Obejrzawszy
niedawno w Internecie kolorowe fotografie półwyspu Wilsons Promontory,
najbardziej na południe wysuniętej części australijskiego lądu, nabrałam ochoty
by przeszukać domowe archiwum zdjęć i odnaleźć foldery poświęcone naszym
podróżom do tego pełnego urokliwych plaż i skalistych gór miejsca. Odnaleźć oraz odświeżyć sobie to, co czas
zaciera już w pamięci, wyłuskać z tego coś ważnego i ciekawego a przy okazji
wartego opisania na blogu.
I oto oglądam
zdjęcia wykonane przed dziesięcioma laty.
Przypominam sobie tamten lutowy dzień. Od świtu niebo zaciągnięte było
chmurami i lekko mżyło. Jednak to w niczym nie zniechęcało takich jak my
podróżników, którzy z doświadczenia wiedzieli, iż taka aura zapowiada w
Australii rychłe, przeważnie okołopołudniowe rozpogodzenie. W niespełna trzy godziny pokonaliśmy dystans 200
km dzielący nas od celu naszej wyprawy a zaparkowawszy jeepa na terenie parku
narodowego Wilsons Promontory wyruszyliśmy prowadzącym przez busz szlakiem w
stronę północnej, nie widzianej jeszcze nigdy dotąd plaży.
Napotkany po drodze kangur podglądał nas spoza gęstwiny traw a przycupnięta na suchej gałęzi eukaliptusa kukubara trwała w spokojnym półśnie. Wreszcie spoza gąszczu uschniętych zarośli, pożółkłych paproci, obsypanych kwitnącymi szyszkami banksji oraz imponująco dorodnych drzewotraw ukazał się nam rozległy widok na zatokę.
Leżącą przy niej plażę cechowała zupełna dzikość, bezludność, duża ilość ciekawych w kształcie i kolorystyce skał oraz kamieni i porastające jej brzegi mangrowce. Wędrowaliśmy wzdłuż wybrzeża oceanu coraz bardziej zwężającą się i coraz bardziej podmokłą ścieżką. Wdrapywaliśmy się na skały, obchodziliśmy je dookoła, gładziliśmy ich porowatą fakturę, zaglądaliśmy w zakamarki i pełne muszel schowki, spoglądaliśmy z zaciekawieniem na głazy widoczne gdzieś na widnokręgu. Ich sylwetki przypominały nam wielkie żółwie, smoki czy aborygeńskie, zamienione w kamień zwierzęce totemy.
Mieliśmy wrażenie jakbyśmy przenieśli się w czasie i jakby pęd przemijania zatrzymał się na parę chwil. Nic nas nie niepokoiło, nie popędzało, nie istniało nic poza krainą zaklętych kamieni, obmywaną łagodnymi falami odpływu. Srebrzysty odcień nieba dodawał niezwykłości temu pejzażowi i wcale nie żałowałam wówczas, że nie rozpościera się nad nami jaskrawy błękit. Także dzisiaj po latach znużona oglądaniem pocztówkowych, nieomal bliźniaczych widoków skąpanych w słońcu australijskich wybrzeży patrzę z dużo większą ciekawością na tamte nietypowe szarości, ochry, zgaszone zielenie i wyblakłe rudości. Na pełną głębi rzeczywistość cichej, ocienionej obłokami, pachnącej wodorostami i namorzynami, dalekiej od cywilizacji, nietkniętej przez nią plaży. Jak dobrze, że są jeszcze na świecie takie miejsca…
W jakiś czas potem, kiedy zwiedzaliśmy już inne rejony Wilsons Promontory a słońce zaczęło
przebijać się przez chmury w tyle rozlewiska rzeki mieliśmy okazję zobaczyć skupisko trawodrzew, czyli żółtaków
obsypanych mnóstwem drobniutkich kwiatków.
Żółtaki zwane są też drzewami trawiastymi ( w j. angielskim grass tree). Te występujące tylko w Australii rośliny mogą kwitnąć dwa albo i trzy razy w roku, jednak tym co najbardziej pobudza je do tego są…pożary. Żółtaki to rośliny pirofityczne, to znaczy, że ich budowa i ułożenie liści sprawiają, iż w czasie pożaru żar ognia jest izolowany od ich jądra. Schowane pod ziemią jądro potrafi przetrwać zupełnie nietknięte choćby nawet wokół szalały największe płomienie, choćby ich pnie ogarnięte były straszliwym żarem a trawiaste spódniczki kompletnie zwęglone. Oboje z Cezarym wiele razy podziwialiśmy żywotność australijskich drzew i drzewo-paproci, które w krótki czas po wielkiej pożodze z czarnych, osmalonych pni wypuszczały zielone listki a następnej wiosny rosły jeszcze bujniej niż poprzednio.
Dziś kojarzy mi się to z odpornością i wytrzymałością ludzi, którzy mimo ciężkich chorób, załamań ducha czy ataków depresji potrafią mimo wszystko podźwignąć się, ogarnąć i żyć dalej, znajdując nowy sens życia a nawet swoją wytrwałością i mądrością życiową dawać wsparcie innym. Także i trawodrzewa mają tę niezwykłą cechę. Podczas pożarów nasady ich liści stają wspaniałym się schronieniem dla bezkręgowców a w porze kwitnienia zastępy owadów mogą pożywić się słodkim nektarem ich kwiatów albo schronić się przed upałem czy chłodem w bezpiecznej gęstwinie trawiastych czupryn.
Żółtaki zwane są też drzewami trawiastymi ( w j. angielskim grass tree). Te występujące tylko w Australii rośliny mogą kwitnąć dwa albo i trzy razy w roku, jednak tym co najbardziej pobudza je do tego są…pożary. Żółtaki to rośliny pirofityczne, to znaczy, że ich budowa i ułożenie liści sprawiają, iż w czasie pożaru żar ognia jest izolowany od ich jądra. Schowane pod ziemią jądro potrafi przetrwać zupełnie nietknięte choćby nawet wokół szalały największe płomienie, choćby ich pnie ogarnięte były straszliwym żarem a trawiaste spódniczki kompletnie zwęglone. Oboje z Cezarym wiele razy podziwialiśmy żywotność australijskich drzew i drzewo-paproci, które w krótki czas po wielkiej pożodze z czarnych, osmalonych pni wypuszczały zielone listki a następnej wiosny rosły jeszcze bujniej niż poprzednio.
Dziś kojarzy mi się to z odpornością i wytrzymałością ludzi, którzy mimo ciężkich chorób, załamań ducha czy ataków depresji potrafią mimo wszystko podźwignąć się, ogarnąć i żyć dalej, znajdując nowy sens życia a nawet swoją wytrwałością i mądrością życiową dawać wsparcie innym. Także i trawodrzewa mają tę niezwykłą cechę. Podczas pożarów nasady ich liści stają wspaniałym się schronieniem dla bezkręgowców a w porze kwitnienia zastępy owadów mogą pożywić się słodkim nektarem ich kwiatów albo schronić się przed upałem czy chłodem w bezpiecznej gęstwinie trawiastych czupryn.
Trafiliśmy w 2009 roku na porę, gdy trawodrzewa kwitnąc bujnie ukazywały się niby feniks z popiołów, dumne, nieulękłe, a przy tym pełne delikatnego uroku i zapachu nektaru wabiącego mrówki, osy, żuczki, jaszczurki i papugi.
Wiele razy wcześniej widywałam te rośliny, ale nigdy jeszcze w fazie kwitnienia. Podziwiałam np. ich bujne, trawiaste spódnice w Górach Flindersa w Południowej Australii. Na tle tamtych pomarańczowo-żółtych gór kępy zielonych grass tree prezentowały się bardzo malowniczo. Nie przypuszczałam jednak wówczas, iż zobaczę kiedyś skupisko żółtych, wysokich na kilka metrów pałek sterczących niby złociste dzidy pośród gęstych traw porastających je dookoła, że będę mogła wędrować wśród nich, dotykać i wąchać te maleńkie, mięciutkie kwiateczki, obserwować ucztujące tam owady, doświadczać tryumfu przyrody nad siłą zniszczenia żywiołu a nawet zrozumieć, iż jedno z drugim jest nierozerwalnie ze sobą związane. I pomyślałam, iż może jest tak, że niekiedy trzeba pozornie umrzeć po to by kiedyś odrodzić się na nowo, by chcieć żyć całą pełnią, by poszerzyć swoje zrozumienie i współodczuwanie?
Mocno
zainteresowałam się światem trawiastych drzew, w ogóle dziką naturą Australii. Mam
dwie, przywiezione stamtąd książki na temat pożytecznych, rosnących w buszu
roślin. Przeszukałam też Internet w
poszukiwaniu dodatkowych informacji o nich. I oto co ciekawego znalazłam.
Aborygeni potrafili czerpać korzyści z każdej części żółtaków (zwanych przez
nich ” yakka”). Pocierając szybko łodygę potrafili w kilka chwil rozpalić ogień. Umieli też z niej pozyskiwać słodki nektar, robili
z niej włócznie. Korzenie yakki były ich przysmakiem. Natomiast z pnia drzewa
czerpali pomarańczową albo żółtą żywicę, którą wykorzystywali jako klej do
łatania pojemników z wodą. Z łusek kwiatowych po kwitnieniu ten mądry lud
wytwarzał szpice włóczni a z twardych strąków nasiennych robił narzędzia tnące.
Z kolei liśćmi drzewotraw mościł sobie posłania a także używał ich jako świetnej,
bo suchej rozpałki. Aborygeni żyli w zgodzie z naturą, wiedzieli o niej wszystko
i nie eksploatowali ponad miarę. W ich czasach każda roślina i każde zwierzę
godne było szacunku. Niestety, w dwudziestym wieku, gdy na dobre rozpanoszyła
się władza białych kolonizatorów równowaga w przyrodzie została zakłócona. Na
skalę przemysłową zaczęto pozyskiwać żywicę z grass tree. Używano jej np. do produkcji materiałów
wybuchowych, klejów, lakierów, kadzideł a nawet płyt gramofonowych. Na skutek takiego nierozważnego działania
wiele spośród trzydziestu gatunków trawodrzew uległo nieomal zupełnemu
wyginięciu. Dziś niektóre z nich znajdują się pod ścisłą ochroną, jak kilka
innych endemicznych roślin tamtego kontynentu. Natomiast zdziesiątkowani przez
choroby oraz nałogi Aborygeni żyją w rezerwatach i niewielu z nich potrafi
znaleźć sobie miejsce w nowej rzeczywistości….Ech, to temat na zupełnie inny
tekst, ale nie potrafię go tutaj ominąć. Wszak jedno z drugim się łączy, jedno
z drugiego wynika. W jednej opowieści kryje się wiele innych a w tych jeszcze
następne…
Dzisiaj wiem, iż tamta lutowa wyprawa na Wilsons Promontory, wędrówka po dzikiej plaży a potem widok kwitnących w dużej grupie trawodrzew były naprawdę wyjątkowe i znaczące. Po pierwsze dlatego, że nie znalazłam nigdzie podobnych do naszych fotografii. Może więc ta tajemnicza, skalista plaża do dzisiaj jest przez nikogo nieodkryta? Nie widziałam też na żadnych zdjęciach stamtąd takiego pola porośniętego wspaniale żółtymi pałkami grass tree. Odnoszę więc wrażenie, jakby ten cudowny spektakl kwitnienia trawiastych drzew przeznaczony był tylko dla Olgi i Cezarego… A po drugie niesamowita wewnętrzna moc tych kwitnących drzew trawiastych podpowiada mi, że przyroda potrafi przezwyciężyć wszystko, wyjść z najgorszych opresji, a dzięki temu pomóc innym odnaleźć nadzieję. Być znakiem dla ludzi, że skoro są częścią natury, to i w nich może kryć się wytrzymałe na każdy żar jądro, moc, która po pożarze pozwoli im na odrodzenie…












































