***
Czas nie próżnuje – wciąż wypieka
Swe z niespodzianką ciasteczka
Dlatego nie wie nikt, co go czeka
Jakiego tam znajdzie orzeszka
Czy będzie słodki, gorzki, nijaki
Czy stanie się zmian zwiastunem
Jakie czas daje rady i znaki
I które są ważne, które?
To ciastko nęci, tamto kusi
To zaś odpycha – spalone
Czas stale szepcze – wybrać musisz
A potem iść w swoją stronę
Czas nie ma czasu - robi swoje
Zagadki w ciasteczkach zamyka
Daje nadzieje, niepokoje
A potem nagle znika, znika…
Wróćmy jednak do moich tytułowych ciasteczek. Są bowiem pyszne, zdrowe a do tego bardzo proste w wykonaniu. Do ich zrobienia nie użyłam ani grama mąki czy cukru i dzięki temu oboje z Cezarym możemy się nimi często raczyć bez lęku o narażenie zasad naszej diety niskowęglowodanowej.
Do ich wykonania potrzebujemy:
2 białka kurze
Kilka kropel aromatu waniliowego albo migdałowego
szczyptę soli
3 albo cztery łyżki ksylitolu, erytrytolu albo po prostu cukru, jeśli ktoś nie ma oporów w jego używaniu
Mniej więcej po garści różnych ziaren: sezamu, słonecznika, dyni, lnu i maku.
Garść drobno posiekanych jakichkolwiek orzeszków (ale niekoniecznie)
Szklankę wiórków kokosowych
Najpierw trzeba widelcem albo trzepaczką dobrze wymieszać białka z ksylitolem, aromatem i solą. Nie ma potrzeby robienia piany. Wystarczy by wszystkie składniki dobrze się w rozpuściły.
Następnie dosypuje się do owego białkowego płynu po kolei wszystkie ziarna, wiórki, orzeszki i dokładnie miesza masę. Ma być gęsta, zwarta, mokra i lepka. Dlatego sami musimy regulować sobie ilość dosypywanych składników. Gdyby masa była zbyt rzadka dokładamy więcej ziaren albo wiórków kokosowych. A gdyby stała się zbyt gęsta można dodać jeszcze jedno kurze białko.
Teraz rozgrzewamy piekarnik do ok. 150 – 160 stopni Celcjusza.
Bierzemy płaską, dużą blachę i wykładamy ją papierem do pieczenia.
Nakładamy na ów papier łyżką i rozpłaszczamy jak najcieniej naszą ciasteczkową masę.
Wkładamy blachę do piekarnika i pieczemy aż do zrumienienia z obu stron (trwa to ok. pół godziny albo trochę dłużej).
Jeśli nam się nie spieszy a nasze kubki smakowe nie powodują u nas ślinotoku, wyczuwszy dobiegający z pieca wspaniały, kokosowo-orzechowy zapach wypieku, możemy pozwolić by ciasto wystygło w piekarniku. Natomiast, gdy mamy przemożną ochotę by jak najszybciej zacząć chrupać ciasteczka wyjmujemy blachę z piekarnika i zanosimy ją w jakieś chłodne miejsce. U mnie najzimniej jest zawsze na ganku. Dlatego studzę tam wszystko a nawet w sezonie jesienno-zimowym przechowuję potrawy w garnkach, półmiskach i rondlach niemieszczących się w lodówce.
Wystudzone porządnie twarde i sztywne niczym karton ciasto trzeba oderwać ostrożnie od papieru do pieczenia a następnie pokroić ładnie nożem albo połamać na nieregularne kawałki.
I voila! Oto możemy już chrupać z rozkoszą smakołyki, które są nieco podobne do sklepowych sezamków, ale moim zdaniem, o niebo od nich lepsze, bo nie tak przeraźliwie twarde i słodkie. A jeśli mamy chęć na istną rozpustę smakową można sobie owe ciasteczka polać rozpuszczoną, gorzką czekoladą (ale to znacznie wydłuża czekanie na degustację!). Możne też je czymś posmarować: konfiturami, dżemem, powidłami, serkiem homogenizowanym, bitą śmietaną czy po prostu masłem. I mówię Wam – pycha nad pysznościami!:-)
I jeszcze ciekawostka. Otóż powyższe ciasteczka można sobie również zrobić w wersji na słono. Jeśli oczywiście ktoś miałby ochotę na zdrowe, smakowite, słone chrupanki! Wówczas nie dodajemy do ciasteczkowej masy żadnego słodzidła ani wiórków kokosowych a za to dosypujemy więcej soli, można dodać papryki (słodkiej albo ostrej, jeśli lubi się uczucie piekła w gębie) oraz wszystkich innych dodatków smakowych, które lubimy. Mogą to być np. ziarna czarnuszki czy kminku, płatki chili, pieprz czarny albo ziołowy, curry czy suszony czosnek albo cebulka. Dobrze pasuje też do tego dodatek startego na tarce żółtego sera.
Z powyższych składników powstają chrupiące, zdrowe krakersy, które możemy zajadać same albo z jakimiś smarowidłami typu: masło, pasztet, serek, domowy smalec ze skwarkami czy co tam komu jeszcze przyjdzie do głowy!:-)
Wystarczy spojrzeć za okno by zauważyć, iż przeminął już październikowy przepych barw i mocnych odcieni purpury, czerwieni, złota i rudości. Coraz mniej na drzewach liści… Odziany w poszarpaną kapotę listopad rozsiada się wygodnie na swym jesiennym, uplecionym z czarnych gałęzi tronie. Nuci wietrzne śpiewki i pełne szelestów deszczowe bajanki. Szumi niegasnącymi wspomnieniami i nadziejami. Szepcze coś o przemijaniu i tęsknocie, o upartych pytaniach bez odpowiedzi i nagłych niespodziankach od losu, czasu czy też Wszechświata…Zasnuwa mgłami i mżawkami widok na wzgórza, lasy, łąki oraz tajemnicze oddale...
To dobry czas na rozkoszowanie się domowym zaciszem. Na odpoczynek od wieści ze świata. Na zanurzenie się w świat książek, filmów, muzyki czy robótek ręcznych. To także idealna pora na wypiekanie a następnie zajadanie takich prostych, domowych ciasteczek z niespodzianką. A gdy jeszcze do tego popija się herbatkę z imbirem i cytryną albo grzane wino, wtedy ciepło szybko opanowuje spracowane ciało a miły spokój duszę…I na ten listopadowy czas tego właśnie z całego serca Wam życzę!:-)