Przestraszyłam się ostatnio. Mocno przestraszyłam…Akurat położyłam się po obiedzie w zaciszu sypialni. Psy wygrzewały się w ogrodzie w przyjaznych promieniach listopadowego słońca. Kot mrucząc rozkosznie właśnie zaczął skwapliwie mościć się na mych piersiach a Cezary siedząc w fotelu obok chrupiąc ze smakiem jabłko poszukiwał w odmętach Internetu jakiegoś filmu do oglądania dla nas. Wtem rozległ się złowróżbny i zbliżający się nie wiadomo skąd huk. Ni z tego ni z owego w nasze zwyczajne, słoneczne popołudnie wdarł się straszliwy, niesłyszany nigdy wcześniej metaliczny, chrzęszcząco - łoskoczący, wszechogarniający dźwięk. Miało się wrażenie jakby zbliżała się do nas jakaś upiorna a niewidzialna maszyna rodem z horrorów albo filmów science-fiction. Jakby coś zaraz miało spaść na nasze siedlisko. Oboje z mężem zerwaliśmy się na równe nogi i przypadliśmy do okna. Przerażony kot natychmiast schował się pod łóżkiem. Okropny huk umilkł na moment a potem znowu nasilił się. Wreszcie tuż nad naszym domem przemknął superszybki, ponaddźwiękowy myśliwiec. Ledwo co zdołaliśmy dostrzec jego srebrną, przypominającą rekina złowrogą sylwetkę, gdy przeleciawszy nad pobliską wieżą przekaźnikową zniknął tak samo szybko jak się pojawił. Strwożeni i pobladli spojrzeliśmy na siebie nie wiedząc co o tym zdarzeniu myśleć?
dawno temu sfotografowany na naszym niebie zwyczajny, niegroźny samolot
- Może trzeba by włączyć wiadomości w TV? Albo zobaczyć, czy w necie nie piszą o jakimś nowym ataku? – szepnęłam a Cezary wziąwszy pilota zaraz zaczął skakać po kanałach, by zobaczyć, co się dzieje. Ale na szczęście niczego nadzwyczajnego nie znalazł. Wszędzie gadali tylko o korupcyjnych skandalach na mistrzostwach w Katarze, o powtarzających się potyczkach słownych Kaczyńskiego i Tuska, o spodziewanej nowej fali uchodźców, o rosnącej wśród dzieci liczbie przypadków wszawicy, świerzba, krztuśca i świnki a wśród dorosłych Hiv oraz gruźlicy, o zwycięskim pochodzie bohaterskiej armii ukraińskiej oraz o ogromnych stratach amoralnego a do tego opętanego kłamliwą propagandą wojska rosyjskiego, o horrendalnie drogim murze na granicy z Białorusią, o protestach ulicznych i samosądach w Iranie, o coraz liczniejszych kradzieżach i napadach na prywatne mieszkania albo o upadkach licznych przedsiębiorstw i o szalejącej inflacji w Polsce. Tematy jak co dzień. Nuda, panie, nuda i niestety, normalność naszych dziwacznych czasów…Ta konstatacja pozwoliła nam odetchnąć odrobinę. Jednak tylko odrobinę, bo nadal nie rozumieliśmy dlaczego ten huczący samolot bojowy przeleciał tak blisko i tak nisko( mniej niż 300 m nad nami). Dokąd leciał i po co?
- Czarek! Idź i zawołaj psy do domu! – zawołałam nieswoim, zduszonym przez emocje głosem łowiąc na ręce spanikowanego kota, który boleśnie wpił się w moje ramiona i spoglądając dzikim wzrokiem w stronę okna najchętniej znowu uciekłby pod łóżko. Zwierzaki najmocniej zawsze reagują na takie niespodziewane, mrożące krew w żyłach hałasy.
Jeszcze od czasu, gdy w pobliskim lesie ekipy poszukujące gazu ziemnego dokonywały odwiertów wiedziałam, że nasze psy boją się takich huków, że przeraża je byle burza, byle grzmot, więc i teraz na pewno dygoczą ze strachu usiłując dostać się do domu. I ja także poczułam przestrach, choć niby powinnam być już przyzwyczajona do tego typu odgłosów. Przecież wojna na pobliskiej Ukrainie toczy się od prawie roku. I można się spodziewać takich czy innych niepokojących dźwięków a nawet się z nimi oswoić, znieczulić na nie. Wszak człowiek to dziwna istota. Potrafi przywyknąć do wszystkiego. Do najlepszych, ale i do najgorszych warunków. Przywyknąć i …stępieć. Przestać na pewne rzeczy zwracać uwagę. Dostosować się i umościć jak tylko potrafi w tym, co jest. Byleby ocalić odrobinę spokoju a może i szczęścia w duszy. Byleby przeszedł kolejny dzień. Bo życie trwa jak gdyby nigdy nic wraz ze wszystkimi jego rytuałami i obowiązkami, z radościami, troskami, pogodami i niepogodami. Bo instynkt każe przetrwać i cieszyć się każdą zwyczajną chwilą A w końcu ileż można się przejmować, denerwować czymś na co i tak nie ma się wpływu?
Człowiek, czyli w tym przypadku ja, ukokosił się w swym domku pod lasem na Pogórzu Dynowskim i wydawało mu się, że znalazł się w najlepszym do życia miejscu. Bo to od miast i cywilizacji daleko, powietrze krystaliczne, błoga cisza, dzika natura wkoło a i przyjaznych sąsiadów nie brak. Tak miało być i trwać wiecznie. Jednak co innego założenia i wyobrażenia a co innego rzeczywistość. Ona ma swoje plany, których następstwami są zazwyczaj trudne do przewidzenia oraz uniknięcia ruchy tektoniczne. I nagle okazuje się, że nie ma nic pewnego. I wszędzie bez ostrzeżenia wedrzeć się może ZMIANA, która powoduje zaburzające spokój zakłócenia nawet w tak wydawałoby się bezpiecznym i oddalonym od świata zakątku.
Pierwszym sygnałem, że także w tej naszej pogórzańskiej baśni musi pojawić się w końcu zły wilk był właśnie ów wspomniany wyżej ubiegłoroczny najazd ogromnych maszyn wiertniczych usiłujących zlokalizować w okolicy złoża gazu ziemnego. Powtarzające się w obrębie kilku miesięcy przerażające huki i trzęsienia ziemi, które dobywały się z pobliskich lasów, gdzie dokonywano owych poszukiwań umarłego mogłyby obudzić. Drżał kuchenny stół i stojące na nim szklanki. Silne drganie przebiegało po posadzce. Od złowrogiego huczenia zatykały się uszy. Najbardziej jednak owe piekielne hałasy i dygoty przeżywały nasze psy. Nie wiedziały co ze sobą począć, gdzie się schować. Tuliły się do naszych nóg i rąk szukając ochrony i pociechy. A co w tym czasie musiały przeżywać zwierzęta leśne? Wprost trudno sobie wyobrazić. W końcu ku naszej wielkiej uldze gazowi poszukiwacze zwinęli manele i odjechali, pozostawiając po sobie niestety zniszczone drogi leśne, powtykane tu i ówdzie tajemnicze, jaskrawo pomalowane oznaczniki oraz uszkodzoną na wielu obszarach grzybnię ( w zeszłym roku w naszych tak zazwyczaj obfitujących w grzyby lasach właściwie nie sposób znaleźć było jakiegokolwiek grzyba, nawet trujaka).
Drugim sygnałem, że kolorowa bańka mydlana, w której staramy się żyć pęka i niestety nie daje żadnej ochrony przez światem było rzecz jasna lutowe rozpoczęcie wojny na Ukrainie. Powtarzające się przez kilkanaście tygodni, zarówno nocami jak i dniami, nieprzyjemne warkoty i huki przelatujących nad nami samolotów oraz transportowców nie pozwalały zapomnieć o tym, co dzieje się za pobliską granicą naszego kraju, zaburzały kruche uczucie bezpieczeństwa. Ale w końcu, nie wiedzieć czemu, owe przeloty ustały tak samo nagle jak się pojawiły i znowu kruchy spokój zapanował w naszym ustroniu. I na powrót dało się normalnie pracować w ogrodzie. Cieszyć się zwyczajną, pogórzańską, wielobarwną rzeczywistością. Zapomnieć o uczuciu zagrożenia.
Jednak parę dni temu raptem w błogą ciszę nocnego odpoczynku wdarł się głośny sygnał telefonu. Cezarego nie obudził, ale ja, która zawsze śpię czujnie niby zając pod miedzą zerwałam się na równe nogi i pobiegłam do kuchni, gdzie zawsze leży na stole nasz telefon. Przecierając zaspane oczy wpatrzyłam się w lśniącą taflę komórki. Okazało się, że pilnej wiadomości od nas dopomina się rodzina z Australii, która dzwoni obawiając się, że blisko nas leży Przewodów, na który spadł zestrzelony przez Ukrainę pocisk. Z ich punktu widzenia bowiem Lubelszczyzna wydaje się być tuż za naszym płotem. Szybko wysłałam na Antypody uspokajającą wiadomość, że u nas cisza i nic złego się nie dzieje. Wróciłam do łózka, ale do rana nie dałam już rady usnąć. Wciąż rozpamiętywałam, co rzeczywiście mogło stać się w owym Przewodowie i do czego owo zdarzenie może doprowadzić… W ciągu następnych godzin i dni na szczęście okazało się, że choć sytuacja na świecie była bliska rozpętania trzeciej wojny światowej, to jednak o włos udało się jej uniknąć. I znowu nasze tutejsze życie mogło toczyć się zwyczajnie. Zima jak gdyby nigdy nic mogła malować swoje zachwycające, śnieżno-mroźne pejzaże a ja mogłam wybiegać na dwór by utrwalać to zimowe piękno moim aparatem fotograficznym.
Jednak ten przedwczorajszy, dziwaczny huk rozlegający się alarmująco na pogodnym, listopadowym niebie znowu wytrącił mnie z jakże drogocennego poczucia, że jesteśmy zupełnie bezpieczni tu, na naszym podkarpackim, tak na pozór sielskim końcu świata. Coś się niestety wciąż gdzieś toczy i przetacza. Coś się raz bliżej, raz dalej przewala i złowieszczo kotłuje groźnie powarkując i dysząc smrodliwie. Nagle przypomniały mi się apokaliptyczne sceny z Akademii Pana Kleksa. Te, gdzie nocą do pastelowej krainy baśni wkraczają wygłodniałe watahy wilczych monstrów aby niszczyć bajkowy świat, by zostawiać po sobie coraz większe połaci chaosu, pożogi i zgliszczy… W czyim interesie jest ta zgroza, która czarnym cieniem kładzie się na ludzkich sercach i sprawia, iż coraz mniej jest dobrych, beztroskich chwil, coraz mniej stałości a coraz więcej stresu, lęku, nieufności? Dlaczego osobniki w stylu golarza Filipa czy bezdusznych ludzkich robotów, takich jak zrobiona przez Kleksa lalka Adolf mają się coraz lepiej i nic nie zapowiada aby w najbliższej przyszłości jakaś dobra wróżka miała w naszej opowieści zdjąć z nich zły czar i tym samym przywrócić światu upragniony spokój, normalność i dobro?
O tym wszystkim rozmyślałam ostatnio czekając na powrót Cezarego do sypialni. Odetchnęłam, gdy psy wreszcie ułożyły się wygodnie na swoich bezpiecznych legowiskach i zapadły w sen, gdy kot znowu zaczął mruczeć cichutko w mych ramionach i gdy Cezary chrupiąc napoczęte wcześniej jabłko wreszcie znalazł jakiś stary western nadający się do naszego wspólnego oglądania. Popatrzyłam na pogodne znowu niebo za oknem i nie dostrzegając na nim niczego podejrzanego przekręciłam się wygodnie na drugi bok. Potem westchnąwszy głęboko i okrywszy się szczelnie kocem starałam się śledzić pogoń za brodatym rewolwerowcem na dzikim zachodzie. Jednak usiłując wciągnąć się w tę opowieść ni stąd ni zowąd zapadłam w drzemkę i o dziwo, nie śnił mi się żaden zły wilk…






