niedziela, 1 lipca 2018

Spotkanie na parkingu…




   W życiu jest czas na wszystko, na smutek i radość, na narodziny i na śmierć, na słońce i na deszcz, na samotność oraz ciekawe spotkania z ludźmi. I pewnie natura jakoś to reguluje, utrzymuje w równowadze a tylko nam zdaje się czasem, że czegoś mamy zanadto a czegoś innego za mało albo wcale. Ale dzisiaj jest tak a jutro inaczej. Nie da się przewidzieć, zaplanować czy też powstrzymać wielu spraw. Tak jak pogody. Proszę, oto lipiec zaczął się tak, jakby był wrześniem a nawet październikiem. Chłodno a nawet zimno, deszczowo i pochmurnie. Mieliśmy nietypowo gorący i suchy maj a więc przyroda równoważy to teraz chłodnym i mokrym początkiem lata. Jak będzie potem? Czas pokaże.
   Bo czas prędzej czy później odkrywa swe karty – nie zawsze jednak takie jakich byśmy pragnęli.  Ale dzięki sile woli oraz wierze w siebie i ludzi,  gramy dalej i niekiedy udaje się nam osiągnąć jakiś mały czy też większy sukces.  Wszystko wymaga cierpliwości i wytrwałości. Największa moim zdaniem sztuka, najbardziej potrzebna w życiu umiejętność to cieszyć się tym, co mamy i zawsze umieć zauważać jakieś światełko w tunelu. Przyjmować z pokorą swój los a dzięki małym, codziennym radościom żyć dalej…Nie zawsze mi się to udaje, dlatego tym bardziej podziwiam ludzi, w których trwa niezmienna pogoda ducha, którzy wręcz nią promienieją, nie przejmując się niczym zanadto, po prostu idą dalej biorąc rzeczy takimi, jakimi są i patrząc z ufnością w przyszłość...



   Spotkałam przedwczoraj pewną niezwykłą kobietę na parkingu przed sklepem. Czekając na Cezarego, który poszedł po pasek klinowy do naszej krajzęgi ucięłam sobie dość długą pogawędkę z mieszkanką pobliskiej wsi. Siedziałam na progu otwartego samochodu, odpoczywając po kilku godzinach pracy przy drewnie. Wyjazd do sklepu potraktowałam jako miły przerywnik od tej ciężkiej harówki. Wystawiłam utrudzone nogi przed siebie a twarz ku tak rzadkiemu w ostatnich dniach na Podkarpaciu słońcu. Przymknęłam oczy rozmyślając o paru sprawach, na które nie mam wpływu a głównie o tym, że ta robota przy drewnie z roku na rok zdaje mi się coraz cięższa…



   Wtem ktoś delikatnie zadzwonił tu przy mnie dzwonkiem rowerowym, wyrywając mnie  z tego ciężkiego zamyślenia.  A ledwo zadzwonił odezwał się z tak charakterystycznym dla tych stron nieco śpiewnym akcentem.

- Miło tak w słoneczku posiedzieć!

   Otworzyłam oczy i zobaczyłam przed sobą szczuplutką, pogodną, skromnie, ale gustownie ubraną kobiecinkę, która po zrobieniu zakupów dosiadała właśnie swego brązowo-żółtego rumaka, roweru damki. Uśmiechnęłam się do niej i zapytałam skąd dojeżdża. A ona rozgadała się tak bardzo, że opowiedziała mi niemal całe swoje życie. A że mówiła ciekawie i z pasją, to kilkanaście minut w jej towarzystwie przeleciało mi jak z bicza strzelił.

    Pani Maria i jej mąż nie mają samochodu, ale mimo to nieźle sobie radzą. Kobieta na rowerze dojeżdża co dzień do oddalonego o dobrych parę kilometrów sklepu. W pogodę i niepogodę. W lecie i w zimie. Ładuje zakupy na koszyczek bagażnika i dzielnie pedałuje pod górkę z powrotem. Ma siedemdziesiąt dwa lata. Nie dałabym jej nawet sześćdziesięciu.  Rower dostała dwa lata temu od dzieci na pięćdziesiątą rocznicę ślubu. Mąż też dostał, ale ani razu się na nim nie przejechał. Kobieta dba o swój pojazd. To widać. Rower błyszczy jakby prosto ze sklepu. Tak jak błyszczą młodzieńczym blaskiem jej szarobłękitne oczy. Bardzo wcześnie wyszła za mąż. Urodziła sześcioro dzieci. Ma kilkanaście wnucząt i kilkoro prawnucząt. Działa aktywnie na rzecz parafii. Pomaga w prowadzonym przez siostry zakonne domu opieki. Przynajmniej raz na tydzień lepi kilkaset pierogów dla jego pensjonariuszy. Za darmo. Lubi być pomocna. Lubi widzieć radość na twarzach ludzi. Zanosi zakonnicom wszystko to, czego ma za dużo z gospodarstwa, pola i ogródka.

- A co się ma marnować! – śmieje się.
- A tam wszystko się przyda. Ziemniaki, buraki, koperek i ogórki, mleko i biały ser! Cokolwiek!

Rozmawia ze staruszkami, za rękę potrzyma, po buzi pogłaska. I leci do siebie, bo robota czeka a chorujący na serce mąż niewiele jej w czymkolwiek pomaga.

- Prawdę mówiąc, to nigdy za bardzo nie pomagał. Zrobił swoje w polu i w domu już nigdy za nic się nie brał. Tak był wychowany a i ja nie spodziewałam się po nim wiele, bo i w mojej rodzinie kobiety były zawsze robotne i wesołe a mężczyźni niewiele interesowali się domowymi sprawami.
- Mój mąż był i jest nerwusem, uparciuchem i marudą. Nigdy za nic nie podziękuje, niczego dobrego nie zauważa, nie docenia.  Nie za bardzo się da z nim spokojnie pogadać. Pewnie dlatego tak mnie ciągnie do innych ludzi… - westchnęła kobieta. I to był jedyny moment podczas całej naszej rozmowy, gdy zachmurzyła się na moment. Bo już za chwilę rozjaśniła się mówiąc o planach na dzisiejsze popołudnie.
- Dzieci z miasta się spodziewam! Upiekłam rano sernik i placek z wiśniami. Pierogów z kapustą i ziemniakami nalepiłam. Ich ulubionych.
- Syn zostanie na kilka dni, to drewno nam potnie a wnuki zwiozą wszystko do szopki żeby wyschło.
- A na wakacje przyjadą wnuki z Francji. Cóż to za kochane dzieciaczki! Mówią zawsze, że nigdzie nie jest im tak dobrze, jak u babci!
- A jak u pani ze zdrowiem? – pytam pełna podziwu nad jej nieskazitelną sylwetką, gładką skórą na twarzy, gęstą szopą siwych włosów.
- Ech! Dzięki Bogu wszystko dobrze! Kręgosłup czasem tylko nawala, ale jak się maścią rozgrzewającą posmaruję, wszystko jak ręką odjął przechodzi! – odpowiada poprawiając koszyczek na rowerze.
- Teraz to ludzie na wszystko narzekają, stale czegoś niezadowoleni i smutni chodzą. W przychodni pełno młodych siedzi.  A ja urodziłam się w kurnej chacie i przed świtem do roboty wstawałam a kładłam się, jak już wszyscy posnęli. I nic mi nie było. Długo nikomu z naszych nie śniło się o elektryczności. Człowiek przywykł do wszelkich trudów. Dlatego byle co go cieszyło. A najbardziej to, co dzięki pracy własnych rąk zdobył! – mówi z przekonaniem pani Maria a osłaniając oczy przed słońcem uśmiecha się i szepcze:
- Mnie się zdaje, że jak się robi coś dobrego, to już samo to człowieka powinno cieszyć. Bo po to jest to życie żeby wykorzystać dany nam czas na działanie, na pracę, na pomoc innym. I robić tak nie dla żadnej podzięki, choć miło jest, gdy ktoś nas zauważa i docenia, ale po prostu dlatego by nie marnować czasu, by dziękować Bogu za wszystko, co człowiekowi daje. Po mojemu to grzech narzekać, gdy wszystko wokół kwitnie a człowiek ma dwie ręce zdatne do roboty.
- A wie pani, jaka mnie radość zeszłej soboty spotkała? – uśmiechnęła się kobiecinka.
- Otóż zachodzę ja do kuchni moich siostrzyczek w domu opieki. Niosę im placek z kruszonką, bo  wiem, że lubią a tu one od drzwi ściskają mnie i do gościnnego pokoju prowadzą. A tam stół bogato zastawiony różnymi smakołykami. Nawet wino porzeczkowe było, co tylko od wielkiego dzwonu wyciągają. I wielu staruszków siedziało za stołem a na mój widok zaczęli wszyscy śpiewać „sto lat”!
Bo ja parę dni wcześniej skończyłam siedemdziesiąt dwa lata a oni się o tym jakoś dowiedzieli i chcieli zrobić mi z tej okazji miłą niespodziankę!
- Ach, popłakałam się aż ze wzruszenia! – wyznała kobieta ocierając zwilgotniałe nagle powieki.
- Teraz muszę już jechać, ale może jeszcze kiedyś się spotkamy i pogadamy! – szepnęła na pożegnanie uśmiechając się do mnie serdecznie.

   Odwzajemniłam ten szczery uśmiech. Chętnie bym ją uścisnęła, ale nie miałam odwagi. Zawołałam tylko, że cieszę się, iż ją spotkałam i dziękuję za miłą rozmowę. Zauważyłam, że zbliża się Cezary z upragnioną częścią do naszej cyrkularki a więc czas wracać do domu i zabierać się za ciąg dalszy pracy ze stosami drewna na opał.

- Ale gaduła z tej kobiety! Widziałem was stojąc w kolejce do kasy. Jakbym nie przyszedł, to chyba by tak pół dnia nawijała! Chyba mocno zmęczyła cię tym gadulstwem! - stwierdził mój mąż odpalając silnik i wyjeżdżając z zatłoczonego od wielokolorowych samochodów parkingu. Chmury nad pobliskimi wzgórzami układały się w łagodne, szaro - granatowe fale a srebrzysta szosa rozpościerała się przed nami zachęcająco i tajemniczo. Wiatr przywiewał z oddali słodki zapach dojrzewających zbóż, rumianków i  przekwitających lip.

- Wcale nie! Bardzo się cieszę, że ją spotkałam! – odrzekłam odwracając się i śledząc z uśmiechem znikającą za zakrętem drogi szczupłą postać siwowłosej kobiety na brązowo-żółtym rowerze…




Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost