środa, 20 maja 2015

Być potrzebną…





  Dojąc wieczorem kozy doznałam nagłego olśnienia. Otóż wtem mi się objawiło, że przy całym zmęczeniu i znoju tego życia na wsi czuję się tu po prostu potrzebna i niezastąpiona. To uczucie jest bardzo silne a mojemu „ego” ogromnie potrzebne. I to właśnie ono jest zapłatą za cały ten codzienny trud, za monotonię powtarzalnych czynności, za przezwyciężanie swoich bólów i niepokojów. Idę do przodu, bo iść muszę, bo chcę. Bo to moje wytężone, odpowiedzialne działanie, ta zwyczajna dreptanina jest niezbędna by gospodarstwo działało jak dobrze naoliwiona maszyna. Począwszy od opieki nad zwierzętami i plewieniu grządek, skończywszy na gotowaniu, sprzątaniu czy współuczestnictwu w zwożeniu, cięciu i układaniu drewna na opał. Nie robię tu nic bez sensu. Nic z poczucia nudy. Nic dla zabicia czasu. Niczego nie udaję ani przed innymi ani przed sobą. Jakże mogłabym zabijać czas, skoro wciąż mi go mało? Ożywiam go każdą czynnością oraz myślą o tym, co jeszcze mam do zrobienia. Uwalniam z siebie kolejne pokłady energii nawet wówczas, gdy zdaję się samej sobie kompletnie z niej wypalona.
   Patrzę wstecz, na bardzo odległe już mentalnie, choć czasowo nie tak bardzo czasy, gdy mieszkałam w mieście i chodziłam codziennie do mojej pracy. Środowisko uczelniane, w którym się obracałam pełne było złośliwości, plotek, nieustannego poczucia zagrożenia, lęku przed zwolnieniem. Nikt tam nie był niezastąpiony. Ktoś, kto brylował i puszył się dzisiaj jutro znikał jak gdyby nigdy go nie było. A życie toczyło się dalej. Mróweczki nadal robiły swoje, truchlejąc coraz bardziej pod wzrokiem władcy mrowiska. I żadna nie czuła się pewnie, choć starała się przed innymi udawać i robić dobrą minę do złej gry. Jednak stan zagrożenia trwał i jątrzył od środka, zaburzając stosunki międzyludzkie i rujnując spokój ducha oraz zaufanie.
   Ileż to razy umęczona wrogą, graniczącą z mobbingiem atmosferą wracałam przybita do domu. Ileż razy dziwiłam się samej sobie, że trwam tam dalej i znoszę wszystko, co wydawało się tak niemożliwe do zniesienia. A innym znów razem wciągnięta w wir obowiązków i terminów, w ciągłym stresie i pośpiechu jak automat bardziej byłam a nie wolny człowiek.
   A czas przeciekał przez palce. Czas między ósmą a szesnastą – jak dobrowolne zesłanie. Praca tak pożądana ze względu na stały dochód a tak nieprzyjemna ze względu na poczucie marnowania czasu…Bo tymczasem za oknem ludzie śpieszyli do innych, ważnych, jakże ciekawych spraw. Magnolie zakwitały a potem przekwitały. Topole zrastały się a potem rozstawały w czasie wycinki z jemiołami. Słońce malowało świat na odcienie wszystkich pór roku. Gdzieś tam na horyzoncie pola i lasy wołały przestrzenią i świeżym powietrzem…A ja tkwiłam tam, w tym wielkim budynku pełnym zestresowanych ludzi i miałam dojmujące poczucie uwięzienia. Cóż z tego, że w końcu znalazłam w pracy przyjaciół, że umiałam dużo i czułam, że jeśli zaangażuję się w to wszystko bardziej, to może nawet zasłużę na awans…Nie! Coś w środku wciąż się buntowało. A ja nie czułam się na swoim miejscu.

- Ach! Gdzież jest moje miejsce?! Czy ono w ogóle gdzieś istnieje? Czego ja wyglądam, czego łaknę, mając dużo a tak naprawdę nie mając nic? – myślałam wówczas co rano spoglądając do lustra na swe farbowane włosy, wdziewając eleganckie ubranie i robiąc delikatny makijaż.
- To przebranie, to tylko przebranie, to nie może być wszystko… - szeptało coś w mojej głowie. Czy to było przeczucie nadchodzących zmian czy niezbywalna ich potrzeba? Czy w najśmielszych snach przewidziałabym to, co los dla mnie szykował?

   Albowiem los zaszalał. Po wielu latach samotności zesłał mi miłość i wyjazd na drugi koniec świata. To była ogromna zmiana. Ale przecież szykowała się następna. Zamieszkanie na wsi. Niekończący się remont domu. Założenie gospodarstwa i rozkręcenie go z rozmachem, z ułańską wręcz fantazją. A potem zaciśnięcie pasa, samoograniczenia, wiadro zimnej wody na głowy bo życie tutaj to nie sielanka. Bo baśń podszyta bywa bolesną prozą. Bo prawdziwość życia nie polega na bezrefleksyjnym zachwycie i naiwnej radości, ale na umiejętności przeżywania kolejnych dni tak, jakby każdy z nich miał być ostatnim. Na docenieniu tego, co się ma. Na znajdowaniu wolności i szczęścia nawet w powtarzalnym znoju. Na odczuwaniu wszystkich drobnych kawałków jako części wielkiej, wspaniałej układanki, do której się przynależy i chce się przynależeć.
   Doję kozy. Ubrana w zniszczone, powyciągane dresy oraz niezastąpione gumofilce. Jedyny mój objaw ekstrawagancji to kolorowe gumki w siwo-blond włosach. Dłonie mam zniszczone i zmęczone, ale w duszy rodzi się uskrzydlające poczucie satysfakcji, że jestem tu, gdzie jestem. Tak, mam mnóstwo zmartwień. Bo nie da się żyć bez nich. Zmagam się z własną słabością, nadwrażliwością oraz wieloma niemożnościami i brakami. Ale wstaję co dzień i robię co do mnie należy, bo wiele ode mnie zależy. I nadal umiem wymyślić, co zrobić na śniadanie, co na obiad. I cieszę się apetytem Cezarego. I jego spojrzeniem, gdy oblizuje się ze smakiem i uznaniem po zjedzeniu prostej zupy jarzynowej. Ach nie jest źle, póki ziemniaki są i cebula. Póki pietruszka, lubczyk, szczypiorek, szczaw i kurdybanek się zielenią można zajadać pyszne, zdrowe zupy... Potem będą warzywa, owoce…I mleko jest przecież od kóz. I jajka od zielononóżek. Dajemy radę. I poradzimy sobie, choćby nie wiem jak trudno było.
   Jestem tu, gdzie jestem. Bywa ciężko. Nachodzą mnie nieraz fale smutku, bezradności, goryczy. Muszę podejmować decyzje, które wiele mnie kosztują. Muszę działać nawet, gdy nie mam na to siły i ochoty…Ale czuję się potrzebna, ważna, silna i mimo wszystko spełniona. To jest czas, którego nie marnuję. Oto moje miejsce. Oczywiście, miewam niekiedy marzenia o jakiejś zmianie, krótkim chociażby urlopie albo o krasnoludkach, które by przynajmniej w części mogły mnie w niektórych czynnościach wyręczyć. Bo gdy jestem tak bardzo zmęczona a do tego psychika siada, to czasem ta niezastąpioność zmienia sie w przykre uczucie zniewolenia...Ale to, na szczęście, szybko mija. Wystarczy, że znajdę czas na pójście z Zuzią i kozami na łąkę i do lasu. Tam doznaję oczyszczenia, odrodzenia a zachwiane części układanki z powrotem wskakują tam, gdzie trzeba. 
   Doję kozy w poczuciu serdecznej z nimi symbiozy. Czołem dotykam ich ciepłych boków. Zaciskam i rozluźniam miarowo palce. Biały strumyczek wlewa się do garnka. Będzie mleko na jogurt, słodkie placki drożdżowe albo na budyń. I Zuzia wychłepce z radością swoją porcję. I kotom też się dostanie. Koziołki dokazują. Wskakują mi na plecy. Zafascynowane barwnymi frotkami podskubują koński ogon. Nadal czekają na swój sądny dzień. I on nadejdzie wkrótce. Nie ma rady. Ale jeszcze się cieszą. Jeszcze mają tak szczęśliwe życie, o jakim się pewnie innym koziołkom w promieniu kilkudziesięciu kilometrów nie śniło.

 Cezary zmęczony dniem kładzie się na leżaku. Ja padam na drugi, tuż obok niego. Tyle tego dziania za nami. Pieszczę kota. U naszych stóp spoczywa Zuzia. Żaby kumkają w oczku wodnym. Z lasu słychać pohukiwania sów i krzyki jeleni. Nic nie mówimy. Odpoczywamy. Nasłuchujemy. Po upalnym dniu otula nas miły, wieczorny chłód, życzliwa przestrzeń. Ziemia pachnie słodko. Niebo w ostatnich, kolorowych smugach ciemnieje spokojnie. Nigdzie nie trzeba się śpieszyć…




53 komentarze:

  1. Czytam Twoj post, Olenko, porownuje i to moje zycie wydaje sie takie puste... Choc z pewnoscia znacznie wygodniejsze i pozbawione klopotow, ktore Was dotykaja. A jednak nie odwazylabym sie postawic wszystkiego na jedna karte, wywrocic wczystko do gory nogami i pojsc za glosem serca, marzen. Za bardzo jestem zachowawcza i asekurancka, a przede wszystkim juz nie w tym wieku, kiedy mozna by zaczynac zycie od nowa, a takze za stara na ryzyko ciezkiej pracy na roli.
    Marzylam o wlasnym domu, ale takim z ogrodkiem, w miescie lub na przedmiesciach. Kiedys tak, ale teraz oboje doszlismy do wniosku, ze nie podolalibysmy takiemu wysilkowi. Czlowiek nie mlodnieje, nie staje sie silniejszy, a zdrowie coraz czesciej zaczyna szwankowac... Kiedy jednak czytam Twoje refleksje, troche zaluje, ze nie bylam w odpowiednim czasie bardziej przebojowa, z zylka ryzykanctwa. Ze czekalam nie wiem na co, ze odkladalam, bo zawsze bylo cos wazniejszego od wlasnych marzen. Bylo jeszcze wiele innych czynnikow ode mnie niezaleznych. I tak sie potoczylo, ze i ja czesto zadaje sobie pytanie, co ja tu robie. Czuje sie taka niedopasowana, jak Ty kiedys. Nie ma co narzekac, bo moglo byc przeciez gorzej, ale pozostal ten slad niespelnienia.
    Sciskam Was mocno, Kangurki :****

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poczucie spełnienia czy odnalezienia jakiegoś sensu to rzecz nie dana chyba nikomu na stałe. To się pojawia i znika, w zależności od nastroju, stanu ducha i ciała i od wielu innych, wpływających na nas czynników. I to jest takie ludzkie, normalne, że się wciąż szuka, że ma się w sobie jednocześnie nadzieję i pełną żalu świadomość, że pewnych rzeczy już się nie dokona. Ale jednocześnie nigdy nie można powiedzieć "nigdy". Bo wszystko się może zdarzyć z naszą pomocą lub bez niej.
      Anusiu! Ta nasza odważna decyzja o zamieszkaniu na wsi przyszła w czasie, gdy mnóstwo mieliśmy w sobie zapału, wiary, siły i odwagi popartej tym, że skoro udało się nam dwojgu odnaleźć na dwóch końcach świata, to wszystko może się udać. Coś sobie poprzez to udowodniliśmy. Przełamaliśmy barierę w sobie. I się udało, choć nie jest tak prosto i sielankowo jak się spodziewaliśmy.
      Może gdybyśmy zostali w Au dłużej nie byłoby teraz takich problemów finansowych i zaciskania pasa, ale może zostawszy tam dłużej porzucilibyśmy w końcu zamiar wyprowadzki na wieś i nigdy nie spróbowalibyśmy tej szalonej przygody? Człowiek przywyka przecież, zastaje się i kostnieje. Jak mu dobrze mu i wygodnie, to z czasem to staje się najważniejsze. Ryzyka stają się zbyt ryzykowne i zniechęcające przez to.
      Życie trwa. Twoje i nasze. Budujemy je tak, jak umiemy, nadając mu sens. Co się jeszcze stanie? Czym los zaskoczy? Oby zdrowie jako takie było. Oby dobrzy ludzie nas otaczali. Obyśmy mogli czynić dobro. Oby zdarzały się ciepłe, dające radość chwile. To jest w sumie najważniejsze, gdziekolwiek się jest.
      Anusiu! Oboje ściskamy Cię serdecznie i ogrom życzliwości zasyłamy!:-))***

      Usuń
  2. Wiem, ze sie powtarzam ale kibicuje Wam od samego poczatku.Jestem pelna podziwu, ze odwazyliscie sie na tak radykalna zmiane w swoim zyciu. Zastanawiam sie czy mialabym w sobie tyle odwagi aby az tak zmienic swoje dotychczasowe zycie - chyba raczej nie.
    Owszem byly kiedys marzenia, plany zamieszkania na wsi, jednak podobnie jak Panterka czuje sie juz za stara, poza tym zrobilam sie bardzo wygodnicka i dobrze mi z tym. Olenko, najwazniejsze jest to, ze Wy znalezliscie swoje miejsce na ziemi i jestescie szczesliwi.

    Gdybym mieszkala blizej Was, chetnie zamienilabym sie w krasnoludka i od czasu do czasu Ci pomogla, bo to, ze jestem wygodnicka wcale nie oznacza, ze leniwa:)
    Frotki urocze - moc serdecznosci Wam przesylam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak Ataner, pamiętam Twoje marzenia o zamieszkaniu na wsi. W człowieku są takie silne przypływy i odpływy odwagi i nadziei. Czasem te fale są tak mocne, że pociągają za sobą działanie, bo czuje się wyraźnie, że teraz, teraz jest ta ważna chwila i trzeba robić wszystko by iść za swoim światłem. Ale kiedy indziej to światło zdaje się tylko błędnym ognikiem, lub też mrzonką niemożliwą z wielu przyczyn do realizacji. Skrzydła rosną. Skrzydła opadają. Ale szczęście można znaleźć wszędzie. Do tego nie potrzeba diametralnych zmian, porzucania wszystkiego czy wyrzekania się czegoś. To szczęście wynika najczęściej ze spokoju wewnętrznego, który osiąga się, gdy jest się w miarę zdrowym, ma się poczucie bezpieczeństwa, bycia potrzebną i kochaną. Ty chyba masz to wszystko a do tego ciekawy, pełen fascynujących podróży styl życia i człowieka u boku, który dzieli Twoje pasje oraz radości. To bardzo dużo!
      Ataner, zawsze bardzo się cieszę Twoimi ciepłymi, szczerymi słowami, sympatycznymi odwiedzinami na tym blogu.
      Obojgu Wam życzymy z Cezarym wszystkiego najlepszego. Zawsze!:-))***

      Usuń
  3. Szczęście ma różne oblicza. Twoje szczęście na siwe włosy i zniszczone ręce, ale piękną duszę i wielkie serce. A tego nie zastąpi najdroższa biżuteria i ciuchy z Paryża...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pięknie napisałaś Basiu! Dziękuję!:-))*
      Tak, to te największym trudem osiągnięte rzeczy są najważniejsze. To prostota życia. To dobro, które możemy czynić i które odczuwamy. Możliwość zespolenia się z naturą i odczucie, że droga, którą kroczymy mimo wszystko jest cudowną, choć tak trudną drogą.
      Basiu! Uściski serdeczne!***

      Usuń
  4. Czytam każdy Twój wpis z wielką przyjemnością i zaciekawienie co u Was , ja też przeprowadziłam się z dużego miasta na wieś , spełniłam swoje marzenie, mam zwierzęta kawałek ogrodu nieraz też ,tak jak Ty ,jestem zmęczona i mogę powiedzieć szczęśliwa ,zmęczona pracą ,którą lubię , ale nie muszę wykonywać.To co dalej napiszę na pewno nie będzie tak górnolotne jak inne komentarze, ale widzę , już z kilku Twoich wpisów to wynika , prozaiczny problem ,brak stałych dochodów , przecież Ty to co robisz bardzo kochasz ale sam przymus ,że musisz też Cię przygnębia.Oleńko głowa do góry doczekacie emerytur i zobaczysz jak zmieni się Twoje -robię bo lubię a nie muszę ,nawet zmęczenie jest inne.Serdecznie Was pozdrawiam .Krystyna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda Krystyno, dobrze się domyśliłaś, iż coraz bardziej niecierpliwie czekamy na czas, gdy będziemy mieć stałe źródło dochodu zapewniające nam poczucie bezpieczeństwa i spokoju. To już niedługo, ale ostatnie metry maratonu są zawsze najtrudniejsze. Dlatego między innymi ostatnio pojawiają się tu wpisy, w których napomykam o zmartwieniach i niemożnościach. Potrzeba nam wytrwałości i robimy wszystko by jej nie zabrakło. Bo tak, jak piszesz potem praca nie będzie przymusem, lecz wyborem a zmęczenie z niej wynikające nie tak dołujące.
      Cieszę się Krystyno, że odwiedzasz nas i bliska jesteś sercem naszemu patrzeniu na życie.
      Serdecznie Ci za Twe mądre, życzliwe słowa dziękuję!:-))***

      Usuń
  5. Czytam od dawna...to, co Pani napisała jest takie prawdziwe.Mam to samo i czuję dokładnie tak samo. Dobrze wiedzieć, że jest ktoś jeszcze z takimi samymi problemami i rozterkami. Też moje kozy i zwierzęta utrzymują mnie w pionie, nie pozwalają na ustanie w drodze, na to, żeby usiąść w poduchach i rozczulać się nad sobą. Pozdrawiam bardzo, bardzo serdecznie. Renata

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj serdecznie, Renato. Tak, dobrze napisałaś, że to zwierzęta utrzymują nas w pionie. Opieka nad nimi jest naszą powinnością i przyjemnością. Dzięki nim rzeczywistość nabiera ciepła i sensu.
      Nie jest za dobrze wciąż się nad sobą rozczulać i wyobrażać sobie, że mamy ciężej niż inni. Bo naprawdę inni mają ciężej. Bo przecież nasz los to nie kara za grzechy, ale głównie efekt naszego własnego wyboru. Ale mamy prawo do rozterek, namysłów, do wzlotów i upadków na przemian. Wszystko to ludzkie, prawdziwe, normalne. Przyzwyczajono nas do tego, by ukrywać emocje, by nie okazywać słabości. Świat tego wymaga. Sukces, sukces, uśmiech na pokaz…Ale sukcesem jest każdy przeżyty w zgodzie z sobą dzień. Każda dobra, chwila, nieprawdaż?
      Pozdrawiam Cię ciepło!:-))*

      Usuń
  6. Ech, no i tak to jest...
    Cóż dopisać?
    U mnie tylko niestety ostatnio obawy większe od radości z chwil, które daje takie życie. Pociesza to, że chyba powoli zmieniam się mentalnie i nie usztywniam już tak. Co się stanie- nie wiem, ale jeśli nie jest to cieżka choroba, kalectwo czy śmierć najblizszych- resztę da się udźwignąć i nie chłostać siebie wymówkami....Że złe wybory, że porwanie z motyką na słonko...
    Pozdrawiam ciepło, że aż strach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo adekwatne dla niektórych moich gorszych chwil określenie – „chłostanie siebie wymówkami”. Co by było gdyby, czego nie mogę a powinnam i takie tam…Czy człowiek zawsze musi znaleźć sobie jakiś powód do zmartwień? Czy boi się prostego szczęścia? Wciąż jakieś lęki, zwątpienia, żale…a życie przelatuje.
      Ach, jakie cudne są te chwile, gdy ogarnia człowieka spokój, gdy czuje ulgę i radość. Oby jak najwięcej takich właśnie chwil!I pozytywnych zaskoczeń też!
      Życzę Ci tego z całego serca, Tupajko!:-))*

      Usuń
  7. żyłam przez pewien czas w środowisku urzędniczym... ono było bardzo podobne do Twojego uczelnianego...
    nie wiem czy moja decyzja była dobra ale dzisiaj przynajmniej cieszę się każdym dniem a wcześniej żyłam jak robot..
    podziwiam radykalność Waszej decyzji i odwagę z jaką rzuciłaś się w nieznane. Myślę że to była ta dobra decyzja :)
    Serdeczności :*******

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie – te zamknięte środowiska zestresowanych, rywalizujących ze sobą, nieszczerych ludzi. Przymus przebywania w nich odbija się fatalnie na samopoczuciu. Budzi chęć ucieczki, zmiany. I jeśli pojawia się taka możliwość, to warto pójść za głosem swego serca. Coś poświęcić, żeby zyskać coś. Nauczyć się czegoś o sobie, o życiu. Nigdy nie jest na to za późno. Tyle jest przecież pozytywnych zaskoczeń. I w naszym i w Twoim życiu, droga Emko.
      Też mam nadzieję, że dobrze wybraliśmy, że to poczucie odnalezienia swego miejsca w życiu zasiedli się w moim sercu na dłużej, a może już na zawsze? Bo to cudowne uczucie.
      Ściskam Cię gorąco i w imieniu nas obojga serdeczne myśli zasyłam, wszystkiego dobrego życząc!:-))***

      Usuń
  8. Najważniejsze żeby znaleźć swoje miejsce na ziemi i żyć w wewnętrznym spokoju.
    Ja szukam i czekam...
    Pozdrawiam gorąco
    Gosia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to bardzo ważne. Ale samo szukanie jest nie mniej ważne. Najgorzej jest chyba zwątpić, że gdzieś takie miejsce istnieje albo, że w ogóle jego znalezienie jest niemożliwe. Trzeba szukać takiego miejsca albo nauczyć się doceniać i kochać to miejsce, w którym się jest. Bo to od naszego nastawienia zależy najwięcej. Nie przeoczyć, nie zlekceważyć, nie pominąć tego, co może jest bardzo blisko…
      Dziękuję za Twoje słowa i pozdrawiam Cię serdecznie, Gosiu!:-))*

      Usuń
  9. Takie olśnienia są potrzebne. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie olśnienia, nagłe zrozumienie czegoś, znalezienie sensu, poczucie spokoju i akceptacji tego, co jest – tak, to bardzo ważne momenty.
      Pozdrawiam Cię serdecznie!:-)*

      Usuń
  10. Mam podobnie, jak Ty, chociaż emerytura męża zapewnia pewien komfort psychiczny, jeśli idzie o finanse. My przenieśliśmy się tu na emmeryturę (wczesną) mego męża i nie żałujemy. Pracy jest sporo, ale, jak piszesz - ma ona sens i często widać efekty natychmiast. Poza tym ten komfort, że robi się to, co się chce i kiedy się chce, a nie to, co ktoś kazał. Zauważyłam, że życie tutaj zmieniło mnie bardzo - na dobre. Dało mi pewną mądrość i siłę psychiczną, której inaczej nigdy bym nie zdobyła Dziękuję Ci za podzielenie się tymi myślami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to ogromny komfort móc robić to, co się chce, to, co rzeczywiście jest ważne i konieczne a nie to, co jest efektem czyjegoś widzimisię. Życie zgodne z porami roku, z potrzebami ziemi, zwierząt, z naszą wiedzą i pragnieniami – to ideał, ale okupiony wieloma trudnymi chwilami, zmęczeniem, nieraz też niemocą. Bo słabość jest rzeczą ludzką. Bo nie zawsze potrafimy być sprawnym trybikiem tej wielkiej machiny życia. Najważniejsze, że bycie jej częścią jest naszym wyborem, że wciąż wiele uczymy się o sobie, o innych, o tym, co ważne i nieważne.
      Ach, to długi temat. I niełatwo pisać o tym wszystkim, bo dotyka to najintymniejszych strun. Tym niemniej uważam nie ma sensu pisanie, jeśli nie można być szczerym. Zresztą, widze i doceniam to ogromnie, ze szczerosc wywołuje szczerość!*
      Dziękuję Ci Jagodo za Twój wrażliwy głos, za życzliwe odwiedziny i pozdrawiam serdecznie!:-))***

      Usuń
  11. Zwłaszcza zwierzęta, które nie potrafią już funkcjonować bez opieki człowieka, pokazują nam, że jesteśmy niezbędni. I stawiają do pionu, jak to napisała Renata. To jest żywy, piękny, współzależny układ, który pozwala mocno wesprzeć się naszej chwiejnej, błądzącej psychice. Tak samo ogród, uprawne pole, które bez nas nie urodzą, a my bez nich, nie zbierzemy. Jedynie drzewa chyba nie bardzo nas potrzebują, ale kto to wie. Ja wierzę w nieustanny Przepływ między wszystkimi żywiznami.
    Wiesz Oleńko, myślę, że gdybyśmy rozpoczęły nasze wiejskie życie wcześniej, między 30-tka a 40-tką, byłoby nam dużo łatwiej. Praca nie byłaby tak ciężka, lęki i niepewności łatwiejsze do okiełznania, zdrowie może lepsze. Ja przez kilka lat nie chciałam wyleczyć się z przymusu bycia dzielną. Uwielbiałam być bohaterką dnia codziennego, wykuwającą w wielkim trudzie najprostsze sprawy. Teraz już szukam ułatwień. Nie męczę się już ideowo. Jak mogę coś przewieźć taczkami, to nie niosę w koszyku, jak mogę coś robić na siedząco, to siedzę. Moje ciało zaczęło domagać się szacunku. Bardzo doradzam, zróbcie z Cezarym najprostszy podest do dojenia, z kilku starych desek i nie będziesz musiała się tak mocno schylać. I tak dalej i tak dalej. Jest cudowne, radosne zmęczenie towarzyszące pracy, która nas cieszy i jest wykańczające przemęczenie, które zniechęca i zmusza do ciągłych pytań o sens.
    I jeszcze ta nieszczęsna kasa, od której nie sposób się uwolnić ... Jak ruszysz z serami, to już finanse drgną. Gdybyście jednak zdecydowali się na gości, to przybędzie jakieś 6, 7 tysięcy, może więcej. Oleńko, wiesz gdzie mieszkamy. Ani góry ani morze ani wielkie pojezierze. Skromnie, prosto i po prostu biednie. Jedna łazienka. Żadnych luksusów. Zdarzali się goście, przerażeni niskim standardem, ale większość wracała rok po roku. Dla rozmów przy świecach, dzikości, braku blichtru, zwierząt i podobno smacznego jedzenia. Dla tańców przy ognisku, wspólnych włóczęg po lesie, robienia pieca chlebowego. Byli też tacy, którzy znikali na cały dzień i wracali wieczorem i też im było dobrze. Myślę, że ci, co przyjeżdżali do nas, atmosferą u Was byliby zachwyceni i z przyjemnością by za to zapłacili. Dobra, już się odwalam ! :)
    Przytulam mocno!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. „Wierzę w nieustanny Przepływ między wszystkimi żywiznami” – pięknie napisałaś, Madziu. I ja wierzę. Zależymy jedni od drugich. Życie tu ma sens nawet wtedy, gdy pojawiają się momenty wyjątkowo trudne moralnie, jak np. ten o zakończeniu życia koziołków, czyli zawiedzeniu ich zaufania i wiary w to nasze dobro…Pewnych spraw się nie przeskoczy i trzeba się z tym pogodzić. Umiejętność godzenia się z tym, co być musi jest bezcenna. Wciąż się jej uczę.
      Byłoby na pewno łatwiej gdybyśmy w młodszych latach osiedliły się w naszej ukochanej Dziczy. W młodszych na tyle by zdołać nauczyć się wszystkiego bezboleśnie, umieć osiągać taki rodzaj stoicyzmu, jaki wyssali z mlekiem matki miejscowi, mieć tyle sił w mięśniach, aby dawać sobie radę ze zwykłymi na wsi pracami. Ale osiedliłyśmy się po czterdziestce, będąc ukształtowane po miastowemu, wydelikacone, przewrażliwione, nieprzywykłe do trudów. Dzięki temu jednak wszystko czujemy mocniej. Zauważamy więcej, niż gdybyśmy się tu urodziły. Wciąż dziwimy się światu, zachwycamy, chłoniemy bez rutyny, bez znudzenia i obojętności dla jego piękna i mocy.
      Co do wyrobu i ewentualnej sprzedaży serów, to tak naprawdę nie wiem jeszcze, ile mleka są w stanie dać moje trzy kozy (bo wciąż jeszcze pozwalam pic mleko maluchom, jak ich nie będzie to się dowiem). Ale jeśli potrzeba 10 litrów na kilo sera, to ciekawa jestem ile dni zajmie mi gromadzenie tego mleka i czy potrafię z niego zrobić dobry ser?
      Nie dziwię się Twoim gościom Madziu, że tak lubią spędzać czas u Was, skoro mogą cieszyć się prostotą, wolnością, bliskością natury, no i mają możliwość z Tobą przebywać, rozmawiać. Płynie z Ciebie tyle spokoju, zrozumienia i empatii, że na pewno to czują i doceniają. Czy i u nas byłoby podobnie? Nie wiem. Myślę też, że tacy agroturyści to są, to powinni być specyficzni ludzie – umiejący docenić taką naturalną atmosferę, gustujący w tym, co większości wydaje się mało atrakcyjne – czyli w ciszy, dziczy, prostocie i skromnym bycie. Jak się takich ludzi znajduje?
      Wyznam Ci, że na razie agroturystyka kojarzy mi się z dodatkowym wysiłkiem. Dość trudnym do realizacji chyba w tym momencie mojego życia, mimo możliwości dodatkowego źródła dochodu. Może kiedyś przyjdzie na to odpowiednia pora. Nie zamykam tego tematu. Czas pokaże jak będzie.
      Madziu, ja z wielką uwagą i wdzięcznością czytam Twoje komentarze. Jest tak, jakbyś była blisko i czuła wszystko tak podobnie. Dziękuję Ci, kochana dziewczyno. Uściski gorące!:-))***

      Usuń
  12. Olu jak zwylke Twoje wpisy o codzienności są takie magiczne. Czyta się jednym tchem. To jest właśnie Życie, jak w piosence Dżemu: "Widzisz życie to ja i Ty,
    ten ptak, to drzewo i kwiat"

    Pozdrawiam ciepło

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, Iwonko! Chyba zawsze piszę emocjonalnie, prosto z serca. Otwieram się, pewnie nawet zbyt mocno, ale inaczej nie umiem. Jeśli spotyka się to moje pisanie ze zrozumieniem z pozytywnym oddźwiękiem, ze szczerością i ciepłem odbiorców, to jestem szczęśliwa, bo widzę, że to ma sens.
      Życie jest, jakie jest. Bywa pięknie, bywa trudno i boleśnie. Ale to nasze życie. Jedno, bezcenne, prawdziwe.
      Serdeczne myśli Ci zasyłam i wszystkiego dobrego życzę!:-))*

      Usuń
  13. Olu...Kazdy dzien jest jedna wielka niewiadoma...Co bedzie dzis, za tydzien, za rok...
    Czesto jest tak, ze w moim miastowym zyciu szukam sobie zajec na sile, zeby nie myslec o trapiacych mnie zmartwieniach, zeby sie tak porzadnie zmeczyc abym miala spokojny sen...
    Ciesze sie, ze jestem komus potrzebna, ciesze sie zwyklymi prostymi rzeczami jednak ciagle czegos mi brak...
    Pozdrawiam Cie Olenko serdecznie :***

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, każdy dzień jest niewiadomą mimo swojej pozornej powtarzalności. Wszystko przecież może się zdarzyć. I dobrego i złego. Na wiele spraw nie mamy wpływu a jak się mocno czymś martwimy zmęczenie fizyczne, takie do imentu jest najlepsze. Wtedy się mniej myśli. Jednak w końcu myśli wracają. Znajdują odpowiedni dla siebie moment – na przykład w nocy, gdy wszyscy śpią smacznie a Ty człowieku pokutuj i przewracaj się z boku na bok.
      Ne jest łatwo ani w mieście ani na wsi. Sens pojawia się i znika. Siły przychodzą i odchodzą. Ale trzeba żyć i starać się doceniać to, co jest. Doceniać siebie samą.
      Orszulko! Ściskam Cię serdecznie mnóstwo życzliwości zasyłając!***

      Usuń
  14. :)... Pozdrawiam Cię serdecznie i ciepło. Dobrze, że znalazłaś swoje miejsce na ziemi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znalazłam! Tak, poczułam to mocno…Ale to piękne uczucie nie załatwia wszystkiego raz na zawsze. Poza tym ono jest kapryśne jak motyl. Potrafi zniknąć ni z tego ni z owego, gdy człowiek przeżywa znowu trudniejszy moment.
      Ale tak to już jest. Raz uskrzydlenie, raz uziemienie. I między tym życie. Zwyczajne. Przeznaczone. Wciąż nas rzeźbiące.
      I ja pozdrawiam Cię serdecznie Abi!:-)*

      Usuń
    2. Bo nic nie jest raz na zawsze. Nawet własne miejsce na ziemi...

      Usuń
    3. Ano tak...Ale człowiek też jest dziwny - raz pragnie stałosci, raz zmiany. Trudno dogodzić!:-)

      Usuń
  15. Najważniejsza chwila dnia- spokojny wieczór na leżakach:) Oby takich jak najwięcej :) Piękne te Twoje rozważania podczas dojenia kóz:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cudownie jest móc poleżeć sobie na leżakach! Jak dobrze, że kupiliśmy kiedyś te leżaki. Są super wygodne. Aż wstawać się nie chce. Dopiero chłód ciągnący od ziemi z nich wygania.
      Dobrze jest pomyśleć i wpaść na coś, co pomoże w zrozumieniu tej całej życiowej łamigłówki. Mieć choć na chwilę w rękach klucz. A czasem lepiej jest nie myśleć. Zatracić się w działaniu.
      Pozdrawiam Cię ciepło, Jaskółeczko!:-)*

      Usuń
  16. Olgo moja kochana - piszesz jakby z mojej duszy.
    Popłakałam się, ale tak pozytywnie.
    WSPANIAŁA Z CIEBIE KOBIETA :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo tyle jest silnych emocji, tyle rzeczy podobnych między ludźmi, a tak rzadko mówi sie otwarcie o tym, co w nas w środku. Dlatego chyba wzruszamy się, gdy ktoś napisze otwarcie o czymś,obnażając co nam w duszy gra, co tak trudno uchwytne w słowa i tak intymne.
      Beatko, wzruszam sie Twoim wzruszeniem, czyli bliskoscią odczuwania. Dziekuję Ci za nią gorąco, kochana dziewczyno! Damy radę. Mimo wszystko!:-))***

      Usuń
  17. Doceniać to co się ma, ale... najpierw trzeba to dostrzec. Właśnie to było kiedyś dla mnie problemem, dostrzeżenie oczywistego, to było najtrudniejsze.
    Być potrzebną, też proste, tylko niewielu osobom przyjdzie o tym pomyśleć i cieszyć się z tego. Świadomość bycia potrzebną.

    I nigdzie nie trzeba się śpieszyć, uświadomienie sobie tego faktu jest chyba najtrudniejsze. I trzeba dojrzeć do takich myśli. Mi zajęło kilka dobrych miesięcy zanim doznałam tego właśnie olśnienia. To było jak błysk :)
    oj za czym tu gonić, jeśli w rzeczywistości wszystko jest jak ogon króliczka? A jeśli nawet uda się go złapać, to następne cele pojawiają się błyskawicznie

    Z pozdrowieniami z majowo niezbyt ciepłych Kaszub :) A.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wiem, że w piosence chodzi tylko o to by gonić króliczka:
      "Nie o to chodzi by złowić króliczka
      Ale by gonić go..."

      ale taka natura człowieka, że wszystko chciałby mieć. :)

      Usuń
    2. Chyba tak jest, że proste a jednoczesnie najwazniejsze rzeczy są najtrudniejsze do zrozumienia i osiągnięcia. Człowiek sam sobie tyle rzeczy komplikuje, wynajdując sobie cele do gonienia albo rzeczy, przed którymi ucieka. I jakos tak jest, że to, przed czym ucieka szybko go dopada a cel wciaz sie oddala.
      Pozdrawiam Cie serdecznie Alis w ten chłodny, pochmurny wieczór!***.

      Usuń
  18. Chyba wykorzystałaś szansę od Losu, Olu, który pokazał Tobie, że mozesz wyrwać się ze środowiska, które daje, co prawda jakąś stabilizację finansową, ale nic poza tym.
    Fajny wpis i poruszający, bo człowiek zaczyna się zastanawiać nad sobą ....
    Dużo sił Wam życzę i redukcji zmartwień :***

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale kazde doświadczenie w zyciu jest ważne - nawet to frustrujące, męczące, budzące niezbyt dobre wspomnienia. Bo kazde nas czegoś uczy - szczególnie o nas samych. W tamtym czasie bardzo wazne było dla mnie, że mam jakąkolwiek pracę. To była wartość, która przeważała nad niedogodnościami.
      Teraz jestem tu i zbieram kolejne doświadczenia, które kiedyś mi sie przydadzą. Dochodze do pewnych nieprzekraczalnych granic i murów a inne z kolei dziwnie łatwo przekraczam, zadzwiajac samą siebie.
      I my pozdrawiamy Cię serdecznie Lidko, życząc Ci wszystkiego dobrego!***

      Usuń
  19. Tak jak i Magda S uważam że należy sobie ulepszać na ile się da. I ma ona rację co do agroturystyki. Aż tak dużo wysiłku nie wymaga, prosty obiad, śniadanie na stole: miód, dżem chleb masło, chleb sobie sami pokroją i posmarują, ser biały, jajka. I czysto w pokoju, czysta pościel. Ludzie chętni do spokoju i ciszy bez wygód specjalnych się znajdą. Przez wiele lat mąż prowadził zajęcia, gdzie był kibelek na podwórku tuż zresztą przy lesie, bez prądu i wody w gajówce, ach jak ludziom się to podobało, ile było żalu gdy leśnictwo zlikwidowało gajówkę starą przedwojenną jeszcze, z piecami kaflowymi a jeździli tam nawet zimą na cały tydzień. Zachwyceni byli.
    ♥♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Toteż ja ulepszam, co sie da. Na przykład nie zawsze kucam przy dojeniu. W wiekszosci kozich boksów są betonowe złoby i kozy stojac na nich ułatwiaja mi dojenie.
      A co do agroturystyki, to moze to być oczywiscie fajne, ale wcale nie takie u nas proste - przynajmniej teraz.
      Zostawmy na razie ten temat, droga Elu Ciepłe uściski zasyłam!♥♥

      Usuń
  20. Byc potrzebną...to bardzo ważne w naszym życiu.....
    Docenienie, spełnienie, zadowolenie to wszystko co z tym związane...
    Przyjemnie być potrzebnym....dawać innym siebie....tylko jeden warunek!! Musi byc i w drugą stronę..
    Pozdrawiam Olu:):

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Być potrzebną, uzyteczną, niezbędną - zawsze bliska była mi epoka Pozytywizmu wraz z jej literackimi bohaterami i hasłami. A jednocześnie pociągał mnie Romantyzm, jako wyraz wolności duszy. Praca na wsi łąćzy w moim przypadku obie te epoki.
      Pozdrawiam Cię ciepło, Jolu!:-))*

      Usuń
  21. Jak Ty to pięknie opisałaś, te uczucia, emocje... gdy to czytałam, czułam że czytam o sobie, o swoim zyciu, które wcześniej podobnie jak Twoje toczyło się w wielkiej zagranicznej metropolii, a ja pracowałam w wielkim biurowcu i wieczorami ryczałam... czujac jak dusza mi umiera!
    To było takie życie w zgodzie z własną wygodą, a nie z prawdziwą potrzebą serca. Rzucilam to wszystko, nie mogąc już dłużej i podobnie jak Ty Oleńko zaszyłam sie na głębokiej wsi. Teraz cały dzień wypełnia mi praca, moi przyjaciele to zwierzeta, moje rece są tak spracowane, że gdy idę do urzędu to chowam je za siebie... niekiedy nie mam juz siły na nic, a czasu brakuje na wszystko... a ja przecież wszystko robię w pojedynkę. Ale wiesz co Kochana, myślę ze to nasze życie tutaj ma głęboki sens i że to jest właśnie prawdziwe życie... piekne i godne... a tamto, to było takie sztuczne zabijanie czasu w pracy bez sensu, to tak jakby się gdzies człowiek przez pomyłkę znalazł!
    I to własnie tutaj, mimo tego całego trudu, cięzkiej fizycznej pracy, braku wygód... moja dusza wyzdrowiała!
    serdecznie Ciebie sciskam Olu i wiedz, że to wszystko co robimy jest bardzo potrzebne nam i światu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóz to, Amelio! Na wsi odzyskałysmy sens zycia i nasze dusze wyzdrowiały. Co nie znaczy, iz nie nawiedzają jej zwątpienia, lęki i smutki. Ale to jest ludzkie przecież, a zamieszkując tutaj nie zmieniłyśmy swej istoty, tej nadwrażliwości, tylko nie musimy sie z nią już kryć i robic jej cos wbrew, jak to było w czasach miejskich.
      Też czasem w sklepie czy banku mam chęc schować ręce za siebie, ale opanowuję ten odruch, bo przecież tak naprawdę nie ma sie czego wstydzić, a wręcz przeciwnie - możemy być dumne, ze nasze ręce znaja smak ciezkiej pracy, że to dzięki nim tak duzo potrafimy osiągnąć. Zresztą...W małym miastczku, dokąd jeżdżę najczęściej pracują w większosci tutejsze kobiety, które poza godzinami oficjalnej pracy róznie cięzko pracują w swoich domach i gospodarstwach. One rozumieją i szanują cięzką pracę. Do dużego miasta jeżdę tak rzadko, że prawie już nie pamiętam, kiedy byłam tam ostatnio.
      Amelio, żyjmy, róbmy swoje, mogąc byc prawdziwe i spełnione. Pozdrawiam Cie gorąco, ogrom zyczliwosci zasyłajac i usmiech na dobry początek deszczowego dnia!:-))***

      Usuń
  22. Pięknie i mądrze napisałaś- tak jak żyjesz- pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuje, Olqo za Twoje ciepłe słowa. I ja pozdrawiam Cię serdecznie, dużo dobrego Ci zycząc!:-))

      Usuń
  23. Dom, praca - praca, dom. Ciągłe szukanie jej sensu i celowości. Maile, telefony, dokumenty, wokół niepewni jutra i zestresowani ludzie. Dojazdy, korki, wczesne wstawanie, dążenie na czas. Betonowa, miejska dżungla gdzie z trudem odnajduje się oznaki prawdziwego biologicznego życia. I na koniec miesiąca finansowa "nagroda"(?), z którą nie bardzo wiadomo co zrobić w najdroższym mieście naszego kraju. Z trudem starcza na obowiązkowe "dobrodziejstwa cywilizacji". No i to miażdżące poczucie, że robisz coś co nie jest niezbędne.
    Też chciałbym spróbować jak Wy, choćby za cenę bolących kości, które po ośmiu godzinach siedzenia murem w biurze wcale nie bolą mniej.
    A poczucie bycia potrzebnym? Bezcenne!
    pozdrawiam
    PS: A nasze życiowe odczucia to sinusoida. Cieszmy się kiedy jest górka - a dołki są zawsze zapowiedzią lepszego.
    .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sa jednak tacy, którzy z wielu przyczyn wolą życie w mieście, niż takie, jak moje, na wsi. Każdy wybiera swoją drogę, kierując sie swoimi doswiadczeniami i potrzebami. Zmieniamy sie wszak całe zycie, rzeźbimy własne charaktery i swiadomosć, rozumiejac coraz wiecej i dochodząc do zaskakujących nieraz dla nas samych konkluzji oraz zwrotów akcji.
      Nie ma chyba idealnych wysp szczęsliwych. Taka wyspę trzeba miec najpierw w sobie a wówczas świat zewnętrzny nie taki straszny sie zdaje.Czasem jednak potrzeba zmienić otoczenie, by uwolnić siebie, dać zalśnić tej wyspie, dać skrzydłom napęd.
      Mnie ta zmiana miasta na wieś zrobiła dobrze, ale są też tacy, którzy spróbowawszy realizacji swych marzeń stwierdzili z goryczą, ze to jednak nie dla nich, że wyobrażenia są dalece rózne od rzeczywistosci, że miasto daje im coś, co przeważa nad prostym, lecz cięzkim zyciem na wsi. i w mieście wszak mozna byc potrzebnym, jesli sie ma dla kogo, jesli czujemy, iż to robimy ma sens. takiego sensu trzeba szukać, gdziekolwiek sie jest. i znajdować ludzi podobnie myslacych, by czuc sie w ich otoczeniu swobodnie i prawdziwie.
      Pozdrawiamy Cie oboje Piotrze, dziękując za pełen powaznego zamyslenia komentarz!:-)

      Usuń
  24. Warto trudzić się dzień cały by wieczorem położyć się, na ostatnich nogach, na leżaku lub usiąść w fotelu i w milczeniu serdecznym nasłuchiwać jak nadchodzi koniec dnia i czuła, dająca odpoczynek noc.
    Gdybym była młodsza i zdrowsza, przyjechałabym do Was jako wolontariuszka na miesiąc. Za skibkę chleba i sera, za kubek mleka, za materac pod dachem, za wasze dzielenie się radością i smutkami - piłowałabym, układała, przewoziła, kosiła, znosiła ....,
    A tak to tylko serdeczności i uściski zasyłam i puszczam sobie raz[po raz ten filmik ze szczęśliwymi kozami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, jak ja lubie te spokojne, pogodne wieczory, gdy już wszystko jest zrobione, co dało sie w ten mijający dzionek zrobić i można spokojnie odpocząć, ciesząc sie zielonym, pulsującym zyciem otoczeniem i wewnętrznym oraz zewnętrznym spokojem.
      Oj, wzruszyłąś mnie kochana Krysiu tą cudną deklaracja pomocy! Jestes przekochana! Do nas możesz przyjechać kiedy chcesz, nie jako wolontariusz (bo przecież mimo mojego marudzenia dajemy jakos radę), ale jako drogi, bliski sercu gość. Byłaś tu, to wiesz jak u nas jest, i że cieszymy sie mogąc gościć u siebie serdeczne, wrażliwe dusze.
      Oglądasz filmik? Ach, jak teraz u nas zielono, jak bujnie! Kozy jedzą te zieloności do wypęku. Po spacerze maja brzuchy tak wypchane, jakby piłki lekarskie połknęły!:-)
      Całusy zasyłamy gorące!:-))***

      Usuń
  25. Los tylko częściowo zdecydował za Ciebie,Ty sama podjęłaś właściwą decyzję z tego co piszesz ze wszech miar słuszną pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zdarza mi sie jednak podejmować złe, głupie decyzje...Potem płacę za nie niekończącymi sie wyrzutami sumienia...

      Usuń

Serdecznie dziękujemy za wszystkie merytoryczne komentarze. Inne, a szczególnie te natrętne i napastliwe będą usuwane do spamu.

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blog blogi Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno droga dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo góry Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kalina kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie mgła miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przemijanie przepis przetwory przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty słowa smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wrażliwość wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia