niedziela, 20 września 2015

I nic nam się nie stanie...






Cezary pisze…

   Cieńżkawe te dzionki łostatnio, albotyć łupały nie do derogacyji, ać nastempująca zimnawka trzensawkom się rozłazi po grzbietowych łokolicach. Przysiadła se kobicina moja przy jaworowym zapiecku i gdybała; alem się naczytała, kozule na wszyćkich blogerskich blogach zeżarły juści zimowe im należności i co to bendzie, co to bendzie i tak do przodka i do zadka niby to interpelacyja. A toć kobite mojom znać mi nadeszło niepomiernie. Co my jechali podle sonsiada łonki, toć łona spod bryli spozierała na sterczonce trawska po biedra, a co drugim po pazuchę. I tak, jak ciasto zamieszuje i wałkuje, to mie urabiała bezliczebne godziny. Wreszciem się splaskacił i wyszło na kobiecine intencyje. Bida, bida z kosiarzami, ać mi kosom nie licuje, boć to nie te lata i zamachu z rozpendu nie stoji.
    Z wieczora juści bywało, ażci traktorzyna znienacka z przyrzondem do łomocenia łonki jedzie. Niecom się znarowił, portki w kułak chycił i dali w dyrdki za rozwiązaniem wyłonaconej zgryzoty przez mojom przez serducho połowicom. Alem sie nadywagował zapłaty za łomocenie łonki. Chłop bywał twardy, jako co łorzech i co chwila dembem mi stawał. Aliści my targu dobili.
    A wteda słonko chadzało se wysoko i dymało jakoby ktosik się powiesił. Pan Bozia widać cuwa, coby Jaworom siano nie sprzaśniało. I myśta raz po raz wywijali spodkiem siana do góry. I tak ze trzy dni my wyrobili. Świeże toć bywało, choć stareńkie i mocy było, jako cieńkusz jaki po dziesiontej wodzie. 

    To był czwartek i my z samego ranka się wzienli, coby zwózkę poczynić, bo koło dnia połowy miało być ze trzydzieści gradusów. Ufff…
    Capka żem łobejrzał, przyczepem żem zaprzong bolcem do capkowego zadka i jazda. Szum w uszach, a we włosach wiatr. Takośmy pendzili za pierwszym razem. Olga, jako pomocnik ładowacza kupki siana lokowała na wóz ino śmigało. Jak bywało juści wysokunio, toż łona jak ta kozula wskakiwała na wierzch i łupu cupu przygniatała łonkrogłymi biedrami i czymśik tam jeszcze, aści same okrągłości. Ino furczało. Siano i wiatr we włosach wirowało, w łoczentach błysk i pomruk zadowolenia. Szło dobreniutko. 

    No i jazda nazad, coby siano wwidłować na sianowy stryszek. Olga we drzwiach na górze, a jamci widłami wywijał na trzy metry do góry. Po piontym obrocie se my siedli i zagadali, coby to wymyśleć jakieś zaklencie, żeby siano samo wskakiwało na wóz i samiusienkie ładowało się na strych. Dłogośmy myśleli nad popitką a to z czarnego bzu, a to kwaśnym mlikiem od naszych sianowych obżarciuchów. I co? I nic!
    Tegoż dnia my obrócili dekadę razy i tylko raz westchnęliśmy o sensie naszej doli. Oczywiście w interwale, bo w czasie jazdy capek kiksował nasze przekazy swoimi głośnymi dowodzeniami.

    Tegoż dnia wiało tak, żeśmy sie nie nadonżyli spocić, wszyćko schło juści przy skórze, a z sianem na widłach to my latali po całej łonce, jako dmuchawce. A z wiecora popatrzyli my na siebie; Olga cała carna i Cezary jak Olga. Szybkośmy się pomyli, coby nie wziento nas za migrantów z carnej Afryki. A gdyby tamte mieli marszrutę przez nasze pole i wzieliby po jednej trawce, to cała zwózka na nic by była.

    Z rana dnia nastempnego kozule poszły paść sie na łonkem za ogrodem, a my zjedliśmy śniadanie z zawiniontka pod okapem z banera. Olga z przezorności przywionzała narowistego Jacusia do słupa i rzekła:
„… i nic nam się nie stanie.”

    I tak pojechaliśwa my na pole chronieni Olgowym zaklenciem. Inośmy z capka zleźc zdonżyli ano przyleciał Jacuś. Użwając magicznego zaklencia sam się chyba odwiązał. Zaklencie robiło na tyle, że nie pobiegł nasamprzód do kóz coby mleka se posmakować. Jak on to zaklencie pojmał? 

    Zwieźli my dwa załadowania i po dywagacyjach osondziliśwa, coby dało się wcisnonć jeszcze jednom furę. No i pojechaliśwa!
    Jeszcze na polu nagle smród i tryskajoncy łolej z silnika, jak kozie z dójka. No to teraz ja dałem zaklencie; „masz dojechać capku jeden”. I ledwo dojechaliśwa obryzgani od gumofilców aż po capki onze się rozdupcył na ament.
To była trzynasta fura. I kto powie, że nie jest feralna. No kto?
    A tak po prawdzie to Olga pierwym razem wypowiedziała je w czasie jazdy po plaży w South Australii, gdzieźwa się zakopali. Terozki niech lepiej po próżnicy nie gada!

*Capek – to taki traktorek samoróbka. 

*Zerknijta niżej na dodatek audio-video, któren na zycenie kobieciny Gosiankom Wrocławiankom zwanej oraz naszej somsiadki Pellegriny dołoncam!:-))

video



wtorek, 15 września 2015

Nasi sąsiedzi zza drogi...




  Od dłuższego czasu zabieram się za napisanie tego posta. Odkładam to i odkładam, bo jego podmiotem mają być ludzie kryształowi a o takich najtrudniej zawsze napisać, nie ocierając się o coś w rodzaju laurki, czy wręcz panegiryku. Jednak w końcu zdecydowałam, że nie ma na co czekać. Jak napiszę, tak napiszę. Grunt, że opowiem nareszcie o tych ludziach, bo zasługują na swoją opowieść jak mało kto. Pewnych rzeczy nie można w nieskończoność odkładać, bo czas potrafi robić niekiedy przykre niespodzianki i uniemożliwić realizację czegoś, co zbyt długo czekało na zaistnienie.

   Pięć lat już mieszkamy na Pogórzu Dynowskim. Przez ten czas wielu miejscowych spotkaliśmy na swej drodze. Z niektórymi z nich kontakt mamy sporadyczny. Z niektórymi nie ma go wcale. Jednak z Wandzią i Władysiem nasza znajomość przerodziła się z latami w prawdziwą, sąsiedzką przyjaźń. Cementuje ją wzajemna sympatia, zaufanie i tolerancja oraz nasza wdzięczność za dobro, którego wciąż ze strony tej niezwykłej pary doznajemy.  Mieszkają w tych okolicach z dziada pradziada. Znają wszystkich i wszyscy ich znają oraz poważają. Jednak to my jesteśmy specjalnie przez los wyróżnieni, bo to nasze gospodarstwo położone jest w najbliższym sąsiedztwie! Z naszych okien widzę codziennie domek, pole i ogród Wandzi i Władysia. Dostrzegam jak niczym mróweczki zgodnie uwijają się przy codziennych pracach gospodarskich. A na ich balkonie wietrzy się od rana cały zastęp kolorowych kołder i poduch. Z komina unosi się smużka dymu. Wielobarwne kury gdaczą, krocząc dostojnie po ogrodzie. A w tle wielokolorowe pasma wzgórz otulają ciepłe promienie życzliwego słońca…


   Jak się poznaliśmy? Pierwszego dnia, gdy załadowanym po brzegi samochodem zajechaliśmy pod bramę naszego obejścia i we dwoje usiłowaliśmy wytaszczyć zeń ciężki materac z pomocą przyszedł nam Władyś. Szczupły, lecz pełen siły mężczyzna około sześćdziesiątki. Najpierw przedstawił się grzecznie a potem wiele się nie namyślając chwycił niczym piórko wielgachny materac i razem ze stękającym z ogromnego wysilenia Cezarym z łatwością wniósł go do naszego domu. W kilka dni potem pojawił się znowu, tym razem z żoną – drobną, ale pełną energii i zaraźliwego poczucia humoru kobietą. Widząc jak uwijamy się na podwórku niczym w ukropie, wynosząc z domu cegły pochodzące z rozebranego pieca chlebowego oboje zakasali rękawy i zabrali się do pomocy, dosypując kolejną partię gruzu na powstającym podjeździe dla samochodu. I tak przez kilka godzin i tak już, co parę dni.
   Potem, ilekroć musieliśmy wnosić coś ciężkiego zawsze niczym duch opiekuńczy pojawiał się Władyś, widząc zapewne ze swego domu przez okienko kuchenne jak próbujemy we dwoje dać sobie radę z czymś przekraczającym nasze możliwości. Ilekroć trzeba było u nas coś zamurować to też Władyś przychodził i wyręczał nas w tych czynnościach. Zawsze gotów by doradzić, wytłumaczyć, pożyczyć cokolwiek. Wandzia natomiast, niczym troskliwa mama wiedząc, że w porze intensywnych prac remontowych nie mam kiedy zajmować się gotowaniem często zapraszała nas na obiady albo donosiła jakichś pierogów, fasolki po bretońsku i różnych przetworów warzywno - owocowych w słoikach. Opiekowała się troskliwie malutką Zuzią i kotami, gdy musieliśmy na kilka dni wyjechać do rodziny. Wysłuchiwała moich zwierzeń o trudzie i znoju tych pierwszych dni, tuląc mnie, pocieszając i rozśmieszając na koniec, zażegnując w ten sposób łzy...
   Ponieważ przez pierwsze dwa miesiące nie mieliśmy wody w studni to właśnie od Władysiów ją sobie w wiadrach donosiliśmy, gotując na niej herbaty oraz proste zupy a kąpiąc się wieczorami radośnie w wielkiej miednicy polewaliśmy się wzajemnie wyszczerbionym garnuszkiem... U sąsiadów także kilkukrotnie korzystaliśmy z prysznica oraz pralki. Naprawdę nie wiem, jak byśmy sobie bez nich poradzili w tamtych czasach. Zresztą i potem, kiedy już nasza znajomość pogłębiła się wiele razy byłam wdzięczna losowi za to, że dane nam było poznać tak przyjaznych, otwartych ludzi. Ileż to było wspólnych, rozśpiewanych biesiad! Ileż kameralnych spotkań przy grochówce albo grzybowikach mego wyrobu lub przy Wandzinym barszczyku, bułeczkach z mięsem i dziesiątkach rodzajów ciast, w których Wandzia jest moją niedoścignioną mistrzynią. Jakże cudownie nastrojowe chwile listopadowe spędziliśmy we Władysiowym lesie pomagając w zbieraniu chrustu na zimę a potem siedząc wokół ogniska i piekąc ziemniaczki, popijając sobie księżycówkę z przechodniego kieliszka i śpiewając pod rozgwieżdżonym niebem o tym, że tak szybko mija życie, jak potok płynie czas…

 - Ze świecą szukać można takich, jak Wy! – wykrzyknął entuzjastycznie mój tata, gdy pełen wzruszenia mógł tego roku w czerwcu przy okazji odwiedzin u nas spotkać się ponownie z naszymi sąsiadami. Przywitał się z nimi wylewnie, jak na rodowitego kresowiaka przystało i cały czas uśmiechał się od ucha do ucha widząc ich szczere i serdeczne twarze. Tata był tu ostatnio pięć lat temu, w dwa miesiące po naszym osiedleniu. Poznał wówczas Wandzię i Władysia. Długo w noc siedzieliśmy razem w naszej prowizorycznej kuchni serdecznie rozmawiając, jedząc i pijąc. Ciesząc się swoim towarzystwem. Na drugi z kolei dzień zaszliśmy wraz z tatą z rewizytą do sąsiadów, mieszkających mniej więcej dwieście metrów od nas w żółto-brązowym, parterowym domku z oficyną, urządzonym niezwykle funkcjonalnie i gustownie. Gościnna, roześmiana Wandzia poczęstowała nas (jak zwykle zresztą!) wędlinami, sałatkami i nalewkami własnego wyrobu, wprawiając tym tatę w jeszcze większy zachwyt.
- Ot prawdziwy skarb, tacy sąsiedzi! – wykrzykiwał raz po raz zauroczony tym wszystkim żałując, iż na jego osiedlu domków jednorodzinnych, położonym w cichej, zielonej dzielnicy jednego ze śląskich miast aż tak życzliwych ludzi nie ma.

   Wandzia i Władyś są już na zasłużonej, rolniczej emeryturze. Kiedyś w ich gospodarstwie słychać było muczenie krów, rżenie koni, kwiki prosiąt i gulgoty indyków. Teraz, ograniczając z wiekiem zakres obowiązków, z żywiny mają tylko kilkanaście kur, dwa koty i psa. Ale i tak ich nieustająca pracowitość ma wciąż pole do popisu. Tuż przy domu jest ogromny warzywnik, który zadbany i zawsze wyplewiony na czysto, co roku rodzi mnóstwo wspaniałych owoców. Na rabatkach kwitną pięknie różnokolorowe kwiaty. Na polu żółci się owies albo pszenica. Na czereśni, w zrobionym przez Władysia karmniku, urzędują wesołe gromady szpaczków i sikorek. To właśnie nad Wandzino-Władysiowym domem obserwuję najpiękniejsze wschody słońca...

   Nasi sąsiedzi są rodzicami dwóch dorosłych córek. Mają także wiele wnuków a pewnie wkrótce i jacyś prawnukowie pojawią się na tym świecie. Cała ich rodzina jest bardzo ze sobą zżyta. Spotykają się nie tylko z okazji imienin, urodzin czy świąt. Prawie co weekend pod domem Władysiów zatrzymują się samochody, z których wysiadają dzieci albo stęsknione, nastoletnie czy dwudziestoparoletnie wnuki. Wszyscy oni mają już swoje sprawy, ważne zajęcia w często bardzo odległych miastach, ale wciąż chcą odwiedzać kochanych, pogórzańskich dziadków. Jednak nie przyjeżdżają tu wcale na odpoczynek. Przeciwnie. Aktywnie biorą udział w różnych domowych, ogrodowych czy polowych pracach. I wcale nie trzeba ich do tych czynności specjalnie zachęcać czy zmuszać. Oczywiste jest dla nich, że w rodzinie trzeba sobie wzajemnie pomagać, albowiem wszystko, co robią jeszcze bardziej ich łączy a nie dzieli. Ilekroć to widzę jestem pełna zachwytu i wzruszenia. Niewiele jest przecież w naszych czasach podobnej młodzieży. Tak pełnej pozytywnych uczuć i ochoty do działania na rzecz innych. Myślę, iż kluczową rolę w jej wychowaniu stanowiły wartości chrześcijańskie, umiłowanie tradycji, szacunek dla ziemi i związanej z nią pracy oraz zrozumienie dla swych potrzeb i oczekiwań, a przede wszystkim mądrość i ogrom pozytywnych uczuć płynących zawsze ze strony Wandzi i Władysia. 


   Jedyną wadą naszych sąsiadów jest ich honorowość oraz nadmierna skromność. Nigdy o nic nie proszą, starając się wszystkiemu podołać we własnym zakresie oraz być samowystarczalnymi. A ilekroć proponowaliśmy jakąś formę pomocy przeważnie grzecznie odmawiali. Bo też prawdę mówiąc trudno być przydatnym osobom, które są tak zgrane ze sobą jak śrubki w najlepszym, szwajcarskim zegarku, a do tego wszystko potrafią i we wszelkich pracach gospodarskich mają takie doświadczenie, że nigdy nie będziemy umieć nawet jednej dziesiątej tego, co oni. A my bardzo chcielibyśmy móc się w czymkolwiek zrewanżować za ich uczynność. Na szczęście jakiś czas temu ku mojej wielkiej radości pojawiła się taka maleńka możliwość. Otóż okazało się, iż o dziwo, ma umiejętność rymowania może się naszym sąsiadom przydać. Wandzia i Władyś są osobami niezwykle rozchwytywanymi towarzysko. Uczestniczą w wielu imprezach typu wesela i imieniny. I tutaj właśnie znaleźli pole do popisu dla skromnej Oleńki. Zamawiają czasem u mnie napisanie wierszyka okolicznościowego a ja staram się zawsze jak najlepiej wywiązać z powierzonego mi zadania. Potem sąsiedzi idą w gości z odpowiednim prezentem materialnym oraz karteczką i napisaną na niej kilkunasto wersową, pogodną rymowanką jako oryginalnym dodatkiem.

   W przeszłe lata cały tłumek bliskich pracował zawsze na wykopkach ziemniaków u Wandzi i Władysia. W tym roku jednak czas wykopków mocno był przez upały spóźniony. Rodzina sąsiadów zdążyła się, niestety, porozjeżdżać po świecie i nasi przyjaciele byli pewni, iż wyjątkowo będą musieli poradzić sobie jakoś sami.  Dlatego widząc jak uwijają się pracowicie na polu bez namysłu dołączyliśmy do nich. A potem przez kilka godzin pracowaliśmy ramię w ramię walcząc z porywistym wiatrem i własnym zmęczeniem. Jednak w serdecznym towarzystwie takie rzeczy nie mają znaczenia. Panuje zgoda i harmonia. Ciężka robota okraszona uśmiechem, pogawędką, zwierzeniem, wspomnieniem, wspólnym odpoczynkiem na workach ziemniaków robi się jakby sama, mimochodem. Czas leci jak z bicza strzelił. Słońce niepostrzeżenie zniża się coraz bardziej. A rozkopane pole odsłania coraz szersze swe połaci. Człowiek posuwa się naprzód powoli. Kuca, przysiada, schyla się, podnosi, pot ociera z czoła, wzdycha, uśmiecha się do towarzyszy i wciąż zbiera i zbiera duże, średnie oraz zupełnie małe ziemniaczki, oddzielając je do różnych koszy. Te będą do jedzenia dla ludzi, te dla zwierząt a tamte na przyszłoroczne sadzenie. Ziemia pachnie spełnieniem i sytością. Wiatr zaczepnie szarpie włosami i połami koszul.
   A my uparcie robimy swoje. Między nami spacerują ciekawskie kury. Koty ocierają się o kolana. Pokładają się bezczelnie w koszach i domagają porcji pieszczot. Pies sąsiadów poszczekuje w odpowiedzi na pobliskie szczekania naszych psów, zamkniętych teraz na terenie naszego obejścia. Chwilę przedtem odprowadzić musiałam gagatków do domu. Nierozważnie bowiem wzięliśmy ze sobą na wykopki Zuzię i Jacusia. I o ile Zuzia zachowywała się bez zarzutu, to Jacuś znowu się „popisał” i w chwili nieuwagi dopadł kurę naszych przyjaciół z miejsca uszkadzając jej kręgosłup. Biedna kurka tego samego wieczoru musiała dokonać żywota, będąc zaciętą przez Wandzię, gdy jej szanse na wykaraskanie się po ataku psiego łowcy zmalały do zera. Chciałam w zamian dać Wandzi jedną z moich zielononóżek, ale wytłumaczyła mi, że ta kura i tak w tym roku poszłaby na rosół. Po prostu stało się to nieco wcześniej…

   Po skończonych wykopkach i po zwiezieniu kartofli do Władysiowej piwnicy otrzymaliśmy kilka worków drobniejszych ziemniaków paszowych dla naszych kur. Przyjęliśmy je z wdzięcznością, ale i z zawstydzeniem, bo przecież nie pracowaliśmy dla jakiejkolwiek zapłaty, ale dla chęci bezinteresownej pomocy i chociaż częściowego odwdzięczenia się za ogrom dobra, które wciąż od sąsiadów dostajemy.

   Na koniec dnia Wandzia i Władyś zaprosili nas do swej ciepłej kuchni, gdzie spałaszowaliśmy razem pyszną kolację a potem pożegnaliśmy się śmiejąc, że pewnie na drugi dzień ciężko będzie z łóżka wstać przez bóle spracowanych mięśni.

     - Czarek! Koniecznie posmaruj Olę maścią rozgrzewającą! I ty Oluniu jego też porządnie posmaruj. Mnie zaraz po kąpieli Władyś posmaruje. Połączymy przyjemne z pożytecznym i jakoś to będzie! – śmiała się Wandzia ściskając nas na pożegnanie, widząc jak niczym staruszkowie wzięliśmy się pod ramię i stękając odchodzimy w cykającą ostatnimi świerszczami chłodną ciemność wrześniowego wieczoru.
   - I dziękujemy wam serdecznie za pomoc! – zawołali jeszcze oboje a my westchnęliśmy i uśmiechnęliśmy się do siebie nic przy tym nie mówiąc. Chwilę potem doczłapaliśmy jakoś do swego obejścia i otwieraliśmy naszą skrzypiącą furtkę witając się ze stęsknionymi psami, skaczącymi na nas bezlitośnie niczym wielkie piłki lekarskie…


P.S.1
Większość imion została w tej opowieści zmieniona.
P.S.2
Wandzia i Władyś od niedawna mają Internet i podczytują niekiedy naszego bloga. Ten tekst ma być dla nich niespodzianką. Mamy nadzieję, że miłą!:-))

sobota, 12 września 2015

Zrozumienie





Cała rzecz  w zrozumieniu
W pojęciu sedna, istoty
A to tak trudno pochwytne
Przez mgnienie trwa - jak motyl

Czasem ta wiedza przychodzi
Z doświadczeń, porównań, z oddali
A czasem tak z nagła się rodzi
Jak odbłysk srebrzystej fali

Ta para dwojga staruszków
Szli razem w pogodzie ducha
I stale tak życia ciekawi
Choć przecież nie muszą już szukać

Znów woda błyszczy spokojniej
A jutro zaświeci dzień nowy
Więc wstaję i idę przed siebie
W to zrozumienie, w ten dotyk...


* zdjęcia zrobione nad Sanem w Sanoku

poniedziałek, 7 września 2015

Wrześniowe rozterki





   I oto nasza łajba przepłynęła przez kolejne lato. Po słonecznym, gorącym, dwumiesięcznym maratonie od razu nastała chłodna, wilgotna jesień. Widać to w ogrodzie, na polach, łąkach i w lesie. Wcale się nie zdziwię, jeśli i zima przyjdzie szybko. Sądząc po niechęci do wychodzenia na dwór kotów oraz po straszliwych apetytach wszystkich naszych zwierzaków, to nawet bardzo szybko! Pochłaniają one teraz dziennie takie ilości pożywienia, jakie kiedyś z powodzeniem starczało im na kilka dni. W związku z tym biegamy oboje z Cezarym jak koty z pęcherzem i dostarczamy naszym żarłokom nowych porcji przysmaków. Psom i kotom gotuję kurze łapki albo korpusy. Wyciągam z zamrażalnika świńskie przełyki, kości, śledziony i ogony ( po kilkudziesięciokilogramowe ich zapasy jeździmy przynajmniej raz na miesiąc do odległej o kilkadziesiąt kilometrów masarni). A jeśli mimo nakarmienia pieski i kotki nadal spoglądają żałośnie zagłodzonym wzrokiem smażę dla nich placki albo naleśniki. Częstuję chlebem z masłem albo pasztetową. Na pociechę zawsze mają w miskach suchą karmę. Kilka razy dziennie chrupią ją ze smakiem. Bardzo szybko obrastają w tłuszczyk na zimę, szykując się na nią tak jak wędrowcy przed wyruszeniem na mroźną Syberię. Czyżby aż tak ostra to miała być zima?

    Kozule podczas upałów zjadły nieomal połowę siana przeznaczonego na zimę a i teraz pochłaniają ogromne jego porcje. Na szczęście na skutek suszy a teraz porywistych wiatrów z jabłoni i grusz pospadało mnóstwo owoców. Tym dożywiamy kozy, z którymi podczas deszczowych i zimnych dni nie bardzo chce się na spacery wychodzić. Przynosimy im gałęzie wierzbowe i śliwkowe. Rwiemy będące ich ulubionym przysmakiem osty. Ale niech no tylko słonko zaświeci, albo deszcz zamieni się w mżawkę wyruszamy na gromadne wyprawy do lasu. Lasu, który wygląda jakby to już druga połowa października była. Z drzew pospadało mnóstwo liści. Zieleń wypłowiała, zmalała, straciła soczystość. Mimo pochmurnej pogody nadal jest sucho. Grzybów brak. Tylko jeżyn nadal mnóstwo ku radości kóz i psów, które pasą się tymi soczystymi owocami na wyścigi. Ostatnie wiatry postrącały z drzew mnóstwo różnej grubości gałęzi, co nas cieszy, albowiem jest czego nazbierać na opał. Często tak teraz jest, iż wybieramy się traktorem po owe gałęzie i znosimy je, targamy nawet z głębokich paryji, ładując ile się da na naszą przyczepkę. W tym czasie kozy pasą się w pobliżu albo biegają wariacko jak dzikie kozice i w przypływie dobrego humoru tłuką się wzajemnie, gonią albo trą z zapałem rogami o pnie drzew. 

video


   Łobuz Kurdybanek permanentnie zakochany w Brykusce obwąchuje ją pod ogonem i wodzi za nią nieprzytomnym spojrzeniem, mecząc żałośnie. Odpędzony wącha bez specjalnego zainteresowania Popiołkę i Majkę a potem znowu usiłuje dostać się w pobliże połyskującej hebanowym blaskiem damy swego serca. W związku z tym nie ruszamy się nigdzie bez kijaszka, bez pomocy którego nie udałoby się utrzymać w ryzach napalonego, silnego niczym byk capka.  Nie chcemy dopuścić w tym roku do zajścia w ciążę naszych kóz, pamiętając wciąż boleśnie o traumatycznym doświadczeniu związanym z tegorocznym, kozim potomstwem. Kozy nieutulone w swoich seksualnych zapędach także zachowują się nerwowo i agresywnie. Coraz trudniej je w związku z tym doić. Nieraz w koziarni Popiołka albo Brykuska popatrzą na mnie tak złym okiem, tak złośliwie wiertną ni z tego ni z owego łbem, że aż mleko z garnka wylewają a mnie przyprawiają o lękliwe drżenie serca.



   Od jakiegoś czasu zastanawiamy się poważnie nad sensem dalszej hodowli naszych meczących podopiecznych. Gdyby zjawił się ktoś wzbudzający zaufanie, sympatyczny a przy tym zainteresowany kupnem całego koziego stada pewnie byśmy się na to zdecydowali (choć znając siebie mocno bym to przeżywała, miotała się i płakała potem z tęsknoty i żalu). Ponad miesiąc temu daliśmy ogłoszenie o sprzedaży Łobuza Kurdybanka, ale na razie nie ma nikogo chętnego. Dużo o tym myślimy, rozmawiamy…Kozy mają prawo do życia w zgodzie z naturą, ze swoimi instynktami a my im tego wzbraniamy, nie pozwalając na ich rozród. Dzięki tegorocznym wykotom mamy wprawdzie pyszne, kozie mleko, ale nie ma go zbyt dużo natomiast codzienny obowiązek dojenia często daje się we znaki mojemu kręgosłupowi i strudzonym dłoniom. Poza tym od czasu czerwcowego wypadku samochodowego nie jest najlepiej z naszym zdrowiem. Pojawiły się bóle nóg, kręgosłupa i głowy. Kiepsko śpimy. Szybciej się męczymy. A tymczasem roboty z kozami jest mnóstwo. Coraz więcej. Mamy obecnie cztery kozy. Trzy dorosłe, jedną małą i capka. To inteligentne, sympatyczne i bardzo przywiązane do nas zwierzęta. Lubimy ich towarzystwo. Cieszymy się mogąc obserwować ich rozmaite zachowania, śmiać się, gdy szaleją i rozrabiają, przemawiać do nich serdecznie, pieścić, dogadzać im, wyprowadzać na spacery. Ale…Czasem po prostu brak już nam siły a w związku z tym i ochoty na tak intensywne, i jak dotąd pełne ciężkiej pracy życie. 


    - Ot, najlepiej by człowiekowi było usiąść przy piecu z gorącą herbatką oraz książką i nareszcie nic nie musieć – dumamy nieraz.
    - Albo dla odmiany wsiąść w samochód i pojechać gdzieś daleko przed siebie, nie oglądając się na nic. Od kiedy tu zamieszkaliśmy tylko dwa razy udało nam się wybrać w Bieszczady a i to na zaledwie parę godzin, bo przecież zawsze się człowiek spieszy żeby do zwierząt swoich wrócić. Na początku lipca jadąc do Sanoka po tanią cyrkularkę z ogłoszenia zahaczyliśmy w przelocie o przepiękny skansen mieszczący się na terenie tego miasta. Zwiedziliśmy go w ogromnym pośpiechu. Odjeżdżaliśmy zeń czując ogromny niedosyt, ponieważ miejsce to zasługuje na całodzienną, spokojną eksplorację.


   Odżyły w nas pragnienia by jeszcze gdzieś swobodnie pojeździć, pozwiedzać, tym bardziej, iż choroba lokomocyjna dręcząca dotąd Zuzię nie jest już tak dokuczliwa a więc marzenie o tym by psy mogły z nami wyruszać na wycieczki zaczyna być realne. Mieliśmy ostatnio okazję by się o tym przekonać, gdy musieliśmy ładować psinkę codziennie do samochodu i zabierać ją do weterynarza. Zuzia dzielnie zniosła te przejażdżki. A musiała odwiedzać weterynarza, gdyż cierpiała na silne swędzenie skóry będące wynikiem alergii niewiadomego pochodzenia. Tak mocno się wygryzała, że aż pojawiły się jej rany, ogniska zapalne i strupy. Musiała otrzymywać zastrzyki z antybiotykiem a także trzeba było wystrzyc jej w kilku miejscach sierść na grzbiecie, na skutek czego nasza ślicznotka czasowo nieco zbrzydła. Mamy nadzieję, że do zimy sierść odrośnie. Ale nie wygląd jest najważniejszy przecież, lecz samopoczucie. A widać, że fizycznie Zuzia już czuje się lepiej. Nie drapie się, nie wygryza. Podczas kilku jazd do weterynarza zwymiotowała tylko raz. Myślimy zatem, że powoli zaczęła przyzwyczajać się do przemieszczania samochodem. Tym bardziej, iż widać po niej było, że tę jazdę odbierała jako wyróżnienie, przywilej nie dany jej towarzyszowi – Jacusiowi.Sama bardzo chętnie wsiadała do auta popatrując na pozostającego na podwórzu Jacusia z wyraźną dumą i zadowoleniem.



   No właśnie! Niestety, zauważamy, iż Zuzia stała się bardzo o niego zazdrosna. Przez jakiś czas obawialiśmy się nawet, że zaczęła popadać w depresję. Leżała smutna przy budzie, nie interesując się niczym a tylko reagując alergicznie na zaczepki ze strony Jacusia. Spoglądała z niemym wyrzutem widząc, że głaszczemy tego pieska albo przemawiamy serdecznie do niego. Nic jej nie cieszyło. Na spacerach snuła się bez energii a ożywiała tylko wówczas, gdy Jacuś na długo znikał gdzieś w chaszczach albo, kiedy przypinałam go do smyczy bojąc się, by znowu nie przejawiał niezdrowego zainteresowania kozami. 


   Po czasie apatii natomiast Zuzia popadła w stan nerwowego podniecenia oraz chorobliwej żarłoczności. Sporo przytyła. Po części na pewno wynika to z burzy hormonalnej, jaką suczka przeżywa będąc pod wpływem zastrzyku antykoncepcyjnego a po części z frustracji odczuwanej z powodu stałej obecności Jacusia. Martwiąc się o psinkę, szukając jakiejś rady i wskazówki naczytałam się sporo o problemie zazdrości między psami. Większość znawców uważa, iż uczucia przypisywane psom są tylko projekcją naszych uczuć, a nawet ich karykaturalnym odbiciem i że wobec tego nie należy zanadto przejmować się takimi pseudodepseryjnymi stanami suczki, gdyż one same prędzej czy później miną a stosunki między psami ułożą się w końcu poprawnie. Mamy taką nadzieję. Bardzo nam przykro widząc, gdy nasza ukochana Zuzia cierpi. Równie przykro, gdy musimy ograniczać pieszczoty i zabawy z Jacusiem po to, by obserwująca nas bezustannie psinusia nie czuła się zagrożona.


   A jaki jest Jacuś? Ufny i spragniony uwagi oraz pieszczot. Pełen emocji, energii i chęci do zabawy. Zazwyczaj usłuchany i reagujący mądrze na różne sytuacje. Wpatrzony w Zuzię jak w obrazek i marzący o czasie, gdy znowu będą się razem bawić radośnie. W najmniej spodziewanych momentach (np. podczas niewinnego głaskania po główce, czy drapania za uchem ) często przejawiający duże podniecenie seksualne. Podporządkowujący się Zuzi we wszystkim. Nadal interesujący się kurami ( Zdarzyła się znowu sytuacja, gdy kolejna zielononóżka wydostała się z kurzego wybiegu a Jacuś omal jej nie dopadł. Na szczęście będąc wtedy z drugiej strony ogrodu usłyszałam rozpaczliwe krzyki kurki i szybko przybiegłam jej na ratunek).



     

   Jasne już jest dla nas, iż Zuzia nie pozwoli korzystać Jacusiowi ze swojej obszernej, zrobionej ze skrzyni na zboże budy, choć miejsca w niej jest sporo i wystarczyłoby nawet na trzy psy. Niemożliwe jest też by piesek mógł zostawać na noc w budynku gospodarczym, obok pomieszczeń kóz. Zdarza się bowiem czasem, iż jakaś sprytna kozula wyskoczy ze swojego boksu, otwierając jakimś ekwilibrystycznym sposobem bramkę. Z wiadomych względów nie mamy pewności czy byłaby przy Jacusiu bezpieczna. Wolimy więc nie ryzykować i nie wpuszczać tam Jacusia. 


   Jacuś, gdy ma na to ochotę, sypia niekiedy w naszej sypialni pod fotelem a w zuzinej budzie tylko wówczas, gdy Zuzia zostaje na noc w domu. A kiedy pada tak właśnie się dzieje. Natomiast podczas ciepłych i pogodnych nocy piesek zwija się w kłębuszek na sianie u podnóży drabiny wiodącej na strych budynku gospodarczego. Tam ma wygodne legowisko a w razie deszczu suche schronienie.  Zanim nastaną prawdziwe chłody koniecznie musimy jednak zbudować ciepłą budę dla Jacusia. Skończyły się nam już, niestety, deski pozostałe po rozbiórce dawnej stodoły. Musimy więc nazbierać kilkadziesiąt jajek i udać się wraz z nimi do pobliskiego tartaku, gdzie właśnie za owe jajka obiecano nam parę dobrych desek. Z nich powstanie nowa buda.
   A tymczasem kury niosą się kiepsko. Zmieniają upierzenie, przygotowując się już do zimy i z każdym dniem jajek jest coraz mniej. A zresztą kur także nie mamy już za wiele. W tym roku parę z nich padło ze starości. A przynajmniej połowa z tych, które pozostały jest już w podeszłym jak na kury wieku trzech czy nawet czterech lat. Nie chcemy już rozmnażać naszego stada zielononóżek z uwagi na niesprzyjające hodowli drobiu warunki panujące w naszych okolicach. Zdecydowanie zbyt dużo kręci się tu drapieżników. A poza tym, tak jak w przypadku kóz, ich hodowla wymaga dużo pracy i sił do niej potrzebnych. My natomiast zaczęliśmy przemyśliwać o zmniejszeniu ilości naszych obowiązków. O odzyskaniu odrobiny czasu i wolności.
   Przed nami kolejna zima. Po kilku miesiącach przerwy wznowiliśmy zwożenie i cięcie drewna opałowego. Wiemy już bowiem dobrze jak to jest, gdy człowiekowi zimno a nie ma czego włożyć do wiecznie głodnego pieca. Czekamy na tę zimę jako na czas odpoczynku, ale i boimy się jej srogości, nieprzewidywalności, długości trwania.



   

    We wrześniu minęło pięć lat, od kiedy zamieszkaliśmy na wsi. To piękny, ale i trudny dla nas czas. Tyle się przez te lata zdarzyło. Tyle zmieniło. Nabyliśmy tu sporo nowych, zaskakujących umiejętności. Nauczyliśmy się mnóstwa rzeczy o sobie. W niektórych kwestiach dotarliśmy nieomal do granicy własnej wytrzymałości.       Zrozumieliśmy, że każda łajba, każda arka ma określony udźwig a jej żeglarze i sternicy, choć starają się jak mogą, to nie dysponują tytanicznymi siłami oraz czarodziejskimi mocami, dopomagającymi im przetrwać wszystkie burze i sztormy. Ba!  Zdarza się, iż nawet podczas dobrej pogody ciężko jest płynąć z taką samą mocą i wiarą jak dotąd. Przyznajemy sami przed sobą, że pewne sielankowe marzenia trzeba będzie zrewidować dla naszego własnego dobra. Natomiast mamy stare i nowe pragnienia i wizje, do których wciąż chcemy iść, ponieważ czujemy, iż możemy pójść dalej. Bo póki żyjemy pod tym samym niebem wszystko jest, wszystko powinno być możliwe…



czwartek, 3 września 2015

Swojsko...







Patrzę sobie w mój ogródek – cóż mnie świat obchodzi?
Sąsiad zmienia dach i rynny, nowym płotem grodzi
Niechby w oczy mi się nie pchał wraz z całym dobytkiem
Niechby biedę swoją klepał, tak jak my tu wszytkie

Wierzę tylko w moją michę – w kartofle z kapustą
Niechta inni żrą spagettii – dziwię się ich gustom
Niech latają samolotem, plotą farmazony
Ja na swoim będę siedział, zaciągnę zasłony

Niech nie patrzą na mnie cudze – co tu łażą wszędzie
Wszystko robię po swojemu – tak było i będzie
Niech przetoczą się epoki – tu się nic nie zmieni
Pełna flaszka, ziemniak, krzyżyk i parę kamieni

Każdy miejsce ma na ziemi, niechaj go pilnuje
Tak jak ja – porządny człowiek – gadam tak, jak czuję
Wieczór idzie, w wiadomościach klepią wciąż to samo
Jakieś wojny, dzikie tłumy – grzeszyli, to mają!

Tylko kąt mój mnie obchodzi, wszystko z dala obce
Każdy siedzieć ma u siebie, nie jak błędne owce
Pchać się ludziom do obejścia i zakłócać spokój
Łazić, mącić i naciągać, być wciąż solą w oku

Durne Niemce i Angliki wnet się doigrają
Czarne wszystko im rozkradną, ziemię rozdeptają
W każdej dziurze się zalęgną – jak drożdże urosną
Trza je wytruć albo lepiej - wywieźć wreszcie w kosmos

Władcy, wodze, dyktatorzy – usuńcie szarańczę
Tak, jak zawsze robiliście – cackać się przestańcie
Żeby człek, jak ja poczciwy mógł żyć dawnym rytmem
Pojeść, popić i pośpiewać, pomacać kobitkę

Dać na tacę księdzu grosza, skłonić się wójtowi
Pole obsiać, donos złożyć, drzewo przysposobić
Worek śmieci hen do lasu wywieźć – nikt nie widzi
Legnąć sobie, beknąć, pierdnąć, nie ma co się wstydzić

Fajny serial se obejrzeć, bawić się pilotem
Z boku na bok się przewrócić i na wznak też potem
Wreszcie zasnąć, tak jest dobrze, więcej nie trza wcale
Idźta, idźta spać ludziska, nie marudźcie stale…









 * fotografie zrobione na terenie skansenu w Sanoku








Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy blog Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przepis przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia