czwartek, 24 kwietnia 2014

Historia naszego koziołka, cz.1 - "Tamto gospodarstwo"





   Parę dni temu stało się to, cośmy sobie kilka miesięcy temu zaplanowali. Otóż pojechaliśmy do sąsiedniej wsi i kupiliśmy ślicznego, dwumiesięcznego koziołeczka. A jak to było?

   Jam to, nie chwaląc się, wymyśliła, że naszym kozim pannom najlepiej będzie, jak dostaną własnego kawalera, który to przy nich się wychowa, wszystkiego od starszych nauczy a jesienią stanie na wysokości zadania i za żony je sobie weźmie. W naszych okolicach właściwie nie ma capów. Stare zabito i zjedzono. Młode są jeszcze niewinnymi koziołkami. Póki jeszcze jeden zdatny dla celów prokreacyjnych cap żył w odległej o kilka kilometrów wsi wybierałam się doń z naszymi kozami po dwakroć. Wędrowałam wytrwale po górach i dolinach. A do czynu pchała mnie przestroga zaprzyjaźnionej gospodyni, pani Nowakowej, że kózki z gwałtownej i nieutulonej potrzeby miłosnego tete a tete z capkiem, z żalu sczeznąć mogą i na wiór całkiem wyschnąć!



   Szłam więc ślizgając się po śniegach, błotach i suchych, bukowych liściach. We mgłach ledwo co widząc i ulewach. Wspinałam się na przełęcz zażarcie i uparcie a mądre kozule, nieświadome tego w jak ważnym dla nich idziemy celu, wraz z nieodłączną Zuzią biegły wiernie przy mym boku.  I cóż! Na nic te długie wędrówki i romantyczne zamysły! Po dwakroć do niczego nie dochodziło, gdyż kapryśne panny nie miały najmniejszej ochoty na zbliżenie z tamtym kawalerem a u kóz tak już jest, że nic na siłę. I dobrze!



   Ale nic nie nadaremno! U gospodyni, właścicielki onego odrzuconego przez wybredne panny capa zamówiłam sobie przy okazji koziołka. Synka jego przyszłego, co to na świat przyjść miał pod koniec lutego. 
   Kilka tygodni temu pojechaliśmy tam z Cezarym w odwiedziny i ujrzeliśmy trzy dumne mamy oraz pięcioro uroczych koźlątek. Cztery dni zaledwie miały. Nieprzytomnie jeszcze na ten świat patrzyły, maminych wymion się trzymając i słodko pobekując. Ojca ich widać nigdzie nie było.

- Och! Jakie śliczne! – zawołałam na ich widok – Co jedno to ładniejsze!

- Tyle, że to w większości koziołki – stwierdziła nieco tym rozczarowana gospodyni. - Tylko jedna kózka się nam urodziła. Koziołka jednego dla siebie zatrzymam. Będzie na miejsce starego capa.

- No właśnie! A co ze starym capem? – zapytałam, karcąc się w duchu za tę dziecinną dociekliwość. Wszak to zrozumiałe samo przez się, co się z kozłami zimową porą dzieje. Na ten przykład cap mieszkający w sąsiednim obok naszego gospodarstwie jeszcze w grudniu dokonał żywota. A zapytany o niego, skolegowany z nami  a pochodzący z tamtego domu wyrostek Filip odrzekł bez najmniejszego drżenia w głosie, iż stała się normalna, gospodarska rzecz…Na święta jego rodzina miała za to mnóstwo swojskiej kiełbasy, którą częstowała niektórych sąsiadów, a ci nachwalić się nie mogli jak dobra i w sam raz naczosnkowana.

   Tymczasem gospodyni popatrzyła na mnie z lekkim zdziwieniem i wzruszając ramionami stwierdziła tylko krótko.

- Zarżnelim!

- To którego dla was koziołka zatrzymać? – zapytała po chwili i roześmiała się nieomal dziewczęco widząc nasze zbaraniałe nieco miny..
 – Po mojemu to najlepszy będzie pierworodny tej burej kozy! Ona bardzo mleczna, to i dobre geny przekaże! – dodała cała zapłoniona, najwidoczniej bardzo dumna ze swej erudycji.
- Zresztą jak państwo sobie chcą! Przyjedziecie to wybierzecie i już!

- A co z resztą koziołków? Ma pani na nie chętnych? – znowu nieopatrznie drążyłam temat.

- A gdzie ta?! Teraz mało kto na wsi kozy trzyma. A jak już mają, to do cudzych capów w czas koziej rui doprowadzają. Capy bardzo dokuczają się! Bo to i śmierdzą i pobodą, kozy męczą i w osobnej komórce trzeba je czasem trzymać a wiadomo! Toć miejsca szkoda!

- Koziołki zarżnie się na mięso i tyle! Mięsko delikatniuchne jak cielęcina! Może by państwo chcieli? – zagadnęła, wietrząc zapewne nowy interes.

Pokręciliśmy przecząco głowami, coś tam bełkocąc w zmieszaniu, że nie przepadamy za koźlęciną. Na duszach jakoś się nam dziwnie zrobiło. Bo to takie na wsi łatwe i normalne. Szast – prast! Było zwierzątko, nie ma zwierzątka…Zwyczajna, gospodarska rzecz…

- A co z ich skórami pani zrobi? – zapytał Kuba, nasz młody sąsiad - przyjaciel, który towarzyszył nam w tym dniu i zrobiwszy zakupy w pobliskim miasteczku chciał obejrzeć wraz z nami kozi przychówek.

- Na gnojówkę wyrzucę albo zakopię, bo mi się tam zaśmierdnie! – zawołała kobieta i poklepała pieszczotliwie beżowe maleństwo, które podszedłszy do bramki koziarni zapatrzyło się na nią wielkimi, ufnymi oczami a zimnym noskiem delikatnie dotknęło jej dłoni.

- A nie dałaby mi pani tych skór? Ja potrafię skóry dobrze wyprawiać. Potem coś z nich szyję albo bębenki robię! – oświadczył Kuba i głośno przełykając ślinę dotknął z tkliwością  ciepłego, puszystego boku kawowego w kolorze koźlątka.

- A ta pewnie, że może pan sobie brać! Jak się to ma na co przydać, to czemu nie?!- przychyliła się do jego prośby sympatyczna gospodyni a potem dała nam numer telefonu, byśmy mogli się z nią umówić na konkretny termin odbioru naszego koziołka oraz skór dla Kuby.

   Chwilkę jeszcze staliśmy patrząc na kozią gromadę stłoczoną w maleńkiej komórce w piwniczce. Ciepło tam zdawało się bardzo i jasno, bo okienko spore pod sufitem było. Słońce zaglądało ciekawsko do środka, oświetlając serdecznym promieniem tę wielobarwną, szczęśliwą, meczącą trzódkę. Westchnęliśmy po raz ostatni a potem pożegnaliśmy się i odjechaliśmy, wyobrażając sobie jak to będzie za dwa miesiące, gdy słodki koźlaczek zamieszka już z nami. Samochód piął się powoli po kamienistej, stromej drodze a wokół nas rozciągały się baśniowe w nastroju, malownicze  wzgórza...

Ciąg dalszy nastąpi…


25 komentarzy:

  1. No tak! To tylko my, miastowe, roztkliwiamy sie nad smutnym losem kozioleczkow. Rzeczywistosc jest bardziej brutalna, bo capki faktycznie capia niemilosiernie, miejsce zajmuja, zra za darmo i zadnego z nich pozytku. Nie to, co kozki.
    Teraz Wy bedziecie dumnymi posiadaczami jedynego w okolicy capa. Juz widze te kolejki rozognionych koz przed Waszym obejsciem :)))
    Dobrego weekendu, Kangurki :***

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, zobaczymy jak to będzie, gdy koziołek w dorosłęgo capa się przekształci. Mamy nadzieje, że capi zapach capa to rzecz do wytrzymania, bo od rui kóz zależny i czystości w jakiej trzyma sie zwierzęta. Zresztą,chyba każdy zapach mozna wytrzymać, jesli pochodzi od zwierzęcia bliskiego sercu...
      A czy będą do naszego capa kolejki? Zobaczymy! Ludziom nie chce się wędrować całymi kilometrami górami. Zawsze wolą poszukać czegoś bliżej.
      Całusy Anusiu!***

      Usuń
  2. Jeju dobrze ,że te koźlaki nie rozumieją tego o czym się wokół nich mówi.Niby szara rzeczywistość,ale tak jakoś bez odrobinki uczucia.dobrze,że chociaż jeden koziołek u Was znajdzie dom.A ta gospodyni to normalnie mnie powala swoja szczerością.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano dobrze, Brydziu! A gospodyni szczera, ale bardzo miła przy tym,prostolinijna i ciepła. Nikogo nie udaje i budzi zaufanie.
      Koziołek ma u nas dom i nawet nie wie, że co z jego braćmi sie dzieje...Ale to dobrze! Niech bryka i cieszy sie zyciem, jak każdy dzieciaczek-koźlaczek!:-))

      Usuń
  3. Niby to normalne, ale łzy w oczach mam... Mogłabym już dorosnąć. :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak to już na wsi Gosiu jest...I chyba inaczej być nie może, choćby nie wiem jak nam smutno było...

      Usuń
    2. Ja tak jak Ty, ledwo przeczytałam i tylko ciepły ton Olgi mi na to pozwolił. A łzy przełykam... :(... Głupio ten świat urządzony....

      Usuń
    3. Trzeba starać mysleć o tym, co dobre, niewinne i piekne Abi. Niech smutek i bezsilność nie obciązają niepotrzebnie naszych serc...

      Usuń
  4. Wychowałam się na wsi, więc takie rzeczy też mnie nie wzruszają. Zwierzęta służą człowiekowi, nie odwrotnie. Może ta moja życiowa twardość, pragmatyzm i brak litości z tego się wzięła?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zwierzęta służa człowiekowi...To prawda Różo. Tak ten świat jest skonstruowany przez człowieka. Nikt nie pyta czy to sprawiedliwe i dobre. Tak już jest i niczego tu nie zmienimy, choćbyśmy byli najwiekszymi nawet idealistami. Na wsi dobrze miec podejscie pragmatyczne, Inaczej wciąz w człowieku jakieś wyrzuty sumienia, zupełnie niepotrzebne łzy i żal...

      Usuń
  5. Wygląda na to, że nie na darmo mówi się: "śmierdzi, jak cap":-))).
    Ależ malowniczy opis wiejskiego życia. Czekam z niecierpliwością, co też się wkrótce wydarzy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko raz miałam okazję poczuć ten swoisty odorek capi. Ale nie pochodził on od ojca naszego koziołka. Tamten pachniał całkiem przyjemnie, z czego wnoszę, że wiele tu zalezy od poziomu hormonów capka i jego czystosci po prostu. W koziarni, z której pochodził ciasno było, ale bardzo czysto.Zreszta, wszystko jest kwestią przyzwyczajenia.Mnie już na wsi wcale nie śmierdzi.Wszystko jest naturalne i inaczej być nie może bo to nie perfumeria, ale prawdziwe zycie. i tak ma byc, nieprawdaż Errato?!:-))

      Usuń
  6. smutno mi się zrobiło ... no i już ... :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I mnie wtedy było smutno Emko...A i do tej pory jak sobie przypomne te niewinne, koźlęce oczy...Ale takie jest życie. Nic na to nie można poradzić, tylko pogodzic się, stwardnieć, żeby wciąz nie cierpieć.

      Usuń
  7. Ten koziołek, którego wzięliście, trafił los na loterii :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żyje i chyba dobrze mu u nas, a to najważniejsze!:-)

      Usuń
  8. niby wiem, że tak się dzieję ale... łezka zakręciła mi się w oku...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z wieloma rzeczami tak jest. Niby wiemy o nich, ale nie poruszają nas zanadto, jakby to na jakim Marsie było i nas nie dotyczyło. Czasem jednak coś do człowieka dojdzie mocniej. Jakies słowo, widok, zdjęcie i budzą się silne uczucia smutku, bezsilności, żalu...

      Usuń
  9. Droga Olgo, to faktycznie prawda, że capy śmierdzą niemiłosiernie a zapaszek jest bardziej intensywny w okresie rui kóz. Wtedy bywa trudny do wytrzymania. Jest tak intensywny, że ubranie nim przesiąknięte nawet po praniu lekko zalatuje. Ja swojego nawet myłam, ale drań po tych zabiegach higienicznych sam siebie spryskiwał moczem a zadowolony był jakby to jaki Channel był albo co ;) Należał do rogatych kozłów i kiedy był w kwiecie wieku i na szczycie swych fizycznych możliwości rozwalił budynek gospodarczy. Wtedy dopiero zrozumiałam, dlaczego ludzie kiwali głowami kiedy widzieli, że nie jest uwiązany tylko chodzi swobodnie. Mur był wiekowy ale na dwie cegły:)
    Powodzenia w hodowli kóz, wiem z doświadczenia, że to bardzo inteligentne i wdzięczne zwierzęta. Czy będą zdjęcia małego koziołka?
    Ściskam mocno!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci Zosiu za tę opowieśc. Ciekawa właśnie byłam, wypowiedzi osób mających w swoim gospodarstwie koziołki i capki. Och i widzę, ze naprawdę przeszłaś wiele ze swoim capkiem! Ze też taki z niego siłacz był, żeby aż budynek gospodarczy rozwalic?! Nasz budynek jest na trzy cegły - moze wytrzyma! A to, że sie capy ochoczo obsikuja wiem, bo widziałam to na własne oczy. A to paskudy!
      Na razie nasz koziołeczek jest sliczniutki, pachnący niemowlęciem i niewinny, ale za parę miesiecy będziemy tu mieli do czynienia z całą paletą capich mozliwości i wybryków! Mam nadzieje, że jakos damy radę! Innego wyjścia nie ma, skoro koziołek juz jest z nami.
      Oczywiście, ze będą zdjęcia koziołka. Jest wszak teraz naszym głownym modelem!:-)
      Ciepłe mysli zasyłam i zyczenia dobrego dnia Zosiu!:-))

      Usuń
  10. Oprócz sezonowości i kąpieli kozła, smrodek jest bardzo indywidualną sprawą. Z naszych 7-mio miesięcznych kozłów, Hans Kloss był bezwonny (może też bezpłodny?) , Herman śmierdział okrutnie, a reszta "średnio na jeża".
    Bardzo koziołkowy ten rok. Na pięć koźlątek, mamy tylko jedną kózkę!
    Zawsze smutno, zawsze. Nic nie zmienia 10 lat spędzone na wsi, może tylko spokój przy sprzedaży większy i tyle.
    Gratuluję zakupu i ściskam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po pierwsze Madziu, to świetne imiona dajesz swoim koziołkom!:-) A po drugie dziękuje za tę informacje, że nie wszystkie capy smierdzą tak okrutnie. Wlewasz mi tym samym nadzieję do serca, że i z moim będzie podobnie. Zresztą, jak bedzie tak będzie. W kazdym przypadku będzie akceptowany i kochany.
      A smutno, wiem...Dlatego tak długo sie na kozy nie decydowałam. jedno pociaga za soba nieodwołalnie drugie. Wciaz ten świetlisty awers i mroczny rewers rzeczywistosci.
      I ja ściskam Cię gorąco, ciepłe mysli zasyłając dla Ciebie i Twojej trzódki kochanej!:-))

      Usuń
  11. Los zwierząt na wsi taki juz jest, one służa jedynie człowiekowwi,
    i tylko my miastowi widzimy to inaczej, rozczulamy się...
    Ja też marzę o kozach, może pózniej...
    Ciekawa jestem dalszej części opowieści...
    Sciskam Ciebie i małego koziołka !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tylko my, miastowi czynimy ich los nieco innym, poświęcając zwierzakom wiecej uwagi i uczuc, bośmy do tego przyzwyczajeni. i bez róznicy, czy to kot, pies, koza, koń, krowa, czy kura. Kocha sie wszystko, bo nasze. Bo częścia jest rodziny i jesteśmy za to odpowiedzialni, jak za dzieci.
      Kozy sa mądrymi zwierzetami. Obserwuje to na codzień i wciaz sie dziwuję wielu ich zaskakująco rozumnym i pełnym przeróznych uczuc zachowaniom. Nigdy nie załowałam, że je mam. Wiem jednak, ze i mnie w zwiazku z ich hodowlą czeka wiele smutnych chwil. Nie da sie przed tym uciec. takie jest życie - pełne blasków i cieni. Ale mieszkanie na wsi, mimo iż trudne i tak pracowite daje jako bonus wspaniała mozliwosc obcowania ze zwierzętami. Nie zamieniłabym juz tego na zycie w wygodach w mieście.
      Pozdrawiam Cie Amelio bardzo serdecznie i dziękuję, za Twoje odwiedziny!:-))*

      Usuń

Serdecznie dziękujemy za wszystkie merytoryczne komentarze. Inne, a szczególnie te natrętne i napastliwe będą usuwane do spamu.

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy blog blogi Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przepis przetwory przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty słowa smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wrażliwość wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia