Ten tekst ma związek z tematem poprzedniego. Bo oparcie często bywa też synonimem zaufania.A to takie ważne by móc na czymś się oprzeć. Na czymś trwałym, fundamentalnym, niepodważalnym i pewnym. Lub też iluzorycznym, ale dla nas ważnym. Każdy z nas potrzebuje czegoś takiego, nawet gdy sobie tego nie uświadamia. Dla jednego to wiara i religia, dla drugiego nauka i doświadczenie empiryczne, dla trzeciego poglądy polityczne, dla następnego rodzina, miejsce do życia, tradycja, historia, dobro, uczciwość, sumienie…. Gotowiśmy bronić tego czegoś niemalże do utraty tchu, bo nie wyobrażamy sobie byśmy mogli bez tego oparcia istnieć. Zaraz owładnęłaby nami przerażająca pustka i samotność. Przewrócilibyśmy się i stalibyśmy jako te bezradne, wywrócone na grzbiet żuki, które nie dają rady o własnych siłach stanąć znów na nogi. Bo jak tu istnieć bez poczucia jakiejś pewności i sensu? Jak przetrwać wiedząc, że nie ma nic, w co warto wierzyć, o co walczyć?
Dla mnie takim
oparciem, ucieczką od coraz bardziej niepokojącej rzeczywistości
polityczno-społecznej była dotąd natura. Jej prostota, sprawiedliwość i sens.
Piszę „była”, ale przecież w dużej mierze nadal jest i będzie. Zdarzenie z
użądleniem przez szerszenia mocno nadszarpnęło moją ufność. I chwilowo
zachwiało mną w posadach. Wracam jednak do swego poczucia sensu, do tego, co
mnie wewnętrznie kształtuje oraz pomaga istnieć. I nadal, mimo wszystko, tym
czymś jest bliski związek z naturą. Rozumiem, że w naturze także istnieją
zagrożenia a ja w żaden sposób nie jestem przed nimi chroniona, bo w równym
stopniu podlegają im wszystkie istoty żywe. Jest to normalne i sprawiedliwe. Miłość
do natury w żaden sposób nie zabezpiecza przed bolesnymi ciosami z jej strony.
Tak jak miłość do rodziców nie zabezpiecza przed ich ostrymi reprymendami,
jeśli na nie zasłużymy. Miłość do rodziców niestety nie zabezpiecza też przed ich
utratą. Przez całe życie doznajemy kolejnych utrat, z którymi musimy się pogodzić
a nawet uznać je za naukę dla nas. I po każdym kolejnym upadku wstać i iść
dalej, wiedząc i rozumiejąc więcej.
Osy i szerszenie
istniały i będą istnieć. Mają do tego takie samo prawo jak ja. Tyle, że ja
muszę się nauczyć uważniej i bezpieczniej istnieć pośród nich. Nie popadać w
paraliżujący lęk lecz być świadomą wielu możliwych zagrożeń. A także stać się
nieco mniejszą idealistką, czyli osobą kroczącą zanadto w chmurach a zbyt mało po
twardej ziemi. Nie zastanawiać się też,
czy zasłużyłam w jakiś sposób na ten wypadek z szerszeniem. Być może potrzebna
mi była taka właśnie lekcja. A może owo użądlenie było tylko to ślepym trafem.
Czystym przypadkiem. Nie wiadomo. Zdaję sobie sprawę, że choćbym nie wiem jak
uważała, to i tak wszystko zdarzyć się może. I kiedyś się zdarzy, w taki czy
inny sposób. Gdyż przeznaczeniem każdego jest wszak ostateczny koniec istnienia…
Likwidacja
szerszeni w naszym ogrodzie zwróciła nam uwagę na konieczność bliższego przyjrzenia
się starej jabłoni, w której istniało jedno z owych owadzich gniazd. W jakiś
czas po owej likwidacji oglądając owo drzewo stwierdziliśmy, że w większości
jest ono spróchniałe, popękane na całej długości pnia, suche i puste w środku.
Z tego pustego miejsca w ubiegłych latach korzystały kolejne pokolenia ptaków zakładając
tam swoje gniazda. A w tym roku już żaden ptak nie miał tam przystępu, gdyż w
całości zasiedliły je szerszenie. Krążyły
wokół niego strzegąc czujnie swego siedliska i nie pozwalając nawet na swobodne
przechodzenie obok. Ilekroć kosiłam w jego pobliżu zawsze miałam z tyłu głowy
informację, by mieć się na baczności, by nie stracić go z pola widzenia. Bo gdy
tylko podchodziłam zbyt blisko rozwścieczone owady latały agresywnie nad moją
głową a nawet mnie w nią uderzały ostrzegawczo, na szczęście nie żądląc jednak. Cezarego dwukrotnie jednak użądliły, kiedy nieświadom jeszcze ich
obecności w drzewie zbliżył się do nich, ale ponieważ nie jest na nie uczulony,
to poza chwilowym, specyficznym bólem nic więcej przykrego nie odczuwał.
Po każdej wichurze
czy deszczu coraz więcej suchych gałęzi opadało ze stareńkiej jabłoni a
nieliczne jabłka, które jeszcze rodziła małe były, cierpkie w smaku i
robaczywe. Żal mi było staruszki, jak żal mi każdego innego wycinanego drzewa
czy krzewu, ale musiałam zgodzić się z Cezarym, iż nie ma co zwlekać. Należy
podjąć ostateczną decyzję i niestety ściąć drzewo, z którego nie ma już żadnego
pożytku, a które przeciwnie, może stanowić zagrożenie dla nas i psów, jeśli nagle
złamałoby się i zwaliło nagle na kogoś z nas. Poza tym jego pusty pień w
przyszłych latach znowu mógłby służyć innym owadom za świetne miejsce do
zasiedlenia. A tego na pewno już byśmy nie chcieli. Poza tym mamy w ogrodzie
kilka innych jabłoni. Jabłek z nich jest aż nadto dla nas.
Pewnego dnia
zatem nasz znajomy, uczynny drwal oraz Cezary wzięli się za ścinanie jabłoni. A
zrobili to tak sprytnie, że padając drzewo niczego nie uszkodziło, nie złamało,
choć w pobliżu wiele rośnie drzew, krzewów i bylin, choć tuż obok stoi pokryta
dachówkami wiata na drewno opałowe.
Sądzimy z mężem,
że teraz owe rośliny będą lepiej rosły, że posadzone w ich pobliżu kwiaty też
poczują się lepiej. Owa wielka jabłoń wysysała bowiem z ziemi ogromną ilość
życiodajnej wilgoci i pewnie dlatego zawsze rosnące w jej pobliżu rośliny
wyglądały marnie.
Po ścięciu jabłoni
zajrzeliśmy z ciekawością do jej wnętrza. Widać tam było ogromne, podzielone na
okrągłe plastry gniazdo szerszeni...Była to wspaniała, wielopoziomowa,
szerszeniowa kraina ze swoimi prawami, planami, ścieżkami, ze swoją zwyczajną
codziennością. Nie spodziewała się zapewne, że tak nagle przestanie istnieć…Dokładnie
tak samo, jak nie spodziewały się tego upadające ludzkie państwa i metropolie,
które uważały, że są niezniszczalne i wieczne, że zawsze będą stanowiły oparcie
dla kolejnych pokoleń. Ale historia przetoczyła się po nich niczym miażdżący
wszystko na swej drodze walec. I nadal się toczy, choć wielu z nas do niedawna
wydawało się, że żyjemy w najlepszym, najbezpieczniejszym momencie dziejów
ludzkości…