niedziela, 7 czerwca 2015

Ocalony, ocaleni...


   Czerwiec zalewa nas kolejną masą koniecznych do wykonania robót i czynności oraz spodziewanych i niespodziewanych zdarzeń.  A przy tym zmienne nastroje rządzą w naszych duszach. Przeplatają się nadzieje i rozczarowania. Ot, jak to w zwykłym życiu. Świat blogowy oddala się przez to w rejony, które mogą, które muszą poczekać na sprzyjający czas, na potrzebę podzielenia się z Wami naszymi przeżyciami.
   Chciałam jednak napisać o wydarzeniu, które w ostatnich dniach było dla nas radosnym, omalże cudownym promykiem dobrotliwego słońca. Otóż udało nam się sprzedać jednego z naszych koziołków! Mojego ulubieńca zresztą, syna Popiołki, Tofika. Pozostałe dwa czekają jeszcze na ostateczne rozstrzygnięcie swego losu. Czekają bo nie było komu ich odesłać do koziego raju. Bo wszyscy ewentualni, domorośli rzeźnicy zrejterowali tłumacząc się brakiem czasu, niesprzyjającą takim czynnościom pogodą albo też w ogóle niczego nie tłumacząc a po prostu omijając nasze gospodarstwo bez słowa. Wnoszę z tego wszystkiego, iż może i dla  białego Gucia oraz długonogiego Landrynka jest jeszcze jakaś nadzieja... Wszystko okaże się w czerwcu. Poki co koziołki rosną, nieźle się mają, przejawiają już cechy dorosłych capków, mając zaczątki bród oraz wydając charakterystyczne, podniecone, capie charkoty. Na szczęście żadna z kóz nie ma rui, w niczym nie mogą im wobec tego zagrozić młodzi napaleńcy. Jednak to właśnie owa postępująca w szybkim tempie dojrzałość płciowa jest głównym powodem pośpiechu w eliminacji z naszego stada nadmiaru koziołków. Ich kastracja nie wchodzi w grę z trzech powodów. Po pierwsze nasz weterynarz nie kastruje żadnych zwierząt z przyczyn ideologicznych! Po drugie wykastrowane koziołki mają mniejsze szanse kupna przez hodowców, gdyż są wówczas bezużyteczne jako reproduktorzy. A po trzecie nie stać nas na trzymanie w gospodarstwie tylu zwierząt. Nie ma, niestety, takiej możliwości ani tyle miejsca u nas.
  I jeszcze jedno - tytułem tego przydługiego nieco wstępu - czasami siła starych zmartwień, w tym wypadku problem koziołków, maleje w zetknięciu z nowymi. Ale o tym potem.

   Wróćmy teraz do optymistycznej wiadomości o sprzedaży Tofika. Opowiem, jak to było...
Był to upalny dzień, w którym mieliśmy zaplanowanych mnóstwo spraw. Wyjazd do banku, potem po paszę dla kur, po stary chleb dla kóz, po konieczne zakupy dla nas. Odwlec się tego już nijak nie dało albowiem lodówka oraz spiżarka dla zwierząt świeciły pustkami.
   Stałam akurat w przydługiej kolejce do okienka w banku, gdy zadzwonił telefon. Jakiś mężczyzna o młodym, sympatycznym głosie powiedział, iż jest zdecydowany w sprawie kupna koziołka i gotów byłby przyjechać po niego nawet za godzinę. Serce zadudniło mi z radosci a jednocześnie nieznośnie beznamiętny głos w aparacie telefonicznym oznajmił mi, że mam rozładowaną baterię i za chwilę wykonywanie rozmów będzie niemożliwe. Zdenerwowana tym faktem szybciutko poprosiłam rozmówcę aby przyjechał, jeśli może nazajutrz, bo teraz nie ma nas w gospodarstwie. Usłyszałam tylko, że niezniechecony tym nieznajomy wyraził na to zgodę po czym bateria w aparacie dokonała ostatecznie swego żywota. Trudno! Pojechaliśmy naszym czarnym rumakiem tam, gdzie trzeba nam było pojechać. Kupiliśmy wszystkie niezbędne pokarmy i wykończeni gorącem, po paru godzinach wróciliśmy do siebie by zająć się wszystkim tym, co pilnie na nas czekało.
   Następnego dnia zainteresowany kupnem koziołków pan ani nie dzwonił ani nie przyjeżdżał. Wobec tego my skontaktowaliśmy się z nim, nie mogąc przepuścić takiej wspaniałej szansy ocalenia dla jednego z naszych podopiecznych. Ostatecznie człowiek ów pojawił sie u nas pod wieczór, w trzy dni potem, wraz ze swym ojcem - długobrodym, sędziwym już bardzo staruszkiem. Okazało się, iż to właśnie ów ojciec jest najbardziej zainteresowany kupnem. To on prowadził małe gospodarstwo około 30 kilometrów od nas, nad Sanem i potrzebował koziołka, jako nowego reproduktora dla swych kozich dam.

   Tutaj znowu na chwilę odbiegnę od tematu. Już nie raz pisałam na blogu o tym, iż mamy szczęście do poznawania w tutejszych okolicach niezwykle sympatycznych, dobrych ludzi. Przez te pięć lat mieszkania na Pogórzu zdarzył się może jeden czy dwóch osobników, którzy odbiegali niechlubnie od tej reguły. Wiele rozpoczętych w sposób zupełnie przypadkowy znajomości przekształciło się z latami w przyjaźnie, bliskie, serdeczne zażyłości. Zdaje się, iż tak samo bedzie i tym razem, albowiem zarówno ten młody mężczyzna, jak i jego ojciec okazali się być przemiłymi, wrażliwymi, godnymi zaufania ludźmi, co poczuliśmy od pierwszego nieomal wejrzenia.

   Paweł, syn srebrnowłosego, starszego pana, mój krajan ze Śląska zresztą,  zaoferował się pomóc nam w kwestii koziołków, o ile rzecz jasna,w czasie około trzech tygodni nie zjawi się nikt chętny na nie. Tak to jest, że w gospodarstwie nabywa się z latami pewnych koniecznych umiejętności. Onże obeznajomiony z problemem nadmiaru koziołków nie miał żadnych oporów by w sposób humanitarny pomóc im odejść z tego świata. Obiecał także, iż jadąc w czerwcu do koziołków zabierze ze sobą specjalny nóż do obcinania zbędnych narostów na kozich racicach i dokona u naszej Popiołki owych coraz bardziej koniecznych czynności.
   Eustachy, ów siwobrody, maleńki starzec, zachwycony naszym capkiem Łobuzem Kurdybankiem zapałał chęcią by stał się on niebawem mężem dla jednej z jego kóz, jedynej, która nie powiła w tym roku koźlaczków. Przez chwilę nawet zastanawiał się poważnie czy to właśnie naszego Kurdybanka nie kupić, jednak widząc jak bardzo jestem do niego przywiazana i jak niechętnie myślę o rozstaniu z nim, porzucił tę myśl, pojąwszy także, iż tak rosły cap nijak nie zmieści się w bagażniku jego małego samochodziku.
   Starszy pan z synem obchodzili z ciekawością nasze gospodarstwo. Podziwiali amatorskie rozwiazania konstrukcyjne w koziarni, zachwycali się kurami zielononóżkami i czubatkami, zdumiewali  niezwykłemu oswojeniu i przywiązaniu do nas naszego koziego stadka. Mówili szczerze o swoich sprawach, o ciekawych historiach ze swego życia. Zachód słonca zaczynał powoli przekształcać sie w szary zmierzch a my rozmawialiśmy, opowiadaliśmy sobie wzajem dużo o sobie, nacieszyć nie mogąc się do syta swoim towarzystwem.

 - Ależ cudownie poznać takich, jak wy sympatycznych ludzi! Dowiedzieć się tylu ciekawych rzeczy o gospodarstwie, podejrzeć jak sobie radzicie ze zwierzętami! - zawołał wreszcie Eustachy, ściskając mocno nasze dłonie.
- Oj, czuję, że nie raz odwiedzimy was w waszym cichym przysiółku. Tak tu u was swojsko i przyjaźnie! - I do nas też oczywiście zapraszam serdecznie!To przecież niedaleko. Popatrzycie sobie, jak tam żyjemy, pokażemy wam nasze strony - entuzjazmował się wzruszony nieomal do łez naszym ciepłym przyjęciem starzec. Patrzyłam na niego z szacunkiem, serdecznością a także olbrzymią ciekawością, pobudzoną tym, co zdążył przez czas naszego pobytu u nas o sobie opowiedzieć.  Był to Sybirak, który przeszedł w dziecinstwie gehennę długiej tułaczki po niegościnnej, acz pięknej, rosyjskiej krainie. Zgubiwszy na wygnaniu rodzinę, długie lata spędził w rosyjskim domu dziecka. Wreszcie wyrwawszy się z tego piekła wrócił do Polski, znalazł tu swoje miejsce, został biologiem i aż do tej pory prowadził zaawansowane badania nad przyczynami chorób u ludzi i kóz.

- I my mamy pewność, iż jeszcze nie raz się spotkamy, bo nie często trafia się na takich fantastycznych, otwartych ludzi ! - odparliśmy także szczerze wzruszeni i uśmiechnięci od ucha do ucha.
- Jednakowoż kochani, późno się robi. Czas nam już jechać, żeby przed kompletnym zmrokiem do domu dotrzeć. Trzeba koziołka wybrać i do samochodu zapakować - westchnął Eustachy, nie mogąc się zdecydować, który z naszych maluchów podoba mu się najbardziej.

- Może ten byłby dobry? To taki najmilszy, najbardziej rezolutny ze wszystkich naszych koziołków! - podpowiedziałam, wskazując na przypiętego właśnie do wymienia swej mamy Tofika. "Malec" choć tak już duży, że aby ssać musiał nieomal pół klęczeć, pół leżeć pod Popiołką nadal z wielkim zapałem popijał mamine mleko. Ona pozwalała mu na to jeszcze, acz czyniąc to coraz bardziej niechętnie.

- No i dobrze! Jak mówisz Olu, że taki z niego zuch, to weźmiemy właśnie tego! - zawołał uradowany staruszek i kiedy tylko maluch porządnie się najadł Paweł przywiązał mu do różków parciany postronek a potem ciągnąc zdecydowanie opierającego się ze wszystkich sił Tofika ułożył go w bagażniku swego pojazdu. Maluch, tak nagle oddzielony od stada meczał w samochodzie jak opętany. Kozy w koziarni odpowiadały mu pełnym niepokoju, chóralnym mekiem. Jednak sprawa się dokonała. Los mojego ulubionego koziołka był przesądzony. Pomyślny przecież los. Mam pewność, iż u tych dobrych ludzi nie stanie się mu krzywda i przynajmniej przez rok czy dwa będzie cieszył się beztroskim życiem na nadsańskich łąkach. To wielka ulga i radość dla mnie. Tak niespodziewanie pozytywny obrót spraw obudził w moim sercu nową, maleńką nadzieję, iż skoro mógł się zdarzyć w przypadku jednego naszego koziołka taki cud, to i dla reszty koźlaczków sprawa nie jest jeszcze przesądzona. A jesli nawet jest, to trudno...Człowiek zmagając się z jakimiś zmartwieniem przez dłuższy czas w końcu nieco tępieje, przywyczaja się do mysli o nieuchronności i koniecznosci pewnych spraw, nabiera koniecznej twardości. Tak przecież trzeba, jesli chce się normalnie żyć a nie zwariować.

   No i jeszcze na koniec tej opowieści jego clou - wyjaśnienie, dlaczego pewne wydarzenia zmniejszają wagę i smutny wydźwięk poprzednich.
  Wczoraj mielismy wypadek samochodowy. W czołowym zderzeniu, na wąskiej, niezwykle stromej asfaltowej dróżce nasz samochód został kompletnie zmasakrowany. Nie było w tym żadnej naszej winy. Teraz biedny, czarny rumak nadaje się tylko do kasacji. Nam, na szczęście, poza paroma stłuczeniami i siniakami nic się nie stało. Jesteśmy obolali, ale ocaleni.


P.S. Towarzystwo ubezpieczeniowe przysłało nam juz samochód zastepczy do czasu wypłacenia odszkodowania za naszego zniszczonego rumaka. Nie jesteśmy więc odcięci od swiata!

56 komentarzy:

  1. Jakie to szczescie, ze nic Wam sie nie stalo! Bo moglo, biorac pod uwage szkody na samochodzie. Az mi ciarki po plecach przeszly!
    Powiadaja, ze samochod rzecz nabyta, ale w Waszej sytuacji jego brak troche odcina Was od swiata. No i nastepny tez musi byc terenowka, bo jak inaczej sie stamtad wydostac, zwlaszcza zima. A terenowka to jednak ogromny wydatek. Bardzo wspolczuje tych nowych problemow, jakbyscie starych za malo mieli. Jednak Wasze zdrowie i zycie najwazniejsze i ciesze sie razem z Wami, ze na siniakach sie skonczylo.
    Maly capek mial tez prawdziwe szczescie, ze znalazl nowa rodzine i bedzie mogl pozyc. Zycze mu duzo zdrowych kozlatek, najlepiej dziewczynek. Zyjac na wsi, trzeba sie uodpornic na sentymenty, opancerzyc serce i nie przywiazywac sie do inwentarza. Latwo powiedziec! Tacy ludzie jak Wy czy ja nie umieja. Mam jednak nadzieje, ze wszystko pomyslnie sie zakonczy. Przeciez gdzies zyja kozy potrzebujace mezow swiezej krwi...
    Sciskam Was z wielka ulga, ze jestescie. :****

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdyby Cezaremu nie udało w ostatniej chwili skręcić odrobinę w stronę pobocza już by z nas tylko keczup został...To jest cięzkie przezycie. Kiepsko spałam dzisiaj. wciąz mi sie przypominało...
      A co do koziołka, to cieszę sie, ze przynajmniej jemu sie udało. Są jednak dobre niespodzianki na tym swiecie.
      I my ściskamy Cię Aniu serdecznie, dziękując za Twoje ciepłe słowa!***

      Usuń
  2. Oj oj uffff. O mój Boże.
    Przeżywam Twój post Olu, wszystko się musi we mnie ułożyć bym coś sensownego napisała.
    Jestem przeszczęśliwa że żyjecie. ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie samej nie chce sie wierzyć, ze jeden ułamek sekundy może zadecydować o zyciu. To była straszna siła uderzenia. Żyjemy, to najwazniejsze.
      Ściskamy Cię Elus serdecznie!♥

      Usuń
  3. O Madonno! Ale sądząc po stanie autka macie wielkie szczęście i mocnego Anioła Stróża. Wszystkie kłopoty bledną w obliczu takiego wydarzenia i to w waszej sytuacji i położeniu. Czy chociaż ubezpieczony był dobrze?
    Napisze zaraz maila, przytulam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba rzeczywiście coś nas ochroniło, bo naprawdę mogło być bardzo źle, gdyby Cezaremu nie udało sie zjechać troszke w strone pobocza, dzięki czemu uderzenie poszło bardziej na bok niż na czoło samochodu. A jestesmy dobrze ubezpieczeni, wiec chociaż taka z tego pociecha, ze będzie jakieś odszkodowanie. A póki co mamy samochód zastepczy z towarzystwa ubezpieczeniowego.
      Ściskamy Cie serdecznie Krystynko!♥

      Usuń
  4. Sporo szczęście Was spotkało...

    OdpowiedzUsuń
  5. Olu, wobec pewnych zdarzeń, które, jak piszesz, mogły okazać się tak tragiczne, wszystkie inne mniej lub bardziej nas dotykające zmartwienia tracą na mocy. Taki wstrząs czasem potrzebny, żeby przypomnieć sobie o tym, co najważniejsze. Jednak żeby aż takiego kalibru przypomnienie musiało się włączyć! Powiem Ci, że aż chyba niezupełnie dociera do mnie to, że byliście w takim niebezpieczeństwie. To pewnie kwestia spokoju i dystansu, z jakim to opisałaś. Jeju...

    Ściskam Was mocno! I cieszę się także z powodu Tofika. Niech jeszcze Landrynek i Gucio trafią do dobrych zagród z troskliwymi opiekunami. :)

    :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nigdy w życiu nie doświadczyłam czegoś takiego, jak ten wypadek samochodowy. Miałam różne stłuczenia, urazy, upadki z wysokości, jednak tutaj kaliber sprawy jest inny. Nie da się otrząsnąc jak pies po wyjściu z wody i iśc dalej. Teraz jadąc samochodem odczuwam lęk. Przedtem lubiłam jeździć jednak tylko jako pasażer. Jako kierowca zawsze byłam w stresie.
      Mam nadzieje, ze i dla Gucia i Landrynka los szykuje dobrą niespodziankę, ale jeśli nie, to trzeba będzie znieść wszystko.
      Serdeczne mysli ślę Ci Jolu (a na list poczekam cierpliwie!)***

      Usuń
  6. Mieliscie wyjatkowe szczescie!!!
    Koziolek tez:)
    A z tym szczesciem do dobrych ludzi to ja mysle, ze Wy swoja dobrocia takich przyciagacie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie dziwne jest życie. Wydaje sie czasem człowiekowi, że to innym tylko sie przytrafiają wypadki a człowiek ogląda to wszystko z dala jak jakis film. Jednak zaraz potem okazuje sie, że bardzo szybko z widza mozna przeistoczyć sie w uczestnika, głownego bohatera jakiegoś przykrego wydarzenia.
      Tak, najwazniejsze żesmy przeżyli i jeszcze możemy zachwycac sie światem oraz poznawać dobrych ludzi.
      Pozdrawiam Cie gorąco Star!***

      Usuń
  7. Boże drogi, co za straszna historia! Widok samochodu przerażający i z trudem mogę sobie wyobrazić te parę siniaków.
    Parę siniaków, to ja mam po rozdzielaniu kóz na poszczególne zagródki ... Macie niezwykłego Anioła Stróża!
    Podobno przez długi czas jeszcze odtwarza się w głowie i ciele "film" z wypadku. Tak opowiadało mi parę osób. Mnie w ogóle nie starcza wyobraźni na to co przeżyliście.
    Zapalam świecę za Wasze uratowane życie!
    Cieszę się że Tofik ma nowy dom. Mnie też udało się sprzedać jednego koziołka. Jednego z siedmiu.
    Przytulam delikatnie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Połowę niedzieli spędziliśmy w szpitalu w Przemyslu, bo odczuwając coraz mocniej boleści nie byliśmy pewni, czy jednak nie doznalismy jakichś powazniejszych obrażen i chcieliśmy sie przebadać. Na szczęscie nic powaznego nie wykryto. Tylko moja noga jest tak bardzo stłuczona, że musze brać leki przeciwzakrzepowe i nosic opaskę uciskową.
      To prawda, że wciąz się to zdarzenie przypomina -szczególnie gdy znowu jedzie sie samochodem i jakiś inny pojazd pojawia sie z naprzeciwka. Niepewność, mróz na ciele, trzepot serca...A tak kiedyś lubiłam jeździć...
      Też mnie kozy potrafią poturbować Madziu, wciaz mam pełno siniaków na nogach i ramionach.Ale do tego przywykłam.
      Ciesze sie, że udało Ci sie sprzedać jednego z siedmiu. Prawdziwy z niego szczęściarz!Oby więcej takich szczęść!
      Przytulam z westchnieniem

      Usuń
  8. Olu, dziękuję za te opowieści z życia. Dzięki Tobie wiele się uczę. Ogromnie się cieszę, że wyszliście cało z tego strasznego wypadku, no i że macie samochód zastępczy. Z darowanego życia dla koziołka też się cieszę.
    Wasze zwierzęta mają cudowne życie i to jest bezcenne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gosiu, życie jest nieprzewidywalne. Dzisiaj martwi nas jedno. Jutro drugie. A między tym wszystkim tyle dobrych chwil, uczynków i myśli. Trzeba starać się je ocalać przez przeoczeniem, pomniejszeniem, zbędnym zasmucaniem.
      A szczęście naszych zwierząt jest dla mnie czymś bardzo waznym. Czasem jestem w tej i innych sprawach bezradna i to boli, ale cóż począć. Wszystko trzeba przejśc. Z wszystkiego jakąs naukę wyciągnąc mozna.
      Pozdrawiam serdecznie!*

      Usuń
  9. Dobrze, że Wam się nic nie stało ..... nie będę oryginalna. Niektórym ludziom naprawdę rozum odebrało, a jeszcze siadają za kierownicą ... niedawno nasz znajomy miał czołówkę, na bocznej drodze, za szybko na szczęście nie jechał, a uderzyła w niego pani jadąca z pracy, która w dodatku nie miała zapiętych pasów. Ścięła zakręt po prostu. Towarzystwo ubezpieczeniowe kolegi dość szybko rozpatrzyło jego sprawę - było nie było, muszą płacić za kazdy dzien wynajmu samochodu zastępczego ;)
    Dla Waszych capków jakaś nadzieja zaświeciła :) super. Cieszy na razie, że Tofik znalazł tak wspaniałych opiekunów :)
    Ale, że weterynarz z powodów ideologicznych nie kastruje zwierząt ..... no nie wierzę, normalnie ;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, Lidusiu. Choćby człowiek jechał najbardziej przepisowo i ostrożnie, to nie ma przecież wpływu na zachowanie innych uczestników ruchu drogowego. A czasem wystarczy chwila nieuwagi i wszystko dzieje sie w ułamku sekundy. Tyle jest wypadków w Polsce przeciez. Zawsze się o tym tylko czytało, słyszało z daleka. A teraz nasze zdarzenie powiekszyło te smutne statystyki.
      Nasz weterynarz jest wspaniałym, sympatycznym facetem, także świetnym specjalistą, gotowym pomóc w każdej sytuacji, ale w sprawie kastracji uparty jest i nieprzejednany jak kozioł!:( Nie ma sensu sprowadzanie weterynarza z innej miejscowości ze względu na koszta i w ogóle sens całej operacji.
      Pozdrawiam Cię ciepło!***

      Usuń
  10. Olu, to cud, że Wam się nic " grubszego" nie stało. To są właśnie te cuda, o których tak często piszę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może cud, może jakaś ważna wskazówka od losu. Tak czy siak nie da się o tym zdarzeniu zapomnieć.
      Pozdrowienia ciepłe sle Ci Basieńko!***

      Usuń
  11. Dobre Anioły Was strzegą. Rany.... nieźle klepnęło:(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jutro ma przyjechać rzeczoznawca by wycenić szkody. Dla nas jednak samochód wyglada na nienadający się do naprawy. Szkoda go. Dobrze nam służył przez pięc lat...

      Usuń
  12. Olu...ciesze sie, ze Jestescie cali. Trzeba dalej zyc i pokonywac te wszystkie "dary losu"
    Przyjdzie taki dzien, ze "zakrety" zlagodnieja.
    Bardzo ucieszylam sie wiadomoscia, ze jeden z koziolkow bedzie mial dobry dom, a Wy dzieki temu poznaliscie dobrych, szczerych ludzi.

    Sciskam Was serdecznie :***

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewne zakręty złagodnieją, inne się wyostrzą. Póki czowiek zyje wciąz jest jak na wirażu. Ale tak to już musi być. Byle nie tracić odwagi, optymizmu, wiary w sens tego wszystkiego i dobro, które wciąz jest i będzie.
      Życie toczy sie dalej - na szczęście! Nasze zwierzęta nie wiedza, jak niewiele brakowało by ich opiekunowie do nich nie powrócili. Ale jestesmy i znowu pracujemy i znowu możemy co rano witać znajome widoki, słońce i ludzi oraz mówić sobie wzajemnie - dzień dobry!
      Dzień dobry zatem, Orszulko!:-))****

      Usuń
  13. Ech, Anieli macie porządnych :)
    Ale i tak ciarki po plecach mi przeszły....
    Koziołek ma farta, a Wy- szczęście do ludzi i w ogóle - oby zawsze, Kochani!
    Buziaki z wyczekiwaniem na deszcz....:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może i Anieli! Coś pomogło ocaleć - albo refleks mojego męza albo jakieś sprzyjające nam duchy.
      Ciarki mi też przechodza po plecach - nie tylko na wspomnienie, ale i na widok naszego zniszczonego autka a także poczas jazdy na tych naszych górskich drózkach. Teraz dopiero zdaję sobie sprawę, jak bardzo tu jest niebezpiecznie!
      Buziaki Ci slemy Tupajko kochana serdeczne i wszystkiego dobrego zyczymy!:-))

      Usuń
  14. Cieszą dobre wieści. Trzymam kciuki za pozostałe koziołki. Wypadku współczuję, musieliście to mocno przeżyć!... :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, przezylismy. Nadal przezywamy. Ale ponieważ wierze, że wszystko w zyciu jest po coś, tak wiec i to doswiadczenie dodaję do mojej prywatnej księgi życiowej nauki.
      Pozdrawiam ciepło, Abi!:-)*

      Usuń
  15. Anioł Wasz ( a może jest ich więcej) czuwał. Jak dobrze, że nic poważnego się Wam nie stało. Okropne przeżycie. Dobrze, że Tofik ma już nowy dom. Moi czterej też w nowych domach, nawet Ci wykastrowani dwaj zeszłoroczni mają dom i dożywocie. Może i Wasi dwaj znajda nowe domy. Przytulam Was mocno bardzo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, okropne, traumatyczne przezycie. Tym bardziej doceniamy teraz to, co jest, to co mamy.
      Ależ w fajnych okolicach mieszkasz Owieczko, skoro udaje Ci sie tam znaleźć tylu nabywców Twoich koziołków!Zazdroszczę tego, bo u nas wiekszosc patrzy na koziołki jak na chodzace, ponoc przepyszne mięso. Dlatego takim cudem jest dla mnie znalezienie chętnych dla jednego z naszych podopiecznych i podarowanie mu dobrego życia. Chwilę poczekamy jeszcze na kolejne cuda, a jak nie przyjdą...to trudno. Czasem nic się nie poradzi i z pokorą oraz twardością trzeba przyjąc wyroki losu.
      I my przytulamy Cię serdecznie, Owieczko!***

      Usuń
  16. I ja się cieszę, że stłuczka nie była dla Was groźna. My wczoraj o centymetry otarliśmy się o wymuszenie z lewej. Do dziś mam dreszcze.

    Dobre myśli posyłam na cały tydzień. I pozdrowienia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, Alis! Strasznie niebezpiecznie jest na drogach. Tak niewiele trzeba by stało sie coś strasznego. A tymczasem jeździć co jakiś czas gdzieś jednak trzeba. Zresztą wypadki moga zdarzać siewszędzie. Nie tylko w samochodzie. Najwięcej jest ponoć nieszczęsliwych zdarzeń we własnych domach. Gospodynie spadaja z krzeseł przy myciu okien itp. Przed losem się nie ucieknie. Jednak nasz los to dalsze zycie. Udało sie nam ocaleć. Coś widocznie jeszcze waznego musimy w zyiu przezyć, czegoś się nauczyć.
      Pozdrawiamy Cię serdecznie, wszystkiego dobrego życząc teraz i zawsze!:-)*

      Usuń
  17. Czyli Wy i zwierzęta pod waszym dachem macie sporo szczęścia ! Bardzo się cieszę, że nic się nie stało ! Wobec realnego zagrożenia, codzienne drobne zmartwienia znikają na jakiś czas a człowiek jakby bardziej potrafi się cieszyć z rzeczy zupełnie zwyczajnych ale jak spojrzeć uważnie to jednak niezwykłych. pozdrawiam Was bardzo ; )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mamy sporo szczęścia? Chyba tak! Tak trzeba na to patrzeć. I naprawdę ciesze sie bardziej tym, co jest. patrzę znowu prosto. Nie zaćmiewam zbędnościami. I jakos wierzę losowi, że tak byc własnie miało.
      Serdeczne mysli Ci kochana Łucjo zasyłam!***

      Usuń
  18. I zdarzył się cud, i to nie jeden. Dawno nie pisałaś. Można odetchnąć.
    Tyle energii w Twoim poście.
    Nie do wiary, że na takich wiejskich drogach można jechać z impetem i zderzyć się z drugim samochodem ! Fakt dróżki wąskie, kolein pełne, tylko na jeden samochód, ależ mieliście szczęście, że nic się Wam nie stało !!!

    Buziaki dla Was Obojga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano byłto rodzaj cudu Zofijanko, bo naprawdę niewiele brakowało .Pamietasz jakie tam są przepaście po prawej stronie jak się jedzie od strony Jawornika? Nie byłoby co zbierać.
      Energia jest, bo dobre rzeczy zdarzaja się mimo zwątpień i czarnych mysli. A to silne potrząśnięcie, ten wypadek też chyba był na cos potrzebny. Pokornie pochylam więc głowę. Noga wciaz boli, ale sie zagoi...
      Buziaki zasyłamy Wam i cieszymy sie tym pięknym światem. Wszystkim, co jest!:-))*

      Usuń
    2. Myślałam, że to na szutrówce, a to na tym ostrym podjeździe ? Tam jest okrutnie niebezpiecznie !!!! Nawet latem ciarki po plecach przechodzą, kiedy się zjeżdża w dół !!

      Usuń
    3. To było właśnie tam na stromiźnie, Zofijanko! Wczoraj mąz był w Urzedzie gminy by uświadomić im, ze chaszcze trzeba wyciąć przy drodze, bo tam nie ma w ogóle widoczności. No i powiedział tez o uprzątnięciu piasku, co tam na szosie po zimie wciaz zalega. Ten piasek sprawia, że jest slisko i wydłuża siedroga hamowania. Ten facet z naprzeciwka hamował 10 metrów a i tak dobił do nas, bo się slizgał i nie panował nad samochodem.

      Usuń
  19. Wypadek to zdarzenie wstrząsowe, podczas którego uwalnia się duży stres z przeszłych wydarzeń,
    zanim pojawi się ten powypadkowy.
    Poniżej pewien cytat dot. wypadków, do przemyślenia i przeanalizowania sytuacji:

    "Wypadek bezpośrednio i gwałtownie stawia pod znakiem zapytania sposób postępowania albo kierunek działania
    człowieka. Jest cezurą w życiu i jako taka wymaga zastanowienia się nad jej przyczynami.
    Należy przy tym przeanalizować cały przebieg wypadku niczym sztukę w teatrze, spróbować zrozumieć jego strukturę
    i przenieść ją na własną sytuację. Wypadek jest karykaturą naszych problemów - tak samo trafną i tak samo bolesną
    jak każda karykatura". (T.Dethlefsen, R.Dahlke)

    Oleńko, generalnie - nie ma tego złego... Po coś to było.

    Tytuł posta sprawił, że czytałam go pewna happy endu :))

    I teraz uśmiecham się do siebie. Że jesteście. Że ocaleni. Że ocalony.

    Ściskam mocno. Bardzo. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, kochana Mar - tytuł mówił wiele. Ocalając jednego koziołka ocalilismy też cos w nas. Wiarę i nadzieję. Istotny kawałek człowieczeństwa. A wyszedłszy cało w wypadku samochodoweo rozumiemy, ze jeszcze cos dobrego mamy do zrobienia na tym świecie.Że jeszcze są jakieś cele.
      Przeczytałam Twój komentarz rano i dał mi dużo do myslenia. Jakie jest znaczenie tego wypadku. czego cezurą on jest? To ważne pytania. I nie ma jednoznacznej odpowiedzi a tylko intuicyjne domysły. Zastanawiam się. Ale też uwazam, że wszystko jest po coś. Jakaś energia sie rozładowała.
      U nas ostatnio wciaz są przerwy w dostawie energii elektrycznej. I Internetu też w zwiazku z czym brakuje.Ale radzimy sobie z tym jakoś. W kazdej sytuacji mozna sobie poradzic i z wszystkiego wyciągnąć naukę.
      Ocaleliśmy. Jestesmy. I koziołek sobie gdzies nad Sanem zyje. Pewnie nadal tęskni za stadem, za mamą i siostra, ale za jakis czas zapomni i odnajdzie sie w nowym miejscu tak, jak nasz Łobuz Kurdybanek. Niech Tofik będzie szczęśliwy, jak jego ojciec!
      Duzo ciepłych mysli zasyłam Ci Mar i pozdrowienia od nas obojga!:-))***♥

      Usuń
  20. Traumatyczne przeżycia już zawsze z nami pozostają, szczęśliwie czas ma zbawienne działanie i wraz z jego upływem zmieni się postrzeganie tego wydarzenia. Sukces w znalezieniu domu dla koziołka to nadzieja dla innych. Sama mam w tym roku problem z dwoma, a wykastrowane biegają już dwa; jeden czteroletni i drugi zeszłoroczny. Zapraszam do siebie - blog zapiski spod lasu.
    Pozdrawiam serdecznie - Andzia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, Andziu - czas leczy rany, stepia ból i lęk, zsyła wreszcie zapomnienie. Jak dobrze, że tak właśnie jest.
      Co do koziołków, to straszne jest to w hodowli zwierząt, że samce są zbędne i że tyle sieich rodzi. Nie sposób zatrzymać wszystkich u siebie przeciez. Ty, jak piszesz, masz juz dwa dorosłe a tu dwa małe czekają w kolejce.Z tego wnosze, że też masz z tym wszystkim duzy problem natury etycznej. No i zbyt dobre serce. Ciekawa jestem, w jakich okolicach mieszkasz. Dziekuje za zaporoszenie. Postaram sie do Ciebie zajrzeć. I serdecznie dziękuje za odwiedziny.
      Pozdrawiam Cię Andziu ciepło!:-))

      Usuń
  21. Wiem, Olu, że masz zmartwienia ze swoimi koziołkami, co dalej; dobrze, ze chociaż jeden znalazł dobry dom, może innym też się poszczęści; jak to pisała mi kiedyś Magda, taki koziołkowy rok; myślałam o Was, jadąc w niedzielę wąskotorówką, patrzyłam na drogi, którą to można do Was dojechać; okropne przeżycie Was spotkało, dobrze, że KTOŚ z góry czuwał; wystarczy chwila ... nie daj Boże kalectwo albo co gorszego; samych dobrych dni życzę, Olu, pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A propos koziołków, to jakos nabrałam wiary, ze jednak jest i dla pozostałych jakaś szansa. Poczekamy jeszcze troche, moze znajdzie sie jakis dobry człowiek.
      Blisko nas byłaś w niedzielę (ok. 4 km) - tyle mamy do Jawornika, przez który przejeżdżałaś wąskotorówka. Ale my pewnie w tym czasie bylismy w Przemyslu, w szpitalu na badaniach, bo obolali bylismy bardzo i chcieliśmy porobic sobie badania czy sobie czegos jednak nie uszkodziliśmy. Tuż po sobotnim wypadku byliśmy w takim szoku, że nie czuliśmy nic. Patrzyliśmy tylko ze zgrozą na zniszczony samochód i przepaśc po prawej stronie, od której dzieliły nas centymetry...Straszne było to wszystko. Ale dzisiaj juz czujemy sie lepiej i patrzymy z zachwytem na to, co nas otacza, widząc wiecej i doceniając bardziej.
      Ciepłe mysli zasyłam, Ci Marysiu!:-)*

      Usuń
  22. Ale sie narobilo! Zobacz Olu, ulamek sekundy mogl zmienic cale wasze dotychczasowe zycie. I tak sobie czasami mysle, ze wszystko jest tam gdzies zapisane we wszechswiecie, a my jestesmy tylko malymi trybikami tej wielkiej machiny ktora jest nasza planeta.
    Najwzniejsze, ze w waszym przypadku cala ta kraksa zakonczyla sie siniakami, jednak w psychice to pozostanie. No, samochod masakra, i to, ze Cezary nie ma polamanych nog to cud. To, ze drogi w Polsce sa waskie i nieprzystosowane do ilosci pojazdow, to kazdy z nas wie. Jesli moge zapytac, to co bylo przyczyna wypadku? bo, patrzac na waszego rumaka, to nadmierna predkosc tego, ktory w was uderzyl.

    Ciesze sie, ze koziolek trafil w dobre rece i bedzie wiodl szczesliwe zycie. Dobro przyciaga dobro, a w Was tego dobra jest cale mnostwo i dlatego przyciagacie do siebie podobnych ludzi.
    Przytulam Was delikatnie, uwazajcie i dbajcie o siebie - buziaki:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, mogło wszystko sie zmienić. Ale i tak duzo sie zmieniło. Poobijani jestesmy bardziej niz sądzilismy. I psychicznie niestety tez. Teraz sie po lekarzach pałętamy.A tam nam dobrze było...
      Przyczyną wypadku była nadmierna prędkosc tamtego, nadjeżdżającego z góry kierowcy oraz jego jazda zbyt blisko środka szosy. Cezary skręcił odrobinę w ostatniej chwili i dlatego zderzenie było boczne a nie czołowe.Dlatego zyjemy.
      Nie ma chętnych na nastepne koziołki. Widocznie limit pomyslnych niespodzianek od losu już wykorzystalismy...
      Leje u nas. To dobrze, bo było strasznie sucho. To źle, bo siano nam na polu moknie...
      Dziekujemy za dobre słoda oraz delikatne przytulenia, kochana Ataner i wzdychajac też się przytulamy z ufnością i serdecznością!:-))

      Usuń
    2. Wszystko bedzie dobrze i tego sie trzymajcie! A moze czegos potrzebujecie, jesli tylko moglabym w jakis sposob pomoc to pisz na emaila.
      Trzymajcie sie i dbajcie o siebie, buziaki i glaski dla Zuzi:)

      Usuń
    3. Siły nam trza, nadziei i wytrwałości. Masz tam ciupkę tego na składzie?
      Ściskamy Cię serdecznie Ataner zmęczeni zwariowanym dniem w rozjazdach!♥

      Usuń
    4. Jasne! Na skladzie mam wszystko jak to czarownica, a Wam przekazuje sama dobroc, trzymajcie sie :)
      Serduszek w moim sprzecie brak, ale tez Wam je przekazuje:)

      Usuń
    5. Dziekujemy, kochana czarownico. I odwzajemniamy dobre uczucia!:-))*♥

      Usuń
  23. Ciesze sie ze nic Wam sie nie stalo! Dokladnie jak powiedzialas Olgo czasami ulamki sekundy decyduja, cale szczesie ze Cezarego refleks nie zawiodl! Usciski serdeczne xxx

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Stoi nam teraz na podwórku ten pogruchotany rumak i wciaz o wypadku przypomina. Szkoda samochodziku, bo bardzo był pakowny, mocny i niezawodny. Ale nic nie jest wieczne. Na wszystko przychodzi pora. Na nas jeszcze nie przyszła.
      Pozdrawiam Cie serdecznie Maju!***

      Usuń
  24. Nie było mnie troszkę więc nie wiedziała,..ale mam nadzieję ,że już wszystko powoli , to co tam w środku Was się zadziało. wraca do normy. Całuję,ściskam i przytulam!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wraca powoli, bo po takich wypadkach niektóre bóle długo trwają, a lęki co do jazdy zostają.
      Pozdrowienia serdeczne!

      Usuń
  25. Dobre duchy nad Wami roztoczyły opiekę pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten wypadek bardzo dużo w naszym zyciu zmienił, choć na pozór nic sie nie stało...

      Usuń

Serdecznie dziękujemy za wszystkie merytoryczne komentarze. Inne, a szczególnie te natrętne i napastliwe będą usuwane do spamu.

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blog blogi Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno droga dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo góry Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kalina kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie mgła miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przemijanie przepis przetwory przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty słowa smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wrażliwość wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia