niedziela, 10 listopada 2019

Migawki - przypominajki…




              Magiczne mgły widoczne nad wzgórzami zobaczone parę dni temu w drodze na zakupy do miasteczka


   Niekiedy pośród wielu podobnych do siebie a tym samym niczym szczególnym nie zapisującym się w pamięci wędrówek czy widoków z nagła pojawia się coś szczególnego, jakieś zauroczenie, olśnienie przepojone mistycznym wręcz wzruszeniem. I wówczas człowiek czuje się wyróżnionym przez los szczęściarzem, bo oto doświadczył czegoś, czego jego dusza na pewno nie zapomni, czegoś, co tylko jemu wolno było oglądać w tej jednej niezwykłej chwili. I dzięki temu co dane mu było zobaczyć i poczuć, wytrącony został z letargu powtarzalnej, zlewającej się w jedno codzienności. A jeśli w tym czasie jakieś troski i czarne smutki zajmowały mu głowę, to na skutek tego chwilowego olśnienia, tego napotkania cudu na swej drodze, na jeden, bezcenny moment zelżał nieznośny ciężar zgryzot, które nareszcie przestały przesłaniać wyraźne widzenie reszty świata. Istota ludzka zinterpretować może ten poruszający ją widok jako objawienie lub znak, jako sygnał do odmiany, czy nawet początek nowej nadziei. Każdy z nas łaknie bowiem dialogu z wszechświatem, wskazówek od Stwórcy, podszeptu swej intuicji, jakiejkolwiek pewności. Najgorsza bowiem jest dla nas pustka i chaos. Pytania zadawane w próżnię. Niewysłuchane nigdy modlitwy.

Wielobarwny wschód słońca w pewien mroźny, styczniowy poranek

    A przecież człowiek mógł tego, co go tak poruszyło nie napotkać, nie zobaczyć, nie doznać. Wystarczyłoby by poszedł zupełnie inną drogą, skręcił w częściej uczęszczaną ścieżkę, zechciał postąpić wbrew intuicji albo podpowiedziom słońca. I nie byłoby tej złotej chwili. Tej migawki, która potem przez dni, miesiące i lata wyświetlać mu się będzie przez oczami i na nowo zdumiewać, zachwycać, budzić w sercu ciepło oraz wdzięczność, magicznie otwierać furtkę do jakiegoś pozytywnego fragmentu czasu już minionego. Jednak coś sprawiło, że człowiek poszedł właśnie tam i zobaczył właśnie to. Ten dar dla duszy. To wrażenie odzyskania błogosławionej lekkości dla serca strudzonego dotąd unoszeniem ciężkich chmur  smutku, żalu, bezradności i bezwładu.


  Wyjście na lutowy spacer, na spotkanie nieba zbłękitniałego nagle po wielu szarych dniach
  
   Czasem długo szuka się wyjątkowych chwil, słów i ludzi, wartych wyróżnienia miejsc, ale nie znajduje. Nasza sprawczość zostaje poddana w wątpliwość. Zdaje się nam wówczas, że liczy się tylko przypadek, który rządzi wszystkim. On chce albo nie chce nas nakierować na coś wartego zobaczenia, doświadczenia albo na spotkania, które potrafią wszystko odmienić. Przypadek nie lubi być poganiany, pominięty ani wyprzedzany. Ustala swoje reguły gry. I pozostaje nam po omacku dostosować się do nich. Lecz można się zastanowić, czy rzeczywiście istnieje coś takiego jak ślepy przypadek? Czy może jednak coś lub ktoś kieruje naszymi ścieżkami i wyborami, delikatnie acz stanowczo popychając nas w określoną stronę?

Marzec, leśna polanka z czosnkiem niedźwiedzim, który w marcu wspaniale zieleni się jako jedna z pierwszych roślin po zimie

   Bywa też i tak, że coś powszechnie uznawane przez innych za piękne, nam wcale tak zachwycającym się nie wydaje. Nie wywiera na nas wrażenia, bo problemy które nosimy w sobie zamykają furtkę do szerszego widzenia, są niczym czarne okulary nie pozwalające dostrzegać wyrazistych barw. Bywa też, iż odwróciwszy bodaj na chwilę głowę, czy poprawiając akurat wtedy uparcie rozwiązujące się sznurowadło przegapiamy coś niezmiernie ważnego, coś co Los dla nas właśnie postawił na drodze, objawił na widnokręgu. Mijamy zatem jakiś cud jakby go wcale nie było. Nie budzi więc żadnego oddźwięku w naszych sercach, bo dla nas go po prostu nie ma. Pozostajemy ślepi i głusi na wszelkie wskazówki i szepty Opatrzności. Idziemy dalej. Miarowo i uparcie. Jak roboty, które nie potrafią się niczym zachwycić, bo takiej możliwości nie ma w ich oprogramowaniu albo przepaliły się przewody, które kiedyś stany zachwytu im umożliwiały.

 Kwiecień. Zaczynają kwitnąć drzewa owocowe. Młoda zieleń okrywa już wszystko wokół.

    Cóż,  niekiedy lepiej być takim robotem bez czucia i wrażliwości. Lepiej znieczulić się zarówno na dobro, jak i zło, gdy człowiekowi zdaje się, że więcej już znieść nie może, że wolałby by świat zostawił go w spokoju razem z jego wszystkimi cudami i zmorami. Ot, zawisnąć w jakiejś mlecznej mgle i nareszcie nie czuć nic. Oddalić się od tego co boli i raduje. Dać odpocząć znękanemu sercu. Niech nareszcie nie bije tak trzepotliwie…

 Czerwcowe łąki pokryte żółtym dywanem jaskrów

   Bywają także roboty, które nie zdają sobie sprawy z tego, iż czegoś istotnego są pozbawione. Funkcjonują w pewnej właściwej robotom prozaicznej przestrzeni, gdzie nie ma miejsca na choćby łut trudno uchwytnej poezji czy nie wiadomo skąd pojawiającego się wzruszenia. Często owe roboty same sobie zdają się w sam raz. A takie sprawy jak zachwyty nad czymś w ich mniemaniu nieistotnym, śmieszne są i na nic niepotrzebne. Ot! Banialuki, błahostki, bańki mydlane zdatne tylko do pominięcia, odrzucenia, a nawet wyszydzenia. Istnieje przecież milion spraw ważniejszych i ciekawszych od dziecinnych zachwytów. Pora przestać się roztkliwiać i egzaltowanie zachwycać byle czym. Strata czasu. Życie jest twarde, dlatego i my powinniśmy tacy być. Jak ze stali. Żeby nic nas nie mogło dotknąć ani zranić. Żeby starać się ocaleć w nieustannej walce o przetrwanie, którą toczymy co dnia.

Lipcowa droga w bujną zieleń lasów

   Cóż. Chyba każdy z nas bywa takim robotem. Z wiekiem, niestety, coraz częściej. Coś się w naszych duszach zaciera, jałowieje, stępia. Znika świeżość spojrzenia, naiwność, dawny entuzjazm, młodzieńcza egzaltacja.  Dostosowujemy się do tego, co powszechne, obowiązujące, bezpieczne, a przez to mdłe i szare. Samo się to dzieje, bo zmienia się umysł i ciało. Bo wszystko już było i coraz mniej jest zaskoczeń, fascynacji, nowych smaków i zadziwień, coraz więcej rozczarowań i zawodów, coraz mniej ochoty do zadawania pytań, skoro nie padają na nie żadne odpowiedzi.  Zobojętnienie i rezygnacja ogarniają niczym lepki opar i trudno się z niego wyzwolić a czasem zdaje się to wręcz niemożliwe.

Sierpień, z przyjaciółką nad Sanem. Rzeka życia wbrew wszystkiemu nadal płynie

   I dochodzi jeszcze ta nieumiejętność rozróżnienia, co jest mrzonką a co marzeniem. Ku czemu warto iść, mając prawo wierzyć w ziszczenie a co lepiej sobie darować i pozostać w nużącej lecz swojskiej, robotycznej codzienności?

 Wrzesień, widok oświetlonego w szczególny sposób kwitnącego na złoto mchu rosnącego w bukowym lesie kilkaset metrów od mojego domu

   Pośród wielu ciekawych złotych myśli, odkrytych na kartkach mojego ściennego kalendarza przeczytałam taką oto myśl Gabriela Garcii Marqueza: „Mrzonki nie ugryziesz(…). – Nie ugryzę, ale się nią nakarmię.” No właśnie. Wielu z nas nadal zdarza się karmić mrzonkami. I nadal po wszystkim pozostają tylko stracone złudzenia a wraz z nimi gorycz, smutek, żal. Może właśnie dlatego lepiej jest zatrzymać się w pół kroku, nie biec dalej na łeb, na szyję, bo gdzieś tam zalśnił przez chwilę jakiś złudny promień? Zostać tu, gdzie się jest, przywdziać maskę robota, zmienić się ostatecznie w nie czujący nic mechanizm,  a przez to nie ryzykować wciąż bólem, utratą kawałka siebie i uczuciem dojmującego a niemożliwego do zaspokojenia głodu…?

Październikowa wyprawa w Bieszczady, feeria barw, uczucie cudownej wolności

   Być może naprawdę ludzkimi wyborami rządzi zwykły przypadek. I nie ma w codziennych wędrówkach żadnego planu, nici przewodniej, sensu czy szczególnego punktu, do którego powinno się dojść? Może tak naprawdę istota ludzka niewiele  różni się od miotanego wiatrem listka, a buntując się wobec tej swojej przerażającej nieistotności sztucznie nadaje swemu istnieniu jakieś głębsze znaczenie? Tak czy siak wielu z nas  udaje się ujrzeć niekiedy coś wyjątkowo pięknego a wtedy wszystkie rozważania o sensie i bezsensie żywota, o mrzonkach i marzeniach, nadziejach i rozczarowaniach pierzchają niczym spłoszone wrony. Jakby nigdy ich nie było. Zostaje niezwykła jasność i przenikające na wskroś wzruszenie. Czasem trwa to przez jeden, bezcenny, błogosławiony i oczyszczający moment. Króciutkie mgnienie, które bardzo łatwo spłoszyć nagłą myślą, czy niewczesnym słowem. Ale jest, było, przecież było. A jeśli wspomnienie o tym momencie wyblakło, to zawsze przecież można popatrzeć na najlepsze przypominajki, jakimi są własnoręcznie zrobione fotografie…

 Listopad, zachwycające mgły sprzed paru dni

   *Inspiracją dla napisania powyższego tekstu było przeglądnięcie kilku setek fotografii wykonanych przeze mnie w mijającym roku.  Obejrzawszy je dokonałam wyboru najbardziej znaczących, pozytywnie kojarzących się w minionych miesiącach migawek. Mam nadzieję, że za jakiś czas pojawi się  kolejna warta pamiętania migawka, że Los pozwoli mi się także w grudniu czymś wyjątkowym zachwycić, coś poruszającego serce dostrzec, nie pozostać obojętną…



Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost