środa, 9 stycznia 2019

Styczniowy świt...


   Dzień po dniu rozgrywał się na Pogórzu niesamowity spektakl barw i przemian. Najpierw zachwycił mnie zachód słońca a już nazajutrz wchód. Ledwo co zdążyłam z psami się przywitać, wypuścić je do ogrodu na poranne siku, ubrać się i kawę naparzyć upić kilka jej gorących łyków a w tym czasie niepostrzeżenie mrok za oknem zaczął znikać. Niebo podzieliło się na pół. Od dołu było żółte, od góry czerwono-fioletowe. To zapowiadało już za chwilę wspaniały wschód słońca. Natychmiast serce zaczęło mi bić mocniej a oczy zalśniły podnieceniem.


- Chyba pójdę znowu porobić trochę zdjęć. Idziesz ze mną? Chodź, bo potem jak zobaczysz moje zdjęcia będziesz żałował, że przegapiłeś taką okazje do fotografowania istnych cudów! - odezwałam się zachęcająco do przecierającego zaspane oczęta męża.
   Spojrzał na mnie półprzytomnie.
- No coś ty!? Naprawdę chce ci się iść na ten wygwizdów? - zdumiał się.
- Ja potrzebuję czasu na przebudzenie się. Końmi by mnie w tę zimnicę nie wyciągnęli! - dodał popijając z lubością gorący napój z cytryny i miodu.
- A ja pójdę! Ubiorę się ciepło i nic mi się nie stanie. Lubię jak chce mi się chcieć. Jak czuję taki przemożny zew jak teraz! - odparłam a on pokiwał głową z rezygnacją, dobrze wiedząc, iż nic mnie już od mojego postanowienia nie odwiedzie.

 Bo tak! Dobrze wiedziałam, iż żeby podziwiać ten wschód słońca w całej pełni, żeby nie przegapić niczego nie wystarczyło stanąć przy oknie i po prostu patrzeć. Trzeba było wyjść w ten ubrany w kolory wczesnego świtu, mroźny świat. Wyjść i pójść przed siebie tą samą białą drogą, co poprzedniego dnia. Podążać w stronę ukrytego jeszcze za horyzontem słońca. Bo gdzieś tam daleko rodził się cud zimowego poranka. Gdzieś tam dokonywały się niebiańskie przeistoczenia. Piękniejsze na pewno niż wszystkie sylwestrowe fajerwerki razem wzięte. Ale nienachalne i niemęczące jak one. Natura w szumie mroźnego wichru, w powiewach kłującego niby szpileczkami śniegu, pośród  ciszy i skupienia zaczęła malować nowy, fascynujący pejzaż.  I komuś trzeba było to dostrzec, podziwiać, utrwalić, nie dać zniknąć jakby tego nigdy nie było. Czemuż więc tym kimś nie miałabym być ja...?

   Pełen podziwu oraz zdumienia dla mojej śmiałej decyzji Cezary zdążył jeszcze krzyknąć za mną bym uważała na oblodzonej drodze a ja już wdziewałam kurtkę, czapkę, szalik, rękawiczki i ocieplane gumiaki na grubej podeszwie. Jeszcze tylko musiałam zwołać wszystkie psy do domu, bo teraz wziąć ich, niestety, ze sobą nie mogłam. Rozbiegłyby się bowiem moje kochane wariaty na wszystkie strony a ja zamiast robić zdjęcia musiałabym je gonić i nawoływać. A tymczasem wschód słońca dawno by się skończył i tyle byłoby z mojej porannej sesji fotograficznej. Zwołałam rozczarowane psie bractwo do wnętrza ciepłego domku, obiecując, że potem pobawię się z nimi w ogrodzie albo namówię męża i pójdziemy wszyscy razem na spacer do lasu.

   I oto już jestem na zewnątrz. Od razu mroźny wiatr wionął mocno w moją twarz, od razu oczy mi się załzawiły a w nosie i gardle zakłuły lodowate igiełki powietrza. Nic to! Ruszyłam przez zaspy w stronę furtki. Z trudem ją otworzyłam, tyle śniegu napadało w nocy. Zerknęłam na karmnik ptasi usytuowany na młodej lipce w ogrodzie, ale pusto tam było. Nawet dla sikorek było jeszcze za wcześnie na śniadanie.


   Przede mną rozpościerała się pusta, omiatana śnieżną zawieją droga wiodąca w dół uśpionej jeszcze wsi. Naciągnęłam mocniej czapkę na uszy i ruszyłam przed siebie a pogórzańskie, zimowe siostry - Wichrzyca wraz z Dujawicą na przemian pchały mnie albo powstrzymywały, bawiąc się mną niczym zabaweczką. Rzuciłam więc im wyzwanie! Kto kogo pokona? Kto się nie ulęknie? I wiecie co? Dałam radę! Nie zniechęciłam się niczym. Wyszłam z domu tuż przed siódmą rano. Wróciłam przed ósmą. W tym czasie przeszłam około kilometra zatrzymując się i fotografując co tylko się dało. Podczas wędrówki minął mnie tylko jeden zasypany śniegiem samochód i kierowca spoglądający na mnie ze zdumieniem spoza wyskrobanej w przedniej szybie dziurki. Potem, około wpół do ósmej przejechała obok odśnieżarka i podążający tuż za nią autobus szkolny. A poza tym droga była tylko dla mnie. Korzystałam więc z tego jak mogłam, ciesząc się przestrzenią, wolnością i rozgrywającym się wokół mnie porannym, zimowym spektaklem kolorowego wchodu, doceniając to, że mam wszystko tutaj, na miejscu. Nie muszę jechać gdzieś daleko, by zobaczyć czyste piękno. Mam je tu, pod nosem. Jakże zatem z tego nie skorzystać?


 
   Narobiłam mnóstwo zdjęć, lecz poniżej pokażę Wam tylko wybrane, moim zdaniem najlepiej ukazujące to, co co dane było oglądać mi wczorajszego ranka na żywo. Mam nadzieję, że i Wam spodobają się te widoki, że przyznacie mi rację, iż warto było pójść znowu przed siebie.
No to zaczynamy!:-)




Najbardziej spodobały mi się odbicia barw nieba na śniegu. Widzicie ten jasny, delikatny róż i fiolet?


Nie mogłam zbyt długo stać i podziwiać, bo po pierwsze ziąb przenikał mnie na wskroś a po drugie przede mną w dali nabierało mocy wspaniałe widowisko. Pobiegłam przed siebie dzięki czemu szybko się rozgrzałam. 
 - Ech, nie jest ze mną jeszcze tak źle, skoro daję radę biec kilkadziesiąt metrów i nie czuję bólu nóg a zaledwie lekką zadyszkę - pomyślałam zatrzymując się przy malowniczej kępie drzew.


A potem znów ruszyłam przed siebie...








  
A po obu stronach drogi roztaczały sie coraz to nowe, zachwycające widoki. I barwy zaczęły się szybko zmieniać, rozjaśniać. Znak to był, że już niedługo spoza horyzontu wyłoni się słońce...





Jeszcze tylko chwila i lśniąca jaskrawą żółcią kula ukaże się nad linią lasów i wzgórz...A tymczasem dzięki silnemu fokusowi w moim aparacie dostrzegam na pomarańczowym niebie jakieś dziwne, taneczne smugi jaśniejszego światła. Przypominają mi one zorzę polarną...




I oto już zaczyna być widoczna kula słońca. Na początku maleńka, nieśmiała, schowana jeszcze za drzewami...






Wówczas ruszyłam w drogę powrotną, wiedząc, iż słońce będzie mnie gonić coraz silniejszym i coraz bardziej oślepiającym blaskiem, że coraz trudniej będzie mi je fotografować...Natomiast pejzaże wokół dzięki temu słonecznemu światłu stały się wyraźniejsze niż przedtem. Dostrzec można było już mnóstwo nowych szczegółów w otoczeniu, zachwycić się delikatnymi barwami nieba w tle...






Znów zaczęłam biec, tym razem pod górę a więc było mi trudniej niż przedtem. Wichrzyca z Dujawicą miotały moimi porciętami, wdzierały się pod czapkę i golf, próbowały pchnąć mnie na przydrożną zaspę. Zatrzymałam się w końcu, bo mroźne powietrze aż dławiło...I znowu miałam czas na zrobienie kolejnych zdjęć...





Gdzieś tam w oddali widać już było dach mojego domu. Pomyślałam, że pewnie Cezary stoi przy oknie balkonowym razem z psami i martwi się, że tak długo mnie nie widać...Ale byłam już blisko nich. Jeszcze tylko kilka zdjęć i już skończy się moja poranna wędrówka...








Przystaję jeszcze na moment przy oświetlonej feerią niezwykłych kolorów kapliczce i chwilę potem otwieram furtkę do mego ogrodu...


W domu powitało mnie wspaniałe ciepełko, skaczące na mnie radośnie psy oraz Cezary, który zmarznięty skończył niedawno rozpalanie w piecu kuchennym.

- Ależ masz rumieńce! - zawołał na mój widok.
- I co, warto było pójść? Jesteś cała spocona. Żebyś się tylko nie przeziębiła! - mruczał pomagając mi ściągnąć z siebie oblodzoną kurtkę, szalik i czapkę.
- Ech, pewnie że było warto! Jak zobaczysz fotografie sam mi to przyznasz. Nic mi nie będzie, tylko głodna jestem jak wilk! - odparłam przecierajac rękawem zapocone okulary i rozsiadając się przy kuchennym stole.
- To się dobrze składa, bo właśnie odgrzewam dla nas wczorajsze pierogi! - uśmiechnął się Cezary.

 A mój brzuch poczuwszy błogi zapach skwierczących na patelni skwareczków rozburczał się tak głośno, że zagłuszył świst wiatru w kominie oraz śpiew szalonej Dujawicy i Wichrzycy za oknem, tańczących wciąż wytrwale pośród dogasających już barw wschodu...


47 komentarzy:

  1. Wspaniały festiwal barw :) Ja, pewnie tak jak Cezary, zostałabym w domu i zza szyby oglądała spektakl. Podziwiam Twoją chęć wyjścia z samego rana na wiatr i mróz. Ale dzięki temu wyszły Ci ciekawe zdjęcia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pośród zwyczajnych, zimowych dni zdarzają sie dni perełki. A może bardziej chwile - perełki. Wzruszają mnie na tyle i zachwycają, że żaden wiatr i mróz mi wtedy niestraszny!:-)

      Usuń
  2. Olu nie wiem, co powiedzieć - gratuluję, aż mnie ciarki przeszły z tego piękna i poczułam na placach to przeszywające zimno. Warto było - na prawdę. U nas jest odwrotnie :) os wschodów jest Bogdan - ja raczej zachody wolę :) Wczoraj jak wstawałam na badania brrrr marzyłam tylko o powrocie pod kołdrę, tak, że jeszcze raz Oleńko GRATULUJĘ :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gabrysiu ja jestem z natury skowronkiem - przez całe życie wstawałam wcześnie a odkąd mieszkam na wsi jeszcze wcześniej. Dlatego widzę mnóstwo cudów za oknem, dlatego wychodzę i po prostu zanurzam się w te cuda. I fotografuję, żeby utrwalic to piekno - choć oczywiście oko ludzkie widzi większosc rzeczy inaczej, bardziej wymiarowo niż aparat fotograficzny. A po powrocie z takiej zimnicy, nawet jak w domu jeszcze nienapalone, wydaje sie bardzo ciepło, wręcz gorąco!:-)
      Pozdrawiam Cie ciepło, Gabrysiu!:-)

      Usuń
  3. Ola, ile piękna :-) W takich momentach, widząc to, myślę, że jednak dostaliśmy tu wszystko, czego potrzebujemy. Tylko nie umiemy korzystać. Ty skorzystałaś, odpowiedziałaś na zew duszy :-) I jeszcze się podzieliłaś. Dziękuję. Będę dziś oglądać twoje zdjęcia i pobierać energię z nich :-) Bo siedzę w sprawozdaniach, a to marudno-upierdliwe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To taki rodzaj bezgranicznego, niewinnego piękna, że aż nie do wiary, że natura potrafi tworzyć takie rzeczy. Aż chce sie płakać z przejęcia obcując z takim cudem.Masz rację Aniu pisząc o tym, że natura dała nam wszystko, co nam potrzebne, tylko my nie potrafimy tego dostrzec i skorzystac z tego. Ot, pokrętna, zagubiona natura ludzka...
      Sprawozdania wszelakie i biurokracja to współczesny koszmar, który ludzie sami sobie zgotowali. A Natura patrzy i dziwi się, po co to wszystko? Ech, ci dziwni ludzie bardzo lubią komplikacje!

      Usuń
  4. Kocham takie budyniowe niebo, waniliowe i polane sokiem malinowym. Piękną macie okolicę i faktycznie śniegu u Was mnóstwo. Wcale się nie dziwię, że poleciałaś robić zdjęcia. Mnie też czasami tak "nosi" jak mawia mój mąż. Warto było, bo zdjęcia, głównie to ze słońcem całującym drogę... magia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te barwy były tak intensywne, że aż nierzeczywiste. Jak z jakiegoś filmu disneyowskiego albo science-fiction! A okolica u nas rzeczywiscie urokliwa. Mieszkamy na szczycie góry, wiec mamy moznośc widzieć znacznie więcej, niż ludzie w dolinie.
      Pięknie napisałaś Niteczko - "słońce całujące drogę"...!:-)

      Usuń
  5. Powiem Ci, że się wzruszyłam. Widzę te krajobrazy, wyobrażam sobie, jak biegniesz. Inni śpią, jadą zamuleni do pracy, a ty biegniesz wśród niesamowitych barw, cieszysz się chwilą, cenisz życie. No nie wiem, ale mnie to wzruszyło totalnie. Było warto, naprawdę było warto i pewnie Cezary przyznał Ci rację. :))) Zachwyca mnie niebo, ale, jak i ciebie ja również jestem oczarowana kolorem śniegu oświetlanego przez te wszystkie blaski, jakimi zostałaś tego dnia obdarowana. Czytało, oglądało mi się niesamowicie przyjemnie. Biegałam zaraz obok Ciebie. :)

    Miłego dnia Dla Ciebie, męża i piesków. :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agnieszko, ja również byłam wzruszona i mocno przejęta widząc te cuda, przeżywając to, co dane mi było podziwiać.To są ważne, niezapomniane chwile. Takie dary od Natury, która pokazuje jak doskonała byc potrafi, jak zmienna i nieprzewidywalna. Czułam sie częścia tego wzystkiego. Czułam sie wyróżniona, że dane mi było to oglądać, byc częścia cudu poranka. Cieszę się, że zdjęcia oddają tak wiele z tego piękna, że mogłam sie swoim zachwytem podzielić z Wami na blogu.
      Agnieszko - wrażliwa duszo! Pozdrawiamy Cię wszyscy z serdecznym usmiechem!:-))

      Usuń
  6. Pieknie i na pewno bylo warto. Ale przyznam szczerze, ze mnie by sie nie chcialo. Ogladam przez okno, chociaz to niewiele widac, bo wiadomo w miescie to domy i tylko w gorze migoce czerwien.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak Marylko, na pewno było warto wyjśc, oglądać ten wspaniały wschód i fotografować go. Żyję w bliskosci z naturą, czuję się jej częścią, więc póki co żadna pora ani pogoda mi niestraszna. I pewnie póki zdrowie pozwoli, póki nogi zechcą mnie nosic będę wychodzić na zewnątrz i cieszyć sie na żywo spektaklami natury. Taką mam przynajmniej nadzieję. A jak mi sie przestanie chcieć, to będzie dla mnie zły znak...

      Usuń
  7. Swit jak malowanie...oj ja na pewnie bym tez pobiegla, taki swiat napelnia mnie euforia. I znowu ta kapliczka, mowisz ,ze masz ja blisko domu, bardzo malownicza a szczegolnie pieknie wyglada na przedostatnim zdjeciu...te swiatlocienie !!!pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świt wprost boski, niesamowity! Na widok takich cudowności człowieka aż porywa by wyjśc z domu. Tak, to euforia w najczystszej postaci. I wzruszenie. I poczucie wyróznienia, że można cos tak wspaniałego oglądać.
      Tę kapliczkę mam mniej więcej 200 m od domu, więc ilekroć idę czy jadę drogą w dół wsi patrzę na nią. Tutejsi mieszkańcy bardzo o nią dbają. Latem zawsze są tam świeże kwiaty a przez cały rok ktoś zapala w środku świeczkę...
      Pozdrawiam Cię serdecznie, Grażynko!:-0

      Usuń
  8. Niesamowita orgia słońca ze śniegiem. Warto było marznąć, oj warto. Piękno i ulotność takach chwil sprawiają, ze człowiek musi wierzyć w coś więcej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, tak - orgia, euforia, szalony romans romans, czyste piekno stworzone przez naturę, albo przez boską moc! Masz rację Luno - człowiek widzac takie wspaniałości i wzruszajac sie tymi cudami chce wierzyc, że jest coś więcej, niz podpowiada mu rozum i logika.

      Usuń
  9. Też bym poszła, niestety u mnie ostatnio wschód czy zachód jednakowo szare i bez kolorów. Dlatego dziekuję Ci za ten piękny poranek, niemal poczułam mroźne powietrze i wiatr na twarzy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W mieście cięzko zobaczyć takie spektakle barw na niebie. Jak nie szare powietrze, to Zawsze jakieś budynki zasłaniają widoczność. Przypuszczam, że nawet u mnie w dole wsi nie są one tak wyraziste jak u mnie. Mieszkając na szczycie góry mam możność widzieć więcej, wiec korzystam z tego, ile sie da. I dzielę sie z Wami swymi obserwacjami, ciesząc się, iz mam z kim sie nimi dzielić!:-)

      Usuń
  10. Ale Was pięknie słońce przywitało... u nas ciągle pochmurno, słońca brak... :( Pozdrawiam ciepło! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chwile ze słońcem w czasie zimy są bardzo cenne. Zazwyczaj jednak słońce idzie w parze z mrozem. Ale jest wtedy tak pieknie na świecie, że ten mróz nie jest zbytnio dokuczliwy!

      Pozdrawiam serdecznie, Maksie!:-)

      Usuń
  11. Kochana Olgo. Dziękuję i ja za zdjęcia. trafiłam kiedyś TEN moment- wstawające przecudnie słońce- i moje ręce na kierownicy. Nie mogłam nic zrobić. te kilka minut przebiegało mi przed oczami, przed szyba samochodu. Było wokoło. Ale mój zachwyt pamiętam do dziś. moje oczy zachwycone, moje serce zauroczone. Obrazy zapisane na zawsze. I dziś u Ciebie wedrówkę mogłam powtórzyć. Dziękuję. najprostsze- najzwyklejsze. A Ty wiesz, że z głębi serca. Olgo! skarbem rzuciłaś w blogowa sieć. Jesteś wielka......

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo sie cieszę, Alis, że tymi zdjęciami sprawiłam Ci taką radość!:-) Bo naprawdę to są niezwykłe, niezapomniane chwile i człowiek mocno to przeżywa, wzrusza się, odradza wewnętrznie, znowu cieszy sie zyciem. Dla takich chwil chociażby warto zyć. To takie bezcenne dary, skarby od natury...
      Ściskam Cię gorąco i dziekuję za Twoje pełne wzruszenia słowa!:-)*

      Usuń
  12. No to nie mam słów...Zaczarowałaś mnie, owinęłaś w ulubione kolory tymi pięknymi zdjęciami. Niewiarygodne piękno, misterium wschodu słońca, budzącego się życia, triumfu światła nad ciemnością. Nie dziwię się, że słońce było Bogiem, a jutrzenka Boginią dla Słowian i nie tylko przecież. Hindusi uważają, że wschód słońca, jego złote i brzoskwiniowe barwy to najlepszy moment žeby doładować się energią życia. Warto było pójść na spotkanie słońca i tego przepięknego poranka:-)***

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hindusi mają rację! Tamtego poranka doładowałam sie niesamowicie energią.Poczułam sie częścią tego cudu. Miałam wrażenie, jakbym byłą jedynym człowiekiem na całym świecie i to wszystko, co oglądałam było przeznaczone tylko dla mnie.Chciało mi sie śmiać i płakać na przemian. Ech, naprawdę dla takich chwil warto życ, warto mieć nadzieję, że w przyszłosci kryją się takie wspaniałe niespodzianki, takie momenty brylantowe, baśniowe,czy wręcz boskie.
      Dzisiejsze niebo jest tajemnicze i zachmurzone. Śnieg sypie.Mróz kilkustopniowy. Cisza, spokój. Natura odpoczywa po tym wspaniałym spektaklu barw i byc może szykuje sie na jakis następny...?
      Uściski serdeczne zasyłam Ci Marytko z mojej górki!:-)***

      Usuń
  13. Twój świt zupełnie inny:-) zanim słońce wyszło zza naszej góry, już je przysłoniły chmury, tylko z ukosa musnęło łąki i Kopystańkę; pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie chyba dlatego widać więcej bo mieszkam na szczycie góry. Lecz wszystko zależy od pogody. Dzisiaj niebo zachmurzone, śnieg sypie. Poza wszechobecną bielą niewiele więcej mozna zobaczyć.Ale i ta biel jest piękna, bo czysta, bezkresna...
      Pozdrawiam Cię ciepło, Marysiu!:-)

      Usuń
  14. Na pewno warto było ruszyć w tę zimnicę i zdjęcia porobić, a przy okazji oko pięknymi widokami nacieszyć :))
    U nas takich widoków nie ma ... tak więc mogę jedynie na zdjęciach pooglądać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że było warto Lidko! - przecież takie zjawiska na niebie nie zdarzają sie co dzień. A życie jest takie krótkie, takie kruche - kto wie, ile jeszcze takich świtów dane mi będzie ujrzeć? Pewnych rzeczy nie wolno odkładać. Śpieszmy sie kochać, śpieszmy sie patrzeć i doceniać to, co jest, póki jest...

      Usuń
  15. Ależ widoki... bajecznie pięknie <3
    Naprawdę warto dla takich obrazów i przeżyć duchowych, zrezygnować z wygody i nieco podmarznąć :D
    Pozdrawiam ciepło, Agness :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, dla bajeczności tych widoków warto przemóc swoje lenistwo oraz niechciejstwo i wyjsc z domu, by podziwiać to na żywo, by odczuc głęboko w swym sercu. Zresztą, dla wielu rzeczy warto - nie tylko dla takich spektakularnych widoków.
      Takze pozdrawiam Cię ciepło, Agness!:-)

      Usuń
  16. Rozmowa podobna to tej co i ja prowadzę z mężem :D W wschody i zachody są takie piękne! Fantastyczne zdjęcia Ci wyszły i masz rację, wygląda nieziemsko :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zwyczajne domowe rozmówki, obowiązki i nawyki, codzienna powtarzalność i od czasu do czasu chwila, która wyrywa człowieka z tej rutyny - ot, chociażby piękny wschód albo zachód słońca!:-)

      Usuń
  17. Przepiękną bajkę stworzyłaś Olgo.
    Moje największe uznanie.
    :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Stokrotko - ale ja tylko zrobiłam zdjęcia, reszta jest dziełem natury!:-)

      Usuń
  18. Ależ to był festiwal wspaniałych zjawisk i tyle śniegu, który ja mogę oglądać tylko na takich zdjęciach.
    Miałaś Olu ucztę dla oczu. I niech mi ktoś powie, że natura, przyroda nie jest cudowna? Taka zmienna a zarazem
    tajemnicza, a przez to piękna. A i dobrze mieć u boku takiego kochanego Cezarego, który ogrzeje i smakowite jedzonko poda. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, tamten wschód był naprawdę piękny a to właśnie zimą zdarzają sie najczęściej takie festiwale barw. Biel śniegu w zetknięciu z widowiskiem kolorów na niebie daje taki oszałamiajacy efekt. I ta biel przyjmuje wówczas rózne barwy, zachwyca i zadziwia.
      Pozdrawiam Cię serdecznie, Oleńko.

      Usuń
  19. Przepiękny spacer! Nic więcej nam nie trzeba tak naprawdę...
    Choć komputer i internet sprawia, że możemy się dzielić ze sobą swoimi małymi cudami! :)
    Pozdrawiam ciepło i dziękuję za kolejny piękny spacer,
    zdjęcia aż zapierają dech w piersiach. aż kombinuję, żeby samemu móc zobaczyć takie cuda na oczy, może wyjechać kiedyś w góry... oj plany plany. zobaczymy co życie przyniesie.
    Buziaczki dla Misi!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Natura właściwie co dnia pokazuje nam swoje małe i wielkie cuda. Robi to wszędzie. Niekoniecznie w górach. Czasem wystarczy jakis cień, albo błysk światła, albo widok małej śniezynki i juz człowiek się zachwyca. Trzeba umieć te perełki piękna chcieć zauważyć, wypatrzeć, docenić.Tamten świt należał właśnie do takich wielkich cudów i cieszę się, że miałam moznosc go podziwiać i że mogę sie swoimi obserwacjami dzielić na blogu.
      Dziękuję za buziaczki dla mojej Misi - białej jak śnieg psinusi i pozdrawiam serdecznie Ciebie oraz Twoją kocią rodzinkę!

      Usuń
  20. Pięknie, cudownie, nie mam słów. A najbardziej podziwiam Twoją odwagę i to, że jednak wygrywa spontaniczność. Jasne, że warto poczuć mroznne powiewy, zeby docenic potem domowe ciepełko. Takie kolory rzadko zdarza się zobaczyć, jak to wspaniale, że masz taka radosną młoda duszę i po prostu biegniesz. Tak pieknie poetycko opisałas swój bieg po świt, że az ja tu siedzę i czuję mróz na policzkach. Pozdrawiam gorąco Olu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy cos mocno zachwyci poruszy serce zapomina sie o wszelkich przeciwnościach i niczym na skrzydłach biegnie sie tam, gdzie jest źródło tego wruszenia. Przynajmniej ja tak miewam, jeszcze mi sie to zdarza. Tak, spontanicznośc jest ważna oraz uczucie wolności i jedności z naturą. Taki wspaniały wschód, taki przeżywany mocno zachwyt jest niczym wypicie eliksiru młodości.Cudownie jest poczuc znowu w sercu ten żar i bezczas w duszy oraz w ciele.Dla takich chwil warto żyć.
      U nas śniegu masa i codziennie prószy, lecz mróz na razie odpuscił. Zima na pewno jeszcze wiele cudów pokaże.
      I ja pozdrawiam Cię gorąco i mnóstwo przyjaznych myśli zasyłam!:-)*

      Usuń
  21. Uwielbiam takie wschody słońca
    Przepiękne kadry
    U mnie śniegu , jak na lekarstwo
    Za to mogę zapatrzyć się u Ciebie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nieczęsto zdarzają sie takie wschody, takie wspaniałe widowiska.Ale kiedy już są to człowiek ma wrażenie jakby na jego oczach dział sie jakis cud, jakby piękna baśń wzięła we władanie rzeczywistość. Ja tak właśnie sie czułam i dlatego nie mogłam sie oprzeć ochocie by sfotografować tę baśń, by byc jej częscią.
      Pozdrawiam Cię serdecznie z zaśniezonej wioski podkarpackiej!

      Usuń
  22. Tylko pozazdrościć widoków i tej naturalnej palety barw. Pozdrawiam i życzę dobrego tygodnia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdarzają sie tutaj cudowne spektakle barw, ale teraz odwilż, mokro, szarość na niebie.
      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  23. O matuleńko, ależ u Ciebie cudeńka były, widziałam je jeszcze przed wyjazdem i one mnie zmotywowały do jazdy na skraj, trzema autobusami z dwoma przesiadkami i dwoma dochodzeniami. A u mnie ni hu, hu, kolorków, biało, szaro i ponuro, niebo monotonnie szare, zdjęcia czarno białe. Widocznie im wyżej tym cudniej i bajeczniej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze napisałaś - "były!". Takie cudeńka zdarzają sie rzadko a najczęściej zima na Pogórzu jest taka jak wszędzie, dwukolorowa a w dni pochmurne, takie jak teraz mało fotogeniczna. Myślę, iż zima jest jak zycie - codzienność jest zwyczajna, dni podobne do siebie, czasami jednak zdarzają się obfitujące w wyrazistsze barwy pogodne święta, innym zaś razem przychodzą dni, gdy niebo zasępia się, zasnuwa ciemną zasłoną a szum wiatru podobny jest do płaczu.Ale nic nie trwa wiecznie, zmieniają sie barwy, nastroje, pory roku.I znowu prędzej czy później pojawia sie słońce i znowu ma się chęć robic zdjęcia...

      Usuń
  24. Krajobraz jak z bajki. U nas po śniegu śladu nie ma.

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękujemy za Wasze opinie i refleksje wyrażone w komentarzach!

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blog blogi Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno droga Dubiecko Dwernik Kamień dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie fotoreportaż głodówka gospodarstwo góry Góry Flindersa grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska informacja inność internet jabłka Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jawornik Polski jesień kalina kangury kastracja koala kobieta koguty kolędy komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lipiec lis listopad los ludzie łąka maciejka macierzyństwo magia malarstwo marzenie mgła miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia młodość moda mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa owoce pamięć Panna Róża park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka piosenki płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady praca prawda prezent prośba przedwiośnie przemijanie Przemyśl przepis przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rodzina rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty słowa smutek South Australia spacer spiżarnia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota truskawki uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wrażliwość wrotycz wspomnienia wspomnienie wychowanie wypadki zabawa zaproszenie zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia Żydzi