Niestety, po kilku dniach poprawy stanu zdrowia naszej ukochanej psinki Zuzi znowu jej się diametralnie pogorszyło. Od tygodnia jeździmy z nią nieomal co dzień do weterynarza. A właściwie do różnych weterynarzy bo żaden nie wie dokładnie co jej jest i żaden nie umie znaleźć skutecznej terapii. Zrobiono jej badania krwi i wyeliminowano jakąkolwiek chorobę wirusową, czy odkleszczową. Po USG wyszło jej, że ma nieco powiększoną wątrobę i trzustkę oraz stan zapalny jelit, ale żadna z tych dolegliwości nie może być źródłem ogromnego bólu, którego Zuzieńka doznaje ilekroć przestają działać zastrzyki z pyralginą. Podałam jej przez ten czas 10 kroplówek z solą fizjologiczną, bo mimo tego, iż bardzo dużo pije wet orzekł, iż jest odwodniona. Nadal daję jej zastrzyki z antybiotykiem, środkiem przeciwbólowym oraz ze sterydem. Po sterydzie, przez jakiś czas biedaczka czuje się lepiej, wraca jej apetyt oraz żywsze spojrzenie. Jednak gdy tylko steryd i środek przeciwbólowy przestają działać, wówczas znów władzę na nią przejmuje przygnębienie, apatia, cierpienie oraz słabość.
Obawiam się, że USG prawdopodobnie nie wykryło jakiegoś guza, który może być źródłem jej złego samopoczucia i cierpienia. Sama już nie wiem, co mam o tym myśleć…Serce pęka, gdy się patrzy na jej bezradność, przygnębienie i ból. Pozostałe psy doskonale wyczuwają, że z Zuzią jest coś nie tak. Nie zaczepiają jej w żaden sposób, machają na jej widok ogonami, z nadzieją wąchają przewodniczkę stada co jakiś czas, lecz zaraz odchodzą zasmucone na bok. Myślę, że chory pies wydziela jakiś charakterystyczny zapach, wyczuwalny tylko dla innych psów. I między innymi dlatego Jacuś, Hipcia i Misia wiedzą, iż z Zuzią dzieje się coś złego. Tak czy siak walczymy o nią i walczyć będziemy póki tylko się da.
Poza tym mamy sporo pracy z jodłowym drewnem rozpałkowym, które Cezary tnie na pile – cyrkularce, kiedy tylko pogoda na to pozwala. Oj, mnóstwo tego drewna czeka jeszcze do pocięcia ( w sumie 8 metrów). A tymczasem wczoraj mój mąż poważnie się przy tej pracy skaleczył. Piła omal nie ucięła mu kciuka. Strasznie to niebezpieczna robota. Chwila nieuwagi może się bardzo źle skończyć. Dzisiaj od rana burzowo i deszczowo, drewno moknie a więc Cezary odpocznie trochę od pracy a jego palec odrobinę się podgoi. Kolejność prac gospodarskich mamy ściśle rozplanowaną. Kiedy tylko skończymy z drewnem rozpałkowym przyjdzie czas na drewno opałowe, którego kilkanaście metrów też trzeba będzie pociąć piłą spalinową, połupać elektryczną łuparką a następnie zwieźć pod wiatę by wyschło do zimy. Potem zamierzamy zająć się betonowaniem kamiennego murku, o którym tu niedawno pisałam oraz wieloma innymi pracami gospodarskimi, których, jak u każdego na wsi, zawsze jest bez liku.
Nadal kontynuujemy naszą dietę ketogeniczną. Bardzo dobrze się oboje na niej czujemy. Zazwyczaj wystarczają nam dwa posiłki dziennie. Jadamy smacznie, zdrowo, różnorodnie i kolorowo. Łykamy suplementy ( magnes, potas, witamina D3, berberyna). Po miesiącu stosowania tego sposobu żywienia oboje już sporo schudliśmy, nie głodując ani nie czując, że czegoś się wyrzekamy, że czegokolwiek nam brakuje. Na pewno więc będziemy przy tej diecie trwać.
obiad: tatar z sałatką warzywną z oliwą, pomidorami i awokado
obiad: leczo z wędzoną makrelą
obiad: pieczona golonka z zieloną sałatką z liści mlecza, szczypiorku, kapusty pekińskiej i ogórka
A tymczasem w ogrodzie pięknie. Kwitną wspaniale i pachną upojnie fioletowe bzy. Zieleń wręcz bucha zewsząd. Prawie wszystko (poza ogórkami, kabaczkami i dyniami) wykiełkowało. Trwa cudny, wiosenny czas, którego nie zaburza nawet kapryśna pogoda. Tylko zmartwienia nie za bardzo pozwalają się tym cieszyć…
Dlatego także sprawy bloga i wszelkie inne odeszły na razie na dalszy plan. Jak się coś u nas zmieni – napiszę. A na razie pozdrawiam Was serdecznie.














