Cezary znowu pisze...
Parę miesięcy temu zdecydowaliśmy się zainwestować w cyrkularkę. W skrócie to taka obracająca się piła ze stołem do cięcia przeróżności. I jak się później okazało to była jedna z najlepszych inwestycji poza taczkami. A wszystko dlatego, że przymuszona Olga asystowała mi przy cięciu drzewa opałowego. Było tego naście wozów i jeszcze trochę. Widziałem takie cyrkularki u sąsiadów, wielkie i ciężkie, jakby miały służyć kolejnym pokoleniom bez awarii, wyposażone w olbrzymie silniki trójfazowe z blatem na przynajmniej dwa cale. Z szybkością błyskawicy przejrzałem ogłoszenia. Większość była właśnie za duża i żądana cena nazbyt wygórowana, jak na mój budżet. I nagle jest… w Sanoku moja wymarzona i ciągle dostępna. Następnego dnia, a była to niedziela pojechaliśmy by nie tylko obejrzeć, a właściwie kupić. Z niewymuszoną skromnością przyznaję, że często zdarza się, że ostateczna decyzja zostaje podjęta wcześniej, a formalności dopełniane są później. Drzewo na opał zostało pocięte i cyrkularka stała smutna w kącie budynku gospodarczego, ale mimo że cała zakurzona, nie sprawiała wrażenia reliktu minionej epoki.
Dotychczasowa Zuzieńkowa buda była okupowana jednopsio i Jacuś nie miał wstępu w jej otchłanie, a mogłaby pomieścić ze trzy psiaki. To takie już tradycje w Jaworowym obejściu.
Decyzja z aprobatą gospodyni była natychmiastowa - jedziemy do tartaku po deski. Ponieważ znaliśmy szefową tartaku, to wzięliśmy z sobą parę dobrodziejstw z naszego gospodarstwa, jako potencjalną zapłatę. Oferowane deski nie wzbudziły w nas uznania. Różnej długości, grubości gwarantowały mozolne i długotrwałe pozostawanie na placu boju. Po ponad godzinie mieliśmy odłożoną stertę desek. Załadowany został cały bagażnik i tylne siedzenie, aż po podsufitkę. Zdziwienie Szefowej, że aż tyle na jedną budę skwitowałem jednym zdaniem - przecież to ma być Bliźniak i to najlepszy we wsi! A co?! Chyba chłopska natura odezwała się bezkompromisowo…
No i zaczęło się od podłogi. Musiała być solidna, jak cała budowla.
Z przerażeniem podnieśliśmy ją w dwoje. Ciężka, a gdzie cała reszta? Już zniechęceni usiedliśmy przed projektem w wyobraźni i szybko, jak na nas stwierdziliśmy, że musi składać się z trzech części, by nie trzeba było wołać o pomoc sąsiadów by ją przenieść w inne miejsce.
Psiaki z ciekawością obserwowały poczynania budowniczych. Jacuś na wszelki wypadek zaznaczył na jednym z rogów swoją obecność bez odrobiny zażenowania. Podobno taka już psia natura. Kolejno powstały ścianki zewnętrzne i wyjmowalna ścianka działowa. To na wszelki wypadek, bo gdyby Cezary dostał nakaz eksmisji, to Bliźniak można by przekształcić w domek jednorodzinny w trybie natychmiastowym. Zrobiłem przymiarkę, trochę ciasny, ale własny kącik na dni niepokoju.
Środkowa część jest tylko nakładana, można w każdej chwili ją zdjąć i położyć obok. Rewelacja.
Chlebowiec, czyli facet, który rozwozi chleb po okolicy stwierdził z niesmakiem, – „Po co budujesz budę? Przecież psy i tak śpią w domu”. Niby miał rację, ale… są takie sytuacje… tłumaczyłem sam sobie…
Czyżby troska o psy była przykrywką dla skrywanych ambicji Cezarego? Przecież powiedział, że chce mieć najlepszą budę we wsi - pomyślałem wykonując ruch obronny przy przybijaniu kolejnej deski do konstrukcji dachu.
- Olga, zawołałem - Teraz sprawdzimy czy dach nie rozleci się przy jego zdejmowaniu.
W dwójkę poradziliśmy sobie bez trudu i nawet konstrukcja specjalnie nie trzeszczała.
Co to za uczucie? Rach ciach i buda rozłożona jak gdyby była zrobiona z klocków lego. Popatrzyliśmy na siebie z dumą i tylko psy miały niewyraźne miny. Pewnie jeszcze wątpiły w nasze budowlane zdolności.
I miały rację! Zaczynało brakować desek, a te, które były nie nadały się. Dużo czasu zabrało kombinowanie. Idziemy na kompromis, te będą zakryte, więc wsio rawno. Nadszedł jednak kres możliwości. Kolejna jazda do tartaku po kolejny ładunek desek. Po drodze śmialiśmy się sami z siebie, że my, jak jakie zwariowane korniki możemy przerobić każdą ilość desek. Szefowa była, co najmniej zdziwiona.
- Zabrakło? No dobra, jakich teraz potrzebujecie?
- Tych samych, bo jodła świetnie szlifuje się i pokazuje pięknie ułożone słoje - doszło wówczas do mnie, że drzewo jest wdzięczne, a możliwości jego obróbki nie znają limitu.
Dach miał być zbudowany z dachówek z naszej byłej stodoły. Każda dachówka inna, każda jakoś uszkodzona. Poza tym miałem duże opory wynikające z trudności wykończenia tak budowanego dachu. Z komórki zostało wyjęte ponad 150 dachówek, z których wybrałem 42 niby podobne i niby równe. Odległości pomiędzy łatami zostały wymierzone dzięki specjalnemu przyrządowi skonstruowanemu kilka lat wcześniej przez sąsiada złotą rączkę. Mimo tego przymiarek było kilka, a że to łącznie 42 sztuki, to nie było problemu.
Wybór stałego miejsca padł na ścianę budynku gospodarczego. Niby, że beton pod spodem, że psy będą miały wgląd na obejście, że ciepło od tyłu….
Olga ciągle przypominała mi o ociepleniu budy. Kupiliśmy naście arkuszy styropianu. Wszystkie ścianki zewnętrzne są ocieplone, jak również powała zbudowana(wyjmowana) z grubych desek. Uff…
Budowa dachu zajęła prawie cały dzień. Docinanie, przymiarka i od nowa. Do zakończenia pozostało upiększanie, czyli zakrywanie niedoróbek, a przecież było ich kilka.
W projekcie jest również wybudowanie pomostu ponad ciekiem wodnym i przez to powiększenie powierzchni, by psiaki mogły się swobodnie wylegiwać na podjeździe. I parę innych rzeczy… ale to dopiero z wiosną.
Jacuś w czasie ostatniej sesji fotograficznej smacznie spał w domu. Zuzieńka, jak do tej pory woli swoją starą budę. Przyzwyczajenie drugą naturą! Ale bliźniak jest!!!
P.S.
W czasie budowy zużyto 3 kg gwoździ w różnych rozmiarach, ponad kilogram śrub i wiele innych koniecznych pierdółek. Zużyto też wiele pokładów ciągle odrastającego naskórka, parę wiader energii nie tylko elektrycznej. Wykupiony został cały zapas plastrów opatrunkowych w okolicy.