piątek, 16 lutego 2018

Los zwierząt...








   Wczoraj przeczytałam na jakimś portalu internetowym o krowie, która uciekła z transportu do rzeźni i schroniła się na wyspie jeziora Nyskiego. Tam żyje samotnie w szuwarach i ma się całkiem nieźle. Na wszelkie próby schwytania reaguje agresją.  Kilka tygodni wcześniej głośno było o innej krowie, która zbiegła do stada żubrów w Puszczy Białowieskiej i została przez nie zaakceptowana a nawet zaadoptowana. Od czasu do czasu prasa opisuje podobne zdarzenia z udziałem różnych zwierząt. Gdzieś tam ucieka rolnikowi świnia. A jeszcze gdzieś lis hodowlany czy norka. Można patrzeć na te wydarzenia z przymrużeniem oka. Traktować je jako jednostkowe przypadki i komiczne wybryki krasul – dziwaczek, świnek – buntowniczek, lisków - chytrusków. Można też zastanowić się nad zachowaniem tych zwierząt głębiej i zadać sobie np. takie pytania – Dlaczego uciekają? Co czują krowy i inne zwierzęta hodowlane?  Czy wiedzą o tym, że idą na rzeź? Jakie właściwie mają prawa? Czy da się zrobić cokolwiek by ich życie mogło być szczęśliwsze?





   Czytam komentarze pod artykułami o zwierzęcych uciekinierach. Większość z komentujących życzy im jak najlepiej. Szczerze przejęta i wzruszona wyczynami uciekinierów publika kibicuje tym odważnym istotom, pragnąc aby zostawiono je w spokoju, aby wywalczona przez nie wolność nie była im odebrana. Inni obserwatorzy postulują przewiezienie zwierzaków do zoo czy rezerwatów aby mogły w nich żyć nie niepokojone przez właścicieli, stale roszczących sobie do nich prawa. Są też tacy komentujący, którzy podchodzą do zdarzeń z udziałem zwierząt humorystycznie, lecz płasko, nazywając je uciekającymi kotletami albo zbuntowanymi szynkami. Jeszcze inni utożsamiając się z właścicielami zbiegłych zwierząt, przyznają im prawo do ich odłowu i do zysku, jaki wiązałby się z dalszą ich hodowlą czy też ubojem.





   Mam kilka bolesnych wspomnień, związanych z napotkanymi przeze mnie, żyjącymi w przeróżnych warunkach i rozmaicie przez swych właścicieli traktowanych zwierzętami…





   Pierwsze, z wczesnego dzieciństwa. Jestem na wsi u cioci. Wchodzę z nią do ciepłej obory. Zachwycam się cielaczkiem z charakterystyczną gwiazdką na czole. Wzruszam opiekuńczością krowy, która serdecznie wylizuje swe dziecko a na mnie spogląda łagodnym, spokojnym wejrzeniem…Mija parę dni. Znowu wchodzę do obory. Nie ma cielaczka. Krowa stoi wciśnięta w kąt. Apatycznie bodzie ścianę. Wzrok ma pusty i smutny. Zapytana o cielaczka ciocia odpowiada, że sprzedany. Jednak jakiś czas potem na przyjęciu komunijnym wszyscy zajadają się ze smakiem duszoną cielęciną. Ja też…





   Drugie, z czasów gdy tuż po studiach pracowałam krótko w KRUSie jako inspektor do spraw wypadków przy pracy rolniczej. Odwiedzałam wówczas przeróżne gospodarstwa rolne. Widziałam straszliwą biedę i brud oraz zwierzęta stojące po kolana w swych odchodach. Jednak najgorsze i niezapomniane wrażenie wywarła na mnie lisia ferma. A właściwie jej właścicielka, antypatyczna osoba z wymalowanymi na wściekle czerwony kolor paznokciami opowiadająca mi o trudach prowadzonej przez siebie hodowli. O nawalającym stale paralizatorze. O spadających cenach futer. O tym jak się przewróciła przy zadawaniu karmy i złamała rękę a jakiś lis omal jej przy okazji nie ugryzł. Rozmawiając spacerowałyśmy między ogromnymi klatkami przepełnionymi niewyobrażalną ilością przepięknych, ale straszliwie smutnych srebrzystych lisów…





Trzecie, z pobytu w Australii, kraju, gdzie większość krów wypasać się może na rozległych pastwiskach, gdzie całe ich życie można nazwać szczęśliwym, bo nie są niepotrzebnie niepokojone przez człowieka, bo żyją w zgodzie z prawami natury. I dopiero spęd na rzeź stanowi niemiły dysonans w ich tak sielskim dotąd losie. Jednak w tej samej Australii widywałam też bydło hodowane w warunkach fatalnych. Spędzone na niewielki, ogrodzony spłachetek ziemi dawno wyjadły wszystkie trawki i roślinki. Dreptały po błocie i własnych odchodach. Uwięzione za płotem z drutu kolczastego spędzały całe dnie w ponurej apatii, w nieustannym oczekiwaniu na farmera, który na samochodzie dostawczym przywoził im bele siana. Czasem jednak farmer się spóźniał albo z jakichś przyczyn nie dał rady dojechać. Wówczas głodne krowy na dźwięk jakiegokolwiek podjeżdżającego samochodu podbiegały do ogrodzenia niczym zdesperowani więźniowie, wyciągały przy tym do przodu pyski patrząc błagalnie…





   Czwarte, gdy przeprowadziliśmy się na wieś i zdecydowaliśmy się po jakimś czasie na kupno kóz. Kozy okazały się sympatycznymi i inteligentnymi zwierzętami toteż ich hodowla a właściwie przyjaźń z nimi rozwijała się bezproblemowo do czasu, gdy na świat zaczęły przychodzić równie śliczne i sympatyczne jak ich mamy koziołki. Póki były małe budziły zachwyt i wzruszenie. Pasły się wszystkie razem na łące, beztrosko biegały po ogrodzie, chodziły na spacery do lasu, bawiły się wesoło. Jednak szybko urosły i dojrzały. Kilkumiesięczne capki gotowe już były do kopulacji ze swymi matkami. Trzeba je było oddzielić od kóz i na gwałt szukać chętnych na nie. Okazało się, że nikt nie chce ich od nas kupić ani nawet za darmo wziąć, a jeśli nawet i chciał to nie do dalszej hodowli a na mięso. A czas płynął. Koziołki rosły. Tylko dla jednego cudem udało się znaleźć nowy dom. Pozostałe dwa trzeba było uśmiercić tu u nas, w naszym tak rajskim dotąd ogrodzie…





Piąte, zaprzyjaźniona z nami mieszkanka sąsiedniej wsi, osoba serdeczna, wrażliwa i ciepła, hodująca na własny użytek chmarę królików. Zwierzęta te całe życie spędzają w ciemnej skrzyni na zboże. Żyją tam, kotłują się, kopulują i rozmnażają nie widząc nigdy światła słonecznego, nie wychodząc nigdy z tego ciasnego miejsca. Kończą żywot po kilku miesiącach walnięte z nagła po głowie grubą pałką.





Szóste, przerażony kwik świń prowadzonych na rzeź. Wwiercający się w uszy i serca kwik, który słyszymy ilekroć odwiedzamy przyległy do rzeźni sklepik z tanimi odpadkami mięsnymi dla psów…





   Los zwierząt to jedno z tych zagadnień, wobec których większości z nas trudno przejść obojętnie. I zazwyczaj nie przechodzimy. Dbamy o psy i koty a także o inne zwierzęta uznane za domowe, za bliskie nam  i zaprzyjaźnione. Odsuwamy jednak na bok myśli o położeniu i przeznaczeniu milionów istnień wegetujących w okropnych warunkach gdzieś na fermach hodowlanych czy też w małych i wielkich gospodarstwach rolnych. Odsuwamy te myśli bo nie mamy wpływu na ich życie, bo to nas przeraża i przerasta, bo zbytnie zastanawianie się nad ich położeniem budzi mnóstwo wątpliwości moralnych, ból, wstyd i rozterki. 


   Wielu spośród nas wybiera wegetarianizm jako czynny sprzeciw wobec krzywdy zwierząt. Taki wybór na pewno w pewien sposób uspokaja wyrzuty sumienia, nie wpływa jednak znacząco na coraz bardziej rozwijający się przemysł hodowli i zabijania będący w dalszym ciągu udziałem setek milionów zwierzęcych istot. Coś tam się pisze o próbach wprowadzenia na rynek sztucznie wyprodukowanych produktów mięsopodobnych, mogących w przyszłości zupełnie zastąpić prawdziwe mięso. Jednak na razie to melodia dalekiej przyszłości, co do której nie ma pewności, czy kiedykolwiek dane jej będzie w pełni wybrzmieć. Wszak ludzie tak łatwo nie zrezygnują ze spożywania smakujących im naturalnych schabów, kiełbas i kotletów. Nie mają zamiaru z własnej woli pozbawiać się swych świętych praw, tradycji i obyczajów w imię zmniejszenia cierpienia jakiejś tam krowy czy świni!  


   W niewielkim stopniu przemawia do ludzkiego rozsądku wiedza o straszliwym zanieczyszczeniu środowiska, o jego kompletnej degradacji wynikającej z sąsiedztwa wielkich, przemysłowych hodowli, o wyjałowieniu gleby będącej efektem genetycznie modyfikowanej, monokulturowej, opartej na pestycydach uprawy, o ogromnych ilościach antybiotyków dodawanych do paszy zwierząt hodowlanych, o ich znaczącym, szkodliwym wpływie na ludzkie zdrowie. Od czasu do czasu słyszy się o wprowadzaniu jakichś unijnych dyrektyw mających polepszyć codzienny byt bydła czy drobiu. Próbuje się wbrew silnym lobby wprowadzać ustawy zakazujące hodowli zwierząt futerkowych czy ograniczających prawo do uboju rytualnego. Cóż z tego, skoro w tym samym czasie środowisko myśliwych zdobywa coraz więcej praw? Skoro  spragnionym tej ponurej rozrywki osobnikom wolno stawiać ambony myśliwskie, gdzie  się tylko mają na to ochotę, urządzać łowy tuż przy paśnikach, gdzie zwabiają bezbronne łanie  albo w czasie trwającego polowania pod karą grzywny zabraniać wejścia do lasu spacerowiczom i grzybiarzom? 





   Do głosu dochodzą stale różne grupy interesów. Żądza zysku ma się coraz lepiej a każdy głos opamiętania w tej kwestii zdaje się głosem wołającego na puszczy. Nie widać szans na jakąś zasadniczą poprawę powszechnego, przepełnionego obojętnością stosunku do zwierząt. Nadal są i będą traktowane w sposób instrumentalny i niehumanitarny. Nadal człowiek jest ich niepodzielnym panem i władcą. I nie zmieni się to pewnie nigdy, gdyż natura ludzka jest niezmienna…






   W opowiadaniu "Listy do pisarza” laureat nagrody Nobla Isaak Singer napisał coś, co moim zdaniem obrazuje bezmiar nieszczęścia hodowanych na potrzeby człowieka istot – „Dla zwierząt wszyscy ludzie to naziści, a ich życie to wieczna Treblinka".


* większość zamieszczonych powyżej fotografii została zrobiona w Australii

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost