poniedziałek, 23 października 2017

Od mgły do…mgły, cz. 1





…Nigdy drugi raz nie jest taki, jak pierwszy. Choć oczekujesz tego, choć powtarzasz coś właśnie po to by znowu odczuć to samo, co odczułeś kiedyś. Ciągnie Cię niewidzialna nitka jak lunatyka, który podąża ku magicznemu światłu księżyca, ale ten księżyc świeci już inaczej, o czymś innym chce Ci szeptać, nieznane jeszcze mgły rozgarniać, a zamiast przedłużać dawny sen, czymś odmiennym owiewa, budzi. Budzi nowe myśli i uczucia, ku którym nie dążyłeś, ale które były i czekały jako kolejny zakręt na Twojej ścieżce, jako głębia o nowej wymowie i kolorycie, jako całkiem odmienna karta opowieści…

   Piątkowy świt powitał nas gęstą mgłą. Nie widać było od nas domu sąsiadów ani nawet górki po drugiej stronie drogi. Wszędzie tylko mgła, niczym gęsto pleciona, mleczno - siwa kurtyna oddzielająca nas od barw świata i realizacji kolejnego marzenia. A tym marzeniem było ponowne wyruszenie w Bieszczady, zdobycie kolejnego szczytu, poczucie znowu tej radości, wolności, uskrzydlenia i mocy. Jednak rozciągająca się dookoła mgła kazała nam zwątpić w możliwość realizacji tego pragnienia. Kazała się zatrzymać i zastanowić nad sensem wyprawy oraz zrewidować zupełnie swoje plany. No bo jakże tu jechać w góry, skoro po pierwsze przy braku widoczności szalenie niebezpieczna to będzie jazda a po drugie, po cóż tam jechać, skoro na miejscu też pewnie niczego nie da się zobaczyć? Mocno rozczarowani mglistą pogodą (a jak wynikało z prognoz miał to być ostatni pogodny dzień przed zmianą aury) poczuliśmy się jakby ktoś spuścił z nas powietrze. Zamiast się pakować i szykować do podróży, jak było zaplanowane, siedliśmy przy komputerach i zaczęliśmy wertować strony z prognozami pogody na ten dzień, wpatrywać się w szarą nicość widoczną z zainstalowanych na bieszczadzkich stokach kamerek, wychodzić do ogrodu w oczekiwaniu na najmniejsze choćby przejaśnienie, na nadzieję…
   Ale nie, wszechwładna mgła trwała w najlepsze i tylko ciemność wczesnego świtu ustąpiła jaśniejszym odcieniom budzącego się dnia. Jak zupełnie inna była to pogoda niż ta słoneczna wczorajsza i przedwczorajsza, gdy wędrowaliśmy w towarzystwie psów po naszym lesie i wystawialiśmy twarze ku słońcu rozpinając bluzy i zdejmując mokre od potu czapki!


 Jak szybko i bez zapowiedzi jesień przebrała wielobarwną, lekką sukienkę i odziała się w gruby, szarością mgły, nagłą nagością gałęzi w ogrodzie, nieustępliwym dżdżem i przenikliwym chłodem tkany płaszcz…



   I tak minęło kilka godzin. Psy spały pokotem na kanapach i fotelach a my popadając w coraz silniejszą niemoc i usiłując się z niej wyrwać popijaliśmy kawę, potem herbatę z miodem i imbirem, słuchaliśmy muzyki, oglądaliśmy zdjęcia z poprzedniej wyprawy, zjedliśmy po zupce chińskiej, krzątaliśmy się niemrawo po domu oddając się oraz bardziej we władanie pajęczyny zniechęcenia…A tak inny miał to być dzień…

- Czarek! Jedźmy gdziekolwiek, bylebyśmy jechali! Przecież to nie muszą być Bieszczady. Zresztą na nie chyba już za późno, bo dziesiąta dochodzi. Wybierzmy się na jakąś krótką wycieczkę. Może przynajmniej uda nam się zrobić jakieś ciekawe zdjęcia na naszym Pogórzu? Może nad Sanem będzie ciekawie? W końcu i mgła może być przecież interesująca – zawołałam wreszcie stoczywszy pierwej w sobie walkę z wszystkimi za i przeciw.
- No dobrze, jedźmy! Mnie też się chce gdzieś z domu ruszyć! – zgodził się skwapliwie mój mąż – Zerknę tylko na mapę i pomyślę, w którą stronę najlepiej byłoby pojechać.
- A ja zrobię nam w tym czasie trochę kanapek na drogę. Zapakuję plecak i hajda na spotkanie nowej przygody! – odparłam zadowolona z takiego obrotu sprawy i z nową energią zabrałam się do roboty.

   Kilkanaście minut potem, pożegnawszy rozżalone naszym odjazdem psy, powoli staczaliśmy się srebrnym autkiem krętą i stromą dróżką w dół wsi. Stamtąd natomiast wzięliśmy kierunek na Dynów. Z niego zaś nieznaną nam dotąd szosą podążyliśmy na Starą Birczę. Mgła w tamtych okolicach to rzedła, to gęstniała na zmianę. Nie była jednak tak nieprzenikniona jak w naszym górskim przysiółku. I nie jechało się tak źle, jak można się było spodziewać. Cieszyliśmy się, żeśmy mimo wszystko z domu się jednak wyrwali. Wpatrywaliśmy się w mgliste przestrzenie i rosła w nas ciekawość, co jeszcze się zdarzy, co zobaczymy i jakie refleksje będą naszym udziałem tego dnia…

  W pewnym momencie ujrzawszy z daleka otulone mglistym oparem ruiny jakiegoś zamku postanowiliśmy przy nim właśnie zrobić pierwszy postój i dowiedzieć się czegoś o tym tajemniczym miejscu, sfotografować je jak najlepiej…



   Były to ruiny dworu obronnego Starzeńskich, jak głosiła umieszczona przy wjeździe na zamkowy parking tablica. Ród ten był w posiadaniu zamku od dziewiętnastego wieku. Natomiast wcześniej budowla ta, wraz z przyległym do niej parkiem i wsią należała do Kmitów (XV w.), potem od połowy XVI w. do Stadnickich, następnie Ossolińskich, Podolskich i Parysów. Zamczysko to rozbudowywano przez wieki. Każdy zamieszkujący go ród dodawał coś od siebie. Dbał o park, powiększał zasoby biblioteki i archiwum, dokładał kolejną kartę w historii tego miejsca, przetykając ją nićmi fascynujących legend i mrożących krew w żyłach opowieści o niesnaskach, zemstach i krwawych zatargach między sąsiadami, o wojnach przewalających się przez okolice, o powstaniu styczniowym, w czasie którego ukrywali się tu jego przywódcy – generałowie Marian Langiewicz i Ludwik Mierosławski. 


   A propos ciekawych legend…Podobno zamek wybudowała królowa Bona dla swego kochanka wojewody Firleja. Przez długie lata tu właśnie spotykali się w tajemnicy przed wszystkimi. Na pamiątkę tych czasów dwie baszty zamkowe do dziś noszą ich imiona…Kolejna legenda opowiada o jednym z właścicieli zamku, Stanisławie Stadnickim, zwanym diabłem łańcuckim. Był on typem awanturnika, zbójnika i pieniacza znanym w całej okolicy a nawet w Małopolsce. Nieustępliwie  dokuczał swemu sąsiadowi Wapowskiemu, który niebacznie opowiedział się przeciw niemu w sporze z innym sąsiadem. Stadnicki mścił się raz po raz i najeżdżał dobra tamtego w Dynowie. Natomiast syn Stadnickiego, zwany diablątkiem łańcuckim wymyślił jeszcze perfidniejszą formę zemsty. Kazał zbudować bowiem ogromną tamę na płynącym nieopodal Sanie. Na skutek tego rzeka kompletnie zalała dobra do Wapowskiego należące…



   Oglądałam tajemnicze ruiny z mieszaniną fascynacji i smutku dumając jak zwykle w takich miejscach o tym, iż kiedyś trwało tu i tętniło życie, zwykłe, codzienne, przezwyciężające wichry historii i wyroki Losu. Wyobrażałam sobie jak wielkie przetaczały się tu huragany ogromnych namiętności i romantycznych miłości. Myślałam też, iż swą nitkę wiła tu nieustannie codzienna, nieraz pewnie nudna dla ówczesnych, ale dająca złudzenie trwałości, powtarzalność. Ówcześni panowie, podkręcając zawadiacko wąsy wyjeżdżali na polowanie w okoliczne, obfitujące w płową zwierzynę bukowe lasy albo strzelali do kaczek w mokradłach nadsańskich. Bladolice, wytworne panie, ubrane w długie, ciężkie suknie dostojnie przemierzały zamkowe krużganki, spoglądając w dal i marząc o poznaniu tajemnic przyszłości. A może nosząc pod sercem swe dzieciątka pragnęły dla nich tylko spokoju i niezmienności? A potem te maleństwa otulone w atłasy i koronki spały bezpiecznie w drewnianych kołyskach w komnatach na piętrze pod opieką nianiek, które nuciły im do snu stare,  znane tu przez wszystkich kołysanki i bajanki pogórzańskie…? Gdzieś tam w dole panny służące kucając nad brzegiem Sanu wytrwale tłukły pranie drewnianymi pałkami a następnie wieszały je gdzieś przy zamku od południowej strony, żeby szybko wyschło w życzliwych promieniach słonka. Pachołkowie przekomarzali się ze sobą wesoło opowiadając o rumianych dziewkach kuchennych, dając obroku zadbanym koniom i przeczesując ich piękne grzywy. Kupcy z dalekiego świata przekraczali bramy zamku przywożąc ze sobą zamorskie przyprawy, mieniące się złotem tkaniny i dużo ciekawych opowieści. Kowal mocno bił w kowadło a echo niosło ten dźwięk po całej okolicy. Dzwony kościoła odmierzały kolejne godziny zwyczajnego trwania. Chmury różnej wielkości i barwy przepływały nad tym miejscem przynosząc poprawę albo pogorszenie pogody.  Komuś nadzieję dając a komuś odbierając. Rozmowy, szepty, śmiechy, westchnienia, nawoływania, dziecięce  gaworzenia, śpiewy, żarty i szlochy – te odgłosy zwyczajnego życia trwały tu od setek lat i nic nie zapowiadało by miało się to nagle zmienić…




    A jednak wszystko skończyło się nieodwołalnie wraz z wybuchem drugiej wojny światowej. Najpierw zamek zawłaszczyli Niemcy, potem Rosjanie, profanując, grabiąc i niszcząc tutejsze skarby bez opamiętania. W proch rozwiało się ogromne archiwum i bogata biblioteka zamkowa. A w 1947 roku bandy UPA  ostatecznie dokończyły dzieła dewastacji wysadzając wszystkie tutejsze budowle i zamieniając je w kupę ruin. I chyba nie pozostała po zamku nawet żadna fotografia, żaden szkic mogący oddać prawdziwą urodę tej wspaniałej budowli…Tylko pracujący tu od kilkunastu lat archeolodzy, odkopując pracowicie kamień po kamieniu próbują domyślić się rzeczywistego kształtu zamczyska i wszystkich przylegających doń budynków. A miejscowi włodarze oraz pasjonaci i wielbiciele regionalnej historii usiłują ochronić posiadłość przed postępującym nadal zniszczeniem oraz rozsławić to unikalne miejsce i zdobyć fundusze na jego utrzymanie. Na przykład w 2013 roku zorganizowano w ruinach zamku wspaniałą imprezę plenerową, w której brało udział mnóstwo miejscowej młodzieży oraz przyjezdnych, zainteresowanych krzewieniem wiedzy o dawnych dziejach. Można na ten temat poczytać tutaj. Dla mnie i Cezarego dodatkowym smaczkiem tej historii jest fakt, iż jeden z organizatorów tejże imprezy, pan Zbigniew Rojek, odwiedził nas niespodziewanie w styczniu 2015 roku w Jaworowie, opowiadając wówczas o swoich zainteresowaniach i dotychczasowych kolejach losu. O tych odwiedzinach przeczytać można tutaj



   Ale wróćmy teraz do jesieni 2017 roku. Mgliste, tajemnicze pejzaże wokół zamku zdawały się wymarzonym miejscem dla nakręcenia jakiegoś horroru czy napisania powieści grozy. W zupełnej ciszy chodziliśmy jak zaczarowani po tym pełnym cmentarnego nastroju miejscu. Brodząc w mokrych, jesiennych trawach i oglądając marne resztki dawnej świetności tego dworu obronnego fotografowaliśmy co się dało, wydobywając z mgły pozostałości ceglastych baszt, murów i porastających je chaszczy, podziwiając nadal prezentującą się wspaniale, skąpaną we mgle aleję grabową…



- I co teraz? – zapytałam po kilkunastu minutach uciekając przed chłodnym, melancholijnym dotykiem mgły i pakując się z ulgą do przytulnego, ciepłego wnętrza naszego samochodu. Zmarzłam trochę a moje ulubione, stare trampki były prawie zupełnie przemoczone. Wcisnęłam szybko nogi pod siedzenie samochodu, żeby Cezary nie dojrzał owych mokrych butów i aby w trosce o mój stan zdrowia nie zadecydował o zbyt szybkim końcu dzisiejszej przygody…
- Możemy jechać dalej. Mam wrażenie, że mgła zaczyna powoli zanikać. Zobaczysz, że zaraz zrobi się piękny, ciepły dzień. To co, Oleńko? Jedziemy? – odparł dziarskim głosem mój mąż i z apetytem skonsumowawszy kanapkę z żółtym serem odpalił silnik naszego starego rumaka.
- Jedziemy! Byle dalej przed siebie! – westchnęłam po raz ostatni oglądając się na ukryte we mgle ruiny zamku Starzeńskich.  I już za moment zostawiając za sobą posępne mury zamczyska a zanurzając się w kolejny, mleczny opar mknęliśmy odważnie w kierunku nieodkrytych jeszcze miejsc, w stronę falującego nieustannie woalu mgły a przede wszystkim w stronę upragnionego słońca…

 c.d.n.
  

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost