wówczas, gdy mam dłonie mokre od mycia naczyń, tłuste od karmienia psów kawałkami korpusów kurzych, pokryte kurzem i psimi kłakami podczas czyszczenia dywanu albo oblepione proziakowym ciastem podczas wyrabiania tych podkarpackich placuszków. Ale mus to mus! Obtarłam się szybko i byle jak w stary fartuszek i odebrałam wreszcie natrętnie przyzywający mnie telefon.


- Wiozę zamówione drewno z Bieszczad. Będę za około pół godziny! Jak tam do Was dojechać? – usłyszałam w słuchawce grzecznie brzmiący męski głos i poczułam coś w rodzaju ulgi i lęku jednocześnie. Ulgi, bo czekaliśmy na to drewno już od dość dawna. Gromadziliśmy zapasy opału od wczesnej wiosny a wciąż było nam go mało. Zważywszy, jak ciężką mieliśmy ostatnią zimę i że dwukrotnie byliśmy zmuszeni dokupywać bukowe klocki oraz paskudnie mokry węgiel postanowiliśmy tym razem naszykować tyle drewna, żeby na pewno nam go nie zabrakło i żeby nareszcie rozgrzać na dobre nasz wyziębiający się momentalnie dom. A lęku? Cóż, robota przy drewnie to straszna robota! Jako wieloletni pomocnik drwala wiem to aż za dobrze. Niczym jest przy niej wyrabianie ciasta i lepienie setek pierogów oraz wykonywanie mnóstwa codziennych, gospodarskich prac.


  Wzdychając ciężko i potykając się o śpiące w przedpokoju psy porzuciłam na poły wyrobione, pierogowe ciasto i pobiegłam z telefonem do drewutni. Zastałam tam męża umęczonego dźwiganiem stukilowego silnika od traktora, którego uparł się umieścić w jakimś kącie, kichającego przy tym rozgłośnie, umorusanego kurzem, wapnem i błotem, oblepionego pajęczynami i resztkami siana po kozach. Spojrzał na mnie półprzytomnie i z nadzieją skazańca, któremu na chwilę odracza się wykonanie wyroku zapytał czy pierogi już gotowe.


- A gdzież tam do pierogów jeszcze! Drewno do nas jedzie. Bierz telefon i wytłumacz facetowi jak się tu dostać, bo ja znowu coś poplączę! – sapnęłam wręczając mu aparat i obserwując postępującą metamorfozę na jego obliczu. Oczy Cezarego zalśniły, przygarbiona sylwetka wyprostowała się, a kurz bitewny po sprzątaniu opadł i oto w try miga miałam przed sobą gotowego do wielkich wyzwań drwala na schwał. Mój mąż bowiem, choć narzeka (bo lubi narzekać!), choć stęka (bo lubi stękać!), to jednak w głębi serca lubi chyba tę pracę z drewnem. To rżnięcie, rabanie siekierą albo kilofem, wbijanie klina w uparte klocki i słuchanie jak poddają się woli człowieka, to piłowanie rozgłośne spalinową albo elektryczną pilarką – wszystko to dziwną mu jakąś sprawia satysfakcję. Oto nadchodziło nowe, wielkie wyzwanie. Dwanaście metrów mieszanego drewna liściastego zbliżało się do nas wytrwale a Cezary już szykował się mentalnie do nowego boju!


   Kilkadziesiąt minut potem w otoczeniu rozszczekanych psów obserwowałam zza firanki jak wtacza się na teren naszego podwórza ogromniasta ciężarówka z wysięgnikiem załadowana po brzegi drewnem osikowym, brzozowym, wierzbowym, olchowym i grabowym. Nigdy jeszcze tak wielki wehikuł nie zajeżdżał do jaworowego siedliska. Ba! Pewnie i maleńki, pogórzański przysiółek nie widział tu dotąd takiego potwora! Między nieuważnym lepieniem kolejnych pierogów, chodząc od okna do okna, zafascynowana tym widowiskiem pstrykałam zdjęcie za zdjęciem. Psy natomiast nie przestając ujadać oraz wyć biegały tuż mną, nie mogąc odżałować tego, iż nie dane im jest wylewnie przywitać kierowcy i jego pomocnika, obsikać olbrzymiego pojazdu, pokazać kto tu rządzi i obejścia pilnuje a potem wylecieć przez szeroko otwartą bramę gdzieś w bezmiar łąk i wyhasać się do woli.


   A tymczasem kosmiczny ów, prawie jak z filmu „Avatar” pojazd ulokował się zgrabnie w najdogodniejszym miejscu podwórza i wielka, żelazna łapa wysięgnika zgrabnie i bez wysiłku umieszczała kolejne wiązki drewna na trawniku koło kuchennego okna. 


   Po kilkunastu minutach dzieło było zakończone. Góra różnej wielkości metrowych bali spoczęła w jaworowym siedlisku a bieszczadzcy przewoźnicy polecając się na przyszłość i miło żegnając odjechali w siną dal. Psy natychmiast zostały wypuszczone na dwór aby mogły się zapoznać z ową górą i nareszcie wybiegać oraz pozbyć się nadmiaru rozsadzającej je energii. Ja kończyłam gotować kolejną partię mocno nieforemnych pierogów a Cezary wyniósłszy roboczy stół na podwórze oraz przygotowawszy wszelkie potrzebne narzędzia zamierzał zabrać się bez zwłoki do  pracy.


- Nie ma na co czekać! – orzekł spoglądając z mieszaniną podziwu i determinacji na piętrzące się przed nim bale.
 - Im prędzej to potniemy, tym szybciej robota będzie za nami! A drewno musi jak najszybciej zacząć schnąć żeby do zimy doschnąć! Pomożesz mi trochę Oluniu? – zapytał retorycznie, wiedząc przecież, że zawsze to robię. Sam nie dałby ze wszystkim rady a poza tym to drewno dla nas obojga – dlaczegóż więc sam miałby przy tym tyrać?
- Dobra, ale najpierw zjemy pierogi! Trzeba się wzmocnić przed tym wiekopomnym dziełem – zarządziłam i postawiłam na stole wielką misę pełną smakowicie pachnących pierogów. Polałam je roztopionym masełkiem a potem zajadaliśmy aż się nam uszy trzęsły. Nażarci i herbatką miętową napojeni wytoczyliśmy się na podwórze aby zacząć to ,co musiało być zaczęte i skończyć to, co musiało być zakończone.


- Bój to jest nasz ostatni! – zawołał Cezary i wziąwszy do rąk piłę zabrał się za rżnięcie pierwszego kawałka. Ja zaś podawałam mu dzielnie kolejny i kolejny aż nadszedł zmrok i uwolnił nas od tego kieratu. Lecz następnego dnia praca trwała nadal. I następnego. I jeszcze następnego. Góra pociętego drewna rosła a niepociętego malała. Dziesiątki taczek wywieźliśmy pod wiatę. Drewniane wióry coraz większym stosem zalegały i zalegają wszędzie. Są na podwórzu, w psiej sierści, na dywanach, we włosach i nosach a nawet w śniadaniowej jajecznicy! Po pożywnych pierogach zostało już tylko dalekie wspomnienie i trzeba nam było wzmacniać się wysmażonym naprędce leczo, kanapkami albo i zupkami chińskimi. W końcu okazało się, że drewna jest tak dużo, iż konieczne stało się dobudowanie kolejnej zagródki na jego suszenie. Pełna deszczów i burz pogoda zesłała nam w tygodniu jeden błogosławiony dzień odpoczynku, kiedy mogliśmy powylegiwać się nieco dłużej, wyskoczyć na grzyby, cudnym zachodem słońca się zachwycić. A potem znowu trzeba było dźwigać, ciąć, rąbać i zwozić, dźwigać, ciąć, rąbać i zwozić….Namawiam drwala Cezarego by opisał w kolejnym tekście to niezwykłe połączenie znoju i radości, tę specyficzną magię pracy z drewnem. Powiedział, że jak już skończymy z nim (bo zostało nam jeszcze ponad dwa metry do pocięcia i zwiezienia) i jak trochę odpocznie, to może i napisze...Ale póki co, bój trwa a chmury jak to chmury nadal kłębią się i płyną:-)!



50 komentarzy:

  1. Podziwiam zapal Cezarego, tym bardziej jak patrze na zawartosc tej ciezarowki. Toz mozna zawalu dostac na taki widok, a on sie pali do roboty:)) Wiem, potrzeba jest najbardziej motywujaca.
    Olenko, ciasto na pierogi robie w food processor i trwa to doslownie kilka sekund, a potem juz tylko ze tak powiem doglaskanie i walkowanie. Walkowania tez nie lubie, bo to tez "silowe" zajecie wiec jak zachorowalam to Wspanialy zanabyl maszynke, ktora to robi za mnie.
    Owszem troche to trwa, ale juz nie meczy i podluzne platy ciasta sa zawsze idealnie rowne. A potem juz tylko klejenie na dwie pary rak, bo Wspanialy sie nauczyl i bardzo mu sie to zajecie podoba.
    Szkoda, ze nie robimy tego czesciej, ale moze sie poprawimy:)))
    Jak czytam o Twoich pierogach to juz sobie obiecuje, ze na pewno zrobie... tylko kiedy?
    No wlasnie tego nie potrafie przewidziec:) Na pewno nie wczesniej niz wrzesien, pazdziernik...
    Pozdrowienia serdeczne i calusy dla Was obojga dzielnych drwali przesylam z upalnego NYC.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myslę, iż to dzięki zapałowi Cezarego jesteśmy oboje w stanie zrobić wiele wymagających wysiłku rzeczy. Ten zapał na szczęście bywa zaraźliwy! Lecz po takiej harówce z drewnem zawsze jesteśmy przez parę dni mocno obolali i snujemy się niczym zombie, skarżąc sie wzajemnie na strzykanie w kościach i zakwasy w mięśniach. Jednak w trakcie pracy człowiekowi udaje sie zmienic w coś w rodzaju robota i wykonywać mechanicznie wciaz te same czynności.Na szczęście w tym roku to ostatnia nasza robota z drewnem.Pociesza nas to, że dzięki temu zimą będzie cieplej.A jesli zima będzie łagodna to może drewna starczy jakimś cudem na dwie zimy?!

      Fajna ta Twoja maszyna do wyrabiania ciasta na pierogi a jeszcze fajniejszy Wspaniały, który Ci w pierogowym zajęciu dzielnie pomaga.Mnie Cezary pomaga zawsze przy grzybowikach, których lepię przeważnie multum. Ja lepię a on ładnie je smaży na złoto. Przez pół roku miałam kuchenną, nowoczesną maszynę pożyczoną od szwagierki i też cuda niewidy w tym zmyslnym ustrojstwie robiłam.Zwłaszcza konfitury! Mam maszynkę do wałkowania ciasta, ale nie lubie jej używać. Stoi gdzieś zapomniana w spiżarce i pokrywa sie kurzem.
      Wszelkie pierogi pyszne są, ale ich robota trwa za długo a poza tym nie da sie ich mało zjeść. Uzależniają i przysiągają jakby magnesi narkotyk jakowyś w sobie miały! A boczki i przyległosci niestety wciaż rosną. Dlatego lepiej dla nas, że robie je dość rzadko!:-)
      Uściski serdeczne Marylko zasyłamy Tobie i Wspaniałemu życząc Wam mniej upalnego lipca a więcej ochoty do lepienia pierogów. Moze dla Tatki na urodziny?!:-))

      Usuń
    2. Olenko, pierogi na Tatkowe urodziny??? Nie, za nic na swiecie, bedziemy mieli na imprezie 72 osoby to masz pojecie ile tych pierogow musialabym nalepic:)))
      Bedzie catering, ja tez chce byc gosciem, chociaz obiecalam i zrobie polska salatke jarzynowa.
      To prawda pierogi uzalezniaja, ale jesienia znow sie skusze na ich lepienie, potem zamrazam i mamy na dluzszy czas.

      Usuń
    3. Tak, tak! Pamiętam, że u Was szykuje się wielka impreza i żeby nalepić pierogów dla każdego musiałabś chyba tydzień lepić!:-) Sałatka jest zdecydowanie lepszym pomysłem.
      Zamrażanie pierogów to dobry pomysł, ale u nas by sie nie sprawdził, bo wszystko jesteśmy w stanie pożreć w ciagu góra trzech dni. A jak jeszcze psy nam pomogą, to w try miga tylko wspomnienie po pierogach zostaje!:-)

      Usuń
  2. Tez od czasu do czasu slucham G.Ciechowskiego, lubie jego piosenki i te pierwsze i te ostatnie, i zal mi ze tak mlodo umarl. Pierogi ruskie uwielbiam, sama nie robie, nigdy sie nie nauczylam, czasami odwiedzam polska restauracje o nazwie 'Kluska' wtedy zamawiam podwojna porcje i tak sie najadam ze mam spokoj na jakis czas.
    Pieknie opisalas zapal Cezarego jako drwala i cala historie z dostarczonym drewnem, imponujaca ilosc. Byla kiedys jakas piosenka o drwalu, dzisiaj juz nie pamietam, ale na pewno o milosci, bo mialam lekka awanture z kolezanka, ktora uwierzyc nie mogla ze jest za zakochaniem sie w drwalu.
    Serdecznie pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytałam niedawno artykuł Ciechowskim. Nie ma Go wśród nas już szesnaście lat. Umierając miał tylko 44 lata! Jednak przecież nawet w takim wieku zdarzaja sie choroby serca. Pamiętam jako pełnego energii młodzieńca występującego z zespołem "Republika" w katowickim Spodku w latach osiemdziesiątych.I te jego piosenki, pełne poezji, pełne energii i buntu, nie do zapomnienia...
      Po przeczytaniu Twego komentarza na temat piosenki o drwalu zaczęłam szukać w necie i znalazłam parę piosenek o drwalu. Najbardziej przypadł mi do gustu utwór Wojciecha Gęsickiego pt."Obrazki z życia drwala". Oto jej początek:

      "W lesie często słychać drwala,

      Słychać drwala nawet z dala,

      Jak się w gąszczu drwal wydziera,

      Gdy mu omsknie się siekiera.

      Drwal w jodełkę nosi palto,

      Czasem zrobi w palcie salto,

      A gdy wyrżnie głową w korzeń,

      To się zaraz czuje gorzej."

      I my pozdrawiamy Cię oboje serdecznie, Teresko!:-)

      Usuń
    2. I ja polecialam po internecie, niesamowicie duzo jest piosenek o drwalach,
      niektore takie nastrojowe, balladowe, troche posluchalam.
      Moze juz skonczyliscie ta ciezka prace, wtedy jeszcze przyjemniej sie odpoczywa.
      Zycze duzo, duzo odpoczynku.

      Usuń
    3. Tak, skończyliśmy nareszcie! Teraz troszkę odpoczniemy, zregenerujemy się,znowu trochę do lasu z pieskami pochodzimy, grzybów poszukamy, znajomych odwiedzimy, grilla sobie zapalimy przy okazji fajnych piosenek słuchając, w cieniu posiedzimy bo u nas wielkie upały nastają.
      Pozdrawiamy Cię serdecznie, Teresko!:-)

      Usuń
  3. Ojej, ilez tego drewna! Az mnie miesnie bola na sama mysl o cieciu i rabaniu tego wszystkiego! Za to pierogi..... no pierogow to by sie sprobowalo! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, ilośc tego drewna była przerażajaca!Największa, z jakaą przyszło nam sie naraz zmierzyć. Ale, o dziwo, z większoscią daliśmy radę. Człowiek czasem nie wie, na jak wiele go stać, gdy trzeba!:-)
      Pierogi były pyszne! Zrobione na ostro - z pieprzem ziołowym i duża ilościa smazonej cebulki, bo oboje z Cezarym właśnie takie lubimy!:-)
      Pozdrowienia ciepłe, Maju!:-)

      Usuń
  4. Aż mi ślinka pociekła na myśl o pierogach. A zapas drewna naprawdę imponujący. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie dziwię Ci się Karolino, że dostałaś smaka na pierogi, bo torzeczywiście pychota wielka. Tyle, że rzadko chce sie je człowiekowi robić, skoro czasu wciąz na nie i sił szkoda a mozna przecież zrobić cos na szybko i równie dobrze sie najeść a potem znowu do roboty, np. przy drewnie lecieć!
      Pozdrawiam!:-)

      Usuń
  5. A co bedzie, kiedy Wam sil zabraknie do tej znojnej pracy? Ja z przerazeniem zauwazam, ze moge juz coraz mniej i prace, ktore dotychczas wykonywalam z palcem w nosie, sprawiaja mi coraz wiecej trudnosci.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mysleliśmy o tym, Aniu. Dobrze wiemy, że siły z wiekiem maleją a nie rosną.Dlatego staramy si ew naszym gospodarstwie ograniczać ilosc niezbędnych prac i obowiazków.A co do sprawy z drewnem, to planujemy w przyszłosci, gdy już sił zabraknie kupować gotowe pocięte i najlepiej już wysuszone. Nam pozostanie wówczas tylko zwiezienie go taczkami do drewutni. Teraz porywamy sie jeszcze na cięcie i rąbanie, bo drewno w metrówkach jest o wiele tańsze niż pocięte.Kiedys jednak trzeba będzie przełknąc ten wydatek, bo po prostu nie będzie wówczas innego wyjścia.
      Tak, latka lecą...I ja to coraz wyraźniej u siebie czuję...

      Usuń
  6. Uwielbiam ruskie pierogi :))
    Ilość drewna mnie poraziła .... jesteście naprawdę niesamowici, że to prawie przerobiliście :))
    Siłacze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie znam chyba nikogo, kto by nie lubił pierogów! A zwłaszcza ruskich!Tu, na Podkarpaciu nieomalże tradycją jest lepienie ich co piątek (dzień bezmięsny). Ja się, niestety, nie wpisuję w tę tradycję!Ale jeść je mogłąbym na okrągło!:-)
      Najwazniejsze, że daliśmy radę z drewnem i za chwilę dzieło będzie ukończone. Sama sobie sie dziwię, że nie padłam, ale widocznie nie jest ze mną jeszcze tak źle!:-))

      Usuń
    2. Ja nie lubie ruskich pierogow:)) Nie znalam ich nigdy w Polsce, pierwszego ruskiego pieroga zjadlam w Ameryce i jakos nie zapalalam miloscia.
      Ziemniaki i do tego ciasto... nie przemawia to do mnie, za bardzo tuczace.
      Najbardziej lubie pierogi z kiszonej kapusty z grzybami ale pod warunkiem, ze jest duzo grzybow tak prawie pol na pol z kapusta i do farszu dodaje wysmarzony mocno bekon.
      Lubie raczej ostre smaki, fakt, ze ziemniaki tez mozna przyprawic na ostro, ale dla mnie to jednak za duzo skrobi w jednym kawalku:)))

      Usuń
    3. U mnie w domu rodzinnym też nie robiło sie ruskich pierogów, tylko grzybowiki(pierogi smazone z grzybami suszonymi w środku) oraz czasem pierogi z owocami. Ruskich nauczyłam się dopiero tutaj i wciąz eksperymentuję, oddalajac sie coraz bardziej od klasyki.A ziemniaczki lubię, niestety, pod każdą postacią, co dla figury jest naprawdę zgubne!:-)Jak sobie teraz pomyslę, to nawet na śniadanie zjadłabym placuszków ziemniaczanych albo ziemniaczków z koperkiem i masełkiem...Mniam!:-)))

      Usuń
    4. Ruskie trzeba umieć zrobić :)) Dobrze przyprawić i odpowiednią proporcję dobrać sera, ziemniaków, cebulki.
      U mnie w domu też się pierogów nie robiło ...żadnych właściwie. Ale poznańskie pyzy na parze to i owszem.
      Osobiście pierogów nie robię, bo mi się nie chce, może kiedyś zacznę tak na większą skalę, żeby zamrozić i mieć "na zaś". Za ziemniakami nie przepadam, jakiem rodowita poznańska pyra ;) ot, taki paradoks :)) Ale placki ziemniaczane dobre są.

      Usuń
    5. Pyzy? Oj, dawno juz ich nie jadłam. Też są niestety, dosć pracochłonne. Jednak pamiętam ich smak jako niebiański. Zwłaszcza polane truskawkowym sosem wywoływały u mnie ekstazę kubków smakowych!-)
      No i jeszcze te placki ziemniaczane...Poezja, na szczęście łątwiejsza do zrobienia, kiedy zmiksuje się ziemniaki w blenderze zamaist trzeć je na tarce razem z paznokciami i czubkami palców!:-)
      I powiedz Lidko, no jak tu sie odchudzać?!:-))

      Usuń
  7. Kawał ciężkiej pracy za Wami, ale i satysfakcja. Pierogi lubię jeść, lepić nie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że juz prawie całosc tej znojnej roboty za nami. Będzie czas na inne roboty - znacznie mniej męczące i absorbujące.
      A pierogi kiedyś tam znowu ulepię, jak najdzie mnie ochota. Na razie króluje leczo!:-)

      Usuń
  8. nas czeka nawiezienie drewna, mamy taki stosik dwuletni..... (suszony dwa lata)
    nie zmarzną nóżki zimą...
    :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O! Jak drewno schło dwa lata, to jest wspaniale wysuszone!I do tego o wiele lżejsze, niz to surowe. Zwiezienie takiego drewna to już nieomalże pestka! :-))

      Usuń
  9. Czyżby wszystkie drewutnie się samobałaganiły???
    Jestem pełna podziwu dla Waszej pracy, zarówno tej przy lepieniu pierogów, jak i cięciu drewna :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdaje się, że wszystkie drewutnie maja tę właściwość! Zwłąszcza jak robia za składzik wszystkich przydasi!:-))
      Jak już odhaczymy wykonanie pracy z drewnem, to naprawdę kamień spadnie mi z serca.I będzie można bardziej cieszyc sie latem. A lada dzień pewnie ogórki nadadzą sie już do zrywania. Oj, marzą mi się takie swojskie, małosolne! :-)

      Usuń
    2. U mnie dopiero trzeci rzut ogórków przeżył najazd ślimaków. Nie wiem tylko, czy się ich doczekam przed końcem wakacji :(

      Usuń
    3. U Ciebie tez grasują ślimaki?! Mnie ostatnio zaczęły zżerać cukinie,a tak na nie czekałam, bo to dodatek do leczo wprost idealny! A ogórki mam jeszcze maleńkie.Jakos powoli w tym roku rosną. Może nadchodzące upały uchronią je przed inwazją ślimaków, bo na razie strasznie mokro!

      Usuń
  10. Kiedyś jechałam za takim samochodem chyba z 50 km bo nie było jak wyprzedzić, bałam się, że się rozsypie i nas pozabija!
    Z robienia pierogów zrobiłam bardzo miłe rodzinne spotkania - umawiamy się na sobotnie czy niedzielne popołudnie i działamy całą rodziną, ciasto wyrabiam malakserem, potem najsilniejszy czyli syn wałkuje i wycina, wszyscy lepimy, ktoś stoi przy garze, gotuje i wyjmuje, jednocześnie pilnując patelni z boczkiem - ruskie posypujemy wytopionymi skwarkami. Co się przy tym nagadamy, nawygłupiamy!
    Przesyłam serdeczności. Podziwiam pracowitość, wiem co to praca z drewnem bo w domu moich rodziców do dziś pali się wyłącznie nim.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My też z Cezarym boimy sie jeździc za ciezarówkami wiozącymi drewno. Przecież nigdy nie wiadomo, czy się jakis bal nie wymsknie i nie rabnie nam w przednią szybę. Zdarzały sie takei wypadki!
      Fajnie masz z tym rodzinnym lepieniem pierogów, Klarko! I nawet nie pierogi są w tym najwazniejsze, ale ta miła wspólnota, ta wesoła atmosfera rodzinna. Takie lepienie pierogów to ja rozumiem!:-)
      A co do drewna, to jego gromadzenie zajmuje nam pół roku a drugie pół roku trwa jego spalanie.Wszystko się wokół niego kręci. Szkoda, że trzeba spalać to ,co sie w takim trudzie pozyskało, i że te wszystkie piekne kawałki, te słoje, te barwy rozmaite, ta zaklęta w nich historia wzrastania, myśli lasu, doświadczenia codzienne, drzew obracają sie w try miga w popiół... Hm...I my, ludzie jesteśmy jako to drewno....
      Pozdrawiamy Cię serdecznie, Klarko!

      Usuń
  11. Praca drwala i jego pomocnika godna podziwu:) A pierogi ruskie też bardzo lubię:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Praca to cięzka, ale konieczna, niestety. A drwale żeby długo pracować musza solidnie jeść. Te pierogi bardzo nam wtedy sie przydały!:-)

      Usuń
  12. Jejku, jestem pelna podziwu, ze daliscie rade takiej ilosci drewna, bo mam nieco doswiadczenia w tym "sporcie".
    Narobilas mi smaka tymi pierogami. Moze nastepnym razem w stolicy uda mi sie upolowac cos podobnego do bialego sera. Twaróg, jaki znamy w Polsce, tutaj praktycznie nie istnieje, a w moim grajdolku osiagalny zamiennik jest wylacznie owczy, z posmakiem który nie bardzo mi odpowiada :(.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wczoraj wieczorem skończyliśmy z rżnięciem i rąbaniem. Uff!Dzisiaj ledwie zyjemy a trzeba by jeszcze posprzątać te wióry, żeby w domu zaczęło wyglądać jak w domu a nie jak w drewutni!:-)
      Będąc w Au jako zamiennika naszego twarogu używałam Ricotty. Zakwaszałam ją jogurtem naturalnym albo sokiem z cytryny i właściwie w smaku nie było róznicy. Nawet sernik mi sie ricottowy udał!
      Posmak owczy też by mi chyba nie odpowiadał ,bo nawet jagnięcina jakos mi do smaku nie przypadła. Może będziesz miałą okazje Moniko wybrać sie do jakiegos miastowego supermarketu i tam wypatrzeć cos podobnego choć troche do naszego białego sera? Szkoda, że białego sera nie da sie mrozić. Próbowałam, ale po rozmrożeniu tragedia...

      Usuń
    2. Jak tylko uda mi sie wreszcie doczolgac sie do urlopu, zajme sie sprawa :). Jagniecine, której tutaj dostatek, wcinam z zapalem, ale swiezy ser zupelnie mi nie pasuje :(.

      Usuń
    3. Zatem do urlopu, Moniko!Do wolności, do radości, do pyszności i do tego, za czym sie tęskni w kieracie codziennym!:-) Buziaki!:-)

      Usuń
  13. Ohhh ileż to pracy.Chyba tylko Wam brawo bić. Bardzo przyjemny tekst. Czytało się przyjemnie, jak taką swojską, pełną uroku książkę.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na wsi trzeba imać siewielu zajęć, jednak "drwalowanie" jest zdecydowanie najcieższym z nich. Ot, opowieśc z życia. Musze mieć czas i nastrój by takie opowieści wieść. A latem tyle zajeć, że mało kiedy mogę siąść i dłuższego postat napisać. Dziekuję za miłe słowa Agnieszko i pozdrawiam Cie serdecznie!:-)

      Usuń
  14. Olu, Ty jesteś tytanem pracy. Patrząc na to jak ciężko pracujesz jestem pełna podziwu i już nigdy nie będę jęczała i stękała, że jestem zmęczona. Patrząc na ogrom pracy jaką wykonaliście, kłaniam się w pas. Podziwiam Was nieustannie, tyle w Was jest zapału a ta ilość drzewa była przeogromna do obrobienia, ułożenia, pocięcia. Życzę Wam aby drewna wystarczyło przynajmniej na dwie zimy.

    My nie przepadamy za pierogami, jednak ostatnio skusiłam się i kupiłam w znajomej pierogarni właśnie ruskie. Ugotowałam, podpiekłam na boczku z cebulką, czosnkiem i ziołami, były pychota.
    p. stwierdził, że zrobiłam najlepsze pierogi jakie w życiu jadł dzięki magicznym przyprawom:))

    Pozdrawiam Was bardzo serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och!Gdzież tam tytanem! Lubię tez zwyczajnie poleniuchować. A taka praca z drewnem nie jest żadnym wyczynem tutaj na wsi, tu prawie wszyscy tak pracują a nawet jeszcze usilniej, bo muszą jeszcze to drzewo w lesie ściąć a potem przywieźć i samodzielnie rozładowaćj. Ludzie od dzieciństwa przyzwyczajeni do harówki nie narzekają i robią swoje codziennie, wytrwale, zgodnie z porami roku, potrzebami,przyzwyczajeniami, możliwościami i tradycją. Podziwiam ich i szanuję. My, jako osiedleńcy nigdy nie osiągniemy poziomu ich wytrzymałosci i pracowitości. Jednak nie predestynujemy nawet do tego. Robimy, co możemy, robimy to, co trzeba zrobić a czego nikt przecież za nas nie zrobi.
      Fajny miałaś pomysł na pierogi z magicznymi przyprawami! Bo ruskie same w sobie potrafia byc mdłe, dopiero odpowiednie przyprawy i dodatki dodają im smaku. My z Cezarym też lubimy ostre przyprawy i zioła. Z byle jajecznicyczy makaronu potrafią one uczynić niebo w gębie!
      Pozdrawiamy Was serdecznie, kochani!:-)

      Usuń
  15. teraz już wiem ile to pracy i wysiłku, ale też wiem jaka potem radość kiedy robota skończona :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, wiele rzeczy poznać, zrozumieć, ocenić właściwie można dobrze tylko posiadając włąsne doswiadczenie...A po takiej robocie jest po prostu ulga, ogromna ulga, że już, że nareszcie ta sprawa za nami. A przynajmniej na ten rok!:-)

      Usuń
  16. Ileż to sił trzeba,,fajnie się tu z mojej strony to czyta a Wy tam ledwo żyjecie...W następnym roku daj znać to choć Wam podam te pierogi...bo drewna rąbać nie dam rady:):):)
    Jaka to musi być przyjemna chwila kiedy tak ciężka pracę się już ukończy..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, trzeba przy takiej robocie dać z siebie wszystko. Chyba długo jeszcze będziemy czuli w kościach i mięśniach ten wysiłek.A co do robienia pierogów oraz innych smakowitych a czasochłonnych posiłków, to marzą mi sie czasem krasnoludki, które by sie tym u nas zajęły a my tylko przychodzilibyśmy na gotowe!:-)

      Usuń
    2. Gdybym tylko miała wysłałabym Wam całą rzeszę takich krasnali:):)
      Wiem ,że mając tyle pracy to trudne ale odpoczynku Wam życzę
      Całus

      Usuń
  17. Jak cudnie wyglądają stosy pociętego drewna, to bezpieczeństwo i dostatek. A ja dopiero zamówiłam i przywiozą mi w przyszłym tygodniu. Czy zdąży doschnąć do jesieni? Tyle że ja, ze względu na kondycję kupuję już pocięte i porąbane, tylko je układam w stosy przy południowej ścianie chatty.
    A pierogi robię zawsze dla wnuków, duuużo i lubię robić ciasto, ale już kleić i gotować nie za bardzo. Farsz robię dzień wcześniej, ruski, mięsny, kapuściany, gryczany, serowy, szpinakowy .....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, cudnie to drewno wygląda i pachnie też cudnie. Czy zdązy wyschnąc do zimy? Mam nadzieję, że tak (na początek zimy mamy drewno przygotowane wczesną wiosną). W końcu przed nami jeszcze dwa albo i trzy miesiące ciepłej pogody- tylko, niestety, te deszcze co chwila i wilgoć tropikalna w powietrzu spowalniają proces wysychania.
      Na pewno przy południowej ścianie chatty podeschnie Ci ładnie Twoje drewno. Zresztą nawet gdyby nie całkiem, to nic strasznego sie przecież nie stanie.
      Smakowite na pewno Twoje pierogi z tymi wszystkimi różnościami w środku. Mniam, i jeszcze raz mniam. Fajnie mieć taką babcię, jak Ty, Krystynko!:-)

      Usuń
  18. Hi !!jak milo przezytac co robicie !smuci mnie ta ilosc kleszczy szok ............
    my wrocilismy z nad kanalu La manche-i tu smiech w dniu przyjazdu wody bylo po sam brzeg na drugi dzien odplyw i tyle widzielismy wode,widac ale chen daleko))pozdrawiam serdecznie sciskam zpraowane lapki ( p.Gosia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hi, Gosiu! Teraz już kleszczy zdecydowanie mniej. Za to mnóstwo jest gzów i much gryzących oraz innych, znacznie wiekszych stworzeń leśnych!
      Przypływy, odpływy - natura rządzi sie swoimi prawami i robi nam ludziom niespodzianki!
      Pozdrawiamy Cię serdecznie i miłęgo dalszego ciągu wakacji życzymy!:-)

      Usuń

Serdecznie dziękujemy za wszystkie merytoryczne komentarze. Inne, a szczególnie te natrętne i napastliwe będą usuwane do spamu.

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy blog Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przepis przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia