Magiczne mgły widoczne nad wzgórzami zobaczone parę dni temu w drodze na zakupy do miasteczka
Niekiedy pośród wielu podobnych do siebie a
tym samym niczym szczególnym nie zapisującym się w pamięci wędrówek czy widoków
z nagła pojawia się coś szczególnego, jakieś zauroczenie, olśnienie przepojone
mistycznym wręcz wzruszeniem. I wówczas człowiek czuje się wyróżnionym przez
los szczęściarzem, bo oto doświadczył czegoś, czego jego dusza na pewno nie
zapomni, czegoś, co tylko jemu wolno było oglądać w tej jednej niezwykłej
chwili. I dzięki temu co dane mu było zobaczyć i poczuć, wytrącony został z
letargu powtarzalnej, zlewającej się w jedno codzienności. A jeśli w tym czasie
jakieś troski i czarne smutki zajmowały mu głowę, to na skutek tego chwilowego
olśnienia, tego napotkania cudu na swej drodze, na jeden, bezcenny moment
zelżał nieznośny ciężar zgryzot, które nareszcie przestały przesłaniać wyraźne widzenie
reszty świata. Istota ludzka zinterpretować może ten poruszający ją widok jako
objawienie lub znak, jako sygnał do odmiany, czy nawet początek nowej nadziei.
Każdy z nas łaknie bowiem dialogu z wszechświatem, wskazówek od Stwórcy, podszeptu
swej intuicji, jakiejkolwiek pewności. Najgorsza bowiem jest dla nas pustka i
chaos. Pytania zadawane w próżnię. Niewysłuchane nigdy modlitwy.
Wielobarwny wschód słońca w pewien mroźny, styczniowy poranek
A przecież człowiek mógł tego, co go tak
poruszyło nie napotkać, nie zobaczyć, nie doznać. Wystarczyłoby by poszedł
zupełnie inną drogą, skręcił w częściej uczęszczaną ścieżkę, zechciał postąpić
wbrew intuicji albo podpowiedziom słońca. I nie byłoby tej złotej chwili. Tej
migawki, która potem przez dni, miesiące i lata wyświetlać mu się będzie przez
oczami i na nowo zdumiewać, zachwycać, budzić w sercu ciepło oraz wdzięczność,
magicznie otwierać furtkę do jakiegoś pozytywnego fragmentu czasu już minionego.
Jednak coś sprawiło, że człowiek poszedł właśnie tam i zobaczył właśnie to. Ten
dar dla duszy. To wrażenie odzyskania błogosławionej lekkości dla serca
strudzonego dotąd unoszeniem ciężkich chmur smutku, żalu, bezradności i bezwładu.
Wyjście na lutowy spacer, na spotkanie nieba zbłękitniałego nagle po wielu szarych dniach
Czasem długo
szuka się wyjątkowych chwil, słów i ludzi, wartych wyróżnienia miejsc, ale nie
znajduje. Nasza sprawczość zostaje poddana w wątpliwość. Zdaje się nam wówczas,
że liczy się tylko przypadek, który rządzi wszystkim. On chce albo nie chce nas
nakierować na coś wartego zobaczenia, doświadczenia albo na spotkania, które potrafią
wszystko odmienić. Przypadek nie lubi być poganiany, pominięty ani wyprzedzany.
Ustala swoje reguły gry. I pozostaje nam po omacku dostosować się do nich. Lecz można się
zastanowić, czy rzeczywiście istnieje coś takiego jak ślepy przypadek? Czy może
jednak coś lub ktoś kieruje naszymi ścieżkami i wyborami, delikatnie acz
stanowczo popychając nas w określoną stronę?
Marzec, leśna polanka z czosnkiem niedźwiedzim, który w marcu wspaniale zieleni się jako jedna z pierwszych roślin po zimie
Bywa też i tak,
że coś powszechnie uznawane przez innych za piękne, nam wcale tak zachwycającym
się nie wydaje. Nie wywiera na nas wrażenia, bo problemy które nosimy w sobie
zamykają furtkę do szerszego widzenia, są niczym czarne okulary nie pozwalające
dostrzegać wyrazistych barw. Bywa też, iż odwróciwszy bodaj na chwilę głowę,
czy poprawiając akurat wtedy uparcie rozwiązujące się sznurowadło przegapiamy
coś niezmiernie ważnego, coś co Los dla nas właśnie postawił na drodze, objawił
na widnokręgu. Mijamy zatem jakiś cud jakby go wcale nie było. Nie budzi więc żadnego
oddźwięku w naszych sercach, bo dla nas go po prostu nie ma. Pozostajemy ślepi
i głusi na wszelkie wskazówki i szepty Opatrzności. Idziemy dalej. Miarowo i
uparcie. Jak roboty, które nie potrafią się niczym zachwycić, bo takiej
możliwości nie ma w ich oprogramowaniu albo przepaliły się przewody, które
kiedyś stany zachwytu im umożliwiały.
Kwiecień. Zaczynają kwitnąć drzewa owocowe. Młoda zieleń okrywa już wszystko wokół.
Cóż, niekiedy lepiej być takim robotem bez czucia i
wrażliwości. Lepiej znieczulić się zarówno na dobro, jak i zło, gdy człowiekowi
zdaje się, że więcej już znieść nie może, że wolałby by świat zostawił go w
spokoju razem z jego wszystkimi cudami i zmorami. Ot, zawisnąć w jakiejś
mlecznej mgle i nareszcie nie czuć nic. Oddalić się od tego co boli i raduje.
Dać odpocząć znękanemu sercu. Niech nareszcie nie bije tak trzepotliwie…
Czerwcowe łąki pokryte żółtym dywanem jaskrów
Bywają także
roboty, które nie zdają sobie sprawy z tego, iż czegoś istotnego są pozbawione.
Funkcjonują w pewnej właściwej robotom prozaicznej przestrzeni, gdzie nie ma
miejsca na choćby łut trudno uchwytnej poezji czy nie wiadomo skąd pojawiającego
się wzruszenia. Często owe roboty same sobie zdają się w sam raz. A takie
sprawy jak zachwyty nad czymś w ich mniemaniu nieistotnym, śmieszne są i na nic
niepotrzebne. Ot! Banialuki, błahostki, bańki mydlane zdatne tylko do pominięcia,
odrzucenia, a nawet wyszydzenia. Istnieje przecież milion spraw ważniejszych i
ciekawszych od dziecinnych zachwytów. Pora przestać się roztkliwiać i
egzaltowanie zachwycać byle czym. Strata czasu. Życie jest twarde, dlatego i my
powinniśmy tacy być. Jak ze stali. Żeby nic nas nie mogło dotknąć ani zranić. Żeby
starać się ocaleć w nieustannej walce o przetrwanie, którą toczymy co dnia.
Lipcowa droga w bujną zieleń lasów
Cóż. Chyba każdy
z nas bywa takim robotem. Z wiekiem, niestety, coraz częściej. Coś się w
naszych duszach zaciera, jałowieje, stępia. Znika świeżość spojrzenia, naiwność,
dawny entuzjazm, młodzieńcza egzaltacja. Dostosowujemy się do tego, co powszechne, obowiązujące,
bezpieczne, a przez to mdłe i szare. Samo się to dzieje, bo zmienia się umysł i
ciało. Bo wszystko już było i coraz mniej jest zaskoczeń,
fascynacji, nowych smaków i zadziwień, coraz więcej rozczarowań
i zawodów, coraz mniej ochoty do zadawania pytań, skoro nie padają na nie żadne
odpowiedzi. Zobojętnienie i rezygnacja ogarniają
niczym lepki opar i trudno się z niego wyzwolić a czasem zdaje się to wręcz
niemożliwe.
Sierpień, z przyjaciółką nad Sanem. Rzeka życia wbrew wszystkiemu nadal płynie
I dochodzi jeszcze ta nieumiejętność
rozróżnienia, co jest mrzonką a co marzeniem. Ku czemu warto iść, mając prawo
wierzyć w ziszczenie a co lepiej sobie darować i pozostać w nużącej lecz
swojskiej, robotycznej codzienności?
Wrzesień, widok oświetlonego w szczególny sposób kwitnącego na złoto mchu rosnącego w
bukowym lesie kilkaset metrów od mojego domu
Pośród wielu
ciekawych złotych myśli, odkrytych na kartkach mojego ściennego kalendarza
przeczytałam taką oto myśl Gabriela Garcii Marqueza: „Mrzonki nie ugryziesz(…).
– Nie ugryzę, ale się nią nakarmię.” No właśnie. Wielu z nas nadal zdarza się
karmić mrzonkami. I nadal po wszystkim pozostają tylko stracone złudzenia a
wraz z nimi gorycz, smutek, żal. Może właśnie dlatego lepiej jest zatrzymać się
w pół kroku, nie biec dalej na łeb, na szyję, bo gdzieś tam zalśnił przez
chwilę jakiś złudny promień? Zostać tu, gdzie się jest, przywdziać maskę
robota, zmienić się ostatecznie w nie czujący nic mechanizm, a przez to nie ryzykować wciąż bólem, utratą
kawałka siebie i uczuciem dojmującego a niemożliwego do zaspokojenia głodu…?
Październikowa wyprawa w Bieszczady, feeria barw, uczucie cudownej wolności
Być może naprawdę
ludzkimi wyborami rządzi zwykły przypadek. I nie ma w codziennych wędrówkach
żadnego planu, nici przewodniej, sensu
czy szczególnego punktu, do którego powinno się dojść? Może tak naprawdę istota
ludzka niewiele różni się od miotanego
wiatrem listka, a buntując się wobec tej swojej przerażającej nieistotności
sztucznie nadaje swemu istnieniu jakieś głębsze znaczenie? Tak czy siak wielu z
nas udaje się ujrzeć niekiedy coś
wyjątkowo pięknego a wtedy wszystkie rozważania o sensie i bezsensie żywota, o
mrzonkach i marzeniach, nadziejach i rozczarowaniach pierzchają niczym
spłoszone wrony. Jakby nigdy ich nie było. Zostaje niezwykła jasność i przenikające
na wskroś wzruszenie. Czasem trwa to przez jeden, bezcenny, błogosławiony i
oczyszczający moment. Króciutkie mgnienie, które bardzo łatwo spłoszyć nagłą
myślą, czy niewczesnym słowem. Ale jest, było, przecież było. A jeśli
wspomnienie o tym momencie wyblakło, to zawsze przecież można popatrzeć na
najlepsze przypominajki, jakimi są własnoręcznie zrobione fotografie…
Listopad, zachwycające mgły sprzed paru dni
*Inspiracją dla
napisania powyższego tekstu było przeglądnięcie kilku setek
fotografii wykonanych przeze mnie w mijającym roku. Obejrzawszy je dokonałam wyboru najbardziej znaczących, pozytywnie kojarzących się w minionych
miesiącach migawek. Mam nadzieję, że za jakiś czas pojawi się kolejna warta pamiętania
migawka, że Los pozwoli mi się także w grudniu czymś wyjątkowym zachwycić, coś
poruszającego serce dostrzec, nie pozostać obojętną…










