niedziela, 8 września 2024

Oparcie…

 


 

   Ten tekst ma związek z tematem poprzedniego. Bo oparcie często bywa też synonimem zaufania.A to takie ważne by móc na czymś się oprzeć. Na czymś trwałym, fundamentalnym, niepodważalnym i pewnym. Lub też iluzorycznym, ale dla nas ważnym. Każdy z nas potrzebuje czegoś takiego, nawet gdy sobie tego nie uświadamia. Dla jednego to wiara i religia, dla drugiego nauka i doświadczenie empiryczne, dla trzeciego poglądy polityczne, dla następnego rodzina, miejsce do życia, tradycja, historia, dobro, uczciwość, sumienie…. Gotowiśmy bronić tego czegoś niemalże do utraty tchu, bo nie wyobrażamy sobie byśmy mogli bez tego oparcia istnieć. Zaraz owładnęłaby nami przerażająca pustka i samotność. Przewrócilibyśmy się i stalibyśmy  jako te bezradne, wywrócone na grzbiet żuki, które nie dają rady o własnych siłach stanąć znów na nogi. Bo jak tu istnieć bez poczucia jakiejś pewności i sensu? Jak przetrwać wiedząc, że nie ma nic, w co warto wierzyć, o co walczyć?



   Dla mnie takim oparciem, ucieczką od coraz bardziej niepokojącej rzeczywistości polityczno-społecznej była dotąd natura. Jej prostota, sprawiedliwość i sens. Piszę „była”, ale przecież w dużej mierze nadal jest i będzie. Zdarzenie z użądleniem przez szerszenia mocno nadszarpnęło moją ufność. I chwilowo zachwiało mną w posadach. Wracam jednak do swego poczucia sensu, do tego, co mnie wewnętrznie kształtuje oraz pomaga istnieć. I nadal, mimo wszystko, tym czymś jest bliski związek z naturą. Rozumiem, że w naturze także istnieją zagrożenia a ja w żaden sposób nie jestem przed nimi chroniona, bo w równym stopniu podlegają im wszystkie istoty żywe. Jest to normalne i sprawiedliwe. Miłość do natury w żaden sposób nie zabezpiecza przed bolesnymi ciosami z jej strony. Tak jak miłość do rodziców nie zabezpiecza przed ich ostrymi reprymendami, jeśli na nie zasłużymy. Miłość do rodziców niestety nie zabezpiecza też przed ich utratą. Przez całe życie doznajemy kolejnych utrat, z którymi musimy się pogodzić a nawet uznać je za naukę dla nas. I po każdym kolejnym upadku wstać i iść dalej, wiedząc i rozumiejąc więcej.



   Osy i szerszenie istniały i będą istnieć. Mają do tego takie samo prawo jak ja. Tyle, że ja muszę się nauczyć uważniej i bezpieczniej istnieć pośród nich. Nie popadać w paraliżujący lęk lecz być świadomą wielu możliwych zagrożeń. A także stać się nieco mniejszą idealistką, czyli osobą kroczącą zanadto w chmurach a zbyt mało po twardej ziemi.  Nie zastanawiać się też, czy zasłużyłam w jakiś sposób na ten wypadek z szerszeniem. Być może potrzebna mi była taka właśnie lekcja. A może owo użądlenie było tylko to ślepym trafem. Czystym przypadkiem. Nie wiadomo. Zdaję sobie sprawę, że choćbym nie wiem jak uważała, to i tak wszystko zdarzyć się może. I kiedyś się zdarzy, w taki czy inny sposób. Gdyż przeznaczeniem każdego jest wszak ostateczny koniec istnienia…



   Likwidacja szerszeni w naszym ogrodzie zwróciła nam uwagę na konieczność bliższego przyjrzenia się starej jabłoni, w której istniało jedno z owych owadzich gniazd. W jakiś czas po owej likwidacji oglądając owo drzewo stwierdziliśmy, że w większości jest ono spróchniałe, popękane na całej długości pnia, suche i puste w środku. Z tego pustego miejsca w ubiegłych latach korzystały kolejne pokolenia ptaków zakładając tam swoje gniazda. A w tym roku już żaden ptak nie miał tam przystępu, gdyż w całości zasiedliły je szerszenie.  Krążyły wokół niego strzegąc czujnie swego siedliska i nie pozwalając nawet na swobodne przechodzenie obok. Ilekroć kosiłam w jego pobliżu zawsze miałam z tyłu głowy informację, by mieć się na baczności, by nie stracić go z pola widzenia. Bo gdy tylko podchodziłam zbyt blisko rozwścieczone owady latały agresywnie nad moją głową a nawet mnie w nią uderzały ostrzegawczo, na szczęście nie żądląc jednak. Cezarego dwukrotnie jednak użądliły, kiedy nieświadom jeszcze ich obecności w drzewie zbliżył się do nich, ale ponieważ nie jest na nie uczulony, to poza chwilowym, specyficznym bólem nic więcej przykrego nie odczuwał.

   Po każdej wichurze czy deszczu coraz więcej suchych gałęzi opadało ze stareńkiej jabłoni a nieliczne jabłka, które jeszcze rodziła małe były, cierpkie w smaku i robaczywe. Żal mi było staruszki, jak żal mi każdego innego wycinanego drzewa czy krzewu, ale musiałam zgodzić się z Cezarym, iż nie ma co zwlekać. Należy podjąć ostateczną decyzję i niestety ściąć drzewo, z którego nie ma już żadnego pożytku, a które przeciwnie, może stanowić zagrożenie dla nas i psów, jeśli nagle złamałoby się i zwaliło nagle na kogoś z nas. Poza tym jego pusty pień w przyszłych latach znowu mógłby służyć innym owadom za świetne miejsce do zasiedlenia. A tego na pewno już byśmy nie chcieli. Poza tym mamy w ogrodzie kilka innych jabłoni. Jabłek z nich jest aż nadto dla nas.

   Pewnego dnia zatem nasz znajomy, uczynny drwal oraz Cezary wzięli się za ścinanie jabłoni. A zrobili to tak sprytnie, że padając drzewo niczego nie uszkodziło, nie złamało, choć w pobliżu wiele rośnie drzew, krzewów i bylin, choć tuż obok stoi pokryta dachówkami wiata na drewno opałowe.

   Sądzimy z mężem, że teraz owe rośliny będą lepiej rosły, że posadzone w ich pobliżu kwiaty też poczują się lepiej. Owa wielka jabłoń wysysała bowiem z ziemi ogromną ilość życiodajnej wilgoci i pewnie dlatego zawsze rosnące w jej pobliżu rośliny wyglądały marnie.







   Po ścięciu jabłoni zajrzeliśmy z ciekawością do jej wnętrza. Widać tam było ogromne, podzielone na okrągłe plastry gniazdo szerszeni...Była to wspaniała, wielopoziomowa, szerszeniowa kraina ze swoimi prawami, planami, ścieżkami, ze swoją zwyczajną codziennością. Nie spodziewała się zapewne, że tak nagle przestanie istnieć…Dokładnie tak samo, jak nie spodziewały się tego upadające ludzkie państwa i metropolie, które uważały, że są niezniszczalne i wieczne, że zawsze będą stanowiły oparcie dla kolejnych pokoleń. Ale historia przetoczyła się po nich niczym miażdżący wszystko na swej drodze walec. I nadal się toczy, choć wielu z nas do niedawna wydawało się, że żyjemy w najlepszym, najbezpieczniejszym momencie dziejów ludzkości…

                                                         miejsce po ściętej jabłoni a w tle stara lipa

                                        


Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost