Mam ochotę napisać nowy post – inny niż
zawsze. Taki, w którym widać mnie inną. Bo przecież człowiek ma wiele twarzy.
Bo nie jest tylko takim, jakim go widzą inni albo jakim sam chciałby siebie
widzieć i na zewnątrz przedstawiać. Ale to tak wygodnie wpaść w pewne trybiki i
nie wychylać spoza nich nosa. Utkwiwszy w narzuconej przez przyzwyczajenie
konwencji trudno się z niej wykaraskać a przeważnie nawet się nie chce.
Konwencja oblepia niczym mgła, co to daje złudne poczucie bezpieczeństwa, ale i
dziwnie podcina skrzydła. Jakby było się aktorem charakterystycznym, skazanym
na pewne role, gdy ma się w zanadrzu całą gamę środków wyrazu, ale nie ma
okazji ich użyć. Kto zabrania? Och, sama sobie jestem reżyserem, suflerem i
głównym krytykiem. A poza tym nie raz już przekonałam się, że nadmierną
szczerością można odstraszyć od siebie niby to zaprzyjaźnione dotąd osoby,
przerazić czy też trwale ochłodzić ciepłe dotąd stosunki. Wniosek? Bezpieczniej
jednak tkwić w pewnych ramach. Każdy ma wszak swoje. A w nich swoje niebo i
piekło. Na zewnątrz przecieka z tego niewiele…I ja to rozumiem, akceptuję, ale
mimo wszystko gdzieś w środku jest niemoc i żal…Ale życie uczy tego, co można,
gdzie powinny być granice szczerości i otwarcia. Kto jest naprawdę bliski, a
kto tylko takim się wydaje. Co służy dobru i zbliżeniu a co jest bezsensownym,
niedojrzałym zachowaniem.
Bywa, że ktoś przychodzi do mnie po uśmiech
i odpoczynek a ja zamiast tego serwuję mu swoje niełatwe zwierzenie. Nie ten
adres. Nie ten dzień. Przegięcie struny. Innym znów razem pośmiać się razem
dobrze by było. Albo nic nie mówić, żeby nie płoszyć dobrej chwili. Ale jakaś
katarynka w człowieku nie daje się uciszyć. I nadaje, nadaje. Coś musi się
wylać, wyżąć do końca, żeby nabrać nowego oddechu, dystansu. A zostaje niesmak,
pustka…
-To się łatwo sprzedaje, niczym nie ryzykujesz
a tamto jest nie do przyjęcia – szepcze głos wewnętrzny. Dziwne
samoograniczenie. Kolorowa etykietka z irytująco przewidywalnymi składnikami. Gęba
samoprzylepna, gęba przyprawiona, która niczym pełen nudnej rutyny,
profesjonalny makijaż zakrywa wieloznaczność i wielorakość rysów twarzy,
nastrojów oraz ducha. Człowiek przez to ładniusi taki, ale co nieco sztuczny i
niepełny. Inny na pokaz, inny w środku. Nijaki. Papierowy. Osiodłany jak dziki
koń prerii, co to wciąż jeszcze potrafiłby pobiec w szaleńczym galopie i
zaskoczyć czy też pobudzić do podobnego biegu inne, zadowolone ze swego losu,
rozleniwione czy schowane w swych spokojnych stajniach mustangi.
Tymczasem wielość obliczy przewija się
przecież przez całe życie i cały dzień. „Rankami zrywam się śliczna, liryczna i
apetyczna”. No tak, chyba mogłabym zapożyczyć z Kabaretu Starszych Panów tę
strofkę, gdyż właśnie tak zazwyczaj ze mną jest. O ile poprzedniego dnia nie
przepracowałam się do imentu oraz, co bardzo służy memu dobremu samopoczuciu,
poszłam spać razem z kurami wstaję skoro świt pełna energii do nowego działania
i wiary w to, iż tego dnia sprostam wszystkiemu. Naiwnie ufam własnym siłom
mamiąc się, iż są one niespożyte a pogoda poranka nie zostanie zachmurzona późniejszymi
nerwami, pośpiechem, bólem mięśni czy ostróg w piętach. I nie dosięgnie mnie
żadna niemiła wieść. A co sobie zaplanuję, tego dokonam. I w takim mniej więcej
nastroju działam do popołudnia. Jak nakręcana zabaweczka biegam tu i tam,
robiąc to i tamto. Co dzień to samo a między tym dodatkowe, konieczne akurat w
danej chwili czynności. Po południu słupek energii szybko opada. Zaczyna się
powłóczenie nogami. Niechętne spoglądanie w górę schodów, na które po raz setny
tego dnia trzeba się wdrapać, aby już za chwilę za chwilę zbiec. A słońce wciąż
tak wysoko…W oczach coś gaśnie a zamiast miłych, małżeńskich pogwarek zaczyna
się mijanie bez słowa.
- Odpocząć,
usiąść, wyłożyć się gdzieś, zakopać w sianie i w nicnierobieniu. Zniknąć dla
świata. Ten świat świetnie sobie przecież beze mnie poradzi – myślę w
przypływie nagłego, egoistycznego, zupełnie dziecinnego buntu. Ale mimo
wszystko działam. Bo działanie pogania i nie ma ucieczki, póki nie zrobione to,
co zrobić koniecznie trzeba. Koty znowu głodne. Miauczą. Do nóg się łaszą.
Zuzia także wyczekuje na swoją michę. Kozy pożarły już gałęzie i jabłka.
Pobekują. Niecierpliwie walą rogami w bramki. Upał minął. Można je zatem
wyprowadzić na łąkę. Kurom trzeba ubić ziemniaki ze śrutą. Pomóc mężowi w
cięciu drewna na zimę. Ogromny stos sam nie chce się jakoś zmniejszyć. Na
szczęście z sianem już spokój. Zwiezione i bezpieczne na strychu. Uff!
Jakie uff? Przecież w brzuchu burczy.
Wdrapuję się do kuchni na piętrze. Co na obiad? Zupa grzybowa. Makaron trzeba
do niej ugotować. Odcedzić. Nałożyć. Zawołać Cezarego, co na dole cały w wiórach
i pyłach od ciętego w upartym zapale drewna wygląda jak pracownik młyna albo
piekarni.
Przede mną lustro. Spoglądam na widoczną w
nim osobę. Zerka na mnie zdyszana, półprzytomna, obca kobieta. Co to za głęboka
zmarszczka między oczami? A oczy rozbieganie dziwnie, bo milion pourywanych
myśli wirujących jak karuzela w głowie…
- Jak dobrze, żeśmy się rano na te grzyby
wybrali. Pyszna, naprawdę pyszna zupa! – mruczy Cezary znad talerza spoglądając
na mnie pełnym zmęczenia i wdzięczności wzrokiem.
Wzdycham tylko w
odpowiedzi.
- Jak się
czujesz? – pyta i widząc tę moją upartą zmarszczkę między oczami już wszystko
wie.
- Zobacz, Oluś.
Posuwamy się naprzód. Skończymy z drewnem. Wykopiemy ziemniaki, marchewkę i
pasternak. Zaoramy pole. Posadzimy czosnek i już będzie spokój - pociesza.
- A na razie
inaczej się nie da. Wytrwamy przecież! Tak? – szepcze Cezary i patrzy z
nadzieją na moją minę. Uśmiecha się. Podaje mi ciepłą, zniszczoną od ciężkiej
pracy dłoń. A we mnie coś pęka. Oczy się pocą…Nie chcę by to spostrzegł, bo sił
mu przecież pragnę dodać a nie zniechęcać swoją słabością. Pochylam głowę nisko
i zbierając talerze ze stołu nabieram głębokiego oddechu. Potem w łazience
szybko wysiąkuję nos, przemywam twarz i wracam do kuchni z uśmiechem. I nie
jest to uśmiech udawany. Najgorsze minęło. Ciężka chmura odpłynęła. Nogi bolą
po staremu, ale w duszy ni stąd ni zowąd odzywa się piosenka, która zawsze sił
dodaje i nowego zapału do podjęcia dalszej części wyzwań dnia, co wciąż jeszcze
trwa.
- „O gwiazdo miłości, nie zagiń we mgle, o
gwiazdo miłości czy poznajesz mnie?” – nucę coraz głośniej. A mąż słysząc to rozjaśnia się
cały i mimo umęczenia wstaje i porywa mnie w tany. Wirujemy po kuchni. Oczy
przymknięte. Cały świat daleko…