sobota, 24 stycznia 2026

Lśnienie...

 




   Przed paroma dniami twarda skorupa powstała na śniegu pod wpływem siarczystego mrozu zamieniła się w lśniący lód. Pokryte tą szklanką drogi były śliskie i niebezpieczne. Chodzić trzeba było bardzo ostrożnie. A jeździć prawie się nie dało. A tymczasem dookoła na polach i łąkach rozciągały się lśniące, nietknięte ludzką nogą, nieprzebyte przestrzenie pokryte jednolitą warstwą lodu. Na wkroczenie w ten zmrożony ląd odważały się tylko nieliczne sarny, dziki, jelenie i lisy. Widać było niekiedy ich wyraźne ślady za płotem. Cóż. Także i w taką zimę zwierzęta muszą przecież znaleźć coś do jedzenia. Wygrzebać spod śniegu jakieś trawki, listki, robaczki i żołędzie albo dostać się do gospodarstw hodujących kury...



   Takoż i ja spróbowałam mimo wszystko wejść w ową lodowatą przestrzeń. Prowadziła mnie ciekawość i zew odkrywcy. Chęć zobaczenia z bliska a nawet dotknięcia tego dalekiego blasku, który delikatnie pełgał i nieustannie kusił spoza drzew oraz kęp suchych badyli.





   Wędrówka po tej lodowej skorupie była dziwnym, lecz ciekawym doznaniem. Stopa przebijała się z trudem przed twardą powierzchnię i z jeszcze większym trudem się wyciągała. Nie było nawet wiadomo jak dużo śniegu jest pod spodem. Szło się zatem ostrożnie, z namysłem. Noga zapadała się głęboko, aż uwolniony spod skorupy, zadziwiająco puszysty pod spodem śnieg dostawał się do butów. Chodząc tak miało się uczucie podobne do wędrówki po jakimś tajemniczym bagnisku. Wielka niewiadoma rozpościerała się dokoła. Biała, świetlista połać przyciągała, wabiła, wołała nieposkromionym lśnieniem. A jednocześnie coś mnie przed tym powstrzymywało. Nie chciałam niszczyć zwyczajnym chodzeniem owej wspaniałej płaszczyzny. Zaburzać swymi śladami tego idealnego trwania zimowej, lodowatej krainy. Pragnęłam owe przestrzenie uszanować, pozostawić nietkniętymi, jak do tej pory, niczym na obrazie, do którego widz nie ma realnego wstępu, lecz przecież może wędrować mocą wyobraźni....





   Udało mi się zrobić wówczas trochę zdjęć, zatem pokażę je teraz, bo obecna rzeczywistość wygląda już zupełnie inaczej. Tamto niezwykłe lśnienie zniknęło przysypane warstwą świeżego śniegu. Słońce schowało się za burzowymi chmurami i nie pozwala wydobyć z otoczenia tylu barw, błysków i tajemniczych cieni, co wówczas.





   Tak...Zima potrafi być co dnia inna. Zaskakiwać, przerażać, olśniewać, przyciągać albo odpychać. Ja fotografuję jej zmienne oblicza, bo tylko tyle mogę zrobić by zatrzymać choć przed chwilę to zmienne piękno, by pozwolić pamięci za jakiś czas wrócić do tych widoków, zastanowić się nad ową zmiennością, doszukać się w niej nowych znaczeń i przesłań.





   Podobno już wkrótce czeka nas przedwiośnie. Tak przynajmniej zapowiadają prognozy pogody. Czy tak będzie? Przekonamy się sami. Ale tym bardziej warto popatrzeć na ten zimowy spektakl, póki trwa, póki otwiera się ­przed nami kolejny jego akt.




   A propos zmian jakie zachodzą w naturze. Jesteśmy jej częścią, a więc i my tym zmianom podlegamy. Raz czujemy się tak a raz inaczej. Dzisiaj mamy wrażenie, żeśmy młodzi i silni, jutro czujemy, że starość zaczyna szarogęsić się w naszych ciałach i umysłach. Tak to jest i na nic bunty i zaprzeczanie. Na szczęście, czas malując na nas swoje piętno, nie zawsze tylko odbiera. Często też coś w zamian daje. Myślę, że to świadomość tego, co naprawdę w życiu ważne. To spokój wewnętrzny, który za tą świadomością idzie, bo zdajemy już sobie sprawę, że nie warto za wszelką cenę walczyć o uznanie opinii społecznej, nie warto się wszystkim przypodobać. Jedno co warto, to być sobą i cieszyć się sobą taką, jaką się jest. Doceniać to co jest. Widzieć w sobie i pielęgnować ten inny, niż kiedyś rodzaj lśnienia. Lśnienia, które pojawia się wraz z latami, z większą dojrzałością, z tym wewnętrznym uśmiechem i rodzajem pogodzenia z sobą samą, z innymi ludźmi, ze światem.




   Starzejąc się nadal potrafimy i czasem chcemy zaskoczyć czymś siebie i innych. Nadal lubimy pod zewnętrzną skorupą odkrywać w sobie i bliźnich nieznane dotąd głębie, przeglądać się w nich niby w kryształowych zwierciadłach. Nie zadowalać się tym, co widać na pierwszy rzut oka. Nie kostnieć w ustalonych raz na zawsze poglądach. Żyć, brać to życie z otwartymi oczami i z otwartym sercem. Patrzeć dalej, uważniej, wrażliwiej. Widzieć więcej, niż niegdyś. Nie dać się zwodzić pozorami. A gdy coś się w nas zamroczy uparcie wierzyć, że powróci owo cudowne lśnienie. To, za którym tak nieraz tęsknimy. To, którego nam brakuje, gdy coś nas boli, gdy się czegoś lękamy, gdy czujemy się bezradni. Tak dobrze jest wierzyć, że słońce schowane za chmurami jeszcze nie raz do nas powróci. I znowu ruszymy na wędrówkę po nieskończonych, pełnych tajemnic błyszczących połaciach życia...




   Przeczytałam niedawno artykuł o dziwacznej tendencji, obowiązującej dzisiaj wśród ludzi. To kult młodości. To obowiązek wyglądania młodziej, niż wskazywałaby na to nasza metryka. To konieczność ukrywania albo traktowania botoksem i operacjami plastycznymi swych zmarszczek i innych niedoskonałości pojawiających się wraz z wiekiem. Starość jest passe. Starość jest czymś wstydliwym, niechcianym, brzydkim. A przecież każdy dzisiejszy młody będzie prędzej czy później stary. Nie da się przed tym nigdzie uciec. No chyba, że w przedwczesną śmierć...




   Czy ta dzisiejsza niechętna postawa wobec starości wypływa z lęku przed nią? Czy może z nieumiejętności dostrzeżenia tego, co jest w życiu naprawdę ważne i kurczowego trzymania się pozorów? Z przykrością obserwuję niektóre celebrytki, piosenkarki i aktorki jak bardzo starają się kryć swój rzeczywisty wygląd, jak koniecznie chcą sprostać cudzym oczekiwaniom, modzie, presji otoczenia. Nie mają odwagi być sobą. Pokryte tonami makijażu, „poprawione”kolejnym zabiegiem wyglądają niestety jak karykatury samych siebie, jak pozbawione życia przerażające maski. I smutno mi, bo mam wrażenie, że niepotrzebnie sobie umniejszają, że postępując tak w pewien sposób ośmieszają siebie odnosząc odwrotny od zamierzonego efekt.




   Na szczęście wiele osób nie przejmuje się tym trendem kultu młodości i idealnego wyglądu. Żyją i biorą to życie jakim jest, godząc się z tym, na co nie mają wpływu i nie przejmując się tym, co sobie ludzie pomyślą. A przede wszystkim ciesząc się życiem takim, jakie ono jest. Tym nowym rodzajem lśnienia, które dostrzega się wraz z wiekiem. Blasku rodzącego się z doświadczenia życiowego, z głębszego zrozumienia innych ludzi, z dostrzeżenia ich wewnętrznego, niepowtarzalnego światła, a wreszcie z czasu, bezcennego czasu, który pozostał. Kimś takim była zapewne Małgorzata Braunek czy Magda Umer. Obie te cudowne kobiety miały w sobie w sobie nieprzemijającą urodę i prawdę. Cechy jakich próżno szukać u większości tych, którzy usilnie pragną być tacy jak dawniej....

   Poniżej link do artykułu o aktorce grającej niegdyś w serialu „Ptaki ciernistych krzewów” a obecnie ośmielającej się wyglądać na swoje lata...

https://www.msn.com/pl-pl/rozrywka/news/ma-68-lat-wyla%C5%82-si%C4%99-na-ni%C4%85-hejt-z-powodu-wygl%C4%85du-tak-odpowiedzia%C5%82a/ar-AA1UcZRl?ocid=msedgntp&pc=U531&cvid=69688a7cde5f495cb26c2def2b621141&ei=9




P.S.

   Hurra – dobra niespodzianka! Nasz biały piesek Jacuś czuje się o wiele lepiej. Wydaje się, że przełamał się w nim jakiś kryzys. Wrócił mu apetyt (znowu jest łakomczuszkiem, jak dawniej!). Ma więcej energii. Oczy mu błyszczą jakąś nową radością. I nie wygląda na to, by coś go bolało. Bardzo się tym cieszymy! Oby żył w zdrowiu jak najdłużej!:-)

   A ja zmuszona obfitym wypadaniem włosów ( po niedawnych stresach i licznych prześwietleniach) ścięłam je króciutko. Mam nadzieję, że to oraz stosowanie różnych odżywek pomoże im się wzmocnić. Ale nie biadam wcale nad tym ścięciem, bo nieźle się czuję z nowym wyglądem. Łatwiej o włosy teraz zadbać, umyć je i wysuszyć. Sprawić by lśniły czując w sobie dawno nieodczuwaną lekkość i moc!:-)




sobota, 10 stycznia 2026

Zima, jaka jest...

 




   Zima, jaka jest każdy widzi, bo w tym roku zima jest wszędzie a nie jak w ubiegłych latach tylko w górach i na pogórzach. Pewnie wielu z Was już ma jej serdecznie dość, bo zimno jest ogromnie, bo trudno się chodzi i jeździ, bo trzeba codziennie odśnieżać i domy ogrzewać trzeba mocniej a więc i rachunki za to ogrzewanie wzrosną... 












  Mnie jednak piękne, zimowe widoki rekompensują te wszystkie niedogodności. Ani mnie ta zima nie przeraża, ani nie odwodzi od wychodzenia z domu. Przeciwnie – im zimniej jest i śnieżniej, tym bardziej mam ochotę wkraczać w te białe pejzaże, doznawać na policzkach i dłoniach lodowatych pocałunków zimy, zauważać zmiany barw, świateł i cieni, wyłuskiwać spośród tych surowych, monochromatycznych widoków warte dostrzeżenia szczegóły. Spacer pośród takich cudów natury i odbieranie ich nie tylko oczami, ale dotykiem, węchem, całą duszą pozwala w pełni być tu i teraz. Docenić to, że się jest, że można to wszystko widzieć, czuć, doznawać całą sobą, po prostu iść i iść i iść... Taka przechadzka pozwala też nie myśleć o tym, co nieodwołalnie skrywa przyszłość, co napawa lękiem i smuci, na co nie ma się wpływu...




   A gdy jeszcze uda się wyruszyć gdzieś dalej, na przykład nad rzekę, wówczas tych doznań jest jeszcze więcej. Wędruje się po chrzęszczącym śniegu za nurtem rzeki pokrytej w wielu miejscach mieniącą się diamentowo krą. A widok ten przyciąga, przytrzymuje, wręcz hipnotyzuje. Jest głebokim wrażeniem obcowania z wiecznością i prawdziwością...








   Aż w końcu ma się wrażenie, że płynie się razem z tą rzeką, że jest się jej częścią. A rzeka zabiera ze sobą w dal i pozostawia w owej dali wszelkie myśli, uczucia i emocje. Nadaje im przedziwną lekkość. Oczyszcza z bólu i lęku, uwalnia od samej siebie, od natłoku spraw, od hałasu natrętnych wieści i budzących niepokój zapowiedzi...Ot, jest tylko biel śniegu, opalizujący szarością i różem błękit nieba, srebrzyste indygo rzeki i pełen nieskrępowanej wolności spacer, który trwa tak długo, jak długo da się wytrzymać owe mroźne pocałunki zimy...













niedziela, 4 stycznia 2026

Psia starość...

 




...Niestety, prędzej czy później ta psia starość nieodwołalnie pokazuje swoje niewesołe oblicze. Psy, tak jak i my ludzie, doświadczają wszystkich dolegliwości i schorzeń związanych z podeszłym wiekiem. Pojawiają się prędzej czy później bóle w stawach, problemy z poruszaniem się, przewlekłe czy nagłe choroby, spadek sił i ochoty do zabawy, senność, brak apetytu, rezygnacja z tych aktywności, które do niedawna były zwyczajną codziennością. Co gorsza, u psów widać to wszystko wyraźnie, bo ma się porównanie widząc i pamiętając, jak jest i jak było kiedyś, zupełnie niedawno przecież. Przepełnia nas smutkiem fakt, że tak szybko przeleciało im u naszego boku całe ich życie. Zbyt szybko. Te kilkanaście lat minęło jak z bicza strzelił. I oto pewnego dnia zamiast tak wesołego dotąd, pełnego niezmożonej energii psiaka spogląda na nas posiwiały, posmutniały i wyraźnie zmęczony życiem stary pies.



   Piszę tu o naszym Jacusiu, który zamieszkał z nami już prawie jedenaście lat temu. Był wówczas radosnym psiakiem, potrafiącym godzinami biegać bez zmęczenia, uparcie starać się o względy naszej suczki Zuzi, polować na kury albo dokuczać kozom. I jak przystało na młodziutkiego psa mieć mnóstwo szalonych pomysłów na beztroskie dokazywanie i wygłupy. Bardzo zmienił się przez te lata. Dojrzał, zmądrzał, nauczył się ufać nam a także uśmiechać się po psiemu i bawić się z Zuzią a potem ze swoimi córeczkami Misią i Hipcią. Potrafił nas rozśmieszać, martwić i niepokoić, rozczulać i wzruszać. Zresztą większość z Was pamięta zapewne moje opowieści o Jacusiu. Dużo o nim kiedyś pisałam.





   Nie wiemy ile dokładnie ma on lat, bo gdy się u nas pojawił w 2015 roku równie dobrze mógł mieć dwa lata a mógł też mieć ich pięć. Tak czy siak to dzisiaj stary, kilkunastoletni pies, który ma prawo czuć się jak staruszek.




   I przyszło to, co miało przyjść. W Święta Bożego Narodzenia zaczął nam mocno niedomagać. Stracił apetyt, za to więcej pił wody. Widać było po nim, że coś go boli, bo przebiegało po nim charakterystyczne drżenie, podczas którego wydawał ciche pomruki. Najchętniej całe dnie by przesypiał a do ogrodu wychodziłby tylko na siku i zaraz wracał do domu. Zimno najwidoczniej mu nie służy. I tak jest także teraz. Ciepłe legowisko i spokój to jest to, czego Jacuś najbardziej pragnie a my staramy się mu to zapewnić. Od kilku dni jest pod opieką weterynarza. Dostaje antybiotyki i środki przeciwbólowe, ale nie bardzo wiadomo, co go właściwie boli. Wyniki krwi ma dobre. Nie stracił na razie na wadze. Nie ma podwyższonej temperatury ani właściwie żadnych poza tymi niewyjaśnionymi bólami i brakiem apetytu objawów chorobowych. Nadal miewa radosne, pełne entuzjazmu chwile. Nieraz jak gdyby nigdy nic wybiega do ogrodu z Hipcią i Misią by tam szczekać przy płocie i wpatrywać się w tajemnicze, leśne oddale. Po powrocie do domu najpierw dużo pije a potem podstawia grzbiet i pupę do głaskania. Uwielbia, gdy się go czesze, pieści, przemawia doń czule. Najbardziej jednak interesuje go po prostu długi, niezakłócony niczym sen...





   Nie wiem, czy będziemy jeszcze z Cezarym nadal próbować zgłębiać, co właściwie dolega Jacusiowi. Po pierwsze bardzo jesteśmy tu zależni od pogody. Może tak być, że gdy nas tu znowu śniegi zasypią, to nie damy rady dotrzeć do weterynarza. Od środy zapowiadają u nas ogromne śnieżyce. W razie czego mamy w domu tabletki rozkurczowe i przeciwbólowe, więc gdyby było z nim gorzej zawsze mogę mu je podać. Po drugie obawiam się, że jeśli zagnieździło się w Jacusiu jakieś podstępne raczysko, to w jego wieku wyleczenie może być już niemożliwe. Nie wiem, czy jest sens by niepotrzebnie męczyć pieska...Wciąż boleśnie przecież pamiętamy z Cezarym chorobę i śmierć naszej ukochanej suczki Zuzi, która po kilkumiesięcznej walce o nią, po męczarniach spowodowanych nieustępliwymi bólami nowotworowymi, nie doczekawszy operacji odeszła od nas w styczniu 2022 roku. Chcielibyśmy tego wszystkiego oszczędzić Jacusiowi. Ale chcielibyśmy także by był z nami jak najdłużej. To wszystko wymagać będzie od nas podejmowania na bieżąco różnych decyzji, może nawet tej najgorszej...




   Ale póki co Jacuś jest z nami. W chwilach, gdy nie śpi spogląda na nas z ufnością, podchodzi, macha ogonem, podstawia głowę do pieszczot i serdecznie reaguje na każde wypowiedziane doń słowo. Styczniowe słońce czule pieści jego śliczny, biały łebek i obiecuje kolejny pogodny dzień. A nasz kochany lawendowy Jacuś znowu układa się na swoim legowisku, wzdycha głęboko i spokojnie zasypia...







Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost