... I już lipiec śpiewa, oddycha, paruje
Wachlarz barw rozkłada, uczuciem pulsuje
Daje z siebie wszystko, daje jak co roku
Niech trwa jak sen złoty jego ciepło, spokój...
I już lipiec! Szast-prast! Zaczął się kolejny odcinek
serialu o pogórzańskim życiu w zgodzie z naturą oraz pogodą. A ta pogoda nadal
zwariowana, wietrzno-deszczowa, co np. nie służy praniu na sznurkach, ale jak
najbardziej sprzyja już naszemu nie wysychającemu w tym roku stawikowi
ogrodowemu, roślinom na grządkach oraz grzybom w lasach. Ślimaki, póki co,
przestały nawiedzać jaworowe siedlisko. Sporo jest natomiast gzów i much
a wieczorową porą świetlików, od kilku lat już tu niewidzianych. Jeden z nich wleciał nam ostatnio do sypialni i leciutko zatańczył pod sufitem niczym wróżka Dzwoneczek.Może zapraszał nas do wspólnych zabaw na wysokościach, ale chyba brakowało Piotrusia Pana, który pokazałby nam jak wzbić się w powietrze i jak potem odlecieć do Nibylandii...
Z jabłoni zaczynają opadać pierwsze jabłka a na krzewach dojrzewają pierwsze maliny, porzeczki i agrest. Podjadam sobie te kwaśne owocki wieczorami prosto z krzaka.Częstuję łakome sunie, które przepadają za owocami a szczególnie za malinami. Na łąkach pośród dojrzewających łanów rzepaku dostrzec można jeszcze ostatnie, miotane wichrem maki. Dużo jest dziurawca i krwawnika. Wszystko kwitnie na potęgę. Zaprasza do fotografowania, wąchania i zbierania. Powietrze pachnie czystością, wilgocią, igliwiem i gliną. Kałuże i rozlewiska pełne wody. Żaby i komary mają raj.
Prawie co dnia wędrujemy z Cezarym oraz psią ferajną na grzyby, których mamy w bród i potąd a mimo to wciąż maniacko chce się je zbierać a przede wszystkim wędrować, grzyby jako pretekst do tych wędrówek tylko wykorzystując. Zabieramy dwa koszyki, nożyki, napój domowy z sokiem z czarnego bzu oraz czasami telefon, którym można pstryknąć zdjęcia, o ile w amoku zbieractwa pamięta się o jego użyciu. Ubrani w byle jakie, znoszone, ale wygodne ciuszki, odziani w gumiaki czy gumofilce wspinamy się po zboczach albo zbiegamy w doliny, dostrzegłszy tam jakiś ponętny, grzybowy kształt. Czasem, niestety, ów kształt jest wielce zwodniczy i z bliska okazuje się zwykłym listkiem, pniem albo borowikiem szatańskim prężącym swe wdzięki na rumianej nodze. Wówczas idzie się z westchnieniem dalej a już za moment znowu się oczy rozświetlają bo oto tam, za pniem uśmiecha się do nas zachęcająco pomarańczowa kurka czy też zielona gąska lub czerwony kozaczek.
Z jabłoni zaczynają opadać pierwsze jabłka a na krzewach dojrzewają pierwsze maliny, porzeczki i agrest. Podjadam sobie te kwaśne owocki wieczorami prosto z krzaka.Częstuję łakome sunie, które przepadają za owocami a szczególnie za malinami. Na łąkach pośród dojrzewających łanów rzepaku dostrzec można jeszcze ostatnie, miotane wichrem maki. Dużo jest dziurawca i krwawnika. Wszystko kwitnie na potęgę. Zaprasza do fotografowania, wąchania i zbierania. Powietrze pachnie czystością, wilgocią, igliwiem i gliną. Kałuże i rozlewiska pełne wody. Żaby i komary mają raj.
Prawie co dnia wędrujemy z Cezarym oraz psią ferajną na grzyby, których mamy w bród i potąd a mimo to wciąż maniacko chce się je zbierać a przede wszystkim wędrować, grzyby jako pretekst do tych wędrówek tylko wykorzystując. Zabieramy dwa koszyki, nożyki, napój domowy z sokiem z czarnego bzu oraz czasami telefon, którym można pstryknąć zdjęcia, o ile w amoku zbieractwa pamięta się o jego użyciu. Ubrani w byle jakie, znoszone, ale wygodne ciuszki, odziani w gumiaki czy gumofilce wspinamy się po zboczach albo zbiegamy w doliny, dostrzegłszy tam jakiś ponętny, grzybowy kształt. Czasem, niestety, ów kształt jest wielce zwodniczy i z bliska okazuje się zwykłym listkiem, pniem albo borowikiem szatańskim prężącym swe wdzięki na rumianej nodze. Wówczas idzie się z westchnieniem dalej a już za moment znowu się oczy rozświetlają bo oto tam, za pniem uśmiecha się do nas zachęcająco pomarańczowa kurka czy też zielona gąska lub czerwony kozaczek.
Wspinamy się ciężko
dysząc pod kolejną górę. Zagłębiamy się między paprocie i buczynę. Zrywamy
pojedyncze poziomki czy jagody. Nawołujemy psy, które pełne nieskończonej
energii odbiegają nieraz bardzo daleko. Kapią się w kałużach. Piją z
nich mętną, gliniastą wodę, która bardzo im zawsze smakuje i pewnie przy okazji
dostarcza jakichś naturalnych mikroelementów. Zawsze gdy na te ich leśne spa patrzę
przypomina mi się śpiewana kiedyś przez Piotra Machalicę piosenka – „Najlepsza
jest woda z kałuży. Najlepsza woda dla psa. Pies mały i piesek duży pije ją,
pije ją i łka…”. Tymczasem nasze psiska mają błogie miny i uśmiechnięte
spojrzenia. Oj, gdzie im tam do łkania! Napiwszy się i brzuchy błotem do cna
umorusawszy tarzają się wesoło w
ubiegłorocznych, bukowych liściach albo w zdechłych żabach i kretach. Tak upięknione
i intensywnie upachnione pędzą do nas aby się przytulić, łby do pogłaskania
podstawić, oprzeć się brudnymi łapami o nasze piersi i twarze spocone serdecznie
wylizać. Jednak to Misia pierwsza przychodzi na wołanie – choć coraz odważniejsza,
coraz śmielsza, to nadal najpewniej czuje się w naszej bliskości. Przybiega uśmiechnięta
od ucha do ucha, poliże, ogonkiem radosnym pomacha, przysiądzie na chwilę zziajana a potem znowu poleci do
siostrzyczki Hipci, gdzieś tam z Jacusiem dokazującym albo do mateczki – Zuzi,
na czułe polizanie pyszczka, na serdeczne wyiskanie. Młode sunie za chwilę
skończą pierwszy rok życia. Ależ szybko te dwanaście miesięcy przeleciało! Ileż
się w tym czasie zmieniło…
Po kilku godzinach zmęczeni, ale zadowoleni
docieramy do domu. Psy napiwszy się wody ze swego wiadra padają jak nieżywe gdzie bądź
i śpią snem sprawiedliwych przez kilka dobrych godzin. My mamy wtedy czas na
oprawienie grzybów, na wyłożenie ich do suszarki i na aluminiowe tacki, które się na słońce wynosi albo przy piecu umieszcza, na gotowanie grzybowych obiadów dla nas i mięsnych dla zwierzyńca, pracę w ogródku,
wyskoczenie na jakieś zakupy do miasteczka a
wreszcie na powrót i poleżenie w zaciszu sypialni, bo tak dobrze jest wyciągnąć choć
na pół godziny zmęczone członki a nawet uciąć sobie krótką drzemkę…
Ot i tyle w
telegraficznym skrócie o początkach lipcowej egzystencji Jaworów. Czy wszystko się zawsze tak bajecznie i
bezproblemowo u nas plecie? Czy są w naszym życiu jakieś smutki, tęsknoty i zgryzoty?
Tak, są oczywiście – jak w życiu każdego człowieka, jedne z nich uwiły sobie wygodne gniazdko w sercu i pewnie nigdy go nie opuszczą a inne, te błahsze zazwyczaj przemijają,
przepływają jako te deszczowe chmury na niebie, łagodnie znikają w oddali i
znowu słonko każe ruszyć się, odetchnąć, pobiec do swoich obowiązków i radości,
zaśpiewać, zażartować, spojrzeć na siebie z uśmiechem, a przede wszystkim
działać bo w działaniu sens i pociecha. Trzeba łapać dobre chwile, póki są, póki człowiek ma siły i ochotę na ich łapanie…





















