niedziela, 5 stycznia 2014

Scenki z życia Henryczka - cz.1, "W domu rodzinnym"





   Henryczek urodził się i dorastał w maleńkiej wiosce na Wileńszczyźnie. On, trzy młodsze siostry i dwóch starszych braci. Przed wojną rodzinie powodziło się nieźle. Był duży dom. Kilka krów, konie i świnie. Ojciec gospodarzył całą gębą i jego dzieciakom niczego nie brakowało. Jednak wkrótce po zajęciu terenów litewskich przez Rosjan sytuacja zmieniła się diametralnie. Tatko Henryczka nadal ciężko pracował, lecz radziecka władza większość z tego, co zarobił zabierała. W domu czasem ledwie trochę kapusty i ziemniaków się uchowało a chleb często był rarytasem. Dzieci nie miały porządnych butów i nawet zimą szły do szkoły owijając nogi onucami i wdziewając jakieś liche łapcie. A w szkole wszechwładna propaganda wkładała im w głowy historie o szlachetnych bohaterach armii radzieckiej, o pięknie socjalistycznych idei, o świetlanej przyszłości oraz o elementach złych i niegodnych uczestnictwa w tej cudownej rzeczywistości – kułakach i spekulantach. Wierzyły w to wszystko i z zazdrością popatrywały na rówieśników- komsomolców obnoszących na szyjach  dumnie swe czerwone chustki.

   Tatuś Henryczka nazywany był kułakiem, bo wciąż jak na socjalistyczne standardy miał za dużo. A na dodatek żeby było w przyszłym roku co dzieciakom dać do jedzenia chował w chlewiku aż dwie młode świnki. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia, czyli w samą porę wykryto to przestępstwo i świnki powędrowały do kołchozu. Ośmioletni Henryczek łkał bezradnie w pustym chlewiku, gdy wrócił ze szkoły i odkrył, że legowisko oswojonych przez niego zwierzątek jest puste. Tyle razy zachodził do nich żeby przenieść a to skórkę od chleba a to trochę obierków z ziemniaków czy buraków. Świnki witały go zawsze mądrym i czułym spojrzeniem, łasząc się do dzieciaka lepiej niż psy. Tulił się do nich, śpiewał im świeżo wyuczone w szkole rosyjskie piosenki, czasami zasypiał wciśnięty między ich ciepłe boki. Zdawał sobie sprawę, że świnki hodowane były na mięso, ale mimo to przywiązał się do nich i nie myślał o momencie, gdy trzeba będzie się z nimi pożegnać. A teraz ta nagła pustka w chlewie tak go przejęła, że powlókł się do domu ponuro, nie potrafiąc schować przed rodzicami łez.
   Mamusia przygarnęła go do piersi i z ogromną tkliwością, tarmosząc jasną czuprynę chłopca popatrzyła porozumiewawczo na męża. Ten delikatnie musnął dłonią ramię synka a potem nagle zdecydowawszy się na coś siadł na zydlu by owinąć nogi ciepłymi onucami. Wziął siekierkę i wyszedł z domu, kierując się ku widocznemu na horyzoncie lasowi świerkowemu. A zima 1947 roku w tamtych stronach była ostra, śnieżna i dokuczliwa poprzez zawieje, dujawice i porosłe twardą jak kamień lodową skorupą zaspy. Ojciec wyszedłszy na dwór zmrużył oczy od tej wszechobecnej, oślepiającej bieli. Mocniej wcisnął lisią czapę na uszy, skurczył się w sobie i poszedł.

- Cicha noc, święta noc… - zanuciła mama patrząc za nim i ocierając przy tym wilgotne nagle oczy. Potem otworzyła zamknięty zwykle na kluczyk wielki kredens kuchenny i wydobyła stamtąd słodką, twardą kostkę ciasta zanurzoną w miodzie. I zaraz dała ją na pociechę najmłodszemu, najbardziej ukochanemu ze wszystkich synkowi. Kilka dni temu udało jej się uszykować trochę śliżyków w wielkiej tajemnicy przed dziećmi. Gdyby odkryły te ukochane słodkości w domu tak długo by marudziły i błagały, aż by połowy nie zjadły. A to przecież na wigilię. Najskromniejszą od lat ich wspólną, świąteczną wieczerzę.

- Zjedz syneczku szybciutko a potem idź Heniuś do sióstr. One tam łańcuchy ze słomy splatają i gwiazdki z papieru wycinają. Pomóż im, bo ja tu swoją robotę mam! - poprosiła mama, wypychając go wreszcie do drugiej izby. I zaraz zabrała się za odcedzenie ugotowanych wczoraj suszonych prawdziwków. Przemieli je w maszynce do mięsa, usmaży cebulki, zamiesi ciasto i zrobi ulubione przez wszystkich smażone uszka, zwane na Wileńszczyźnie grzybowikami.

   Poszedł bez ochoty. Siostrom nie bardzo szło. Ich małe, nieporadne rączki nie radziły sobie z tą wymagającą precyzji pracą. Do tej pory zawsze pomagali im w tym starsi bracia. Jednak w tym roku poszli do pracy w odległym mieście i dobrze będzie jak na wigilię do domu zjadą. Teraz Henryczek był starszym bratem i chcąc nie chcąc musiał przejąć nad siostrami opiekę. Zagarnął na jedną stronę stołu papier a na drugą długie nitki słomy i uspokajając sztucznie grubym, prawie dorosłym głosem rozgadane siostrzyczki cierpliwie pokazywał im, co trzeba po kolei robić.

   Po jakimś czasie dzieci usłyszały głośne tupanie w przedpokoju. A chwilę potem do izby wszedł w wielkiej, ośnieżonej czapie ich tatuś, niosąc przed sobą pachnącą choinkę z kołchozowego lasu. Wiele ryzykował, idąc po nią. Było już paru, którzy ogromne kary w tym roku za nielegalną wycinkę świątecznych drzewek zapłacili. Jeden nawet do „tiurmy” za to popadł. Jednak jakże to mogła się wigilia bez pachnącej choinki odbyć? Jak tu dzieciakom przyjemności nie zrobić? Jak nie osłodzić rodzinie tych ciężkich, coraz cięższych ostatnio chwil?

- Tatku, tatuniu kochany! – dzieciarnia przypadła radośnie do niego. Kleiły dotąd te świąteczne ozdoby bez entuzjazmu, bo nie było wiadomo, na czym je potem będą mogły zawiesić. Może tylko wokół okna, jak w zeszłym roku? Ale co to za święta bez choinki?!

   Gromadna i radosna była wigilia tego roku. Rodzina śpiewała kolędy do późna a gdy już rodzice zmęczeni przysiedli w izbie kuchennej, szepcząc o sytuacji politycznej Polski, o wciąż niegasnącej nadziei na lepsze jutro, dzieciaki wymknęły się z domu, żeby na ślizgawce poszaleć. Pobiegły nad pobliskie jezioro, które od kilku tygodni skute grubym lodem wspaniale nadawało się do tego typu zabaw. Nie miały łyżew, więc do nóg poprzywiązywały sobie jakieś żelazne szyny, listwy czy posmarowane świeczką deszczułki. I w jasną, bezchmurną, księżycową noc długo jeździły na ślizgawce, ciesząc się beztroską i świątecznie pełnymi brzuchami. Starsi bracia też bawili się z nimi, przypomniawszy sobie znowu o tym, że chociaż mają szesnaście, siedemnaście lat, to wciąż jeszcze dziecięce igraszki są dla nich przyjemnością.

   Kiedy już wszyscy spali Heniu wstał z łóżka i poszedł sam jeden choinką pięknie ustrojoną się nacieszyć, przez okno na bielusieńki, skrzący iskierkami śnieżnymi świat popatrzeć.
   Westchnął. Przymknął oczy. Dziwne jakieś przeczucia go opadły i wizje. Zdało mu się, że widzi siebie samego jak brnie gdzieś daleko, daleko po śniegu. Że źle mu i smutno na sercu, bo sam jest, samiusieńki jak palec i tylko o swoich rodzicach w ciepłym domu zostawionych rozmyśla, o małych siostrzyczkach i kolegach szkolnych. Wreszcie otworzył oczy i aż przetarł je ze zdumienia. Wydało mu się, że widzi przy chlewiku dziwną postać. Mróz mu po krzyżu przeleciał. Głos w gardle uwiązł zdławiony. Oto rozpoznał bowiem postać Najświętszej Panienki, która ciepło otulona siedziała na osiołku i uśmiechała się do niego łagodnie. A po chwili usłyszał w głowie jej szept. Cichy i kojący, jak szmer strumyka.  Ciepły i czuły jak kołysanka matczyna.

- Nie bój się Henryczku! Wszystko będzie dobrze! Nie trwóż się dziecko niczym i idź spokojnie teraz spać.

   A potem święta postać rozpłynęła się w szarej, napływającej od wschodu mgle a Henryczek wzruszony i przejęty wsunął się pod pierzynę do łóżka, przylgnąwszy z całej siły do gorących boków braci.
Zasnął od razu twardo jak kamień. Rano, po przebudzeniu natychmiast chciał o swojej niezwykłej, nocnej wizji matusi opowiedzieć, ale ona stwierdziła tylko, iż się to wszystko zmęczonemu dzieciakowi przyśniło. A że sen był dobry, to i cieszyć się trzeba.

   I znowu popłynęły zwykłe, codzienne dni. Zaczął się Nowy Rok a rodzinie Henryczka coraz gorzej się działo. Państwo radzieckie takie kontrybucje na chłopów nałożyło, że ledwie zipali. Głód ludziom w oczy zaglądał i wilkiem na siebie patrzyli, bo donosicielstwo i obmowy szerzyły się coraz bardziej.

   Pod koniec stycznia mamusia i tatuś wzięli Henryczka na rozmowę. Wytłumaczyli mu, iż nijak inaczej być nie może tylko na służbę musi dzieciak iść do bogatych gospodarzy w trzeciej wsi mieszkających.

- Tam ci jeść dadzą. Spać sobie będziesz ciepło w obórce z ich parobkami. Pomożesz gospodarzom, w czym się da a na wiosnę, jak ciepło już będzie do nas wrócisz!
- To dla Twojego i naszego dobra synku! – dodała mamusia, widząc zbierające się w oczach Henryczka łzy żalu i niezrozumienia.
- Heniu! Tam Ci nie będzie źle. To dobrzy gospodarze. Ugadaliśmy się z nimi i nie pokrzywdzą cię wcale. A tutaj, sam wiesz! Każda dodatkowa gęba do jedzenia to kłopot – dodał ojciec udawanie surowym, twardym głosem, w którym jednak słychać było nutki wzruszenia i wstydu.
- To kiedy mam iść? – wyjąkał chłopczyk widząc, iż mowy nie ma, by jakoś rodziców przebłagać.
- Jutro pójdziesz z samego rana, to przed wieczorem do nich dojdziesz. Ciepło się ubierzesz. Ojciec ci nawet swoją czapę lisią da! – A ja już Ci na drogę zaraz pierogów z ziemniakami zrobię. Specjalnie dla Ciebie trochę ich schowanych trzymałam – westchnęła matka i stęknąwszy, bo bardzo bolały ją spracowane kości wstała, by za robotę się wziąć.

   I przyszedł dzień następny, gdy Henryczek musiał pożegnać się z rodziną. Zostawić wszystko, co bliskie i kochane i pójść odważnie w ten daleki, nieznany świat za las, za rzekę, za dolinę i za niezmierzone połacie śnieżnych, obcych równin…

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost