…Nigdy drugi raz nie jest taki, jak pierwszy. Choć oczekujesz
tego, choć powtarzasz coś właśnie po to by znowu odczuć to samo, co odczułeś
kiedyś. Ciągnie Cię niewidzialna nitka jak lunatyka, który podąża ku magicznemu
światłu księżyca, ale ten księżyc świeci już inaczej, o czymś innym chce Ci
szeptać, nieznane jeszcze mgły rozgarniać, a zamiast przedłużać dawny sen, czymś
odmiennym owiewa, budzi. Budzi nowe myśli i uczucia, ku którym nie dążyłeś, ale
które były i czekały jako kolejny zakręt na Twojej ścieżce, jako głębia o nowej
wymowie i kolorycie, jako całkiem odmienna karta opowieści…
Piątkowy świt
powitał nas gęstą mgłą. Nie widać było od nas domu sąsiadów ani nawet górki po
drugiej stronie drogi. Wszędzie tylko mgła, niczym gęsto pleciona, mleczno -
siwa kurtyna oddzielająca nas od barw świata i realizacji kolejnego marzenia. A
tym marzeniem było ponowne wyruszenie w Bieszczady, zdobycie kolejnego szczytu,
poczucie znowu tej radości, wolności, uskrzydlenia i mocy. Jednak rozciągająca
się dookoła mgła kazała nam zwątpić w możliwość realizacji tego pragnienia.
Kazała się zatrzymać i zastanowić nad sensem wyprawy oraz zrewidować zupełnie
swoje plany. No bo jakże tu jechać w góry, skoro po pierwsze przy braku
widoczności szalenie niebezpieczna to będzie jazda a po drugie, po cóż tam jechać,
skoro na miejscu też pewnie niczego nie da się zobaczyć? Mocno rozczarowani
mglistą pogodą (a jak wynikało z prognoz miał to być ostatni pogodny dzień
przed zmianą aury) poczuliśmy się jakby ktoś spuścił z nas powietrze. Zamiast
się pakować i szykować do podróży, jak było zaplanowane, siedliśmy przy
komputerach i zaczęliśmy wertować strony z prognozami pogody na ten dzień,
wpatrywać się w szarą nicość widoczną z zainstalowanych na bieszczadzkich
stokach kamerek, wychodzić do ogrodu w oczekiwaniu na najmniejsze choćby
przejaśnienie, na nadzieję…
Ale nie, wszechwładna
mgła trwała w najlepsze i tylko ciemność wczesnego świtu ustąpiła jaśniejszym
odcieniom budzącego się dnia. Jak zupełnie inna była to pogoda niż ta słoneczna
wczorajsza i przedwczorajsza, gdy wędrowaliśmy w towarzystwie psów po naszym lesie i wystawialiśmy twarze ku słońcu rozpinając bluzy i zdejmując mokre od potu czapki!
Jak szybko i bez zapowiedzi jesień przebrała wielobarwną,
lekką sukienkę i odziała się w gruby, szarością mgły, nagłą nagością gałęzi w
ogrodzie, nieustępliwym dżdżem i przenikliwym chłodem tkany płaszcz…
I tak minęło
kilka godzin. Psy spały pokotem na kanapach i fotelach a my popadając w coraz
silniejszą niemoc i usiłując się z niej wyrwać popijaliśmy kawę, potem herbatę
z miodem i imbirem, słuchaliśmy muzyki, oglądaliśmy zdjęcia z poprzedniej
wyprawy, zjedliśmy po zupce chińskiej, krzątaliśmy się niemrawo po domu oddając
się oraz bardziej we władanie pajęczyny zniechęcenia…A tak inny miał to być
dzień…
- Czarek! Jedźmy gdziekolwiek, bylebyśmy jechali!
Przecież to nie muszą być Bieszczady. Zresztą na nie chyba już za późno, bo
dziesiąta dochodzi. Wybierzmy się na jakąś krótką wycieczkę. Może przynajmniej
uda nam się zrobić jakieś ciekawe zdjęcia na naszym Pogórzu? Może nad Sanem
będzie ciekawie? W końcu i mgła może być przecież interesująca – zawołałam
wreszcie stoczywszy pierwej w sobie walkę z wszystkimi za i przeciw.
- No dobrze, jedźmy! Mnie też się chce gdzieś z domu
ruszyć! – zgodził się skwapliwie mój mąż – Zerknę tylko na mapę i pomyślę, w
którą stronę najlepiej byłoby pojechać.
- A ja zrobię nam w tym czasie trochę kanapek na drogę.
Zapakuję plecak i hajda na spotkanie nowej przygody! – odparłam zadowolona z
takiego obrotu sprawy i z nową energią zabrałam się do roboty.
Kilkanaście
minut potem, pożegnawszy rozżalone naszym odjazdem psy, powoli staczaliśmy się srebrnym
autkiem krętą i stromą dróżką w dół wsi. Stamtąd natomiast wzięliśmy kierunek
na Dynów. Z niego zaś nieznaną nam dotąd szosą podążyliśmy na Starą Birczę.
Mgła w tamtych okolicach to rzedła, to gęstniała na zmianę. Nie była jednak tak
nieprzenikniona jak w naszym górskim przysiółku. I nie jechało się tak źle, jak
można się było spodziewać. Cieszyliśmy się, żeśmy mimo wszystko z domu się jednak
wyrwali. Wpatrywaliśmy się w mgliste przestrzenie i rosła w nas ciekawość, co
jeszcze się zdarzy, co zobaczymy i jakie refleksje będą naszym udziałem tego
dnia…
W pewnym momencie
ujrzawszy z daleka otulone mglistym oparem ruiny jakiegoś zamku postanowiliśmy przy
nim właśnie zrobić pierwszy postój i dowiedzieć się czegoś o tym tajemniczym
miejscu, sfotografować je jak najlepiej…
Były to ruiny
dworu obronnego Starzeńskich, jak głosiła umieszczona przy wjeździe na zamkowy
parking tablica. Ród ten był w posiadaniu zamku od dziewiętnastego wieku.
Natomiast wcześniej budowla ta, wraz z przyległym do niej parkiem i wsią
należała do Kmitów (XV w.), potem od połowy XVI w. do Stadnickich, następnie Ossolińskich,
Podolskich i Parysów. Zamczysko to rozbudowywano przez wieki. Każdy
zamieszkujący go ród dodawał coś od siebie. Dbał o park, powiększał zasoby
biblioteki i archiwum, dokładał kolejną kartę w historii tego miejsca,
przetykając ją nićmi fascynujących legend i mrożących krew w żyłach opowieści o
niesnaskach, zemstach i krwawych zatargach między sąsiadami, o wojnach
przewalających się przez okolice, o powstaniu styczniowym, w czasie którego
ukrywali się tu jego przywódcy – generałowie Marian Langiewicz i Ludwik
Mierosławski.
A propos ciekawych
legend…Podobno zamek wybudowała królowa Bona dla swego kochanka wojewody
Firleja. Przez długie lata tu właśnie spotykali się w tajemnicy przed
wszystkimi. Na pamiątkę tych czasów dwie baszty zamkowe do dziś noszą ich
imiona…Kolejna legenda opowiada o jednym z właścicieli zamku, Stanisławie
Stadnickim, zwanym diabłem łańcuckim. Był on typem awanturnika, zbójnika i
pieniacza znanym w całej okolicy a nawet w Małopolsce. Nieustępliwie dokuczał swemu sąsiadowi Wapowskiemu, który
niebacznie opowiedział się przeciw niemu w sporze z innym sąsiadem. Stadnicki mścił
się raz po raz i najeżdżał dobra tamtego w Dynowie. Natomiast syn Stadnickiego,
zwany diablątkiem łańcuckim wymyślił jeszcze perfidniejszą formę zemsty. Kazał
zbudować bowiem ogromną tamę na płynącym nieopodal Sanie. Na skutek tego rzeka
kompletnie zalała dobra do Wapowskiego należące…
Oglądałam tajemnicze
ruiny z mieszaniną fascynacji i smutku dumając jak zwykle w takich miejscach o
tym, iż kiedyś trwało tu i tętniło życie, zwykłe, codzienne, przezwyciężające
wichry historii i wyroki Losu. Wyobrażałam sobie jak wielkie przetaczały się tu huragany ogromnych namiętności
i romantycznych miłości. Myślałam też, iż swą nitkę wiła tu nieustannie codzienna, nieraz pewnie
nudna dla ówczesnych, ale dająca złudzenie trwałości, powtarzalność. Ówcześni panowie,
podkręcając zawadiacko wąsy wyjeżdżali na polowanie w okoliczne, obfitujące w płową
zwierzynę bukowe lasy albo strzelali do kaczek w mokradłach nadsańskich. Bladolice,
wytworne panie, ubrane w długie, ciężkie suknie dostojnie przemierzały zamkowe
krużganki, spoglądając w dal i marząc o poznaniu tajemnic przyszłości. A może
nosząc pod sercem swe dzieciątka pragnęły dla nich tylko spokoju i
niezmienności? A potem te maleństwa otulone w atłasy i koronki spały
bezpiecznie w drewnianych kołyskach w komnatach na piętrze pod opieką nianiek,
które nuciły im do snu stare, znane tu
przez wszystkich kołysanki i bajanki pogórzańskie…? Gdzieś tam w dole panny
służące kucając nad brzegiem Sanu wytrwale tłukły pranie drewnianymi pałkami a
następnie wieszały je gdzieś przy zamku od południowej strony, żeby szybko
wyschło w życzliwych promieniach słonka. Pachołkowie przekomarzali się ze sobą
wesoło opowiadając o rumianych dziewkach kuchennych, dając obroku zadbanym
koniom i przeczesując ich piękne grzywy. Kupcy z dalekiego świata przekraczali
bramy zamku przywożąc ze sobą zamorskie przyprawy, mieniące się złotem tkaniny
i dużo ciekawych opowieści. Kowal mocno bił w kowadło a echo niosło ten dźwięk
po całej okolicy. Dzwony kościoła odmierzały kolejne godziny zwyczajnego
trwania. Chmury różnej wielkości i barwy przepływały nad tym miejscem
przynosząc poprawę albo pogorszenie pogody. Komuś nadzieję dając a komuś odbierając.
Rozmowy, szepty, śmiechy, westchnienia, nawoływania, dziecięce gaworzenia, śpiewy, żarty i szlochy – te
odgłosy zwyczajnego życia trwały tu od setek lat i nic nie zapowiadało by miało
się to nagle zmienić…
A jednak wszystko skończyło się nieodwołalnie
wraz z wybuchem drugiej wojny światowej. Najpierw zamek zawłaszczyli Niemcy,
potem Rosjanie, profanując, grabiąc i niszcząc tutejsze skarby bez opamiętania.
W proch rozwiało się ogromne archiwum i bogata biblioteka zamkowa. A w 1947
roku bandy UPA ostatecznie dokończyły
dzieła dewastacji wysadzając wszystkie tutejsze budowle i zamieniając je w kupę
ruin. I chyba nie pozostała po zamku nawet żadna fotografia, żaden szkic mogący
oddać prawdziwą urodę tej wspaniałej budowli…Tylko pracujący tu od kilkunastu
lat archeolodzy, odkopując pracowicie kamień po kamieniu próbują domyślić się rzeczywistego
kształtu zamczyska i wszystkich przylegających doń budynków. A miejscowi
włodarze oraz pasjonaci i wielbiciele regionalnej historii usiłują ochronić
posiadłość przed postępującym nadal zniszczeniem oraz rozsławić to unikalne
miejsce i zdobyć fundusze na jego utrzymanie. Na przykład w 2013 roku
zorganizowano w ruinach zamku wspaniałą imprezę plenerową, w której brało
udział mnóstwo miejscowej młodzieży oraz przyjezdnych, zainteresowanych
krzewieniem wiedzy o dawnych dziejach. Można na ten temat poczytać tutaj. Dla
mnie i Cezarego dodatkowym smaczkiem tej historii jest fakt, iż jeden z
organizatorów tejże imprezy, pan Zbigniew Rojek, odwiedził nas niespodziewanie w styczniu 2015 roku w
Jaworowie, opowiadając wówczas o swoich zainteresowaniach i dotychczasowych
kolejach losu. O tych odwiedzinach przeczytać można tutaj…
Ale wróćmy teraz
do jesieni 2017 roku. Mgliste, tajemnicze pejzaże wokół zamku zdawały się
wymarzonym miejscem dla nakręcenia jakiegoś horroru czy napisania powieści
grozy. W zupełnej ciszy chodziliśmy jak zaczarowani po tym pełnym cmentarnego
nastroju miejscu. Brodząc w mokrych, jesiennych trawach i oglądając marne
resztki dawnej świetności tego dworu obronnego fotografowaliśmy co się dało,
wydobywając z mgły pozostałości ceglastych baszt, murów i porastających je
chaszczy, podziwiając nadal prezentującą się wspaniale, skąpaną we mgle aleję
grabową…
- I co teraz? – zapytałam po kilkunastu minutach uciekając przed chłodnym, melancholijnym dotykiem mgły i pakując się z ulgą do przytulnego, ciepłego wnętrza naszego samochodu. Zmarzłam trochę a moje ulubione, stare trampki były prawie zupełnie przemoczone. Wcisnęłam szybko nogi pod siedzenie samochodu, żeby Cezary nie dojrzał owych mokrych butów i aby w trosce o mój stan zdrowia nie zadecydował o zbyt szybkim końcu dzisiejszej przygody…
- Możemy jechać dalej. Mam wrażenie, że mgła zaczyna
powoli zanikać. Zobaczysz, że zaraz zrobi się piękny, ciepły dzień. To co,
Oleńko? Jedziemy? – odparł dziarskim głosem mój mąż i z apetytem skonsumowawszy
kanapkę z żółtym serem odpalił silnik naszego starego rumaka.
- Jedziemy! Byle dalej przed siebie! – westchnęłam po raz
ostatni oglądając się na ukryte we mgle ruiny zamku Starzeńskich. I już za moment zostawiając za sobą posępne
mury zamczyska a zanurzając się w kolejny, mleczny opar mknęliśmy odważnie w
kierunku nieodkrytych jeszcze miejsc, w stronę falującego nieustannie woalu mgły a przede wszystkim w stronę upragnionego
słońca…
c.d.n.














