Przez okno widać było
nowo powstające bloki i mnóstwo drewnianych budek i zakamarków. Plac budowy stał
się idealnym placem zabaw dla ośmiolatków. Tam właśnie po raz pierwszy
powstawały fajki pokoju, długotrwale rzeźbione małymi rączkami z korzeni drzew.
Naćpać się palonymi liśćmi z pobliskiego sadu owocowego było marzeniem. Kłęby
dymu ze zbyt szybko palącego się liścianego wsadu dodawały mrocznej
tajemniczości obskurnym pomieszczeniom. Było pięknie i dostojnie. Wypalenie fajki
pokoju wcale nie gwarantowało rozejmu pomiędzy nadpobudliwymi młokosami, a i pobudzone
Indianki ciągały za włosy słabszych.
Z biegiem lat
dostęp do płonąco-dymiącego misterium stawał się coraz łatwiejszy. Wszystko to
przecież dotyczyło sportu, więc i palenie „Sportów” było sportem samym w sobie.
Kupowanie jednego
czy dwóch papierosów było czymś normalnym i nikt nie pytał o wiek. Kupienie
całej paczki w ilości dziesięciu sztuk było wyczynem wymagającym podkradania groszy
z maminej portmonetki przez przynajmniej tydzień. Można było zyskać wśród
małoletnich szacunek i poważanie. To nic, że palenie było przerywane kaszlem i
łzami. Droga do dorosłego życia właśnie się rozpoczęła.
Pomysły na
zdobywanie „sztacha” przekazywane były w zamkniętych kręgach. Najbardziej niefortunnym
pomysłem było skradanie papierosów z paczek rodzicieli czy też wykradanie po
jednym, tak by właściciel paczki nie zorientował się. Jednak ubytek jednego
„dymka” z paczki liczącej dziesięć sztuk graniczył z magią. Przede wszystkim człowiek
liczył na roztargnienie i niedopuszczalność takiej sytuacji przez dorosłych.
Trudno było wytłumaczyć, że fabryka wyprodukowała część papierosów krótszych o
pięć milimetrów, a część idealnie pasujących do wymiaru paczki. Tu rozpoczynał
się kolejny etap kombinowania, który nieświadomie miał ciągnąć się przez życie.
Nie było łatwo.
Lata szkoły
średniej i czas bywania na uczelni były jedną rozciągniętą monotonią,
przerywaną jedynie zgrabnie wypuszczanymi obłoczkami. W tamtych latach
usprawiedliwień dla takiego stanu rzeczy było pod ręką pod dostatkiem. A to
niezliczony egzamin, a to kłopoty finansowe czy sfrustrowane dziewczyny, które
już wtedy nie chciały biednych towarzyszy życia. Samochody były domeną dla
dorosłych, a dla nas pozostały kolorowe paczki z egzotycznymi napisami. Camel,
Carmen brzmiało to dumnie. Ciąg do bycia kimś innym i oryginalnym tuszował
każdy oddźwięk zdrowego rozsądku. Poza tym w tym wieku, co znaczy „zdrowy
rozsądek”?
Zmieniające się
sytuacje, kolejne kłopoty i rozterki sprzyjały coraz bardziej manierycznym
tłumaczeniom. Mijały kolejne lata i oprócz ubytku na zdrowiu nic się nie
zmieniało. Czuliśmy się w miarę dobrze w codziennych oparach i zapachach
tytoniu wżartego w ściany, nie mówiąc już o ciuchach i firankach. To właśnie na
nich widać było żółte plamy przechodzące w rozkładający się brąz. No, a przecież
własnych płuc nie widać! I fajnie!
Przychodzi jednak
moment, kiedy zaczynamy się zastanawiać nad istotą palenia. A to tu boli, a to
nic się nie chce i seks już nie taki. Nie oglądamy zębów przy goleniu i
uśmiechamy się półgębkiem. Wszystkie przesłanki kierują nas w stronę
niezdrowego palenia papierosów. W telewizji i innych pokrętnych mediach aż
bębni od wypowiedzi ekspertów. Kurczymy się w sobie, bo przecież nie mogą nas
wierutnie okłamywać. Szukamy środków zastępczych.
Palenie fajki jest
pomysłem na miarę powrotu do fajki pokoju z dzieciństwa. Cmokamy, jak
papierosa. Czyszczenie i kolejne nabijanie tytoniem doprowadza do niespotykanej
niecierpliwości, a na dodatek lepsza połowa mówi, że dobrze z nią wyglądasz.
Pytam – jak można dobrze wyglądać z pełną frustracją na twarzy? Wtedy zaczynamy
podejrzewać, że ktoś ma niewiadomy dla nas cel. Kompletnie zrujnowani
psychicznie czekamy wiosny by fajkę wyrzucić przez otwarte okno.
Kolejnym etapem
jest stosowanie cudów techniki. Plastikowe fifki, e - papierosy, plastry i
wyszukane tabletki, które to mają mieć cudowny wpływ na nasz organizm.
Plastikowa fifka z wkładem jest fantastyczna. Jest coś do
trzymania w rękach i coś do wciągania. Ilość nikotyny wystarcza na dwadzieścia
minut „pafania”. No dobra, ile razy
fifka wędruje do ust w tym czasie? Multum! Zaabsorbowani pracą zapominamy
wymienić wkład i palimy czystym powietrzem. Ale jest, co dmuchać i tylko to się
liczy.
Wieczory są
najgorsze! Bolą mięśnie, dokładnie wszystkie. Najgorszy jest ból w skroniach.
Jeść się chce ponad miarę i znowu nieznany nam ból w znanym ciele. Słabość i
zawroty głowy. Powalająca senność. W środku nocy wstajemy, by pocyckać
plastikowe cacko. I tak dzień po dniu przez dwa tygodnie. Sukces, bo nie
palimy! Plastikowego papierosa ostentacyjnie wyrzucamy do kosza w obecności,
jak najliczniejszej grupy osób. Niemi świadkowie osiągnięcia. Głośno obiecujemy
sobie, że już nigdy więcej nie wystawimy się na samo tyranię. Nigdy, nigdy,
przenigdy i obietnicę stopniujemy, a nawet odmieniamy przez przypadki w czasie
zupełnie przeszłym, bo nie chcemy samowolnie wydać się tortury.
Dokładnie pamiętamy
najlepsze chwile: po obiedzie, przy kawie, przed telewizorem. Każdy z nas ma w
pamięci te najlepsze momenty w obłokach dymku z papierosa.
Z niejasnych powodów, ale wytłumaczeni przed samymi sobą
zaczynamy od jednego. Przecież mamy na tyle silnej woli, że jeden papieros nas
nie rozwali, a potem dwa, a jeszcze potem cała paczka. Ach, przecież to nic! W
końcu kiedyś rzucimy palenie. Na zawsze!
Cali jesteśmy przepełnieni wiarą, że kiedyś dokonamy tego
wyczynu po raz kolejny, z coraz bogatszym doświadczeniem.
Nie palimy dłuższy
okres czasu. Zawsze lubiliśmy cygara. Palą się długo i niektóre kobiety lubią
ich zapach. Może bardziej lubią męskie połowy z dostojnie wyglądającym zwitkiem
w ustach. Paczka cygar na święta w prezencie ma umilić świąteczną atmosferę.
Rzeczywiście, pachnie w całym pomieszczeniu i nawet na balkonie. Sąsiadki
zwiedzione zapachem węszą prawdziwego mężczyznę, bo tylko prawdziwi w ich
mniemaniu palą cygara. Tylko faceci znają całą prawdę o nałogu. Przemilczaną w
obliczu admiracji płci zawsze chcianej.
Teraz coś o sobie.
Rzucam palenie po raz kolejny. Przygotowania w strefie psychicznej trwały ponad
pół roku. Mowy i przedmowy. Tłumaczenia i deklaracje w języku wczesno
mongolskim. I co? Tym razem e - papieros ma zdziałać cuda. Kopci jakimś
zapachem z rozgrzanego olejku niewiadomego pochodzenia, bo jak „made in china”,
to na pewno o skutkach ubocznych nic się nie dowiemy. Dwa tygodnie temu pojechałem
po niego na jarmark do miasteczka całe dwadzieścia kilometrów stąd. Olga
nakupiła kasz wszelkiego rodzaju. Od teraz mamy dietę i od teraz mam rzucać
palenie! Jeszcze coś mi pozostało, ale tego już nie oddam!
Papieros zepsuł się
następnego dnia. Do następnego jarmarku całe pięć dni. Ale dobrze jest pocmokać
niepalącego się papierosa. Cmokałem przez pięć dni. Jest ciężki i za każdym
razem muszę podnosić go do ust. Nie wiem, czy ból w ramionach jest spowodowany
zbyt częstym, beznikotynowym cmokaniem czy brakiem nikotyny? Dzisiaj kupiłem
kolejnego papierosa. Tego samego typu. Jak ten się zepsuje, to może złożę
jednego z dwóch. Mam taką nadzieję. Mam też nadzieję, że po dwóch tygodniach
wyrzucę go do kosza. Tym razem bez świadków, by po raz kolejny nie płonąć ze
wstydu. Dobrze jest uwierzyć w siebie.