Cztery lata temu dwoje szalonych, choć
całkiem sympatycznych dziwaków zwanych Olgą i Cezarym wróciło z Australii by
osiąść w maleńkiej, podkarpackiej wsi położonej na mało znanym turystycznie Pogórzu
Dynowskim. Nabyło tu niespełna hektarowe pole oraz położony na końcu wioski,
oddalony od sąsiadów murowany dom w fatalnym stanie z własnym duchem rezydentem
na dokładkę. Właśnie o takim siedlisku marzyli a przekonawszy się w życiu po
wielekroć, iż marzenia nawet wbrew zdrowemu rozsądkowi należy przekuwać w czyny,
aby potem nie żałować, iż się czegoś nie zrobiło osiedli w domku pod bukowym
lasem za towarzystwo mając jeno koty, psa oraz kury zielononóżki kuropatwiane.
Pogrążywszy
się bez reszty w skromnym lecz fascynującym bycie, codziennej, ciężkiej robocie oraz w nauce wiejskich
realiów i panujących w tych stronach stosunków tych dwoje zapragnęło po jakimś
czasie rozrywki, oderwania myśli od prozy życia oraz poznania podobnych sobie
zapaleńców i innych wrażliwych istot. Wówczas założyło bloga wiedząc, że w
internetowej mgle spotkać można naprawdę nietuzinkowych, rozumnych i
interesujących ludzi z całego świata. Skąd o tym wiedzieli? Ano przecież dawno
temu (a może wcale nie tak bardzo dawno!?) Olga i Cezary właśnie przez Internet
się poznali, wybrali i pokochali. Potem kilka razy świat dookoła oblecieli,
milion trudnych spraw przezwyciężyli, aby być nareszcie razem…
- Czy pisać o
tym, Czarku? Czy to nie nazbyt osobiste? – zastanawiając się onegdaj nad
blogowym tekstem rocznicowym, popadłszy w pełne rozterek zamyślenie zagadnęłam nagle
oglądającego wieczorne wiadomości męża.
- E, nie pisz!
Kogo to obchodzi? – mruknął Cezary i pociągnąwszy tęgiego łyka herbaty dodał –
A poza tym jest tyle mało pochlebnych, stereotypowych wyobrażeń o znajomościach
internetowych. Po co dawać ludziom powody do plotek?
- Ale to przecież
nie tylko nam się zdarzyło poznać w ten sposób i dobrze na tym wyjść! –
zawołałam – Jest mnóstwo par, które tylko dzięki Internetowi miało szansę na
odmianę losu i szczęśliwą miłość!
- Jednak jest też
pełno takich, którzy się nacięli i wyszli na tych wirtualnych znajomościach jak
Zabłocki na mydle. Sama wiesz, ilu wariatów, maniaków seksualnych i oszustów
kryje się pod tymi internetowymi nickami. Na początku potrafią robić dobre
wrażenie a potem załatwiają człowieka na szaro! – odrzekł marudnie Cezary i
delikatnie przesunął wylegującą się na łóżku psinę Zuzię by wyciągnąć przy niej wygodnie
znużone swe członki.
- Ale na
szczęście, to nie nasz przypadek! – ucięłam czym prędzej tę nie wiodącą do
niczego dobrego dyskusję i pogrążyłam się w pisaniu nowego posta.
…Tak więc Olga i
Cezary założyli bloga, gdzie z różną częstotliwością zamieszczali teksty o swym
zwykłym, codziennym życiu, o sąsiadach, zwierzętach, spacerach po okolicy,
zachwytach, problemach i rozterkach. Pisali opowiadania, baśnie, wiersze,
wspomnienia z Australii i felietony. Wstawiali rozmaite zdjęcia. Pokazywali
kawałek swojej rzeczywistości oraz siebie w różnych sytuacjach. I ogromną
radością a także wdzięcznością napełniał ich fakt, iż coraz więcej ciekawych, życzliwych osób odwiedzało ich
stronę stając się aktywnymi czytelnikami oraz obserwatorami bloga „Pod tym
samym niebem”. Dużo dowodów sympatii spotykało ich z wielu stron. Mnóstwo
ciepłych słów otrzymywali w listach, telefonach oraz bezpośrednich spotkaniach od
poznanych przez bloga przyjaciół. Czy przez ten czas zdarzyły im się jakieś
nieprzyjemne sytuacje i niesympatyczne znajomości internetowe? Chyba tylko
dwie, ale w oceanie życzliwości i serdeczności płynącym do nich z blogowego
świata tak naprawdę nie mają one żadnego znaczenia.
Po jakimś czasie Cezary zawiesił, niestety, na
kołku swoje pisanie i oddał się bardziej pragmatycznym zajęciom takim jak
niekończący się remont domu, naprawy sprzętu elektrycznego, samochodu, traktora
oraz wszystkim tym czynnościom, bez których sprawne, normalne życie na wsi jest
niemożliwe.
Olga zaś, nie tracąc wiary, iż kiedyś się
jej mężowi odwidzi i czynnie powróci na blogowe łono pozostała sama na placu
boju, a właściwie nie boju, lecz natchnienia. I nadal w wolnym czasie
produkowała przeróżne teksty zastanawiając się za każdym razem, czy kogoś to
zainteresuje, czy ktokolwiek przeczyta, czy w ogóle warto pisać…?...
I tu dochodzimy do meritum zagadnienia,
czyli do tytułowego seansu spirytystycznego. Otóż zerkając na statystyki
blogowe zauważam, że znacznie więcej osób mnie czyta, niż komentuje. Oczywiście
komentowanie to nie żaden obowiązek, ale często zastanawiam się nad tym, kto
taki poza znanymi mi, ujawniającymi się zazwyczaj osobami podczytuje tego
bloga? I dlaczego właściwie to robi?
Kim jesteś tajemniczy, anonimowy czytelniku
spoza mgły pożegnań i powitań? Jawisz mi się niczym kapryśny, nieuchwytny duch
na seansie spirytystycznym. Wyczuwam Twoją obecność, myśl nieuchwytną a bliską.
Rada bym imię choć Twoje poznała…Choć jedno słowo, ręką Twą wystukane
przeczytała…
Ale milczysz, milczysz uparcie w swej
nieśmiałości, rezerwie albo w niemocy…Nie bój się mnie duchu internetowy. Szepnij
cokolwiek…Zrób wyjątek od reguły. Zobacz, jest cicho, spokojnie, swobodnie…Jesienny
świat ubiera się w nowe barwy. Po polach wiatr wieje i legendy swe z poświstem
opowiada.
A ja tu siedzę przy kaloryferze. Nogi
zmęczone całym dniem przed siebie wyciągam i grzeję. Odpoczywam. Słonecznik namiętnie łuskam. Mruczenia kotów nasłuchuję
i głosu tego wichru szalonego za oknem. I Twego serca, które jest całkiem
blisko mojego…
Bo jestem taka sama, jak Ty. Zwyczajna.
Ludzka. Pełna obaw i nadziei. Ciekawa świata. Ciebie. Tak samo wpatruję się
teraz w ekran monitora. Bo mam wolną chwilę…A potem wyłączę laptopa i pójdę do
swoich codziennych, zwykłych o tej porze zajęć albo do snu…
Przede mną klawiatura komputera. Jedyne
możliwe narzędzie porozumienia między nami. Migocze to błękitne oczko i
migocze…Czeka…
- Oluniu! Jakiś fajny film się właśnie
zaczyna. Kostiumowy. Taki jak lubisz! Przyjdziesz zaraz? – dobiega mnie pełen
nadziei głos męża, który stanowczo nie lubi wieczorami sam zasypiać przy telewizorze.
- Już idę! Idę kochany! – wołam. I wyłączam
powoli komputer. Ale jutro rano, o ile nie wyskoczy nic niespodziewanego a Internet
będzie sprawnie działał pewnie doń zajrzę. Zrobię kawę i popijając ją jak zawsze z
ciekawością przeczytam, co nowego u Was, drodzy, poznani przez blogosferę
Przyjaciele. Zastanowię się nad Waszymi problemami. Spróbuję wczuć się w Wasze
troski i lęki. Zachwycić Waszymi olśnieniami, poznać Wasze dobre i złe chwile.
Przeczytam też nowe komentarze. Odpowiem na nie, czując jak bliscy mi
jesteście, choć jednocześnie jakże przecież dalecy…
A spoglądając na statystyki odwiedzin jak zwykle pewnie westchnę, że znowu odwiedziło bloga „Pod tym samym niebem” dużo tajemniczych i chyba już na zawsze pragnących takimi pozostać, internetowych duchów…
A spoglądając na statystyki odwiedzin jak zwykle pewnie westchnę, że znowu odwiedziło bloga „Pod tym samym niebem” dużo tajemniczych i chyba już na zawsze pragnących takimi pozostać, internetowych duchów…