niedziela, 11 sierpnia 2013

Łąka sierpniowa




  „ W życiu piękne są tylko chwile” – jako rzecze jeden ze współczesnych bardów ludowych. Owóż zgadzam się z nim w zupełności. Czasem zdarza mi się tylko nie zauważyć tych chwil w czasie ich trwania. Dostrzegam, że były długo, długo po nich, żałując iż nie doceniłam, przegapiłam. Jednak w ostatnim czasie doznałam zupełnie świadomie i pełną piersią kilku takich cudownych momentów. Dzięki nim przeżyłam swego rodzaju katharsis, co było mi szczególnie potrzebne po lipcu pełnym zmartwień, niewesołych zamyśleń i zwątpień.

   Każda z tych chwil wiąże się z moją wielką łąką. Opowiem Wam o tej łące i o czasie na niej spędzonym.  To niecały hektar na lekkim spadku terenu. Wokół rozciagają się lasy mieszane, głownie bukowe. W oddali przebiegają niteczki polnych dróg i wznoszą się malownicze wzgórza. Tej wiosny wydarliśmy łące kilkanaście arów i urządziliśmy tam warzywnik, który już kilka razy Wam tutaj pokazywałam. Póki był czas siania, plewienia, przycinania i podlewania mało miałam czasu by zwracać uwagę na łąkę i poświęcać jej więcej czasu. Ot, wyprowadzałam na nią niekiedy kozy albo mijałam ją w drodze do lasu. Wciąż w zabieganiu i napięciu. Wciąż daleka duchem. A łąka była i czekała cierpliwie...



   Jak wiadomo w gospodarstwie zawsze jest mnóstwo roboty. A robota ta zabiera każdą sekundę, zaprząta umysł i ręce, odbiera siły i ochotę na inne działania. Takoż  stało się i ze mną. Wessana w codzienny młyn nie pozwalałam sobie na chwile wytchnienia i zatrzymania, odejścia w rejony mniej praktyczne, przestrzenią swą wabiące a zarazem odstraszające.
   Na dodatek ostatnio było potwornie gorąco, czego każdy z nas zapewne doświadczył na własnej skórze i wie, jak taki upał wyciska z człowieka ósme poty i siły.I naprawdę mało sie wówczas chce.Jak tu wykrzesać z siebie dodatkową energię i ochotę na beztroski spacer?



   Jednak ja w jeden z tych upalnych dni przed południem, gdy Cezary zajęty był kładzeniem dachówek na naszej wiecznie rozrastającej się altanie w ogrodzie wybrałam się na zbiory ziół i kwiatów na pobliskie łąki. Nagle poczułam w sobie ten zew, tę przemożną potrzebę. I porzucając wszelkie pilne zajecia po prostu poszłam przed siebie. Kóz ze sobą nie wzięłam, bo spokojnie pasły się w cieniu pod dębem. Także Zuzia wolała zostać w budynku gospodarczym, gdzie jest zawsze przyjemny chłodek. Byłam więc pierwszy raz od bardzo dawna sama. Dobrze jest niekiedy pobyć tylko ze sobą, o czym często zapominam a może powodowana wyrzutami sumienia wobec męża i zwierzątek, nie chcę nawet pamiętać? Tamtego sierpniowego przedpołudnia wzięłam ze sobą duży kosz wiklinowy oraz nożyk i po prostu wyruszyłam na te pachnące, kolorowe przestrzenie pól i łąk skąpane w południowym, palącym słońcu.

   Szłam sobie nieśpiesznie. Tu nacięłam dziurawca, tam kocanki, gdzie indziej skrzypu polnego. Koszyk miałam już prawie pełen ziół a wciąż jeszcze chciało mi się buszować między wysokimi trawami i badylami. Weszłam na naszą łąkę za ogrodem. Narwałam tam dzikiego rumianu, chabrów, ostów i błękitnej cykorii. Spod nóg wyskakiwały mi spłoszone koniki polne i świerszcze. Nad głową unosiły się gdzieś het wysoko jakieś malutkie, świergotliwe ptaszki. W oddali kołował bocian. Pachniało upojnie i słodko. Wówczas zatrzymałam się i westchnęłam głęboko a wraz z tym westchnieniem napłynęło do moich piersi poczucie zupełnego spokoju i dawno nie odczuwanego niezmąconego niczym szczęścia. Aż w głowie zakręciło mi się od tego zdumiewającego doznania.

- Przecież wszystko jest takie proste. Wszystko potrafi być takie piękne i dobre. Jestem częścią tej łąki a ona daje mi odrodzenie… - pomyślałam, a w oczach pojawiły mi się łzy wielkiej ulgi. I uśmiechnęłam się do tego, co mnie otaczało, dziękując za tę niezwykle błogą, błogosławioną chwilę jedności z naturą. A jednoczesnie, jak to zwykle ja poczułam lęk, że ten czarodziejski, rzadki u mnie stan uszczęśliwienia przeminie szybko jak żywot ostatnich, sierpniowych chabrów i maków.



   W obrębie warzywnika zebrałam do koszyka kilka dorodnych cukinii, kabaczków, patisonów, pomidorów i ogórków. Dorzuciłam też wiązkę kopru.Potem wróciłam nieśpiesznie do ogrodu. Pokazałam mężowi imponującą zawartość mojego kosza i pochwaliłam go za postępy w robocie. Wygłaskałam Zuzię i koty. Zaprowadziłam kózki do ich chłodnego pomieszczenia. Rozniosłam kurom wodę do poideł. Wstawiłam kwiaty do wazonów po czym część ziół rozłożyłam na płachtach na strychu, inną zaś część, przeznaczoną na suche bukiety zebrałam w pęczki i powiesiłam do wyschnięcia na sznurkach od prania. Wewnątrz mnie trwała nadal ciepła słodycz i spokojna radość z tego, że jestem i mogę kochać to wszystko, co mnie otacza.


   Minęło kilka dni. Nadeszła pora sianokosów. Na drugi dzień po nich w pocie czoła przewracaliśmy z mężem siano na naszej łące by przeschło zupełnie i by na następny dzień można je było zbierać a potem zwozić na strych budynku gospodarczego. Pracowaliśmy blisko siebie, uzupełniając się wzajemnie i tworząc długie, puszyste węże stosów jasnozielonych, suchych, wonnych traw. Takie właśnie sianko najbardziej lubią nasze kozy a więc ofiarnie przygotowywaliśmy dla nich zapas jedzenia na całą następną zimę i wiosnę. Słońce paliło niemiłosiernie, na termometrze dostrzegałam, iż słupek rtęci przekroczył czterdzieści stopni, ale mimo to dobrze się nam pracowało. Było nam radośnie i jakaś dziwna energia w nas buzowała. Łąka dodawała nam siły i wiary w siebie. Od czasu do czasu popijaliśmy wodę mineralną i odpoczywaliśmy na ławeczce w cieniu. Wspominaliśmy upały w Australii, stwierdzając, że te polskie w niczym im nie ustępują. 



- Zobacz Czarek, wszyscy myślą, że w tej Australii, to jest nie wiadomo jak gorąco, a przecież w Melbourne ani razu nie doświadczyliśmy takiego skwaru, jak tutaj – zauważyłam, ocierając pot z czoła.
- No właściwie Oluniu, to masz rację! – westchnął Cezary.
- Tylko w w South Australii, w Adelajdzie było nam goręcej. Ileż to tam wtedy pokazywał nasz termometr w jeepie? –mój mąż otarł czoło rękawem koszuli i na chwilę zdjął czapkę z daszkiem by głowa mu przeschła.
- Tam było 50 stopni Celsjusza i miałam wrażenie, że zaraz wypalą mi się gałki oczne. A w porównaniu z tak strasznym upałem dzisiejszy jest zaledwie przyjemnym ciepełkiem! – zaśmiałam się.
- A poza wszystkim tam nie ma takich łąk, jak tu! – uświadomiłam sobie, któryś z kolei raz tę dziwną prawdę. Bo rzeczywiście, mało widziałam w Australii tak ukwieconych i pachnących pól, jak tutaj. Myślę, że wynika to tam z braku wyraźnych rozgraniczeń na pory roku, które to pory dają przyrodzie czas i powód do odpoczynku a potem tak bujnego jak u nas odrodzenia. Idzie się australijskimi polami a tam wciąż tylko trawa i trawa a na obrzeżach pól eukaliptusy i jakieś nieprzebyte chaszcze.


   Pogadaliśmy, odpoczęliśmy kapkę a potem wróciliśmy na łąkę. Patrzyliśmy z dumą na ogrom wykonanej przez nas roboty i zakrywając oczy przed promieniami słonecznymi spoglądaliśmy na to, co jeszcze przed nami. I znowu kontynuowaliśmy nasze zbożne dzieło. Aż przyszła godzina siódma wieczorem i już wiadomo było, że nie zdążymy ze wszystkim choćbyśmy przewracali to siano do północy. Zmartwiliśmy się. Czuliśmy już mocno w mięśniach całodzienny wysiłek. Z powodu zapowiedzi nadciągającego deszczu śpieszno nam było by ukończyć robotę tego dnia a następnego poranka zwieźć wszystko pod dach. I wówczas niczym wszystkowiedzący, dobry anioł pojawił się nastoletni chłopak z sąsiedztwa. Zaprzyjaźniony z nami sympatyczny Filip, który za kilkadziesiąt złotych obiecał nam skończenie całej roboty i pomoc w zwózce siana nazajutrz. Cudownie! Kamień z serca! Łąka zadzwoniła wieczornym śpiewem świerszczy, jakby cieszyła się razem z nami, a może jakby już wcześniej wiedziała, że wszystko będzie dobrze?
I tak, jak chcieliśmy zwieźliśmy trzy wielkie wozy siana. A czwarty jako bonus i dodatek do zapłaty podarowaliśmy owemu uczynnemu wyrostkowi za robotę.


   Ale deszczu, jak nie było, tak nie było. Już w całej chyba Polsce pojawiły się burze, nawałnice i ulewy. U nas nadal ziemia sucha, jak pieprz. Kolejnego poranka wzięłam więc kozy, Zuzię oraz wielkie grabie i worki i wybrałam się na łąkę by zebrać resztki siana, które pospadały z wozu a wciąż w ogromnej ilości zalegały tu i ówdzie. Dla kóz ta wyprawa okazała się wspaniałą zabawą. Porywały mi na wpół napełnione worki, nadziewały je sobie na rogi albo po prostu łapały je w pyszczki i uganiały się z nimi po całej łące. Za kozami biegła uszczęśliwiona Zuzia, chcąc także przyłączyć się do zabawy. Biegłam i ja za gagatkami, wygrażając huncwotom grabiami. Dopadałam jednej czy drugiej, zabierałam worek a w tym czasie dostrzegałam, że rozbrykane kózki oraz żyjąca z nimi w coraz lepszej komitywie psina wyżywają się, jak mogą, rzucając kolejnymi workami, szarpiąc je, żując i wydzierając sobie wzajemnie. Bieganina trwała tak i trwała. A ja niby to gniewałam się na to zwariowane towarzystwo, ale śmiałam się do rozpuku i czułam się, jakbym miała co najwyżej dziesięć lat. Łąka cichutko i łagodnie szeleściła pod stopami, słonko życzliwie głaskało moją ogorzałą twarz. 

   Padłam wreszcie zmęczona na ziemię. Głowę oparłam na jedynym ocalałym worku i patrzyłam na radosny, upstrzony białymi smugami błękit, niczym z obrazków rysowanych niegdyś przeze mnie świecowymi kredkami. Kilka chmurek na niebie przybrało kształty wesołych owieczek, które zderzały się różkami. Słońce schowało się za nimi i nie raziło mnie wcale. Jakieś suche trawki kłuły mnie w bok. Jakiś badyl wlazł w sandały. Jednak było mi po prostu dobrze. Chciałam by ten moment trwał jak najdłużej, bo znowu doznawałam wewnątrz siebie poczucia zupełnego szczęścia i beztroskiej, szampańskiej wręcz radości. Przyszły jednak zaniepokojone mą pozycją horyzontalną kozy i nachyliwszy się nade mną zaczęły ciągnąć mnie za koszulkę i spodenki. Wraz z nimi pojawiła się nieodłączna Zuzia i polizała zamaszyście moją twarz, odtrącając zazdrośnie kózki. Wreszcie poganiana przez nieustępliwą menażerię wstałam, pozbierałam worki, którymi w międzyczasie moje zwierzątka zdążyły się już znudzić.  I skończyłam swoją robotę, popatrując z zadowoleniem na Brykuskę i Popiołkę, które nareszcie odszedłszy polną drogą nieco na bok, zajęły się spokojnym pasieniem w cieniu naszych śliw i dębu a Zuzia spała pochrapując w ich pobliżu.



   „W życiu piękne są tylko chwile…” Jak dobrze, że są. To przecież najcenniejsze podarunki od losu. A szczęście to bardzo kapryśny i trudny do okiełznania, nieprzewidywalny w swych zamiarach płomyk świecy. Raz płonie jasnym, wysokim płomieniem, ale szybko się wypala. Innym razem chybocze się niepewnie, ale pokonawszy lęki i zwątpienia pali się mocno i długo. Czym była moja łąka? Czas pokaże, lecz dzisiaj po prostu dziękuję Ci sierpniu za tę łąkę!








45 komentarzy:

  1. Przeczytałam z prawdziwą przyjemnością...To by mogło być życie dla mnie gdybym była młodsza i bardziej sprawna fizycznie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak Agato, do roboty na wsi rzeczywiście potrzeba sporo siły i zdrowia. Cieszę się, że jeszcze dajemy z mężem jakos radę.Jednak nawet schorowane staruszki pracują tu cięzko, bo przyzwyczajone są do tego od wczesnego dzieciństwa. Bez tej pracy ich zycie straciłoby sens.A jak już nie mają siły do wyjścia na pole, to siedzą na ławeczkach i przebierają, obierają warzywa, zioła, grzyby i owoce. Wciąż chcą sie czuc przydatne...

      Usuń
  2. Olga nawet nie wiesz jak CI zazdroszczę tych zbiorów, tego zapachu szuszonych ziół..:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I ja się nimi cieszę Sznupciu kochana, bo jak przyjdzie zima będą mi przypominać o mojej łące i tej wspaniałej bujności roślin, która zawsze przemija, lecz która się na szczęście zawsze potem odradza!:-)

      Usuń
  3. Przez caly czas towarzyszylam Wam i Tobie na tej lace, chlonelam jej zapach i oczami duszy widzialam wszystkie te rosliny, ktorych nazw nie znam, a ktore widywalam przez cale zycie, na kazdej lace. Razem z Toba lezalam leniwie, przygladajac sie wolno plynacym po niebie chmurom. Razem doznalam tego zawrotu glowy z nadmiaru bodzcow.
    Twoj opis byl tak obrazowy, wystarczylo przymknac oczy, by znalezc sie tam choc na chwile. Pozniej wdychalam zapach swiezego siana, wrocilam wspomnieniami do dziecinstwa i tamtego siana, na ktorym sypialam jako dziecko u cioci na wsi. Oczy mi zwilgotnialy...
    Mijamy takie laki na codzien, a malo kiedy dajemy sie poniesc emocjom i wspomnieniom, bo w pospechu nie zauwazamy ich prostego piekna.
    Dziekuje, Olenko.
    Sciskam Was bardzo mocno, wpadajcie do mnie czesciej poczytac.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana Panterko! A ja dziękuję Ci za piękny, rozumny, poetyckim stylem napisany komentarz. Cieszę się, że powędrowałaś na łąki ze mną i odetchnęłaś przez chwilę ich atmosferą i zapachem.
      Coraz częściej myslę, że takie proste chwile codzienne są najpiękniejsze. To delikatne, ale przepełniajace człowieka ciepłe szczęście wynikające z kontaktu z naturą albo z bliskimi czy przyjaciółmi. Niech te momenty pojawiają sie w naszym zyciu jak najczęściej, dając nam radosć i sens.
      I my ściskamy Cię serdecznie a wpadać do Ciebie obiecuję, gdy tylko wpadnie mi jakaś wolna chwilka!:-))

      Usuń
  4. Tak, to są te krótkie chwile, kiedy wszystko jest na swoim miejscu.
    I góra i dół i człowiek jest na swoim miejscu i niczego nie szuka i przez moment można nie myśleć, tylko czuć.
    Nie potrafiłabym już tak ciężko pracować jak Wy. Ten czas już dla mnie minął. Chociaż, życie jest przygodą, więc?:)
    Ściskam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to ważne, by nie myśleć a tylko czuć.Odnaleźć choć na moment zagubiony klucz do zrozumienia po co tu jesteśmy i czym jest dla nas to, co nas otacza.
      Praca jest znojem, ale i radością. Męczy gdy staje się nieustającą rutyną i nie daje jakiejkolwiek szansy na małą choćby zmianę.A tu już niedługo zmiana pory roku, więc nie padniemy i jakoś chyba dojdziemy do jesieni! Do innej nieco pracy. Do przygody z wiatrem, deszczem, kolorowymi liśćmi, mgłami i nostalgicznymi zamysleniami.
      Pozdrawiam Cię ciepło Magdo!:-)

      Usuń
  5. Sierpień jest cudny. Podziwiam Twoją chęć do pracy, bo ja podobnie jak M. nie mam już siły, tak codziennie się krzątać.
    Posiałam fasolkę, posadziłam ogórki, cukinię i pomidory. Tyle pracy przy podlewaniu ogrodu, z powodu okrutnej suszy- wszystko wysycha.
    Jestem już tym zmęczona.
    Wrócę do Ciebie wieczorem, bo mam dużo pracy dzisiaj i martwi mnie ta pogoda.
    Buziaczki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I moje siły czasem opadają. Wtedy czasem dopadają mnie zwątpienia albo smutki. Praca jednak nie daje czasu na takie myslenie.W tym więc sensie jest duzym dobrodziejstwem. A jak mam już potąd pracy, to mimo wszystkich konieczności zatrzymuję zegar i przysiadam czy też kładę sie w cieniu i milcząc napawam się ciepłym spokojem moich okolic.A jak i oczy sa zmęczone wówczas ucinam sobie długą drzemkę. Potem wracają siły i znowu wszystko kręci się na nowo.
      A susza jest rzeczywiście teraz okrutna. Wszystko na potęgę schnie. Nie wiem czy odrodzi się nawet jesli w ciągu następnych dni nareszcie spadnie deszcz?Oby szybko przyszedł!
      Trzymajmy się jakoś Zofijanko i nie dajmy się do końca temu zmęczeniu letniemu.
      Uściski zasyłam serdeczne!:-)

      Usuń
  6. Laki, szczegolnie te w gorach, gdzie trawy, kwiatki, ziola i chwasty rosna w zupelnej zgodzie tworzac niepowtarzalny kobierzec kolorowo-zapachowy. Mozna tez sluchac jak laka zyje: cos zacyka, cos zapiszczy, zabzyka, zaszelesci, przycupnie, wystrzeli straczkiem jak z procy, peknie od obfitosci nasion. Polaczenie zapachu z poczuciem naslonecznienia (slonce pachnie) a przykucajac uderza w nozdrza zapach ziemi, wilgoci....
    Pamietam jak kiedys (dawno, dawno temu, gdy nazywano mnie jeszcze dziewczynka) przysiadlam na miedzy dzielacej dwie laki od siebie (sasiednie i sasiadow) w cieniu konarow wielkiej czesni, w lipcu pachnacej malymi owocami czerwonymi az do czerni, i staralam sie ogladac swiat przez lornetke. Wpatrywalam sie w dal az do zmeczenia rak. Lornetka powoli wraz z malejaca sila miesni zblizala sie do skrawka laki pod moimi stopami i nagle olsnienie - ile tam kolorow, odcieni, barwnego dziania sie. Na moment spojrzalam bez posrednictwa szkiel, poczulam cieplo, zapach i glosiki. Potem probowalam patrzec na lake wylapujac malenkie czastki ale odwrocona lornetka (moglam zajrzec tylko w jeda jej soczewke) i zobaczylam malutkie :) miniaturki przyrody.... Do tej pory w muzeach, w ramach ogladam dziela mistrzow wykorzystujac doswiadczenia poznawania laki...
    Lato na lakach polskich, i polanach tez, jest cudowne cudem natury.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fascynujaca jest ta Twoja obserwacja łąki przez lornetkę i bez niej. Mikro i makrokosmos jej kolorowego, pełnego zycia świata. Dziekuję, ze podzieliłaś sie ze mną swoim magicznym wspomnieniem.
      Wydaje mi się, że mało jest ludzi, którzy nie lubili by łąk. No chyba, ze jest sie alergikiem i łaka kojarzy sie z katarem i bólem gardła.Wówczas tylko na zdjęciach i filmach mozna podziwiać ich urodę a to przeciez nie jest nawet połowa doznań, bo gdzie doznania organoleptyczne i zapachowe? Dzisiaj rano rozcierałam w palcach kwiaty mięty, która kwitnie teraz w wielkiej obfitości. Och, co za mocny, cudny aromat! Także i kocaniki (zwane tez chyba wrotyczem) pachną uderzająco.A zapach siana to sama słodycz. A na obrzezach łąk wonne, dzikie oregano. Mnóstwo tego jest i żadne perfumy się do tych zapachów łąkowych nie umywają.
      Uśmiech ciepły zasyłam Ci Echo:-)

      Usuń
    2. :) Tez mysle, ze ludzie kochaja łąki :)
      Mięta - ja lubilam kolysac roslinki reka lub noga. Poczuc aksamitnosc lisci i lekki, leciutki zapaszek unoszacy sie w miare falowania rosliny aby zanikl wraz z jej uspokojeniem. Potem znow fala zapachu i moznosc zobaczenia listkow od spodu, o ton jasniejszych niz czesc wierzchnia. :):):) Do dzis czuje miętę... do mięty :)

      Usuń
    3. Opis Twojego delikatnego, nietypowego postepowania z miętą rozmarzył mnie i sprawił, ze zapragnełam zrobić to samo. Niech zafaluje i roztoczy powoli swój aromat. Niech zatańczy miętowego walca i ukaże swe cuda z wnętrza i zewnętrza!:-))

      Usuń
  7. Bardzo dawno temu wynotowałam sobie take słowa:

    "Spacer.
    Aby odzyskać poczucie spokoju.
    Aby odzyskać poczucie wolności.
    Aby odzyskać własny rytm.

    Spacer jest najdoskonalszym ze wszystkich rodzajów twórczego ruchu.
    Oczyszcza umysł.
    Uwalnia od stresu.
    Wzmacnia siły.
    Ukierunkowuje duszę.

    Idź sam.
    Połącz siebie z ziemią."

    Nie zanotowałam, niestety, autora, ale słowa te
    głęboko we mnie zapadły, jako coś bardzo prawdziwego.
    W Twoim przypadku też się sprawdziły :)

    Fantastyczne, kolorowe, dorodne zbiory!
    Cieszą oczy i podniebienie.

    Trzymaj się Oleńko, jeszcze trochę a upały miną
    i znów będzie chłodno, a potem zimno...
    wszystko zapadnie w sen jesienno - zimowy
    i nastanie pora zasłużonego odpoczynku,
    i nowe marzenia o lecie... i kojących łąkach.

    "W życiu piękne są tylko chwile" - ale życie
    z nich właśnie się składa, jak ocean z kropli wody.
    Tak wiele zależy od nas samych - czy będziemy czerpać
    z tego oceanu małym kubełkiem, wiadrami czy zanurzymy się cali...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, kochana Mar - pobycie samemu każdemu jest czasem potrzebne a połaczenie tego ze spacerem stanowi wspaniałe lekarstwo dla zagubionej, zmęczonej duszy.W samotności łatwiej odnajduje sie sens i słyszy sie samą siebie. A przyroda wzmacnia te doznania i prowadzi tam, gdzie serce sie z nią jednoczy.
      Własnie rzucam kątem oka na prognozę pogody w telewizji. Podobno jutro nareszcie ma padać.Oby!
      A wkrótce, już za kilka miesięcy nadejdzie pora zasłużonego odpoczynku od tak intensywnej jak teraz pracy na dworze.Znajdą się jednak nowe zajęcia i powody do zmęczenia. Jak zwykle. Ale przyjdą na szczęście nowe chwile zachwyceń tym, co będzie na mojej drodze i dodadzą blasku codzienności. Będę czerpać z tego oceanu powoli, kubeczkiem, żeby się nie zachłysnąć!:-)
      Dziękuję Ci Mar za ciepłe, pełne zrozumienia słowa. Uściski wieczorne przesyłam a za oknem połówka księzyca spogląda w nasze okna i czaruje żeby jutro był dobry dzień!:-)))

      Usuń
  8. ...mieszkasz w Raju, a Bóg się do Ciebie (Was) uśmiecha widząc jak o niego dbacie!
    Serdeczności:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, łąki są rajem.Trzeba tylko mieć czas i siły by do tego raju wejść i się nim ucieszyć.
      Pięknie napisałaś o tym uśmiechu Boga Meg! Poczuć ten uśmiech w sobie, to doznać ogromnej ulgi, radości i nagrody za cały znój.To być częścią tej natury i zdawać sobie sprawę z tego, że ona naprawde jest Edenem.
      Dziekuję Ci Meg za te słowa!:-))

      Usuń
  9. Piękne opowiadanie napisałaś o łące :-)
    A w życiu rzeczywiście piękne są tylko chwile...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W życiu jest wiele pieknych chwil. Prawie codzień migocze nam jakaś jak lampeczka na choince. Nie zawsze tylko mamy siłę i nastrój by ją dostrzec!:-))

      Usuń
  10. Uwielbiam łąki :) Dobrze, że masz obok siebie takie własne miejsce mocy, może teraz częściej będziesz zeń korzystać?
    Pięknie opisałaś tę swoją łąkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz łąka czeka na deszcz i na odrodzenie, bo sucho na niej i pusto po skoszeniu trawy. Jesli zdrowo popada, to za parę dni zabłysną tam nwe kolory a zycie rozśpiewa sie z nową mocą.I kozy znowu popasą sie na młodej trawce a bociany znajdą mnóśtwo owadów i żabek!
      Serdeczne myśli zasyłam Ci Lidko z domu otoczonego wieczornym graniem świerszczy!:-))

      Usuń
    2. :) świerszcze też uwielbiam :))

      Usuń
    3. Cyku, cyku, cyku
      Dzwoń mały świerszczyku
      Niech ten wieczór ciemny
      Stanie sie przyjemny
      Cyku, cyku, cyku
      Powtórz znów świerszczyku
      Koncerty sierpniowe
      W nocki księżycowe...!:-)

      Usuń
  11. Olu, czy mogę sobie ściągnąć te Twoje martwe natury w stylu holenderskim ( czyli owoce) do celów włąsnodomowo-ozdobniczo-prezentacyjnych?
    znaczy w ramki na ścianę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ewo!Na moim blogu zablokowałam mozliwośc ściągania i nie da sie tu nic ściągnąć(a przynajmniej mam taką nadzieję) wiec prześlę Ci zdjęcia o których piszesz na Twoja pocztę!Cieszę się, że Ci się podobają!:-)

      Usuń
  12. Dlatego trzeba te chwile cenić, celebrować, chronić od zapomnienia. Buziaki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, trzeba je cenić, bo sa płochliwe jak sarny. I nie przeganiać ich od razu lękiem przed ich nieuchronnym odejściem!
      Pozdrawiam Dorotko!

      Usuń
  13. A wiesz, Olu, takiego uczucia błogostanu, tkliwości w sercu i wdzięczności doznałam
    w zeszłym tygodniu na swojej łące, mimo, że skoszonej; poszłam na jej skraj wczesnym rankiem, był wspaniały wschód słońca, jeszcze nie przypiekało, wyraziście, pachnąco, w dali Kopystańka ... i zachciało mi się uklęknąć i podziękować Stwórcy za te cuda i dary; pozdrawiam Cię serdecznie.
    Dzisiejsze, nocne ochłodzenie odczułam jak mróz na skórze, aż plecy zmarzły mi w nocy, pewnie jeszcze zostałam w upałach, pa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli łąka jest magicznym miejscem dla wielu z nas. Daje nam radosć, spokój wewnętrzny i poczucie szczęścia oraz jednosci z naturą. Nie zapomina się tego wzruszajacego, przenikającego doznania. Nosi się je w sercu jak cudowny klejnot i rozumie sie zachwyt tych, któzy doznali tego samego.
      Wieczory, noce i poranki rzeczywiście są juz o wiele chłodniejsze - jak przystało na sierpień.Tylko deszczu nie ma. Czekamy na wodę, bo susza niemozliwa.
      Całusy za San przesyłam Ci Marysiu!:-)

      Usuń
  14. Dobrze znamy te sierpniowe błogostany... ale z poprzednich lat...
    Wpadliśmy do UchoDyni niedawno na kilka godzin, wyrwaliśmy kilka chwastów, pobieżnie podkosił Tato kawał ogrodu i - heh - do domu... Może jutro uda nam się wpaść na dłużej. Marzy się nam choć jeden nocleg.

    Uściski

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Biedna UchoDynia - napewno bardzo się jej ckni za Wami i nieraz woła Was do siebie!Może się wreszcie doczeka? Może i na łaki zdązycie pójść nim do reszty się zeschną? Z całego serca Wam tego kochani zyczymy, wiedząc jak musicie być stęsknieni za tym swoim magicznym kawałkiem świata.
      Pozdrawiamy ciepło!:-)

      Usuń
  15. Taki błogostan zdarza się tym, którzy są świadomi i uważni. Fajnie, że taka jesteś Olgo !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj na naszym blogu Krystynko!:-)Myślę,iż my, kobiety mamy w sobie cos z czarownicy, wiedźmy, wiedzącej. A to coś odzywa sie czasem właśnie na łące albo w lesie. Łączymy sie z naturą i wyraźnie czujemy jej moc.

      Usuń
  16. Tak realistycznie opisalas pobyt na lace, ze poczylam sie jabym tam byla i te zapachy Olu.
    Czesto snie o takiej lace, okwieconej pelnej przeroznych ziol.
    Wiesz, ostatnio czesto zastanawiamy sie czy nie przeniesc sie gdzies na wies. Niby nie mieszkamy w miescie ale to nie jest to co prawdziwa wies, taka pachnaca lasem, laka wlasnie.
    Masz racje, w zyciu wazne sa chwile wiec trzeba czerpac ile sie da, dostrzegac je, bo to jest najwazniejsze.

    Sciskam serdeczenie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jesli macie mozliwośc przenieśc sie na wieś, to gorąco do tego namawiam! Życie jest tu inne - spokojniejsze, prostsze, bliższe natury i zdrowsze dla ciała i ducha.A poza tym wiele ludzi w naszym wieku podejmuje decyzję o przenosinach na wsi, będąc juz zmęczonymi poscigiem za awansami, pieniędzmi, rzeczami i uznaniem znajomych. To wszystko marnośc, gdy ma sie obok siebie łakę i las.I ludzie dochodza do jakiegoś punktu, kiedy chce im sie zmienic wszystko i osiaść tam, gdzie moga być prawdziwi, spokojni i dalecy od tłumów, hałasów i pozłotki.
      Bedę Wam kibicować Ataner!
      Ściskam was oboje serdecznie i cieszę się, że sie Wam ta mysl o przenosinach na wieś w głosach urodziła. Niech rosnie i dojrzewa!:-))

      Usuń
    2. Oj rosnie i dojrzewa:))) Nie jest to jednak takie proste. Tutaj w Chicago trzyma nas praca, ale musimy cos zmienic, bo kiedy Olu, jak nie teraz.
      Walke szczurow zostawilismy dla innych, cieszymy sie tym co mamy i czerpiemy lapskami z zycia co sie da, wiec podroze, wyjazdy w kazdej wolnej chwili, to jest to co sprawia nam najwieksza radosc.
      Dziekuje za mile slowa:)

      Usuń
    3. Właśnie! Kiedy, jak nie teraz?! Życie jest jedno i trzeba spróbować wszystkiego, póki ono trwa. Wierzę, ze uda Wam sie zrealizować to nowe marzenie i dacie radę tak wszystko poukładać, by mieć z czego zyć i mieszkać bliżej natury.Skoro nam, zwariowańcom z Australii sie udała ta sztuka, to i Wam sie na pewno uda. Żyjemy bardzo skromnie, ale na swoim i po swojemu!I to jest najwazniejsze!:-))

      Usuń
    4. Nam tez duzo nie potrzeba, mamy siebie a to najwazniejsze. Poki zycie w nas gra, a gra - oj gra:))) To warto marzyc i probowac cos w swoim zyciu zmienic.

      Takie marzenia mielismy juz duzo wczesniej, osiedlic sie gdzies z dala od cywilizacji jednak ze wzgledu na syna trzymalismy sie blizej miasta, czy to bylo sluszne?! Nie wiem, mial wieksze mozliwosci rozwoju, czy to wykorzysta, czas pokarze.
      My lubimy takie klimaty co moze wydac sie dziwne bo oboje pochodzimy z miasta.
      Wies jednak kochamy oboje wiec warto spelniac marzenia bez wzgledu na wiek.
      Jeszcze raz dziekuje za Twoje mile slowa ktore dla mnie wiele znacza - buziaki:)

      Usuń
  17. ale byka strzelilam z tym "pokarze" i mnie pokaralo:))))))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ataner kochana! Pal sześc z bykami ortograficznymi. Wcale nie zwróciłam na to uwagi.Cieszę sie Twoimi odwiedzinami i ozywioną korespondencją między nami.Chciałabym Cię uścisnąć jak siostrę!:-))
      Cieszę sie też tym podobieństwem między nami i tym, że macie z męzem nowe, piekne marzenie, które jesli wszystko dobrze pójdzie, stanie sie rzeczywistością.
      Do pewnego czasu patrzy sie na dzieci i robi wiekszosc dla nich, ale potem trzeba popatrzeć na siebie i na czas, który jest nam dany. On nie jest z gumy. Trzeba go wykorzystac. Realizować swoje marzenia, nie patrząc na innych. Synowi dałaś wszystko, czego potrzebował i od niego zalezy jak to wykorzysta. Na pewno wychowaliscie go dobrze i poradzi sobie w wielkim świecie. A jego rodzice maja prawo być szczęsliwi i pójśc swoją drogą, nie oglądając sie na nic. Wy będzicie szczęsliwi i spełnieni, to i syn bedzie to czuł i doceniał. Jesteście młodzi duchem a duch ten łaknie nowych doznań, osiedlenia z dala od miasta i swojego miejsca na ziemi.To jest Wasze zycie, Wasza młodość oraz dar miłości, zrozumienia i przyjaźni małżeńskiej. Bezcenne to rzeczy! Najwazniejsze! Takie rzadkie przeciez!Jesli to macie, to wszystko sie uda! Wierzę w to mocno!:-))

      Usuń
  18. No Olu takie chwile jak ta opisana trzeba łapać i trzymać tak dlugo jak się da,trzeba napawać się ciszą i chocby chwilowym spokojem bo nigdy nie wiadomo?

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękujemy za wszystkie merytoryczne komentarze. Inne, a szczególnie te natrętne i napastliwe będą usuwane do spamu.

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy blog blogi Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przepis przetwory przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty słowa smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wrażliwość wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia