…Co dzień o poranku człapię do kuchni, łykam swoją tabletkę
i zrywam kolejną kartkę z kalendarza. Taki to nawyk i rytuał. Czytam sentencję
na dany dzień, tak jakby miała być to jakaś sekretna, tylko dla mnie
podpowiedź, wskazówka od Losu, prąd oceanu, który zawiadywać mną będzie tego
dnia. Nie zawsze jednak mój umysł jest wówczas na tyle przebudzony bym mogła
dostatecznie zrozumieć i przemyśleć to, co właśnie przeczytałam. Wiem tylko, że
to coś mądrego, że w lapidarnym stwierdzeniu kryje się naprawdę wiele, jednak
cała głębia tej myśli często mi umyka. Dlatego zbieram te kartki i gdy mam
więcej czasu i siły czytam je uważnie. Raz jeszcze i jeszcze raz, sprawdzając
co zawarte na nich słowa znaczą dla mnie, czy w ogóle potrafię w nich znaleźć
jakieś do siebie odniesienie. Dlaczego to robię? Cóż, człowiek przez całe życie
szuka sensu w życiu, jakiejś gwiazdy przewodniej, dzięki której przestanie
wreszcie błądzić i ginąć w pustce. Poza tym codzienność, która jest zazwyczaj
intensywnym i powtarzalnym działaniem zasługuje też na dodatkową warstwę
namysłu po to by nie uleciała, jakby jej nigdy nie było, po to by docenić i
zrozumieć to, co jest. A ciężko zebrać w głowie jakieś sensowne myśli, ciężko coś
z siebie samej ulepić, gdy upał zniewala i osłabia albo gdy zmęczenie każe paść
gdzieś w cień w pozycji horyzontalnej i choć na moment odpłynąć w błogi niebyt
snu…
„Wejdź na pierwszy
stopień. Nie musisz widzieć całych schodów, po prostu wejdź na pierwszy
stopień. (Martin Luther King)”
Najtrudniej coś
zacząć. Potem jakoś już leci, prawda? Człowiek wciąga się, zapomina o lęku, o
niewierze w swoje możliwości, o porównaniach z innymi ludźmi i o destrukcyjnych
doświadczeniach. Robienie czegokolwiek jest lepsze, niż nierobienie niczego.
Skok na głęboką wodę lepszy, niż wieczne stanie na brzegu. Życie to działanie…. Zbudowaliśmy szerokie schody wejściowe a od od
parunastu dni w pocie czoła tworzymy z Cezarym solidne murki wokół domu. Mają one przykryć
szpetny fundament, ocieplić go trochę oraz przy okazji ozdobić nieco nasze
domostwo. Ciężka to praca. Trzeba zgromadzić sporo różnych rozmiarów kamieni
rzecznych oraz gruzu. Przy pomocy niezliczonej ilości piasku i cementu wyrobić
mocny beton. Mieszać go i mieszać. Kłaść precyzyjnie pilnując by nie był ani za
rzadki ani za gęsty. Dopasować odpowiednio kamienie, które będą trzymać tę
budowlę i nadawać jej kształt. A żar cały czas leje się z nieba albo wręcz
przeciwnie ni z gruszki ni z pietruszki burza z piorunami i ogromną ulewą
rozmywa niestwardniały jeszcze beton i prawie cała praca na nic. Trzeba
zaczynać od początku…Zaczynamy więc a po wielu godzinach umęczeni i spoceni wreszcie
kończymy. Zadowoleni spoglądamy na dzieło. Nie spodziewaliśmy się, że wyjdzie
to tak dobrze i ładnie. A kiedy wszystko porządnie wyschnie i stwardnieje psy
natychmiast przysposabiają owe murki dla siebie. Wygodnie i błogo im tam
polegiwać, gdy życzliwy cień otula do południa nasz dom…Uśmiechamy się patrząc
na nie…Warto było, choćby dla nich...
„Jeśli wyruszysz w
drogę, droga pojawi się. (Rumi)”
No właśnie! Wchodzisz
w coś. W wielką niewiadomą. Idąc przed siebie tworzysz to, co przed Tobą.
Myślą, nastawieniem do czegoś,
potrzebami serca. Przeważnie ta droga
jest całkiem inna niż w wyobrażeniach. Bo rzeczywistość weryfikuje wszystko. Wciąż
jednak jesteś współtwórcą tej drogi. Bez Ciebie ona nie istnieje. Podejmujesz
decyzję i idziesz konsekwentnie tam, gdzie czujesz, że iść powinieneś… Spoglądam
na Misię, moją niewidomą psinkę. Rok temu postanowiłam, że trzeba dać suni
szansę na życie, na zaznanie psiej radości, na wzbogacenie naszej codzienności.
Nauczyłam się przy niej wiele, bo i ona nauczyła się mnóstwa rzeczy. Nie dość,
że zapamiętała dokładnie topografię ogrodu oraz lasu, to przezwyciężyła
skutecznie własne lęki przed niewiadomą, przed obcymi ludźmi, głosami,
przeszkodami na drodze, nagłymi spadkami terenu. Powoli, małymi kroczkami albo
nagłymi zrywami odwagi Misia wciąż idzie naprzód, skutecznie oswaja świat.
Cieszy się swobodnym biegiem przez łąki, drogą, która pojawia się pod jej
łapami…I ja też jak ta Misia wchodzę co dzień w kolejną niewiadomą. I oswajam
to, co da się oswoić a omijam to, co mogłoby zrobić mi krzywdę. Nie zawsze mi
to wychodzi, bo nie wszystko przecież ode mnie zależy, ale patrzę na Misię i
widzę, że jednego dnia uderzywszy się głową w pień, na drugi raczej już tego błędu nie
powtarza, gdyż ból to najlepszy nauczyciel…
„Tylko w ciemności
widać gwiazdy. (Martin Luther King)
Innymi słowy,
trzeba doświadczyć jakiegoś bólu, porażki, smutku aby móc zauważyć i należycie docenić
to, co jest zwyczajną kanwą codzienności. Jakże często zdarza mi się, że nie
umiem znaleźć w sobie iskry radości, pogody ducha, pewności siebie... Dzień za
dniem płynie podobny do siebie i ulotny jakby go wcale nie było. Upał, burza,
słońce, deszcz. Praca, spacery, muzyka, lektura. Wieści ze świata, spotkania z
ludźmi. Emocje dobre i złe. Śmiech, płacz, ciche rozmowy, kłótnie, łzy,
radości, przykrości, zabawy, westchnienia. Mrówcze działania. Plany na
przyszłość. I nagle przychodzi wieść, że ktoś bliski i drogi sercu ciężko zachorował
i nie wiadomo czy w ogóle z choroby wyjdzie, a jeśli wyjdzie, to jak będzie
potem wyglądało jego życie? I raptem ta dotychczasowa zwyczajność codzienna
nabiera niezwykłej wagi, jako coś co nie jest dane raz na zawsze, jako coś co
być może nigdy już nie będzie dane, jako gwiazda, której blasku nie potrafiło
się dość wyraźnie dojrzeć a przecież była i świeciła tak mocno…
„Emocje przypominają
fale: nie możemy ich powstrzymać, ale możemy wybrać tę, na której chcemy
surfować. (Jonatan Martensson)
„Najlepszy sposób
osiągnięcia szczęścia to rozsiewanie go wokół siebie. (Robert Baden-Powell)”
Wieczorami sprawia
mi przyjemność i pozwala odpocząć słuchanie muzyki. Ale nie tylko słuchanie, bo
przede wszystkim oglądanie koncertów muzycznych dostępnych w Internecie. Moje
ulubione to występy Andre Rieu i jego orkiesty. Ten holenderski skrzypek i dyrygent, zwany „królem walca” naszych
czasów od prawie trzydziestu lat podróżujący po świecie ze swoją orkiestrą gra
z nią najpiękniejsze melodie muzyki klasycznej i rozrywkowej, zaprasza do
współpracy najlepszych pieśniarzy i instrumentalistów, w odwiedzanych przez
siebie krajach sięga do najpopularniejszego, najbliższego sercom mieszkańców
danych krajów repertuaru. Najważniejsze miejsce w jego występach zajmuje zawsze
twórczość Johanna Straussa, ale płynąc swobodnie przez nastroje oraz skojarzenia
muzyczne na przykład w Grecji przedstawia „Zorbę”, w Izraelu „Nagilę” a w
Polsce „Szła dzieweczka do laseczka” albo „Niech żyje bal”. Koncert Andre Rieu
to całe show połączone z tańcem, uśmiechem, ciekawymi opowieściami skrzypka, z zachęcaniem
publiczności do wspólnego śpiewania, do swobodnych pląsów. I właśnie ta radość zgromadzonej
na tych występach publiczności jest tym, co mnie najbardziej zachwyca i porywa.
Widzę tłumy ludzi połączonych tą samą emocją, prostą radością obcowania ze
sztuką, pogodą ducha i zadowoleniem z bycia razem, z odnajdywania cudownej
wspólnoty międzyludzkiej, tej coraz rzadszej współcześnie a tak potrzebnej w
zgodnym, optymistycznym i życzliwym byciu „razem”. Andre Rieu rozsiewa
szczęście wokół siebie, zaraża nim, odsuwa smutki i zgryzoty precz, pomaga uwierzyć
w to, że na tym dziwnym świecie istnieje proste i zrozumiałe przez wszystkich piękno,
że jest między ludźmi tyle podobieństw, bo przecież z jednej jesteśmy nici
uwici. To rozsiewanie szczęścia i łączenie ludzi jest niepospolitą a jakże pożądaną obecnie umiejętnością.
Czasem po nakarmieniu duszy koncertami Andre Rieu wpadam na
deser w inne rejony muzyczne. Chcę bowiem ten stan uwznioślenia, wzruszenia i
radosnego spokoju przedłużyć i pogłębić. Słucham piosenek z „Piwnicy pod
Baranami”, Magdy Umer, Andrzeja Nardellego, Piotra Fronczewskiego czy Jacka
Wójcickiego. I wszystko jest dobrze dopóki nie spojrzę na komentarze pod
utworami wyżej wymienionych artystów. Poza słowami aplauzu i wzruszenia
pojawiają się też tam, niestety, wyrażenia pełne jadu, złości, podejrzliwości i
zajadłości. Polityka wszędzie wciska swe ohydne oblicze. Miesza i brudzi
najczystszą nawet wodę w jeziorze. Uciekam więc czym prędzej na video z
polskimi koncertami Andre Rieu. Mam nadzieję, że chociaż tam magia dobra i
wspólnoty trwa niepodzielne, że i tam więcej ludzi łączy niż dzieli, że nie
wkradł się na polskie koncerty jakiś złośliwy demon. Niestety, już po chwili stwierdzam z ogromną przykrością, iż i w te
rejony zdołał on dotrzeć. Komentujący te wspaniałe imprezy muzyczne dogryzają sobie
wzajemnie, przeinaczają wypowiedzi, poniżają, obrażają z mściwą satysfakcją. Po
co? Co nimi kieruje? Gdzie podziały się te pozytywne emocje, ta niezwykła
wspólnota przeżywania razem czegoś naprawdę dobrego i budującego? Przecież
każdemu potrzeba czasem oczyszczenia, oderwania, nieba na ziemi. Dlaczego zamieniać to niebo w piekło? Od
dawna staram się omijać w telewizji programy informacyjne i publicystyczne właśnie
po to aby nie doświadczać tych złych emocji, ale jak okazuje się, trudno przed
tym uciec. W tym świecie obrywanie aniołom skrzydeł sprawia co poniektórym dużo
satysfakcji…
My wszyscy z jednej nici uwici
my wszyscy...
wszystkich nas coś boli
coś śmieszy
lęk zaciska
muzyka od ziemi odrywa
zgryzota podcina skrzydła
lśni wzruszenie, kiedy w sercu
jakaś brama się odmyka
i zapada ciemna bezradność, gdy bezcenny
klucz
przepada...
tyle podobieństw
tyle bliskości
więc skąd ta obcość
ta dalekość
obojętność i samotność
niezrozumienie, niechęć i irytacja
a wreszcie wrogość, złość, pogarda
i pełne rezygnacji milczenie
bo już nic się nie da zrobić
bo nadzieja matką głupich
bo my mądrzy, tamci głupi
tamci mądrzy a my głupi
poplątanie
pomieszenie
przepaść
wstyd
a podobno wszyscyśmy z jednej nici uwici...
I co z tego?
Ano nic...
„Jeśli w naszych umysłach
stworzymy pokój, harmonię i równowagę, znajdziemy je również w życiu.
(Louise L. Hay)
Tak, bo od umysłów się
wszystko zaczyna. To, jak patrzymy na rzeczywistość tworzy tę rzeczywistość.
Jeśli widzimy w niej więcej zła niż dobra, to jej kanwą będzie to zło i
przebijać ono będzie spośród najpiękniejszych i najgrubszych nici haftu.
Spoglądam więc w stronę dobra niczym niezmąconego (choć coraz trudniej takie
znaleźć). Spoglądam i proszę by trwało, bo mimo bólów codziennych, niepokojów, niemożności,
pomimo zmęczenia i trosk, z którymi trudno się uporać tarzeczywistość wciąż ma w sobie dużo
pogody i ciepła a każdy dzień to nowa szansa, nowa opowieść, którą trzeba pisać
po swojemu, to droga którą trzeba iść odważnie i wytrwale póki sił wystarcza. A
wszystko po to, by nadszedł nowy, pełen
obietnic i ukrytych znaczeń dzień a także by można było zerwać kolejną kartkę z
kalendarza oraz własnego pomidora czy ogórka z krzaka...
„Szczęście nie jest
stanem, do którego się dąży, ale sposobem dążenia. (Margaret Lee Runbeck)








