poniedziałek, 8 września 2014

Konwencja…



  

    Mam ochotę napisać nowy post – inny niż zawsze. Taki, w którym widać mnie inną. Bo przecież człowiek ma wiele twarzy. Bo nie jest tylko takim, jakim go widzą inni albo jakim sam chciałby siebie widzieć i na zewnątrz przedstawiać. Ale to tak wygodnie wpaść w pewne trybiki i nie wychylać spoza nich nosa. Utkwiwszy w narzuconej przez przyzwyczajenie konwencji trudno się z niej wykaraskać a przeważnie nawet się nie chce. Konwencja oblepia niczym mgła, co to daje złudne poczucie bezpieczeństwa, ale i dziwnie podcina skrzydła. Jakby było się aktorem charakterystycznym, skazanym na pewne role, gdy ma się w zanadrzu całą gamę środków wyrazu, ale nie ma okazji ich użyć. Kto zabrania? Och, sama sobie jestem reżyserem, suflerem i głównym krytykiem. A poza tym nie raz już przekonałam się, że nadmierną szczerością można odstraszyć od siebie niby to zaprzyjaźnione dotąd osoby, przerazić czy też trwale ochłodzić ciepłe dotąd stosunki. Wniosek? Bezpieczniej jednak tkwić w pewnych ramach. Każdy ma wszak swoje. A w nich swoje niebo i piekło. Na zewnątrz przecieka z tego niewiele…I ja to rozumiem, akceptuję, ale mimo wszystko gdzieś w środku jest niemoc i żal…Ale życie uczy tego, co można, gdzie powinny być granice szczerości i otwarcia. Kto jest naprawdę bliski, a kto tylko takim się wydaje. Co służy dobru i zbliżeniu a co jest bezsensownym, niedojrzałym zachowaniem.
   Bywa, że ktoś przychodzi do mnie po uśmiech i odpoczynek a ja zamiast tego serwuję mu swoje niełatwe zwierzenie. Nie ten adres. Nie ten dzień. Przegięcie struny. Innym znów razem pośmiać się razem dobrze by było. Albo nic nie mówić, żeby nie płoszyć dobrej chwili. Ale jakaś katarynka w człowieku nie daje się uciszyć. I nadaje, nadaje. Coś musi się wylać, wyżąć do końca, żeby nabrać nowego oddechu, dystansu. A zostaje niesmak, pustka…

 -To się łatwo sprzedaje, niczym nie ryzykujesz a tamto jest nie do przyjęcia – szepcze głos wewnętrzny. Dziwne samoograniczenie. Kolorowa etykietka z irytująco przewidywalnymi składnikami. Gęba samoprzylepna, gęba przyprawiona, która niczym pełen nudnej rutyny, profesjonalny makijaż zakrywa wieloznaczność i wielorakość rysów twarzy, nastrojów oraz ducha. Człowiek przez to ładniusi taki, ale co nieco sztuczny i niepełny. Inny na pokaz, inny w środku. Nijaki. Papierowy. Osiodłany jak dziki koń prerii, co to wciąż jeszcze potrafiłby pobiec w szaleńczym galopie i zaskoczyć czy też pobudzić do podobnego biegu inne, zadowolone ze swego losu, rozleniwione czy schowane w swych spokojnych stajniach mustangi.

   Tymczasem wielość obliczy przewija się przecież przez całe życie i cały dzień. „Rankami zrywam się śliczna, liryczna i apetyczna”. No tak, chyba mogłabym zapożyczyć z Kabaretu Starszych Panów tę strofkę, gdyż właśnie tak zazwyczaj ze mną jest. O ile poprzedniego dnia nie przepracowałam się do imentu oraz, co bardzo służy memu dobremu samopoczuciu, poszłam spać razem z kurami wstaję skoro świt pełna energii do nowego działania i wiary w to, iż tego dnia sprostam wszystkiemu. Naiwnie ufam własnym siłom mamiąc się, iż są one niespożyte a pogoda poranka nie zostanie zachmurzona późniejszymi nerwami, pośpiechem, bólem mięśni czy ostróg w piętach. I nie dosięgnie mnie żadna niemiła wieść. A co sobie zaplanuję, tego dokonam. I w takim mniej więcej nastroju działam do popołudnia. Jak nakręcana zabaweczka biegam tu i tam, robiąc to i tamto. Co dzień to samo a między tym dodatkowe, konieczne akurat w danej chwili czynności. Po południu słupek energii szybko opada. Zaczyna się powłóczenie nogami. Niechętne spoglądanie w górę schodów, na które po raz setny tego dnia trzeba się wdrapać, aby już za chwilę za chwilę zbiec. A słońce wciąż tak wysoko…W oczach coś gaśnie a zamiast miłych, małżeńskich pogwarek zaczyna się mijanie bez słowa.

- Odpocząć, usiąść, wyłożyć się gdzieś, zakopać w sianie i w nicnierobieniu. Zniknąć dla świata. Ten świat świetnie sobie przecież beze mnie poradzi – myślę w przypływie nagłego, egoistycznego, zupełnie dziecinnego buntu. Ale mimo wszystko działam. Bo działanie pogania i nie ma ucieczki, póki nie zrobione to, co zrobić koniecznie trzeba. Koty znowu głodne. Miauczą. Do nóg się łaszą. Zuzia także wyczekuje na swoją michę. Kozy pożarły już gałęzie i jabłka. Pobekują. Niecierpliwie walą rogami w bramki. Upał minął. Można je zatem wyprowadzić na łąkę. Kurom trzeba ubić ziemniaki ze śrutą. Pomóc mężowi w cięciu drewna na zimę. Ogromny stos sam nie chce się jakoś zmniejszyć. Na szczęście z sianem już spokój. Zwiezione i bezpieczne na strychu. Uff!

   Jakie uff? Przecież w brzuchu burczy. Wdrapuję się do kuchni na piętrze. Co na obiad? Zupa grzybowa. Makaron trzeba do niej ugotować. Odcedzić. Nałożyć. Zawołać Cezarego, co na dole cały w wiórach i pyłach od ciętego w upartym zapale drewna wygląda jak pracownik młyna albo piekarni.

   Przede mną lustro. Spoglądam na widoczną w nim osobę. Zerka na mnie zdyszana, półprzytomna, obca kobieta. Co to za głęboka zmarszczka między oczami? A oczy rozbieganie dziwnie, bo milion pourywanych myśli wirujących jak karuzela w głowie…

-  Jak dobrze, żeśmy się rano na te grzyby wybrali. Pyszna, naprawdę pyszna zupa! – mruczy Cezary znad talerza spoglądając na mnie pełnym zmęczenia i wdzięczności wzrokiem.
Wzdycham tylko w odpowiedzi.

- Jak się czujesz? – pyta i widząc tę moją upartą zmarszczkę między oczami już wszystko wie.

- Zobacz, Oluś. Posuwamy się naprzód. Skończymy z drewnem. Wykopiemy ziemniaki, marchewkę i pasternak. Zaoramy pole. Posadzimy czosnek i już będzie spokój  - pociesza.

- A na razie inaczej się nie da. Wytrwamy przecież! Tak? – szepcze Cezary i patrzy z nadzieją na moją minę. Uśmiecha się. Podaje mi ciepłą, zniszczoną od ciężkiej pracy dłoń. A we mnie coś pęka. Oczy się pocą…Nie chcę by to spostrzegł, bo sił mu przecież pragnę dodać a nie zniechęcać swoją słabością. Pochylam głowę nisko i zbierając talerze ze stołu nabieram głębokiego oddechu. Potem w łazience szybko wysiąkuję nos, przemywam twarz i wracam do kuchni z uśmiechem. I nie jest to uśmiech udawany. Najgorsze minęło. Ciężka chmura odpłynęła. Nogi bolą po staremu, ale w duszy ni stąd ni zowąd odzywa się piosenka, która zawsze sił dodaje i nowego zapału do podjęcia dalszej części wyzwań dnia, co wciąż jeszcze trwa.

 - „O gwiazdo miłości, nie zagiń we mgle, o gwiazdo miłości czy poznajesz mnie?” – nucę coraz głośniej. A mąż słysząc to rozjaśnia się cały i mimo umęczenia wstaje i porywa mnie w tany. Wirujemy po kuchni. Oczy przymknięte. Cały świat daleko…

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost