piątek, 7 lipca 2017

I już lipiec...




... I już lipiec śpiewa, oddycha, paruje
Wachlarz barw rozkłada, uczuciem pulsuje
Daje z siebie wszystko, daje jak co roku
Niech trwa jak sen złoty jego ciepło, spokój...



   I już lipiec! Szast-prast! Zaczął się kolejny odcinek serialu o pogórzańskim życiu w zgodzie z naturą oraz pogodą. A ta pogoda nadal zwariowana, wietrzno-deszczowa, co np. nie służy praniu na sznurkach, ale jak najbardziej sprzyja już naszemu nie wysychającemu w tym roku stawikowi ogrodowemu, roślinom na grządkach oraz grzybom w lasach. Ślimaki, póki co, przestały nawiedzać jaworowe siedlisko. Sporo jest natomiast gzów i much a wieczorową porą świetlików, od kilku lat już tu niewidzianych. Jeden z nich wleciał nam ostatnio do sypialni i leciutko zatańczył pod sufitem niczym wróżka Dzwoneczek.Może zapraszał nas do wspólnych zabaw na wysokościach, ale chyba brakowało Piotrusia Pana, który pokazałby nam jak wzbić się w powietrze i jak potem odlecieć do Nibylandii...


  Z jabłoni zaczynają opadać pierwsze jabłka a na krzewach dojrzewają pierwsze maliny,  porzeczki i agrest.  Podjadam sobie te kwaśne owocki wieczorami prosto z krzaka.Częstuję łakome sunie, które przepadają za owocami a szczególnie za malinami.  Na łąkach pośród dojrzewających łanów rzepaku dostrzec można jeszcze ostatnie, miotane wichrem maki. Dużo jest dziurawca i krwawnika. Wszystko kwitnie na potęgę. Zaprasza do fotografowania, wąchania i zbierania. Powietrze pachnie czystością, wilgocią, igliwiem i gliną. Kałuże i rozlewiska pełne wody. Żaby i komary mają raj.



   Prawie co dnia wędrujemy z Cezarym oraz psią ferajną na grzyby, których mamy w bród i potąd a mimo to wciąż maniacko chce się je zbierać a przede wszystkim wędrować, grzyby jako pretekst do tych wędrówek tylko wykorzystując. Zabieramy dwa koszyki, nożyki, napój domowy z sokiem z czarnego bzu oraz czasami telefon, którym można pstryknąć zdjęcia, o ile w amoku zbieractwa pamięta się o jego użyciu. Ubrani w byle jakie, znoszone, ale wygodne ciuszki, odziani w gumiaki czy gumofilce wspinamy się po zboczach albo zbiegamy w doliny, dostrzegłszy tam jakiś ponętny, grzybowy kształt. Czasem, niestety, ów kształt jest wielce zwodniczy i z bliska okazuje się zwykłym listkiem, pniem albo borowikiem szatańskim prężącym swe wdzięki na rumianej nodze. Wówczas idzie się z westchnieniem dalej a już za moment znowu się oczy rozświetlają bo oto tam, za pniem uśmiecha się do nas zachęcająco pomarańczowa kurka czy też zielona gąska lub czerwony kozaczek.




   Wspinamy się ciężko dysząc pod kolejną górę. Zagłębiamy się między paprocie i buczynę. Zrywamy pojedyncze poziomki czy jagody. Nawołujemy psy, które pełne nieskończonej energii odbiegają nieraz bardzo daleko. Kapią się w kałużach. Piją z nich mętną, gliniastą wodę, która bardzo im zawsze smakuje i pewnie przy okazji dostarcza jakichś naturalnych mikroelementów.  Zawsze gdy na te ich leśne spa patrzę przypomina mi się śpiewana kiedyś przez Piotra Machalicę piosenka – „Najlepsza jest woda z kałuży. Najlepsza woda dla psa. Pies mały i piesek duży pije ją, pije ją i łka…”. Tymczasem nasze psiska mają błogie miny i uśmiechnięte spojrzenia. Oj, gdzie im tam do łkania! Napiwszy się i brzuchy błotem do cna umorusawszy tarzają się  wesoło w ubiegłorocznych, bukowych liściach albo w zdechłych żabach i kretach. Tak upięknione i intensywnie upachnione pędzą do nas aby się przytulić, łby do pogłaskania podstawić, oprzeć się brudnymi łapami o nasze piersi i twarze spocone serdecznie wylizać. Jednak to Misia pierwsza przychodzi na wołanie – choć coraz odważniejsza, coraz śmielsza, to nadal najpewniej czuje się w naszej bliskości. Przybiega uśmiechnięta od ucha do ucha, poliże, ogonkiem radosnym pomacha, przysiądzie na chwilę zziajana a potem znowu poleci do siostrzyczki Hipci, gdzieś tam z Jacusiem dokazującym albo do mateczki – Zuzi, na czułe polizanie pyszczka, na serdeczne wyiskanie. Młode sunie za chwilę skończą pierwszy rok życia. Ależ szybko te dwanaście miesięcy przeleciało! Ileż się w tym czasie zmieniło…

    Po kilku godzinach zmęczeni, ale zadowoleni docieramy do domu. Psy napiwszy się wody ze swego  wiadra padają jak nieżywe gdzie bądź i śpią snem sprawiedliwych przez kilka dobrych godzin. My mamy wtedy czas na oprawienie grzybów, na wyłożenie ich do suszarki i na aluminiowe tacki, które się na słońce wynosi albo przy piecu umieszcza, na gotowanie grzybowych obiadów dla nas i mięsnych dla  zwierzyńca, pracę w ogródku, wyskoczenie na jakieś zakupy do miasteczka a wreszcie na powrót i poleżenie w zaciszu sypialni, bo tak dobrze jest wyciągnąć choć na pół godziny zmęczone członki a nawet uciąć sobie krótką drzemkę…




   Ot i tyle w telegraficznym skrócie o początkach lipcowej egzystencji Jaworów.  Czy wszystko się zawsze tak bajecznie i bezproblemowo u nas plecie? Czy są w naszym życiu jakieś smutki, tęsknoty i zgryzoty? Tak, są oczywiście – jak w życiu każdego człowieka, jedne z nich uwiły sobie wygodne gniazdko w sercu i pewnie nigdy go nie opuszczą a inne, te błahsze zazwyczaj przemijają, przepływają jako te deszczowe chmury na niebie, łagodnie znikają w oddali i znowu słonko każe ruszyć się, odetchnąć, pobiec do swoich obowiązków i radości, zaśpiewać, zażartować, spojrzeć na siebie z uśmiechem, a przede wszystkim działać bo w działaniu sens i pociecha. Trzeba łapać dobre chwile, póki są, póki człowiek ma siły i ochotę na ich łapanie…



Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost