piątek, 20 września 2013

Bal na powitanie jesieni. cz..6- "Pan Bartłomiej Smok"




    A w drewnianej chatce na skraju lasu mieszkał drwal - pan Bartłomiej Smok. Całkiem już posiwiały, ale dziarski i krzepki, potężnej postury i jeszcze potężniejszego ducha. Sam zbudował sobie tę chatkę i sam w niej gospodarzył. Ale wcale nie czuł się samotny. Towarzystwa dotrzymywał mu jego stary, dobry przyjaciel - owczarek Rudy.

   Pan Bartłomiej cenił sobie swoją wolność i niezależność. Mógł robić co tylko chciał i kiedy chciał. Nie miał przy sobie żadnej zrzędliwej baby, która kazałaby mu np. ściągać buty zaraz na progu domku albo co niedziela chadzać grzecznie do kościoła. Miał święty spokój, ukochany las, dom i wiernego psa. Czegóż więcej mógł chcieć od życia?! Do położonego w dolinie miasteczka chadzał rzadko. Najrzadziej, jak tylko sie dało. Ot, zrobić konieczne zakupy, zapłacić rachunki na poczcie, zajrzeć na chwilę do gospody na małe piwo, na  zaczerpnięcie paru najświeższych wieści z wielkiego świata a potem czym predzej wracać do swojej zacisznej chatki. Przede wszystkim liczyła się dla niego codzienna, samotna praca w lesie, którą kochał i była dla niego całym jego życiem. Zajmował się nią od ponad czterdziestu lat! Od świtu. W słońce i w deszcz. A las śpiewał mu serdecznie głosami ptaków, drzew, obłoków i wiatru.

   Popołudniami wracał z Rudym z wyrębu. Obaj wygłodzeni niemożliwie. Obaj szczęśliwi po pracy. Trzeba było szybko jakiś obiad upichcić. A lubili sobie dobrze podjeść. Oj, lubili!

   W przydomowej spiżarce zawsze był zapas świeżego, kwaśnego mleka a w kamionkowych garnuszkach stał miód, ogórki małosolne, kapusta z kminkiem i aromatyczny smalec z majerankiem. Było też mnóstwo słoików konfitur i samodzielnie robionego dżemu malinowego i jagodowego. W szarych workach parcianych czekały ziemniaki, marchewki i cebule. A w białych, płóciennych woreczkach przechowywał Bartłomiej dobrą mąkę z tutejszego młyna.

   Sam potrafił wypiekać chleb i raz na tydzień z drwala zamieniał się w piekarza, wyrabiając w wielkiej misie wspaniałe ciasto chlebowe. Ach, jak pięknie pachniało wówczas w jego chatce! Rudy, prawie jak zahipnotyzowany chodził wtedy za nim krok w krok, nie mogąc doczekać się świeżej kromki z masłem albo ze smalcem.

   A wieczorami pan Smok znajdował też czas na swoją pasję - rzeźbienie. Podśpiewujac sobie pod nosem pracowicie tworzył z drewna lipowego miniaturki zwierzątek, małe instrumenty muzyczne, pudełeczka i mebelki, figurki szachowe i bohaterów tutejszych legend. Bo chociaż ręce miał ogromne i silne, to przy tym bardzo precyzyjne i czułe a kiedy trzeba - delikatne. W tym czasie Rudy pochrapywał sobie spokojnie u jego stóp. A kiedy Bartłomiej za bardzo fałszował w swoich przyśpiewkach - muzykalny pies jeżył się i warczał. Wtedy Bartłomiej parskał śmiechem, klepał pieszczotliwie swego przyjaciela po grzbiecie i milkł na moment by po chwili rozpoczynać nową piosenkę.                                                      
   I tak sobie spokojnie i szczęśliwie żyli aż do pewnego wrześniowego poranka, gdy jego stary przyjaciel Rudy nie wstał jak zwykle ze swego legowiska. Nie zerwał się wcale, choć w kuchni jego pan nalewał właśnie do miski pachnącą, przepyszną zacierkę na mleku.

   Tego dnia drwal nie poszedł z siekierą do lasu. Owinął Rudego w jego ulubiony, niebieski kocyk, wziął go na ręce i powlókł się niemrawo na pobliski Dębowy Wzgórek. Ziemia tam była czarna, pachnąca i pulchna. Kiedyś Rudy z pasją wykopywał tam krety i nornice. Tam też tarzał się radośnie. Tam znajdował lecznicze trawki do psiego pasienia. Teraz ta sama dobra ziemia okazała się też najlepsza do zakopywania.

   Już po wszystkim usiadł sobie Bartłomiej obok tego świeżego kopczyka i ciężko zadumał się nad swoim losem. Jakże teraz wróci do  opustoszałej dziwnie chaty? Jak będzie umiał żyć w tej nieznośnej, obcej ciszy?

   Wtedy usłyszał, dobiegające nie wiadomo skąd granie. Dzwoniły dzwoneczki tamburynów. Skrzypeczki zawodziły tęsknie. Ktoś nucił rzewną, nieznaną piosenkę.

    Drwal wstał i zaintrygowany poszedł za tą słodką muzyką. Za brzozowym zagajnikiem, na polanie, zobaczył tabor cygański. Stały tam wozy kolorowe. Pasły się kare konie. Paliło się ognisko. A czarnowłose kobiety w jaskrawych, wielobarwnych spódniczkach tańczyły jak bajkowe motyle. Bartłomieja owionął zapach dymu z ich ognia. Nie wiadomo skąd przypłynął też aromat jaśminów, dzikich róż i mięty. Mężczyźnie zrobiło się od tego jakoś niespodziwanie słodko na sercu a zarazem dziwnie boleśnie. Delikatna mgła zjawiła mu się raptem przed oczami i wszystkie barwy stały się zamazane, niewyraźne, dalekie. Tańczące kobiety zdały mu się fruwać ponad łaką. Unosić się niczym mieniące sie wszystkimi barwami tęczy bańki mydlane. Wirować w świetle południowego słońca jak stubarwne, egzotyczne ptaki z dawno temu czytywanych baśni perskich. Przyzywać do siebie wręcz hipnotycznie. Drwal ocierał oczy raz po raz by nic nie stracić z tego cudownego zjawiska.

   Bartłomiej Smok nigdy w życiu nie widział czegoś tak pięknego, czarodziejskiego, tak niezwykle radosnego a zarazem przyprawionego domieszką czułej melancholii... Stał więc długo, patrzył i płakał ze wzruszenia. A wiele łez mu się nazbierało! W jego ukochanym lesie czekała nań codzienna robota, ale on stracił dzisiaj do niej swój zapał.  W obecnym stanie ducha mógłby porzucić to wszystko, co było mu tak bliskie i od lat niezmienne a potem po prostu pójść  w nieznane na koniec świata. Za tymi wędrownymi, beztroskimi motylami z polanki za laskiem.  W jakieś nowe życie albo w zupełny niebyt. Parę godzin minęło mu na obserwacji taboru i na ciężkich rozmyślaniach.Wreszcie zmęczony i dziwnie spokojny położył się pod dębem na suchych lisciach. Przymknął znużone oczy...

   Ocknął się dopiero wieczorem, o zachodzie słońca, kiedy Cyganie tanecznym korowodem podążyli w stronę miasteczka i leżacej na jego skraju gospody.

   Cichutko i powoli, nie wiedząc sam dlaczego to robi, ruszył za nimi...


Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost