sobota, 27 kwietnia 2013

Delikatność




   Delikatność uczuć, delikatność nowa

  Trzepotanie listków głaskanych promieniem

  Ciepło w Twoich oczach, wyczekane słowa

  Słodkie drżenie myśli przejętych wzruszeniem


  A gdzieś tam tramwaje, strefy pisku opon

  A gdzieś tam zmęczenia nieustanna fala

  A w parku cichy zachwyt nad płynącą wodą

  A na mostku spokój, od pośpiechu z dala


  Delikatność kwiatu, co zaczął kwitnienie

  I tak powolutku płatki swe rozchyla

  Przejęty tą magią dzieli się wzruszeniem

  Z dębem - czarodziejem, co się wciąż pochyla


  A tam dalej domy jak klatki w szeregu

  Wtopione w swe trwanie, w skorupie szarzyzny

  A tam dalej ludzie nie ustają w biegu

  I unoszą z bólem swoje stare blizny


  Delikatność szepcze, cichutko przyzywa

  Przyjdź tu i odpocznij, odetchnij powietrzem

  W parku dzień wiosenny cuda swe odkrywa

  I budzi nadzieję na zmiany - na lepsze!



piątek, 26 kwietnia 2013

Bajka o bańce mydlanej





   Ulubionym zajęciem Natalki, w taki pochmurny, kwietniowy dzień było robienie baniek mydlanych. Siedziała wtedy na  balkonie i ciepło zawinięta w koc dmuchała i dmuchała. Wówczas przestawała istnieć ta codzienność, która zdumiewała wciąż dziewczynkę swą szarością i obojętnością na wszystko, co proste i piękne. I nie pamiętała wtedy o tym, że tatusia już tak dawno nie ma. Nie myślała wtedy o tym, że mama nawet w Święta nie miała czasu by się z nią pobawić. A może nie umiała już się bawic? Czy każdy dorosły z tego wyrasta? Natalka nie chciała wyrosnąć. Miała swoje tęczowe bajki, które rodziły się w jej głowie wówczas, gdy obserwowała beztroski, lekki lot przecudnych baniek mydlanych.

   Dzisiejsze bańki były cudownie wielobarwne. Sprawił to płyn do mycia naczyń, który Natalka lekko tylko rozcieńczając wodą wlała do zielonego kubeczka. W ustach trzymała rozwidloną na końcu słomkę. I dmuchała, dmuchała, dmuchała. Z wnętrza domu dobiegały odgłosy codziennej krzątaniny. Pachniało kapuśniakiem i ziemniakami. Zaraz mama zawoła na obiad. A tymczasem w każdej bańce był osobny świat. A w tej największej był świat najcudniejszy. Bańkowe królestwo kolorów. Był tam król i królowa i bardzo się kochali. I mieli ogród pełen, kolorowych róż. A między tymi różami przechadzała się dobra wróżka i spełniała wszystkie ich życzenia. Dzisiaj zapragnęli kochać się najmocniej na świecie. Tak bardzo, by ich serca lśniły blaskiem na calutkie tęczowe królestwo. I by wszyscy, widząc to, też byli szczęśliwi. A dobra, kolorowa wróżka spełniła to życzenie.  Wszyscy mieszkańcy królestwa z podziwem patrzyli na blask, dobywający się z komnat zamkowych. 
-Taka miłość zdarza się tylko w cudownych bajkach - szeptali -  A to przecież nie bajka, to nasza rzeczywistość. To nasz tęczowy król i nasza tęczowa królowa!

   Po ogrodzie fruwały najcudowniejsze, ogromne motyle i ważki. Róże pachniały oszałamiająco. Wróżka śpiewała najpiękniejsze, magiczne pieśni. A król i królowa stali na balkonie a ich oczy świeciły jak gwiazdy. Rozmawiali o swojej przyszłości. O tym, że kiedyś będą mieć maleńką, tęczową córeczkę, która stanie się najszczęśliwszą dziewczynką na świecie. I płakali z radości na myśl o tym. A ich łzy sypały się diamentowym deszczem na świeżo rozkwitłe róże.
- I nigdy Cię nie opuszczę - szeptał król - I nigdy Cię nie opuszczę - odpowiadała królowa. Szeptali najcudniej, najczulej, najdelikatniej. Płatki róż opadały wdzięcznie na szmaragdowy trawnik. A wróżka słuchała tego wszystkiego i zapisywała w sercu.

   A potem ta najcudowniejsza, wielka bańka pękła. Natalka patrzyła na smętną kroplę, zwisającą z końca słomki. To była teraz jedyna pozostałość po bajce. Bo bajki to bajki. A bańki to bańki. A Natalka była już dużą dziewczynką. Niestety! 

   -Natalko! Obiad na stole! - zawołała mama. I Natalka odstawiła kubeczek na parapet okienny. Potem leciutko westchnęła i weszła do domu na kapuśniak z ziemniakami...

                                                                                                                    zdjęcie z internetu

                                                    

wtorek, 23 kwietnia 2013

Niewierny Tomasz, czyli Turecki zwany Rudolfem




   Był raz sobie kot, który jak na kota przystało lubił chadzać własnymi drogami. Natomiast między tym chadzaniem stawał się Wielkim Śpiochem czy też Wielkim Pieszczochem. Lubił psa zwanego Zuzią i nigdy przed nim nie zmykał, w przeciwieństwie do innych kocich domowników, strachajłów i mięczaków. Zuzia szanowała go za to i nigdy nie ganiała po podwórzu ani nie nosiła go w pysku, jak zwykła to czynić z pozostałym kociarstwem. Pana kotów, Cezarego irytowało niekiedy to, że chyba jego żona Olga za dużo kotom jeść dawała, bo myszy się im nie chciało łapać, a nawet się ich bały, o czym można się było przekonać, gdy pewnego ranka na widok myszy w kurniku kot Antek zwiewał aż się kurzyło!  Dziwna to była reakcja, jak na kota, lecz są pewnie rzeczy, o których się kocim i ludzkim filozofom nie śniło a do nich właśnie należała owa niezrozumiała, sromotna ucieczka. Być może Antek przeraził się wygórowanymi oczekiwaniami względem niego i doznał tak wielkiej tremy w poczuciu ciążącej nad nim odpowiedzialności, że wolał zwiać? Trudno czasem zrozumieć koty...

   Pani kotów, Olga bardzo rozpieszczała wszystkie swe koty, ale Tureckiego lubiła najbardziej za jego inteligencję, odwagę i upór w zdobywaniu miejsca na jej kolanach oraz za sympatyczne, nieomal psie usposobienie. Szanowała kocie prawo do tajemnego, nocnego życia uskutecznianego po wiejskich stodołach, drewutniach, szopach i strychach. Czasem widziała, jak jej koty przemykają się po ogrodzie i biegną do pobliskiego lasu, gdyż i tam można było zawsze coś ciekawego znaleźć. Za ptaszkami poganiać, krety nocami śledzić, wylegiwać się na mchu czy też wspinać po najwyższych drzewach by złapać soczystego trzmiela czy gigantyczną muchę. Życie wiejskich kotów jest zupełnie inne, niż miejskich. Chodzą gdzie chcą, robią co chcą i używają miejscowych rozkoszy, ile tylko się da!Wolne, nieulękłe, gdy trzeba dzikie, nieokiełznane a innym znów razem czułe i pieszczotliwe.

  Koty Olgi niekiedy całymi nocami wraz z wszystkimi okolicznymi kocurami obradowały na sobie tylko wiadome tematy. Rozsiadały się na żerdkach i belkach w starym, wypełnionym sianem strychu i w tak zacisznym, pachnącym miejscu wiodły ze sobą spory i filozoficzne dysputy. Natomiast kotki przyglądały im się ironicznie i przyczesywały cierpliwie łapkami swe uszka, wiedząc, że gdy czas mędrkowania minie, kocury i tak będą leżeć wiernopoddańczo u ich stóp. Wszelkie strychowe spory i dyskusje przerywało zazwyczaj pojawienie się jakiejś myszki, nietoperza, czy nornicy. Wtedy okazywało się, który z panów kotów jest najszybszy i najsprytniejszy a kocie damy oceniały ich samczą atrakcyjność, obserwując ich szybkie skoki, podchody i błyskawiczne dopadanie gryzonia. Tak, czy siak rzadko kiedy, to kocur właśnie potrafił pierwszy złapać myszkę. Prym w ich łapaniu wiodły zawsze mniejsze od nich, ale o wiele szybsze i cierpliwsze kocice. Potem w try miga zjadały swe ofiary, aż chrzęściły kostki, popatrując przy tym z tryumfem na oblizujące się łakomie kocury.

  Po prawie trzech latach tak miłego oraz zgodnego pożycia w domu i obejściu Jaworów, poprzedzielanego incydentalnymi awanturami o obsikiwanie kątów przez koty i znaczenie terenu, czyli domowych ścian przyszła sroga zima. Było mroźno i śnieżnie, jednak to w niczym nie przeszkadzało kotom w uczestniczeniu w kocich amorach na polach i w stodołach. Kotki wydzierały się romantycznie całymi nocami i niestrudzenie przyzywały swoich wiejskich amantów. Na ich zew nie mogły pozostać obojętne trzy kocury Olgi – Antek, Czarnuszek i Turecki. Podążyły zatem w konkury, prężąc namiętnie swe lśniące ogony i długie wąsy. A ponieważ wszystkie trzy były wyjątkowo przystojne i wypasione, kotki patrzyły na nich łaskawym okiem i nie skąpiły im swych wdzięków. Co jakiś czas kocury znikały na parę dni, by pojawić się wreszcie w postaci strudzonych, lecz zaspokojonych kochanków, czy wychudzonych i posiadających liczne rany po potyczkach z innymi kocurami bohaterów.
Takoż było i z Tureckim – lśniącym wiewiórkową prawie rudością pięknym kocurem, o mądrych, przenikliwych oczach filozofa a sympatycznym usposobieniu pluszowej przytulanki.

   Jednak pod koniec lutego Turecki wyszedł z domu przed wieczorem i nie pojawił się przez kilka następnych tygodni. Jego pani martwiła się o niego, ale była pewna, iż któregoś dnia znów się pojawi, jak to było zawsze w jego zwyczaju. Jednak zima minęła, nastała słoneczna wiosna a Tureckiego nadal nie było. Czyżby coś mu się stało? Mało to jastrzębi polujących na wszystko, co się rusza? Mało lisów, kun i bezpańskich psów? Antek, Czarnuszek i Szarusia zajęci swoimi sprawami w ogóle nie zauważali nieobecności krewniaka. Codziennie układali się z lubością na kolanach swojej pani i mruczeli tam słodkie i beztroskie, kocie mruczanki.

   Aż pewnego dnia do Olgi i Cezarego przybył w odwiedziny mieszkający w sąsiednim przysiółku, zaprzyjaźniony z nimi rzeźbiarz Anatol. I tak od słowa do słowa zgadało się o tym, że czwarty z domowych kotów przepadł dawno temu nie wiadomo gdzie. Wtedy Anatolowi oczy zabłysły nagle tajemniczo i uśmiechnął się do gospodarzy.

- Widziałem waszego Tureckiego! – oznajmił tryumfująco – Wasz rudy kocur mieszka od jakiegoś czasu w domu tego pijaczka z mojego przysiółka,Romanka.
- No co Ty mówisz?! Tak daleko? – wykrzyknęła wstrząśnięta tą informacją Olga – To nie może być nasz kot!
- Och, ale to na pewno on! – klepiąc się po kolanach, zawołał Anatol – Przecież dobrze go pamiętam. Nikt we wsi nie ma tak mocno rudego, ufnego i mądrego kota, jak Wy! Wszystkie okoliczne dzieciaki mają tam z nim pełno radości! Pieszczą go na okrągło a on między nimi jest jak jakiś basza! Ale najbardziej to łazi za Romankiem!
- Ale jak on tam zaszedł? Przez takie mrozy i śnieżyce? Przecież koty mają takie delikatne, nieodporne na zimno łapki!– zdumiała się Olga a Cezary w duchu przyznał jej rację.
- Tam jest w okolicy kilka ślicznych kotek. I to do nich wszystkie kocury ciągną jak niedźwiedzie do miodu! – zaśmiał się rzeźbiarz, który sam będąc starym, lecz wielce przystojnym jeszcze kawalerem pewnie dobrze rozumiał te romantyczne, cykliczne kocie amory.
- A Romanek dobrze się nim zajmuje. Karmi go i na rękach często nosi. Kocur się w nim wprost zakochał i na krok go nie odstępuje! – dokończył swą opowieść Anatol, wziąwszy tęgiego łyka kwasu buraczanego, którym został poczęstowany.

   Olga doświadczyła wówczas istnego pomieszania uczuć. Z jednej strony odczuła ulgę, że jej kotek żyje i żadna krzywda mu się w tę zimę nie stała. Jednak z drugiej strony było jej najzwyczajniej w świecie przykro, że ulubiony kocurek zupełnie o niej zapomniał i tak łatwo zmienił obiekt swych uczuć na mało w jej mniemaniu atrakcyjnego miejscowego pijaczka.
- Pewnie biedny Turecki zapomniał drogi powrotnej do domu i choćby nawet chciał, to nie może teraz wrócić – usprawiedliwiała kocurka.
Anatol i Cezary litościwie nic nie odrzekli. Zmienili temat i zaczęli dyskutować o samochodach terenowych, które były ich wspólną, wielką pasją. Natomiast Olga zaczęła rozmyślać o tym, co jej należy w tej sytuacji czynić. Postanowiła koniecznie odzyskać Tureckiego i już następnego dnia wyruszyć do sąsiedniego przysiółka po tego kociego włóczykija.

   Jak pomyślała, tak zrobiła. Namówiła do wspólnej wyprawy Cezarego i Zuzię po czym malowniczą wstęgą polnej drogi powędrowali wzgórzami do odległego przysiółka. Słońce grzało niemiłosiernie. Lasy modrzewiowe zieleniły się delikatnie. A ponad ich głowami cały czas krążyły natrętne muszki i bąki.
Wreszcie doszli do drewnianej chatki rzeźbiarza, która sąsiadowała z domkiem Romanka. Olga, nie tracąc czasu, bezustannie przyzywając swego kota, ruszyła na obchód stodoły Romanka, gdzie spodziewała się znaleźć Tureckiego. Jednak nie odpowiadał na jej wołanie. Wyszła zatem na drogę poniżej, gdzie akurat z pola powracał rzeczony Romanek, natomiast tuż przy jego nodze, towarzysząc mu jak pies, maszerował raźno zadowolony z zycia, rudy kocur. Olga przysłoniła dłonią oczy, bo słońce zupełnie ją oślepiało. Przykucnęła i znowu zaczęła magiczne kicianie, tak dobrze znane jej wszystkim czterem kotom.
- Jeśli to rzeczywiście Turecki – myślała – to przecież pozna mnie i przyjdzie. Taką przynajmniej mam nadzieję…

   Kot usłyszał wreszcie jej głos. Popatrzył na nią uważnie a potem podszedł niespiesznie, ocierając się serdecznie o jej nogi i wystawiając grzbiet do głaskania. Uszczęśliwiona wzięła go na ręce. Wtuliła twarz w jego puszyste futerko i najchętniej rozpłakałaby się teraz z wielkiego wzruszenia. Ale oto zbliżał się życzliwie uśmiechnięty Romanek, który widząc tulącego się do niej kota zawołał wesoło:
- Och patrzcie, jaki to pieszczoch z tego mojego Rudolfa!
Olga szybko otarła spocone oczy i uśmiechnęła się miło do mężczyzny, mówiąc:
- Ależ to mój kot! Nazywa sięTurecki. Zginął mi prawie dwa miesiące temu i właśnie dowiedziałam się od Anatola, że pan go przygarnął.
- Acha! No to ja już wszystko rozumiem. Rudolf często mnie odwiedzał, ale ostatnio jak przyszedł, to już został. Tej zimy umarła moja stara kotka a zostało mi po niej sporo suchej karmy, no to miałem czym karmić Rudolfa. Wymościłem mu pudełko  sianem i dobrze mu było w mojej stodole– mówił tamten przyglądając się z czułością przytulonemu do Olgi kotu.
- Niech się pani nie gniewa, że go Rudolfem nazwałem, ale on taki rudy, że mi to imię pasowało – dodał jeszcze a na znak tego, że tak jest w istocie wyszeptał miękkim, pieszczotliwym głosem – Rudolf, Rudolfek, no chodź do mnie na chwilę, chodź Rudolf! – a Turecki, słysząc to nawoływanie wysunął się zdecydowanym ruchem z objęć Olgi by podążyć do swego nowego opiekuna i mruczeć, ocierając się teraz z kolei o jego nogi.

Olga poczuła wówczas w sercu ukłucie zazdrości oraz przykrości a jednocześnie wdzięczność dla tego mężczyzny, że tak dobrze zajął się jej kotem i nie dał mu zimą zginąć.
- No to ja już teraz nie wiem, co mam robić – westchnęła ze smutkiem – Widzę, że kotkowi dobrze jest z panem i wcale nie ma ochoty ze mną wracać do domu.
- Ależ proszę go wziąć, bo ja miałbym w lecie z nim problem! – zawołał Romanek, wręczając jej mruczącego Tureckiego  - Latem idę na długo do szpitala i nie miałby się tu kto kotem zająć. Już się o niego martwiłem. A tak, to mu się krzywda nie stanie! – mówił, gładząc kotka po główce i patrząc na niego tkliwie.
- No to go wezmę, tylko mam nadzieję, że kot nie będzie miał nic przeciw temu – szepnęła Olga – Ale bardzo, bardzo panu za opiekę nad nim dziękuję!  - dodała już głośno - Proszę nas odwiedzać, kiedy tylko będzie pan chciał. Turecki, to znaczy Rudolf na pewno się z pana odwiedzin bardzo ucieszy! Gorąco zapraszamy do nas!
- A pewnie, że tam do państwa wpadnę! – zawołał Romanek, machając jeszcze na pożegnanie dłonią i patrząc z ciężkim westchnieniem w kierunku oddalającej się kobiecej sylwetki.

   Cezary, który do tej pory konwersował ze stojącym nieopodal Anatolem podszedł z machającą ogonem Zuzią do Olgi i kota. Zuzia obwąchała uważnie Tureckiego, on ją i najwidoczniej poznali się bez najmniejszych wątpliwości. Kocur mruczał uszczęśliwiony i wtulał się ufnie w ramiona Olgi, która szepcząc wciąż jego imię unosiła go w stronę oddalonego o kilka kilometrów domu.

   Kilkaset metrów dalej humor kota diametralnie się zmienił. Stał się nerwowy, niespokojny, zaczął się wyrywać. Raz po raz oglądał się za siebie i najwidoczniej bardzo martwił go fakt, że oddalają się od chatki jego przyjaciela Romanka. Na nic zdały się uspokajające szepty Olgi, na nic jej pieszczoty i głaskania. A kiedy jeszcze pracujące na polu dzieci zaczęły go przyzywać imieniem Rudolf, to jakby tygrys w niego wstąpił. Podrapał swą panią do krwi w wielu miejscach a nawet z całej siły ugryzł. Niczym piskorz wił się w jej ramionach i wczepiał pazury w skórę i ubranie. A ona płacząc, uparcie niosła go dalej, marząc o tym, by ta droga powrotna skończyła się jak najszybciej.

W pewnym momencie jednak nie była już go w stanie utrzymać. Poddała się. Zgnębiona postawiła Tureckiego na poboczu drogi i powiedziała:
- Wygrałeś kocie! Nie chcesz ze mną iść, to trudno. Wracaj do Romanka!
Ale postawiony na twardym gruncie kot stał się nagle niezdecydowany. Spoglądał to na nią, to na pozostawiony w tyle przysiółek i sam już nie wiedział co począć. Chwilę to trwało, aż wreszcie uspokoił się i podszedł do Olgi, znów patrząc ufnie w jej oczy. Zrozumiawszy, że widać kot podjął jakąś decyzję ponownie wzięła go na ręce i powędrowała polną drogą w palącym, kwietniowym słońcu. Po kolejnym kilometrze takiej wędrówki w kota znowu jakby diabeł wstąpił. Niestety, powtórzyła się poprzednia szarpanina i drapanie. Z policzka Olgi płynęła krew, z oczu łzy, z nosa smarki a z całego ciała pot. Kot był niezmordowany w swej szaleńczej szamotaninie. Na szczęście właśnie mijali dom sąsiadki, więc Cezary pobiegł tam i przyniósł zaraz płócienny worek, do którego oboje z Olgą wpakowali zwariowanego kota i w ten sposób już bez przeszkód donieśli go do domu.

   W domu Turecki został wypuszczony z worka dopiero w kuchni. Chodziło o to, by natychmiast dostrzegł znajome, ulubione kąty, miseczki z jedzeniem i mlekiem oraz wylegujących się na krzesłach kocich krewniaków. Lekko ogłupiały przebywaniem w worku kot rozejrzał się uważnie po pomieszczeniu a potem jak gdyby nigdy nic podszedł do miseczki z mlekiem i wychłeptał całą jej zawartość. Następnie wskoczył na parapet, gdzie usiadł na ulubionym, znajomym kocyku i zajął się toaletą swego nieco zmierzwionego futerka.
W tym czasie Olga przemywała swe liczne, zadane przez Tureckiego rany, wodą utlenioną. Potem wykończona i spragniona wypiła litr wody i padła na fotel by wreszcie odpocząć po tej morderczej wędrówce. Czarny kot natychmiast skorzystał z okazji i wszedł na jej kolana, zwijając się tam w rozkosznie rozmruczany kłębek. Turecki rad by także spocząć na ciepłych kolanach, ale widząc, że miejsce jest już zajęte prychnął oburzony na Czarnusia i odszedł na drugi fotel, gdzie zapadł w długi, błogi sen…Czy śniły mu się wszystkie dzisiejsze, szaleńcze przejścia? Czy może we śnie coś postanowił?

   Wieczorem, gdy Olga zajęta była zamykaniem kur w kurnikach nagle zauważyła, że Zuzia biegnie za czymś w kierunku płotu. Wydało jej się, że tuż przed Zuzią mignęła ruda sylwetka kota. I rzeczywiście! To Turecki przeskoczył przez płot i przeszedłszy przez przyległy doń ogródek, nie oglądając się za siebie podążył zdecydowanie polną drogą w kierunku sąsiedniego przysiółka. Olga podbiegła do płotu i zakiciała kilkakrotnie. Serce biło jej jak oszalałe a w oczach pojawiły się nieposłuszne łzy. Kot jednak nie obejrzał się nawet. Biegł przed siebie a jego złociste futerko lśniło w oddali jak błędny ognik. Wreszcie drobna, ruda sylwetka Tureckiego zniknęła jej z oczu gdzieś za linią pobliskiego wzgórza. Ostatnie promienie zachodzącego słońca oświetlały zupełnie pustą drogę a Olga długo jeszcze stała przy płocie rozmyślając o swoim niewiernym kocie, który odszedł w wiadomym kierunku. A czy wróci? Czas pokaże…

sobota, 20 kwietnia 2013

Wiosennie u Jaworów




   Z dnia na dzień zrobiło się u nas nie tylko wiosennie, ale i letnio. Całe dnie przebywamy teraz na dworze i pracujemy, sprzątając w ogrodzie po zimie, czyszcząc kurniki oraz naprawiając uszkodzone przez mrozy płoty i drzwiczki, prowadzące do wybiegów dla kur. Przygotowujemy grządki do siania warzyw i ziół. Ścinamy uschnięte albo zbyt wysokie, stare śliwy. Dzięki temu będzie czym palić w piecu na ciepłą wodę. Przeprowadziłam białą kurkę Ramonę na mały, ogrodzony wybieg. Ma tam chatkę do swojej tylko dyspozycji. Za kilka tygodni, gdy młode kurki będą gotowe do zamieszkania poza domem dołączą do samotnej na razie Ramony. Teraz moja biała ulubienica całe dnie spędza na trawce, nasłuchując z ciekawością gdakań innych kur za płotem, skubiąc i wyjadając z ziemi, co tylko się da. 

   Po zakończeniu najpilniejszych prac ogrodowo-polowych zamierzamy wziąć się nareszcie za kontynuację remontu naszego domu. Wisi ten remont nad nami wciąż jak jakaś zmora i spokoju nie daje. Przyzwyczailiśmy się już wprawdzie do tych siermiężnych, mało eleganckich wnętrz, w których mieszkamy od prawie trzech lat, ale czas byłby coś wreszcie tutaj polepszyć!

   Codziennie rano i wczesnym wieczorem chodzimy do lasu, gdzie umieściliśmy na brzozach butelki, do których ścieka nam codziennie po kilka litrów soku brzozowego. Pomysł na pozyskiwanie brzozowego soku poddała mi Utygan z bloga „Ogród na końcu świata”. Jest to bardzo zdrowy i smaczny napój, pomagający w oczyszczeniu organizmu, wzmacniający i orzeźwiający. W smaku przypomina lekko osłodzoną wodę. Jest też jak woda zupełnie przeźroczysty. Obdarowujemy nim naszych sąsiadów, którzy choć z dziada pradziada tu mieszkają nigdy go jeszcze nie pili. Opowiadam im o jego zaletach a także o pozytywnych zmianach naszego samopoczucia, które zaszły w nas odkąd dwa miesiące temu zmieniliśmy sposób odżywiania. Od dawna mieliśmy problemy z żołądkiem i wątrobą. Byle co nam szkodziło. Byliśmy bez energii, zmęczeni zimą, bladzi i chorowici. Od dwóch miesięcy jadamy głównie kasze, warzywa i owoce. Zrezygnowaliśmy zupełnie z żywności przetworzonej i zawierającej jakiekolwiek konserwanty, barwniki i sztuczne dodatki smakowe. Nie jadamy wypieków i makaronów na bazie pszenicy, słodyczy (czasem kupujemy sobie tylko gorzką czekoladę) oraz wędlin. Nie jemy też nic smażonego. Słodzimy potrawy miodem a doprawiamy tylko ziołami i solą. Co kilka dni piekę żytni chleb na zakwasie. Kiszę buraki w wielkim słoju i popijamy pyszny, buraczany kwas oraz chrupiemy pachnące czosnkiem buraczki. 

   Co nam ta zmiana jakości pożywienia dała? Odzyskaliśmy siły, kolory wróciły na blade liczka, wzmocniły się nam włosy, paznokcie i troszkę schudliśmy. Nic nas nie boli. Zniknęły wszystkie nieprzyjemne doznania po zjedzeniu czegoś, co nam szkodziło. Teraz nic nie szkodzi, bo wszystko, co jemy jest zdrowe, lekkostrawne i po prostu pyszne. Jesteśmy bliżej natury!:-)

   Cezary nadal dzielnie nie pali, co też przyczynia się do polepszenia jego kondycji. Nie mamy poczucia, że się czegoś wyrzekamy, że czegoś nam brakuje albo za jakimś rodzajem produktów spożywczych tęsknimy. Cezary wprawdzie czasem po zjedzeniu zupy jarzynowej, czy postnego żurku wzdycha, że teraz zjadłby kotleta schabowego, ale widząc moje surowe, potępiające spojrzenie porzuca próżne marzenia! Nie ma co go jednak żałować, że taki biedny pod moim władaniem. Po pierwsze, to on lubi jak ja nadaję kurs wielu naszym sprawom, a po drugie najważniejsze dla niego i dla mnie jest dobre samopoczucie i zdrowie. Już za długo męczyliśmy się faszerując się byle czym i jęcząc potem oraz łykając tabletki przeciwbólowe i usprawniające trawienie.  

   Pracując w ogrodzie czy też chodząc codziennie do lasu spalamy dodatkowe kalorie. Napełniamy płuca czystym powietrzem oraz wystawiamy twarze do słońca na skutek czego już jesteśmy opaleni. Cezary jest złocisty. Ja różowa jak świnka!

   Robimy zdjęcia wszystkiego, co się da. Napawamy się tym ciepłem, młodą zielenią trawy, maleńkimi kwiatuszkami leśnymi i polnymi, intensywnym błękitem nieba. Nareszcie jest to wszystko, na co tak długo czekaliśmy! Popatrzcie proszę na wiosenne zdjęcia z Pogórza Dynowskiego. Oto nasz wiosenny las i jego cuda!





piątek, 19 kwietnia 2013

Staruszek




     Spotkałam niedawno pogodnego, wciąż młodego duchem staruszka. Dużo starych ludzi ma tę właściwość. Wraz z latami przybywa im wspomnień, doświadczeń, przemyśleń i pogody właśnie. Lecz nie ubywa ciekawości dziecka oraz świeżości spojrzenia. Co dzień cieszy ich chociażby mozliwość popatrzenia na niebo. Zachwyt nad jego potęgą, błękitem i zmiennością. Odczuwalna pokora i zadziwiająca małość problemów ludzkich w obliczu jego ogromu. Radość, prosta dziecięca radość, że wciąż można ten cud nieboskłonu ogladać, że oczy widzą, nozdrza czują, serce pracuje...
   Starcy potrafią uważnie słuchać innych a w ich oczach widać wówczas szczere zainteresowanie i zrozumienie. Wiedzą, co ważne, co błahe, co trwałe, co przelotne.  Nie przeraża ich byle co. Nie dają się omamić złudnym blaskiem, chwilową modą, nieszczerym uśmiechem. Mają w sobie wewnętrzny blask. Widać go w ich oczach, słychać w głosie cichym i drżącym, jak jesienny wiatr. Blask mądrości i dobroci. I zgody na to, co niesie los.
   Stary profesor mówił mi o swoich książkach. Jest wybitnym rusycystą. Kocha ten język, literaturę, kulturę. Opowiadając o swej pasji młodnieje, rozjaśnia się jeszcze bardziej.
   I całe życie mi swoje pokazał. Uśmiechnął się do wspomnienia swojej żony, która zawsze walczyła z jego bałaganiarstwem. Zrzędziła i marudziła. Potrafiła też jednak przysiąść i błyskotliwie skomentować jakiś przekład poezji, nad którym biedził się od kilku godzin. I pięknie śpiewała rosyjskie romanse... Jego ukochana Galina...                                                    
 Opowiadał też o swojej wspaniałej, domowej bibliotece. Ma ponad cztery tysiące książek. Gromadził je przez całe życie. A każda z nich to osobny, fascynujący świat, do którego profesor wchodził zawsze w skupieniu i zachwycie.
   Patrzyłam na niego i mnie samą zaczęła ta jego jasność ogarniać, koić. Kiepski nastrój, w który popadłam jakiś czas przedtem ulotnił się nie wiadomo gdzie. Na moment nieważne stały się wszystkie nie cierpiące zwłoki sprawy. Znikł pośpiech, niecierpliwość. A na odchodnym, widząc moje zainteresowanie, profesor  wyciągnął ze starej teczki małą, zniszczoną książeczkę i powiedział, że mi ją pożycza. Wiersze dobrze robią na zmęczoną, obolałą duszę... Wiersze pokazują nasz smutek i tęsknotę odbitą w cudzych oczach. A czasem potrafią od smutku uwalniać. Tak  właśnie powiedział.
   Wierzę mu. Tak, wiersze potrafią wiele...Otworzyłam więc na chybił trafił pożyczony przez niego tomik poezji Anny Achmatowej. I oto, co przeczytałam:

           Jak biały kamień - Anna Achmatowa

        Jak biały kamień w głębi studni ciemnej.
        Tak we mnie jedno czai się wspomnienie.
        Nie walczę z nim i walczyć by daremno.
        Bo w nim i radość moja i cierpienie.
        I chyba każdy, kto mi spojrzy w oczy.
        Wyczytać musi je z ich smutnej treści.
        I głębszym smutkiem twarz mu się zamroczy.
        Niż gdyby słuchał samej opowieści.
    
        W przedmioty ludzi niegdyś przemieniano
        Ze świadomością im pozostawioną.
        By smutki cudze wieczną były raną.
        Tak w me smutki ciebie przemieniono...

wtorek, 16 kwietnia 2013

Wiosenne wspomnienie




Nie miał w życiu szczęścia, choć go otaczało
Dom, żona, rodzina, ogród, las i pola
Lecz on niespełniony, więcej mu się chciało
Ale czego więcej? Odpowiedź zamglona

Bo czuł zbyt wyraźnie i kochał za bardzo
A w zamian dostawał jak zwykle za mało
Pragnął docenienia a czuł, że nim gardzą
I że nic od niego wciąż nie zależało

Nadmiar wrażliwości, niedomiar odwagi
Nazbyt dużo myśli, za mało działania
Oczy rozjaśnione blaskiem ciepłej magii
Lecz niewiara w siebie - daremne starania

Zapomnienia szukał w alkoholu mocy
By najpierw radosny, wnet otumaniony
Spać pod gołym niebem, pośród chłodnej nocy
Budził się zmarznięty, życiem osaczony

I tak od euforii do cichej rozpaczy
Od zachwytów światła do mroku przygnębień
Miotał się i szukał, to wątpił, to marzył
Zmęczony sam sobą poddał się zupełnie

I chociaż miał wszystko – brakło mu nadziei
Nikt mu nie pomoże, nic w dali nie czeka
Pies merda ogonem, trawa się zieleni
A on się rozsypał, nie ma już człowieka

Dzień wstawał wiosenny a kury gdakały
Chmury przepływały złociste, przepiękne
A on odszedł cicho i ból przepadł trwały
Wiatr mu tylko nuci łagodną piosenkę…


***

Może teraz wreszcie znalazłeś spełnienie?
Może się uśmiechasz bez żalu i obaw?
Pory roku przeszły, spotkania bez Ciebie
Pamiętam i tęsknię - dla Ciebie te słowa

Widzisz? W mym ogrodzie znów życie powraca
I lasy śpiewają wiosny odrodzeniem
Dookoła tętni nadzieja i praca
Lubiłeś być tutaj, czy wciąż jesteś? - nie wiem...



Mojemu Przyjacielowi

Ola

sobota, 13 kwietnia 2013

Ballada o żytnim chlebie




Zapach chleba z dzieciństwa, smak bułek z piekarni
Nieporównywalny do tego, co dzisiaj
Świat nas teraz chemią i złudzeniem karmi
Dając nam namiastki bez prawdy i życia

Trzeba pość do młyna po mąkę prawdziwą
Żytnią, czystą, świeżą, bez żadnych sztuczności
Zrobić sobie zakwas by odwieczną siłą
Uniósł potem ciasto mocą swej miłości

Potem wziąć trza miskę, mąki wsypać kilo
Dodać otrąb, soli, chlup w mąkę zakwasie
Wody ciepłej dodać, wymieszać aż miło!
Ciepłe dłonie nurzać w tej żyjącej masie

Dolać ciut oleju, słonecznego lśnienia
I wytrwale miesić, dłoń z ciastem się skleja
Nucić pieśń z dzieciństwa, przywołać wspomnienia
Chleb to wszystko słyszy i puchnie z wrażenia

Potem go zostawić żeby wyrósł w ciszy
W ciepłym, dobrym miejscu, od przeciągów z dala
Chodzić na paluszkach, bo on wszystko słyszy
Brzydkie słowa mogą duszę jego skalać

A po dwóch godzinach wziąć go na stolnicę
I znowu popieścić, pomasować mocno
Następnie odstawić go w znajomą misę
Cierpliwie się cieszyć, że marzenia rosną

A tak przed wieczorem, gdy już urósł pięknie
Smarujesz brytfankę błyszczącym olejem
Posypujesz szczodrze otrębami wnętrze
I po raz ostatni rośnięcie się dzieje

Znowu mu jest ciepło, bezpiecznie w foremce
Rozrasta się w boki, pcha się wciąż ku górze
I bije w nim wdzięczne, proste chleba serce
Które śpiewa czule z Twoim sercem w chórze

Wreszcie myk do pieca mocno nagrzanego
Niech się chlebek piecze aż do zrumienienia
A Ty czujesz zapach chleba prawdziwego
W domu teraz pachnie, jak w dawnych wspomnieniach

A gdy upieczony staje w pełnym blasku
Złocisty, gorący, popękany z wierzchu
Czujesz proste szczęście niewinnego czasu
I znów masz lat naście, szczęście gra o zmierzchu

Nocą sny masz piękne, chlebowe marzenia
O prostym śniadaniu, o zdrowiu,młodości
Wstajesz niecierpliwie, żądna ukrojenia
Pierwszej kromki chleba, sekretu wolności…



piątek, 12 kwietnia 2013

Bezdomny





Nie ma nic prócz siebie i gruzów pamięci
Siebie też już nie ma – wszystko jest przeszłością
W dźwiękach noclegowni, w codziennej niechęci
Takich samych ranków plecionych nicością

Patrzy gdzieś za okno, na starego kruka
Który zawsze tutaj ma swoje śniadanie
Teraz jeszcze czeka, w cieniu czegoś szuka
Wreszcie trochę chleba, jak zwykle dostanie

Bezdomny wspomina, jak zapukał w okno
Wrócił właśnie z saksów, gdzie długo biedował
A ona krzyknęła – Ty tu dziadu po co?!
Wracaj skądeś przyszedł! – To były jej słowa

Nic mu nie zostało. Dom, życie stracone
A ostatnie grosze dał na dworcu komuś
Żona już z kimś innym życie ułożone
Wiedzie w jego pracą zbudowanym domu

Odszedł – cóż miał robić? – walczyć brakło siły
Bezradny, skulony w parku usiadł z boku
Ludzie go mijali, dzień się zaczął miły
On tkwił na tej ławce, w nim wielki niepokój

Jak to? Tylko tyle? To jest właśnie życie?
I na cóż marzenia, starania, harówka?
Nikim jestem – Ludzie, czy mi uwierzycie?!
Zgasłem tak, jak gaśnie pęknięta żarówka!

Teraz jestem tutaj, a łzy znowu kapią
To jest ma codzienność i próżne wspomnienia
Z noclegowni ludzie do stołówki człapią
Czas już na śniadanie, a kruk wyszedł z cienia…

                                                                                                        *zdjęcie z Internetu

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy blog Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przepis przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia