Chcę napisać o Australii a jednocześnie mam wiele ku temu oporów. To bowiem jeden z tych bliskich mi, trącających coś bardzo ważnego w duszy tematów, które trudno podjąć ot tak, z biegu, spontanicznie i lekko. W przeszłości pisałam tu wiele o tej wielobarwnej, zachwycającej krainie, ale czasy były to zgoła inne i moich wspomnień nie zaburzała obecna, niewesoła rzeczywistość. Łatwo mi było wtedy sięgać do kufra pamięci i wydobywać stamtąd materie zaklętych w czasie wspaniałych chwil, mieniących się błękitem nieba i oceanu, złotem słońca i rozległych plaż, oliwkową zielenią buszu albo oranżem i różem niezmierzonych, niknących w tajemniczej dali dróg. Mam też przykre uczucie, iż gdy ujmę to, co się w Australii teraz dzieje w adekwatne do obecnej sytuacji, twarde słowa, w pewien sposób odrę tamte dawne wspomnienia z właściwego im, delikatnego uroku. I na zawsze zniknie też we mnie to przyjemne wrażenie, iż istnieje gdzieś na ziemi i istnieć będzie raj, do którego wprawdzie więcej już nie trafię, ale którego dane mi było kiedyś dotknąć, zwiedzić jego kawałek, nacieszyć się tym niezmierzonym, niewinnym pięknem.
Cóż. Być może nigdy tego raju nie było, tylko ja tak sobie tę krainę wyobrażałam, w cudowną maskę wyjątkowości ustrajałam? Przypuszczam, iż skłonność do ubarwiania i postrzegania wszystkiego przez różowe okulary towarzyszyła mi często do tej pory. Domyślam się też, iż widać to w większości moich tekstów blogowych. Sama już nie wiem, czy to takie moje celowo skrzywione patrzenie, czy może nieumyślne upiększanie rzeczywistości…? I zdaje mi się, że to chyba nie tylko ja dodaję jakiegoś szczególnego kolorytu zwykłym dniom. Nie tylko ja przedstawiam ich wyidealizowany, nieco daleki od prawdziwości obraz. Wielu z nas, blogerów, ucieka od trudnych, dokuczliwie dręczących spraw w świat swych pasji, opisów zwyczajnej, lecz błogiej codzienności, czy niezwyczajnych, fascynujących podróży. Nas wszystkich męczą już bardzo kwestie polityczne i społeczne, tematy stale obecne w głównych mediach. Chcemy mieć jakąś spokojną niszę, przykurzoną szufladę, gdzie możemy się przed tą przytłaczającą rzeczywistością medialną czy też realnie się wokół nas dziejącą schronić. Pewnie też dlatego tworzymy w blogosferze dalekie od naprawdę męczących nas problemów wyspy. Wyspy swojskie, niezmienne lekkie i pogodne, pływające w oceanie półprawd i niedopowiedzeń, otulone w mgłę niewinnych, słodkich marzeń oraz pobożnych życzeń…
A wracając do tematu Australii. Teraz, to znaczy mniej więcej od marca ubiegłego roku, niemal wszystko zmieniło się w niej o sto osiemdziesiąt stopni. I choć nadal istnieją tam kolorowe, niezwykłe przestrzenie, choć nadal wśród żółtych traw pasą się stada kangurów a między gałęziami eukaliptusów smacznie drzemią misie koala, to dziwaczny, pełen grozy świat, jaki kreują tam ludzie nic już z baśnią nie ma wspólnego a wręcz przeciwnie z horrorem, dramatem, futurystyczną wizją szaleńca albo z koszmarem sennym. Od momentu zwiększonej popularności tematu pandemii coraz gorzej się na Antypodach dzieje i przeraża mnie to, boli, przygnębia, zaburza kruchą równowagę, jaką staram się osiągnąć na moim podkarpackim, bliskim naturze końcu świata. Oczywiście, nie tylko temat Australii jest takim drażniącym me serce cierniem, ponieważ to, co wyprawia się w niej w różnym stopniu powiela się też w innych, o wiele bliższych geograficznie krajach. Polityczny schemat działania jest przecież wszędzie ten sam. Pandemia, przymus, segregacja, kontrola, cenzura, doprowadzenie społeczeństw do całkowitego podporządkowania władzy skorumpowanych polityków i wszechwładnych korporacji, zmiana ustroju gospodarczego, drożyzna i powszechna bieda. Polska także niestety tańczy, jak jej zagrają, ale nie wprowadza na razie, być może z braku odwagi, tak diametralnie godzących w wolność człowieka zmian, jakie wprowadziła już na swoim terenie Australia. Może też być, że po prostu mamy zbyt nieudolny, składający się z mało kompetentnych ludzi rząd, który nie potrafi postąpić z krnąbrnymi obywatelami tak ostro jak należy. Ale rząd zawsze może upaść. Wszak już pchają się w kolejce do władzy i koryta jeszcze bardziej bezwzględni oraz radykalni, choć z pozoru miłujący wolność czy też postępowy liberalizm politycy…
Zszokowana tym, co się w Australii rozgrywa, a zwłaszcza brutalnymi, sadystycznymi wręcz polowaniami policjantów na łamiących wg nich prawo własnych obywateli, gloryfikacją segregacji sanitarnej, donosicielstwa i powszechnej inwigilacji, nie potrafię zrozumieć, jak z pogodnej, pełnej swobody i luzu krainy Australia mogła tak szybko przekształcić się w państwo policyjne, w omal faszystowską dyktaturę. Kompletnie kłoci mi się to z jej obrazem, jaki miałam w sobie wyjeżdżając z Antypodów w 2010 roku. Jedenaście lat temu żegnałam Australię jako ogromną, wielobarwną wyspę wolnych, niezmierzonych przestrzeni, fascynującej, różnorodnej przyrody, rozwijających się szybko miast oferujących tubylcom oraz licznym emigrantom wygodne, w miarę dostatnie i spokojne życie. Wiele się niestety od tamtej pory zmieniło…

Pamiętam, iż w początkowej fazie lat dwutysięcznych obie największe tamtejsze aglomeracje, czyli Melbourne i Sydney wygrywały we wszystkich rankingach badających poziom zadowolenia ludzi z mieszkania w nich. Także dla osób spoza Australii jawiły się owe miasta jako wymarzone do egzystencji, dające taki poziom życia, jaki byłby wręcz niemożliwy do osiągnięcia w innych częściach świata. Gdyby dzisiaj zrobiono taki ranking obawiam się, że oba te miasta znalazły by się na którymś z ostatnich miejsc. No bo kto rozsądny z własnej woli chciałby mieszkać w więzieniu o zaostrzonym rygorze? Wszak dzisiaj nie da się wyjechać z krainy kangurów ani też do niej wjechać. I nikt nie ma pojęcia jak długo owe całkowite zamknięcie będzie jeszcze trwać. Australia to teraz tak jak na początku swego istnienia w osiemnastym wieku wyspa skazańców i niewolników. Od prawie dwóch lat jej obywatele ograniczeni są zakazem przemieszczania się nie tylko za granicę, ale nawet w obrębie swoich miast. Kolejne lockdowny (obecnie chyba ma miejsce szósty!) zabraniają na terenie stanów Wiktoria, Nowa Południowa Walia oraz w mniejszym stopniu Queensland takich np. działań jak: przemieszczania się między stanami, wyjścia z domu w promieniu dalszym, niż 5 kilometrów, wychodzenia na świeże powietrze na dłużej niż na godzinę, kontaktowania się z sąsiadami oraz odwiedzania rodzin, zabaw dzieci w gronie większym, niż trzyosobowym, robienia zakupów więcej niż raz dziennie i tylko przez jedną osobę z rodziny, pisania w mediach społecznościowych prawdy o tym, co się tam dzieje... Ech! Długo by wymieniać. Ilość koszmarnych zakazów i nakazów stale się zmienia a jest przy tym tak absurdalna, tak nie mieszcząca się w głowie, że doprawdy nie wiem, jak żyjący tam ludzie dają radę się do nich dostosować, ogarnąć to wszystko, jak nie powariowali jeszcze do reszty, jak zachowali w sobie resztki wiary w jakąś lepszą przyszłość.
Czy Australijczycy buntują się przeciw takiemu stanowi rzeczy? Owszem i te bunty są coraz częstsze, coraz bardziej masowe. Niestety, tłumi się je coraz okrutniej i bezwzględniej a większość społeczeństwa, jak donoszą badania tamtejszej opinii publicznej, owe brutalne działania policji popiera. Społeczeństwo Australii w przeważającej mierze zdaje się ufać swym władzom, wierzyć w ich pełną manipulacji narrację, a co gorsza potępiać osoby wyłamujące się spod narzucanych wszystkim norm i totalitarnych obostrzeń, mając je za szkodników, niebezpiecznych szaleńców, głupców oraz egoistów. Co gorsza, wielu Australijczykom odpowiada obecny, pandemiczny stan rzeczy, bo chociaż nie wolno im pracować, to państwo przydziela im za to przymusowe nieróbstwo wielce satysfakcjonujące odszkodowania pieniężne. Nadal stać ich zatem na posiłki z McDonaldsa i Kentucky Fried Chicken. Nadal mogą popijać w domu galony taniego piwa i zagryzać to wszystko kilogramami chipsów, grając przy tym w ulubione gry akcji na komputerze, albo oglądając w TV kolejny durny serial, show, czy też amerykański film science-fiction. A że w tym czasie na ulicach Melbourne jacyś ludzie ganiani są, pałowani, powalani na ziemię, bici, przyduszani, zakuwani w kajdanki, upokarzani i gazowani niczym dzika zwierzyna? Widocznie sami się o to prosili! A że znajdują się tacy, co zamiast korzystać z błogiej bezczynności i nastawiwszy do szczepienia ramiona bez szemrania podporządkowywać się wymaganiom władz, to już ich sprawa. Jak chcą kłopotów, to mają! Niech tylko ich innym nie przysparzają. Niech się najlepiej do porządnych ludzi w ogóle nie zbliżają, bo jeszcze ich czymś tak niebezpiecznym jak niezależne myślenie zarażą…?
Jak to się mogło
stać, że będąca uosobieniem marzeń podróżników i emigrantów kraina stała się
tak bardzo zniewolonym, przerażającym państwem? Oboje z Cezarym próbujemy
znaleźć w jej historii zwiastuny dzisiejszej, koszmarnej rzeczywistości. I tak,
począwszy od okoliczności i powodów powstania tego kraju widzimy, że zawsze
dobrze miała się tam mentalność wszechwładnych panów i podporządkowanych we wszystkim oraz srodze za
każde przewinienie karanych zesłańców czy też obywateli drugiej kategorii albo
wręcz podludzi, jak w mocy prawa do niedawna traktowano jeszcze Aborygenów. Uświadamiamy
też sobie, że w przeszłości nie patyczkowano się tam nawet z białymi
emigrantami. Żony oddzielano od mężów a dzieci umieszczano w domach dziecka,
gdzie często były bite oraz wykorzystywane seksualnie. Natomiast w bardziej
współczesnych nam czasach Australia przodowała w poprawności politycznej,
zwalczając i potępiając wszelkie od niej, uważane za staroświeckie i szkodliwe,
odstępstwa. Większość urodzonej i wychowanej w tym państwie młodzieży łyka
medialną papkę bez najmniejszej refleksji i krytyki. Obywatele nauczeni są bezgranicznego zaufania do instytucji państwa
i rządu oraz potulnego podporządkowywania się
najdziwaczniejszym nawet przepisom i normom. I nic dziwnego, że tak
właśnie jest. Wszak ludziom do niedawna całkiem dobrze się w tym kraju żyło. Większość
ich czuła się zaopiekowana i spokojna, co do swej przyszłości. Uczelnie wyższe oraz
służba zdrowia cieszyły się zasłużoną renomą. Bezrobotni dostawali niezłe
zasiłki. Emeryci wystarczające do godnego życia emerytury. A pracownicy
zadowalające ich wypłaty. I wszędzie, jak kraj długi i szeroki budowano nowe osiedla
mieszkaniowe oraz wielkie supermarkety. Gdzie nie spojrzeć rozciągały się
wspaniałe autostrady a gaz i benzyna były w miarę tanie. Poza tym państwo to nigdy nie doświadczyło na
swym terenie okupacji ani też konfliktu zbrojnego (nie licząc bombardowań japońskich
z czasów II w. światowej w obrębie miasta Darwin). Nie niepokojone z zewnątrz,
bezpieczne ze względu na swe wyspiarskie położenie dryfowało na oceanie
historii niby niezniszczalna, niezatapialna łódka. To wszystko sprawiło, że
obywatele australijscy trwali tam niby w złoconej bombce choinkowej i nikt w
najśmielszych nawet snach nie przypuszczał, iż na owym zaczarowanym cacku mogą
pojawić się kiedyś jakieś rysy, że ta bańka może wkrótce pęknąć. A te wiodące w wabiące oddale drogi, cudowne plaże oraz inne cuda tej wspaniałej krainy mogą stać się dla Australijczyków niedostępne...
Obejrzeliśmy niedawno z mężem na YT australijsko-brytyjski film z 2005 roku opowiadający prawdziwą historię ucieczki z owej wyspy totalnego szczęścia dziewczyny pełnej niesamowitej odwagi i determinacji, zesłanej tam w 1788 r. za banalną kradzież. („Niesamowita podróż Mary Bryant”). Mary została skazana na siedem lat pobytu w australijskiej kolonii karnej, ale jej pragnienie wolności i niezależności sprawiło, iż nie bacząc na zagrożenia i niebezpieczeństwa zdołała wydostać się z miejsca swego zesłania i po wielu perturbacjach dotrzeć z powrotem do Anglii. W wytęsknionej ojczyźnie została wtrącona do więzienia i osądzona, ale ponieważ historia jej życia wzruszyła ogromną część ówczesnego społeczeństwa angielskiego ostatecznie uniewinnioną ją i pozwolono wrócić do rodzinnego domu w Kornwalii. Zastanawiam się, czy gdyby ktoś obecnie chciał bez zgody władz poważyć na się samowolne opuszczenie Australii, też spotkałby się z podobnym zrozumieniem i łaską? Boję się, że we współczesnych czasach osoba taka zostałaby srodze osądzona i skazana na najcięższą z kar. Poza tym dzisiaj wręcz niemożliwe jest swobodne poruszanie się gdziekolwiek bez wiedzy szpiegujących wszystkich telefonów komórkowych, dronów i innych elektronicznych, nowoczesnych urządzeń, bez paszportów, zaświadczeń i magicznych kodów QR. Australia, jako stale udoskonalający się w inwigilacji swych mieszkańców kontynent skazańców jest świetnie zabezpieczona przed wszelką ewentualnością ucieczki ze swego „raju”. Nikt nie wsiądzie dzisiaj w byle łódeczkę i nie przedrze się przez silne prądy oceaniczne, przez rafy i sztormy, a przede wszystkim przez tysiące kilometrów dzielące ów ląd od najbliższego kraju. A nawet gdyby jakimś cudem współczesnej Mary Bryant udało się przepłynąć ów bezmiar wód i tak nie miałaby gdzie schronić się przed zamordystycznym aparatem, panoszącej się wszędzie totalnej władzy. Wszak jak napisałam powyżej świat zdaje się działać według jednego planu i upodabniać się do siebie w najgorszych, najbardziej drastycznych dla swych obywateli działaniach i zamierzeniach. Co jest ostatecznym celem tej ogarniającej cały glob antywolnościowej polityki? Aż strach pomyśleć…

Tak czy siak oboje z Cezarym pożegnaliśmy już w swych sercach Australię taką, jaką znaliśmy i kochaliśmy. Z dawnych, dobrych czasów, gdy w niej mieszkaliśmy zostały nam coraz bardziej blaknące wspomnienia, setki tysięcy kolorowych zdjęć oraz westchnienie dogłębnego smutku, świadomości, iż najprawdopodobniej tamta rzeczywistość nigdy już nie wróci…*
* Wszystkie zamieszczone w tym poście fotografie zrobiliśmy z Cezarym przed 2010 rokiem. W czasach normalności.
















