Wczoraj przeczytałam na jakimś portalu
internetowym o krowie, która uciekła z transportu do rzeźni i schroniła się na
wyspie jeziora Nyskiego. Tam żyje samotnie w szuwarach i ma się
całkiem nieźle. Na wszelkie próby schwytania reaguje agresją. Kilka tygodni wcześniej głośno było o innej krowie, która
zbiegła do stada żubrów w Puszczy Białowieskiej i została przez nie
zaakceptowana a nawet zaadoptowana. Od czasu do czasu prasa opisuje podobne zdarzenia z udziałem
różnych zwierząt. Gdzieś tam ucieka rolnikowi świnia. A jeszcze gdzieś lis hodowlany
czy norka. Można patrzeć na te wydarzenia z przymrużeniem oka. Traktować je
jako jednostkowe przypadki i komiczne wybryki krasul – dziwaczek, świnek – buntowniczek,
lisków - chytrusków. Można też zastanowić się nad zachowaniem tych zwierząt
głębiej i zadać sobie np. takie pytania – Dlaczego uciekają? Co czują krowy i
inne zwierzęta hodowlane? Czy wiedzą o
tym, że idą na rzeź? Jakie właściwie mają prawa? Czy da się zrobić cokolwiek by
ich życie mogło być szczęśliwsze?
Czytam komentarze pod artykułami o
zwierzęcych uciekinierach. Większość z komentujących życzy im jak najlepiej. Szczerze
przejęta i wzruszona wyczynami uciekinierów publika kibicuje tym odważnym istotom,
pragnąc aby zostawiono je w spokoju, aby wywalczona przez nie wolność nie była
im odebrana. Inni obserwatorzy postulują przewiezienie zwierzaków do zoo czy rezerwatów aby
mogły w nich żyć nie niepokojone przez właścicieli, stale roszczących sobie do
nich prawa. Są też tacy komentujący, którzy podchodzą do zdarzeń z udziałem
zwierząt humorystycznie, lecz płasko, nazywając je uciekającymi kotletami albo
zbuntowanymi szynkami. Jeszcze inni utożsamiając się z właścicielami zbiegłych
zwierząt, przyznają im prawo do ich odłowu i do zysku, jaki wiązałby się z dalszą
ich hodowlą czy też ubojem.
Mam kilka bolesnych wspomnień, związanych z
napotkanymi przeze mnie, żyjącymi w przeróżnych warunkach i rozmaicie przez
swych właścicieli traktowanych zwierzętami…
Pierwsze, z wczesnego dzieciństwa. Jestem na
wsi u cioci. Wchodzę z nią do ciepłej obory. Zachwycam się cielaczkiem z
charakterystyczną gwiazdką na czole. Wzruszam opiekuńczością krowy, która
serdecznie wylizuje swe dziecko a na mnie spogląda łagodnym, spokojnym
wejrzeniem…Mija parę dni. Znowu wchodzę do obory. Nie ma cielaczka. Krowa stoi
wciśnięta w kąt. Apatycznie bodzie ścianę. Wzrok ma pusty i smutny. Zapytana o cielaczka ciocia odpowiada,
że sprzedany. Jednak jakiś czas potem na przyjęciu komunijnym wszyscy zajadają się
ze smakiem duszoną cielęciną. Ja też…
Drugie, z czasów gdy tuż po studiach
pracowałam krótko w KRUSie jako inspektor do spraw wypadków przy pracy
rolniczej. Odwiedzałam wówczas przeróżne gospodarstwa rolne. Widziałam straszliwą
biedę i brud oraz zwierzęta stojące po kolana w swych odchodach. Jednak
najgorsze i niezapomniane wrażenie wywarła na mnie lisia ferma. A właściwie jej
właścicielka, antypatyczna osoba z wymalowanymi na wściekle czerwony kolor paznokciami
opowiadająca mi o trudach prowadzonej przez siebie hodowli. O nawalającym stale
paralizatorze. O spadających cenach futer. O tym jak się przewróciła przy
zadawaniu karmy i złamała rękę a jakiś lis omal jej przy okazji nie ugryzł. Rozmawiając
spacerowałyśmy między ogromnymi klatkami przepełnionymi niewyobrażalną ilością
przepięknych, ale straszliwie smutnych srebrzystych lisów…
Trzecie, z pobytu w
Australii, kraju, gdzie większość krów wypasać się może na rozległych
pastwiskach, gdzie całe ich życie można nazwać szczęśliwym, bo nie są
niepotrzebnie niepokojone przez człowieka, bo żyją w zgodzie z prawami natury.
I dopiero spęd na rzeź stanowi niemiły dysonans w ich tak sielskim dotąd losie.
Jednak w tej samej Australii widywałam też bydło hodowane w warunkach
fatalnych. Spędzone na niewielki, ogrodzony spłachetek ziemi dawno wyjadły wszystkie
trawki i roślinki. Dreptały po błocie i własnych odchodach. Uwięzione za płotem
z drutu kolczastego spędzały całe dnie w ponurej apatii, w nieustannym oczekiwaniu
na farmera, który na samochodzie dostawczym przywoził im bele siana. Czasem
jednak farmer się spóźniał albo z jakichś przyczyn nie dał rady dojechać.
Wówczas głodne krowy na dźwięk jakiegokolwiek podjeżdżającego samochodu podbiegały
do ogrodzenia niczym zdesperowani więźniowie, wyciągały przy tym do przodu pyski patrząc błagalnie…
Czwarte, gdy przeprowadziliśmy się na wieś i
zdecydowaliśmy się po jakimś czasie na kupno kóz. Kozy okazały się sympatycznymi
i inteligentnymi zwierzętami toteż ich hodowla a właściwie przyjaźń z nimi
rozwijała się bezproblemowo do czasu, gdy na świat zaczęły przychodzić równie śliczne
i sympatyczne jak ich mamy koziołki. Póki były małe budziły zachwyt i
wzruszenie. Pasły się wszystkie razem na łące, beztrosko biegały po ogrodzie, chodziły
na spacery do lasu, bawiły się wesoło. Jednak szybko urosły i dojrzały.
Kilkumiesięczne capki gotowe już były do kopulacji ze swymi matkami. Trzeba je
było oddzielić od kóz i na gwałt szukać chętnych na nie. Okazało się, że nikt
nie chce ich od nas kupić ani nawet za darmo wziąć, a jeśli nawet i chciał to
nie do dalszej hodowli a na mięso. A czas płynął. Koziołki rosły. Tylko dla
jednego cudem udało się znaleźć nowy dom. Pozostałe dwa trzeba było uśmiercić
tu u nas, w naszym tak rajskim dotąd ogrodzie…
Piąte, zaprzyjaźniona z nami mieszkanka
sąsiedniej wsi, osoba serdeczna, wrażliwa i ciepła, hodująca na własny użytek
chmarę królików. Zwierzęta te całe życie spędzają w ciemnej skrzyni na zboże.
Żyją tam, kotłują się, kopulują i rozmnażają nie widząc nigdy światła
słonecznego, nie wychodząc nigdy z tego ciasnego miejsca. Kończą żywot po kilku
miesiącach walnięte z nagła po głowie grubą pałką.
Szóste, przerażony kwik świń
prowadzonych na rzeź. Wwiercający się w uszy i serca kwik, który słyszymy ilekroć
odwiedzamy przyległy do rzeźni sklepik z tanimi odpadkami mięsnymi dla psów…
Los zwierząt to jedno z tych zagadnień,
wobec których większości z nas trudno przejść obojętnie. I zazwyczaj nie
przechodzimy. Dbamy o psy i koty a także o inne zwierzęta uznane za domowe,
za bliskie nam i zaprzyjaźnione. Odsuwamy
jednak na bok myśli o położeniu i przeznaczeniu milionów istnień wegetujących w
okropnych warunkach gdzieś na fermach hodowlanych czy też w małych i wielkich
gospodarstwach rolnych. Odsuwamy te myśli bo nie mamy wpływu na ich życie, bo
to nas przeraża i przerasta, bo zbytnie zastanawianie się nad ich położeniem budzi mnóstwo wątpliwości moralnych,
ból, wstyd i rozterki.
Wielu spośród nas wybiera wegetarianizm jako czynny sprzeciw wobec krzywdy zwierząt. Taki wybór na pewno w pewien sposób uspokaja wyrzuty sumienia, nie wpływa jednak znacząco na coraz bardziej rozwijający się przemysł hodowli i zabijania będący w dalszym ciągu udziałem setek milionów zwierzęcych istot. Coś tam się pisze o próbach wprowadzenia na rynek sztucznie wyprodukowanych produktów mięsopodobnych, mogących w przyszłości zupełnie zastąpić prawdziwe mięso. Jednak na razie to melodia dalekiej przyszłości, co do której nie ma pewności, czy kiedykolwiek dane jej będzie w pełni wybrzmieć. Wszak ludzie tak łatwo nie zrezygnują ze spożywania smakujących im naturalnych schabów, kiełbas i kotletów. Nie mają zamiaru z własnej woli pozbawiać się swych świętych praw, tradycji i obyczajów w imię zmniejszenia cierpienia jakiejś tam krowy czy świni!
W niewielkim stopniu przemawia do ludzkiego rozsądku wiedza o straszliwym zanieczyszczeniu środowiska, o jego kompletnej degradacji wynikającej z sąsiedztwa wielkich, przemysłowych hodowli, o wyjałowieniu gleby będącej efektem genetycznie modyfikowanej, monokulturowej, opartej na pestycydach uprawy, o ogromnych ilościach antybiotyków dodawanych do paszy zwierząt hodowlanych, o ich znaczącym, szkodliwym wpływie na ludzkie zdrowie. Od czasu do czasu słyszy się o wprowadzaniu jakichś unijnych dyrektyw mających polepszyć codzienny byt bydła czy drobiu. Próbuje się wbrew silnym lobby wprowadzać ustawy zakazujące hodowli zwierząt futerkowych czy ograniczających prawo do uboju rytualnego. Cóż z tego, skoro w tym samym czasie środowisko myśliwych zdobywa coraz więcej praw? Skoro spragnionym tej ponurej rozrywki osobnikom wolno stawiać ambony myśliwskie, gdzie się tylko mają na to ochotę, urządzać łowy tuż przy paśnikach, gdzie zwabiają bezbronne łanie albo w czasie trwającego polowania pod karą grzywny zabraniać wejścia do lasu spacerowiczom i grzybiarzom?
Wielu spośród nas wybiera wegetarianizm jako czynny sprzeciw wobec krzywdy zwierząt. Taki wybór na pewno w pewien sposób uspokaja wyrzuty sumienia, nie wpływa jednak znacząco na coraz bardziej rozwijający się przemysł hodowli i zabijania będący w dalszym ciągu udziałem setek milionów zwierzęcych istot. Coś tam się pisze o próbach wprowadzenia na rynek sztucznie wyprodukowanych produktów mięsopodobnych, mogących w przyszłości zupełnie zastąpić prawdziwe mięso. Jednak na razie to melodia dalekiej przyszłości, co do której nie ma pewności, czy kiedykolwiek dane jej będzie w pełni wybrzmieć. Wszak ludzie tak łatwo nie zrezygnują ze spożywania smakujących im naturalnych schabów, kiełbas i kotletów. Nie mają zamiaru z własnej woli pozbawiać się swych świętych praw, tradycji i obyczajów w imię zmniejszenia cierpienia jakiejś tam krowy czy świni!
W niewielkim stopniu przemawia do ludzkiego rozsądku wiedza o straszliwym zanieczyszczeniu środowiska, o jego kompletnej degradacji wynikającej z sąsiedztwa wielkich, przemysłowych hodowli, o wyjałowieniu gleby będącej efektem genetycznie modyfikowanej, monokulturowej, opartej na pestycydach uprawy, o ogromnych ilościach antybiotyków dodawanych do paszy zwierząt hodowlanych, o ich znaczącym, szkodliwym wpływie na ludzkie zdrowie. Od czasu do czasu słyszy się o wprowadzaniu jakichś unijnych dyrektyw mających polepszyć codzienny byt bydła czy drobiu. Próbuje się wbrew silnym lobby wprowadzać ustawy zakazujące hodowli zwierząt futerkowych czy ograniczających prawo do uboju rytualnego. Cóż z tego, skoro w tym samym czasie środowisko myśliwych zdobywa coraz więcej praw? Skoro spragnionym tej ponurej rozrywki osobnikom wolno stawiać ambony myśliwskie, gdzie się tylko mają na to ochotę, urządzać łowy tuż przy paśnikach, gdzie zwabiają bezbronne łanie albo w czasie trwającego polowania pod karą grzywny zabraniać wejścia do lasu spacerowiczom i grzybiarzom?
Do
głosu dochodzą stale różne grupy interesów. Żądza zysku ma się coraz lepiej a
każdy głos opamiętania w tej kwestii zdaje się głosem wołającego na puszczy. Nie
widać szans na jakąś zasadniczą poprawę powszechnego, przepełnionego
obojętnością stosunku do zwierząt. Nadal są i będą traktowane w sposób
instrumentalny i niehumanitarny. Nadal człowiek jest ich niepodzielnym panem i
władcą. I nie zmieni się to pewnie nigdy, gdyż natura ludzka jest niezmienna…
W opowiadaniu "Listy do pisarza” laureat
nagrody Nobla Isaak Singer napisał coś, co moim zdaniem
obrazuje bezmiar nieszczęścia hodowanych na potrzeby człowieka istot – „Dla
zwierząt wszyscy ludzie to naziści, a ich życie to wieczna Treblinka".
* większość zamieszczonych powyżej fotografii została zrobiona w Australii












