Patrząc przez okno na monotonnie od kilku dni zachmurzone niebo oraz na coraz bardziej nagie drzewa myślę sobie, że wielobarwne lato oraz początek jesieni zniknęły szybko i niepostrzeżenie jak sen, tak jakby nigdy ich nie było. Ale przecież były. Dowodem na to są chociażby zrobione w czasie minionych dni fotografie. Nie jest ich wprawdzie tak dużo jak w przeszłych latach, bo i ochota do fotografowania była w tym roku zdecydowanie mniejsza, a jednak spośród tych, które oglądam wyłania się obraz wielu pięknych chwil, pełnych zróżnicowanych odcieni, zachwycających światłocieni, kolorowych mgnień i dobrej energii. Cóż, tak to już z człowiekiem bywa, iż w pełni potrafi docenić tylko to, co już minęło i tęskni do tego wówczas, nie widząc z kolei ani nie doceniając momentów, które przelatują niepostrzeżenie właśnie teraz...A przecież nieomal zawsze, nieomal wszędzie da się znaleźć coś wartego uwagi i pamiętania, coś ładnego, wzruszającego, odrywającego myśli od niepokojów, budzącego uśmiech na twarzy i ciepło w sercu, ożywiającego pokłady ważnych emocji i uczuć. Nawet w tym niby szaro-burym listopadzie. Postanawiam sobie zatem, że nie dam się temu jesiennemu marazmowi, że na przekór ciemnym chmurom złych wiadomości nadciągających codziennie ze świata będę pilnie przypatrywać się temu, co pozytywnego druga połowa jesieni przynosi w darze, nanizywać koraliki takich spostrzeżeń, zamyśleń i chwil na delikatny łańcuszek zwyczajnej codzienności. Nie pozwalać im zniknąć bez śladu...
A póki co chciałabym pokazać Wam tutaj kilkadziesiąt wybranych przeze mnie zdjęć dokumentujących takie ładne widoki i dobre chwile, w które obfitowały minione miesiące. Nie było mnie tu trochę a więc i nie dziwota, że sporo się tego nazbierało!:-) A zatem zapraszam do wirtualnej przechadzki w czasie po naszych okolicach: po ogrodzie, łąkach, wzgórzach, lasach, strumieniach, niebach oraz drogach wiodących w tajemnicze dale...
W oddali nasz dom w otoczeniu czerwcowych, soczyście zielonych łąk i pełnego malowniczych chmur nieba...
Wejście do pobliskiego lasu. Zanurzamy się w dzikiej zieleni...
Łąki pełne bujnych, wonnych traw, kwiatów i ziół wszelakich
Jak nazywają się te niebieskie kwiateczki? Są nieco podobne do bluszczyku kurdybanka, ale to nie on...
A te fioletowo-różowe, pierzaste ślicznotki...Czy ktoś z Was zna ich nazwę?
Obfitość jaskrów i kwitnących traw tuż za płotem naszego ogrodu
Pogórzańskie kwietne łąki i wzgórza
Leśne dukty nad Sanem...Oto nasz czerwcowy ogród. Odpoczywałam po pracy siedząc na fotelu pod krzewami dzikiego bzu (na pierwszym planie widać moje fioletowe klapki). Przede mną leżak Cezarego a obok niego wierna Zuzia. Na stoliczku domowej roboty specyfik przeciw komarom i gzom. Obok buteleczka z wodą do topienia zdjętych z psów kleszczy!
Widać tu wspomniany wyżej fotel i dzikie bzy, jakże bujnie jeszcze kwitnące przed nadciągającymi w kolejnych dniach ulewami, które nie dość, iż zniszczyły mnóstwo bzowych kwiatków zanim owady zdążyły je zapylić, to dodatkowo w kolejnych miesiącach strąciły z krzaków większość dojrzałych owoców.
Zwróćcie uwagę na gałęzie bzu powyżej, jak nieliczne i marne są sierpniowe już owoce.
Wiata na drewno obsadzona pachnącymi, pomarszczonymi różami, winobluszczem i bordowym clematisem.Owe pomarszczone, wielce wonne róże rozrosły u nas wyjątkowo bujnie (posadzone onegdaj z pojedynczych gałązek także z tyłu ogrodu) nie dość, iż pachniały z dala, to ich płatki pracowicie zebrane przez Cezarego stały się surowcem na różane konfitury( pierwszy raz robiliśmy je w tym roku). Wyszło z tego zaledwie kilka malutkich słoiczków. Koniecznie trzeba na przyszłość zrobić więcej!
Kilka tygodni temu opróżniliśmy jeden z takich słoików (dodając sobie tychże konfitur do owocowej herbaty z miodem). Pusty, umyty porządnie słoiczek do dzisiaj pachnie wręcz bosko różami! Wącham go przymykając oczy i znowu czuję się, jakby wokół trwało czerwcowo - lipcowe lato!:-)
No i łubiny kwitły tego lata wspaniale! A posiałam je w zeszłym roku, pracowicie plewiłam, prowizoryczne płotki wokół nich stawiałam, żeby ich psy nie podeptały, doglądałam jak mogłam. Opłaciło się! Oczy nasze pasły się ich pięknem co dnia a pszczoły, osy, bąki i trzmiele objadały się łubinowym pyłkiem do syta.
Łubiny dobrze rosły w otoczeniu mięty, wrotyczu, malw, pokrzyw i chabrów!
Lipcowe sianokosy na naszym polu. Ech! Sąsiad, który kosił trawę i zbierał potem siano dla swoich krów miał ogromny problem w tym roku ze zbiorem siana. Co podeschło, to znowu deszcz je zlał. I tak w koło Macieju!
Tylko Zuzia popadała w euforię mogąc wytarzać się w owym czekającym na zwiezienie sianie!:-)
I reszta psów, rzecz jasna, też!:-)
Prawie co dnia zbierało się na wielki deszcz a pewnie i na burzę. I wiatr giął gałęzie trzech sióstr - wierzb posadzonych przez nas kilka lat temu z niby to suchych pni a tak niesamowicie przez ten czas rozrośniętych, jakby od zawsze tu niby strażniczki pola tkwiły.Granatowiło się coraz bardziej niebo nad łąką, w oczekiwaniu na potęgę letniej ulewy.
A po deszczu prześlicznie perliły się krople na trawach, listkach, kwiatkach i pajęczynach....
A żaby w kałużach nabierały nowego wigoru.
A nurt wody w oddalonym od nas o jakieś 10 km Sanie nabierał mocy i głębi.
Od czerwca poprzez lipiec wzbierały leśne potoki, zalewając pobliskie uroczyska i zamieniając je w bagna. Wzbierały lokalne, niewinne dotąd rzeczki, zrywając mosty, zalewając i niszcząc ludziom podwórka, ogrody, domy...
I tylko psy cieszyły się, mogąc pluskać się do woli w leśnych strumieniach i wędrować nimi w dal...
Bo spacery to coś co lubią najbardziej, w pogodę i niepogodę! Wędrówki bez końca. Swobodę i wiatr w kudełkach. Błoto pod łapami i taplanie się w kałużach a jesienią tarzanie w suchych liściach!
Albo leżenie w cieniu starej gruszy i namolne dopraszanie się o pieszczoty u gospodarza i gospodyni!:-)
Okoliczne bukowe lasy przywoływały nas do siebie i latem...
I jesienią!
Największą entuzjastką wspólnych wypraw do lasu była i jest Misia. Tak pięknie i tak śmiesznie jak ona żaden z pozostałych psów nie skacze z radości!:-)
A dokąd to prowadzi ta drabina? Czyżby do samego nieba?
Dzięki starej, lecz porządnie naprawionej przez gospodarza drabinie mogliśmy wspinać się ku gałęziom obficie owocujących trześni...
I objadać się jej słodziutkimi jagodami!:-)
A jesienią rwać śliwki albo dojrzałe owoce kaliny...
Nieraz w trakcie zachodu słońca droga przebiegająca obok naszego domu zdawała się wieść gdzieś w zaczarowane, tajemnicze rejony...
A suche kłosy traw i inne, tak zwykłe dotąd badyle na tle pomarańczowego nieboskłonu z nagła piękniały, całą swą misterność nagle i złożoność ukazując...
I tylko wzgórza trwały w dali niczemu się nie dziwiąc, a tylko powoli przyoblekając się w sierpniowe i wrześniowe barwy...
Takoż i łąki zgodnie z rytmem natury zakwitły w swym czasie fioletem ostów i dojrzałą żółcią wrotyczy...
Wrześniowe marcinki obsypały się ciemnoliliowymi kwiateczkami a ostatnie motyle obsiadły je z zapałem.
A winogrona dojrzały w ilościach ogromnych i co dnia kusiły by objadać się nimi bez umiaru a potem tłoczyć z nich ciemnopurpurowy, wspaniały sok...
Wreszcie obrastające nasz mały stawik drzewka zaczęły październikowo przebarwiać się i gubić liście a przy tym stale przeglądać się w tafli wody czy do twarzy im w tym skąpym przyodziewku. A potem nastał listopad...
* * *
I to już koniec tych letnio-jesiennych wspomnień. Mając wrażenie, że jakiś ciężar w mej duszy nareszcie odpuścił a przynajmniej znacznie się zmniejszył uśmiecham się do tych obrazków teraz. Uśmiecham się też do Was przesyłając Wam te barwy i nastroje, których magię spróbowałam przywołać wybierając zdjęcia i publikując je w powyższym poście!:-)
















































