poniedziałek, 29 grudnia 2014

Proziaki, czyli wiwat prostota życia!



   

    Od kiedy mam możliwość kuchmarzenia się w naszej nowej kuchni wciąż coś się tam na płycie gotuje, smaży, dusi albo w piekarniku piecze. Pomieszczenie kuchenne jest małe i łatwo je ogrzać naszą kuchenką Jawor. Krzątamy się tam z przyjemnością i łasujemy gorące przysmaki. A to gotowane ziemniaczki przypieczemy na złoto w brandurze, a to chlebek przypiekamy czosnkiem natarty, a to sycimy się upojnym zapachem szarlotki i kruchych ciasteczkek, a w międzyczasie chrupiemy pierogi smażone i kartofelki w kształcie łódeczek z angielska zwane „potato wedges”.
    Ale zdecydowanie królują proziaki! To takie placuszki podkarpackie smażone z dodatkiem sody, czyli po tutejszemu prozy. Kiedyś wypiekano je na Podkarpaciu jako szybki, prosty i tani zamiennik chleba. Są dobre zarówno na gorąco, jak i na zimno. Z masłem albo saute. Smakują wszystkim a są tak proste w wykonaniu, że nie ma co się lenić i po prostu wziąć się za ich robienie zwłaszcza, że po pełnych obżarstwa świętach człowiek łaknie czegoś prostego, lekkostrawnego i swojskiego.



   Jak się robi proziaki? Do ich wykonania potrzebujemy: mąki ( ilość zależna od tego, ile chcecie proziaków zrobić), kefiru albo kwaśnego mleka (ewentualnie jogurtu czy białego sera), dwóch jajek, łyżeczkę sody i soli.
  Wszystko razem pięknie łączymy w misce a potem przekładamy na stolnicę i obficie posypując mąką wałkujemy w cienki placek.




   Następnie kroimy nożem nieregularne kształty naszych placuszków. W tym czasie na piecu rozgrzewa się patelnia z olejem, na którym będziemy je smażyć. I tutaj uwaga! Proziaki można smażyć także bez tłuszczu. Na suchej patelni albo na płycie pieca. I takie właśnie robię najczęściej. Tym razem chciałam wykorzystać olej, który został mi na patelni po smażeniu ryb, dlatego placuszki wyszły z leciutkim, rybnym zapaszkiem, co tylko dodało im ciekawego charakteru!




   Proziaki cudownie rosną! W środku są pulchne i mięciutkie. Rumienią się w try miga, dlatego trzeba pilnować by się nie przypaliły. Zjada się je na wyścigi a ich widok na talerzu tak człowieka kusi by wciąż sięgać po następnego i jeszcze następnego, że po godzinie nie ma śladu po górze proziaków. Tym bardziej, że smakują one także naszym zwierzakom! Koty i Zuzia zajadają je aż miło!
 Proziaki dobrze jest popić gorącą herbatką ziołową, kieliszeczkiem domowej nalewki, czy kefirem.




  A czy w Waszych kuchniach też robicie coś tak swojskiego, taniego i lekkiego by odpocząć po świątecznych, wymyślnych delicjach? Ciekawa jestem, jakie proste smakołyki przyrządzacie miedzy świętami? Podzielicie się ze mną swymi domowymi pomysłami i przepisami? Chętnie wypróbuję coś nowego w mojej kuchni, na przyjaznym piecyku „Jawor”!:-))




   Ach, jak dobrze siedzi się w domowym ciepełku, gdy za oknem snieżnie i mroźno. Przyszła wreszcie prawdziwa zima i chociaż jak zawsze mnie zachwyca, to jak na razie szybko ze spacerów do domu zagania. Muszę się powoli do tego zimna przyzwyczaić. Oswoić je i polubić, tak jak Zuzia które szaleje ze szczęścia na śniegu i nigdy nie dość jej wariackich zabaw i gonitw z capkiem zwanym Łobuzem Kurdybankiem. 



   Cieszę się widząc już z daleka komin naszego domu i unoszącą sie z niego delikatną smużkę dymu, świadczącą o tym, że przywita mnie upragnione ciepło. Ach, jakże skwapliwie chronię sie w zaciszu mojej małej kuchni, znowu do pieca drew dorzucając, coś smakowitego na nim przyrządzając, i przyśpiewujac sobie pod nosem ulubione kolędy...



   Kochani! Życzę Wam w Nowym Roku jak najwięcej takich zwyczajnych, nieśpiesznych, domowych chwil spędzanych z Waszymi bliskimi w spokoju, zgodzie, serdeczności i cichym kontemplowaniu urody prostego życia!:-))***

video

czwartek, 25 grudnia 2014

Leśna opowieść





  Walenty wchodził do późnojesiennego lasu, coraz bardziej zagłębiając się w mgłę. Korzystając z kilkudniowego ocieplenia postanowił wyciąć kilka uschłych pni sosen, sterczących na pograniczu dąbrowy jego i Franka Mazura. A właściwie już nie Franka a jego dwojga nastoletnich dzieci, które odziedziczyły po nim wszystko jesienią ubiegłego roku, gdy odnaleziono ciało ich ojca wiszące na najniższej gałęzi jedynego w tych okolicach sędziwego klonu.

- Tyle biedy w narodzie, tyle nieszczęścia… - mruczał sam do siebie Walenty wspominając tamten dzień i wzdychając we wciąż niegasnącym poczuciu dotkliwej utraty starego przyjaciela.
- A pomocy żadnej przyjąć nie chciał. Honorowy był gałgan jeden! To co, że i u nas bieda?! Konia by się sprzedało i zawszeć to jakaś kropla gotówki by była. Chociaż na jedną ratę! – zirytowany nagłym wspomnieniem wydobył z kieszeni woreczek z tytoniem i sprawnie skręcając papierosa rozglądał się wokół. Las oddychał spokojem i ostrym, żywicznym powietrzem. Mężczyzna znał ten las od zawsze. I kochał po swojemu. Jednak od śmierci Franka niechętnie tu bywał. Dopiero dzisiaj pierwszy raz przyszedł w te strony samotnie. W kieszeni niósł malutki znicz. Chciał zapalić go w tym miejscu…Coś mocno ściskało go w gardle. Odchrząknął. Wysiąkał nos w rękaw zniszczonej kurtki. Szedł dalej. Dymek z jego papierosa łączył się z oparem mgły a delikatny powiew wiatru zanosił hen, za brzozowy zagajnik właśnie tam, gdzie…

…Biegł tu wówczas nieomal na łeb na szyję razem z drugim sąsiadem. To babka Klementyna, miejscowa znachorka wracając z październikowego grzybobrania natrafiła na to makabryczne znalezisko. Dysząc ciężko i nie potrafiąc słowa z siebie wydobyć z trudem dotarła do domu Walentego. Na początku tylko wskazywała drżącym, kościstym, pożółkłym od machorki palcem w stronę lasu. A potem łkając wydusiła z siebie jedno zdanie:

- Idźcie, tam Franek wisi na klonie…

   Przyjechała policja. Dochodzenie po kilku tygodniach umorzono, stwierdziwszy, że była to śmierć samobójcza i nic więcej tu nie ma do gadania. Franek straszliwie zadłużony był w banku. Wszyscy o tym wiedzieli. A zbiory pszenicy tamtego roku miał tak kiepskie, że nawet mu się za ziarno nie zwróciło. Sprzedał kombajn i kawałek pola. Ale to nadal była kropla w morzu potrzeb. Rodzinie groziła utrata ojcowizny. Wszystkiego, co od zawsze było częścią ich świata. Jedynie znanej codzienności. Bank nie chciał iść na rękę. Poczekać. Franek miał problemy z sercem. Na początku miotał się jak ptak w klatce. Jeździł, to tu to tam. Błagał. Próbował ratować rodzinę. Potem popadł w zobojętnienie i bezczynność. Całe dnie siedział przy oknie i nieobecnym wzrokiem spoglądał w stronę lasu. Jego dzieci, Wojtek i Zośka zajęły się wszystkim w gospodarce. Pomagała im dobra sąsiadka - babka Klementyna. A to obiad ugotowała, a to pranie zrobiła. A to ciuchy zacerowała. Opiekowała się rodziną tak troskliwie, że i matka rodzona lepiej by tego nie zrobiła. A matki już od kilku lat nie miały. Strawiła ją kobieca choroba nowotworowa. Chociaż Franek grosza wówczas nie szczędził żadnego, żeby kochaną żonę ratować. Na nic wszystko. Doktory, znachory, szeptunki, uzdrawiacze a nawet Chińczyki ze swoimi igłami! Jeden czort! Pieniądze tylko z człowieka wydusili a nic nie pomogli. Nawet pobyt w prywatnej klinice psu na budę był.  Zgasła Maryjka Frankowa jak ostatnia świeczka na choince i od tej pory drętwota jakaś i smutek w domu pod lasem zapanowały, choć ojciec z dziećmi wszystkie roboty, co trza było wykonywał a żadna ich kaczka ani kura głodne nie chodziły. Jednak długi i procenty od nich dokładały kolejne cegiełki zmartwień rodzinie. A kiedy widziano zbliżającą się od strony wsi sylwetkę listonosza, niosącego jak zwykle kolejne przynaglenie do zapłaty, to nikt się nie kwapił by onemu otwierać. A bolesna gula znowu do gardła szła. Tak to wtedy było. Tak to Franka żal po żonie i narastająca bieda do tego najgorszego czynu popchnęły. Jakoś jednak wszystko toczyło się do przodu, mimo ciągłego poczucia zagrożenia ze strony oczekiwanego na dniach komornika.

    W pewien mglisty, październikowy poranek, chowając do kieszeni mocny, parciany sznur Franek wymknął się po cichu z domu. Po południu znaleziono go na ustrojonym w przepyszne, pomarańczowo-bordowe liście, klonie. Wisiał tam jak szarobura, człekokształtna kukła. A obojętny wiatr poruszał nim z lewa do prawej, jakby był ogromnym wahadłem wskazującym centrum trwogi i nieszczęścia na tym łez padole…

  … Rok po tamtych wydarzeniach Walenty minął brzozowy zagajnik i rozgarnął ostatnie krzaki zasłaniające mu widoczność. Już sięgał do kieszeni, żeby wyjąć znicz i zapalić go w miejscu zgonu przyjaciela, gdy nagle…Nie, to niemożliwe! Na najniższej gałęzi klonu, dokładnie tak samo jak wtedy wisiała jakaś drobna postać. Z gardła mężczyzny dobył się zdławiony krzyk. Na wysokości jego ramion zwisały bezwładnie stopy Wojtka, dziewiętnastoletniego syna Franka!

- Boże! Chłopaku! Coś ty najlepszego zrobił?! – zawył mężczyzna i wspiąwszy się na odrzucony w bok pieniek drżącymi rękami rozciął pętlę na szyi wisielca.  Szybko, szybko! Może zdąży?! Masaż serca. Sztuczne oddychanie. Serdeczne przemawianie. Potrząsanie. Nawet wodą z bajora obok polewanie. Na nic wszystko. Urodziwa, pierwszym zarostem dopiero twarz młodzieńca obwiedziona zimna była i stwardniała. Tylko z kącika ust sączyła się strużka śliny…
   Walenty nie miał przy sobie telefonu komórkowego żeby zadzwonić po pogotowie czy policję. Nie znosił tych nowoczesnych, zniewalających człowieka gadżetów. I teraz przecież też na nic by mu się nie przydały. Do domu miał ze dwa kilometry. Błyskawicznie podjął decyzję. Przewiesił sobie ciało chłopaka przez ramię i niczym taran przedzierał się przez las, niosąc nieszczęśnika do wsi. Nawet nie zauważył, gdy z kieszeni wypadł mu zapomniany teraz znicz i potoczył się między wystające z ziemi korzenie klonu…

   Cała wieś była w szoku. Cóż to za fatum wisiało nad nieszczęsną rodziną Franka?! Czemuż to ten dopiero wchodzący w dorosłe życie, na pozór pełen energii i siły młody mężczyzna targnął się na siebie? Przecież dziewczynę śliczną z drugiej wsi miał. Samego sołtysa córkę. O ślubie tam już była nawet mowa. I teraz to. Któż by się spodziewał? I jakże osiemnastoletnia zaledwie Zośka, siostra Wojtka da sobie teraz sama radę ze wszystkim? Dobrze, że stara Klementyna - znachorka przy niej była, gdy się dziewczyna o śmierci brata dowiedziała. Dobrze, że i potem na krok jej nie odstępowała w chorobie pielęgnując, co na biedaczkę wkrótce spadła. I nikt inny tylko znachorka sprawą pochówku się zajęła. I nawet stypę dla dalszej rodziny, co to się z drugiego końca Polski zjechała, uszykowała. Tak sobie żyły potem we dwie. W zgodzie, cichości i żałobie jak matka z córką.
   A policja przy wydatnej pomocy kolegów tragicznie zmarłego Wojtka wpadła wreszcie na trop, co było powodem samobójstwa chłopaka. Otóż w jeszcze większe długi on popadł chcąc spłacić dawniejsze długi ojca. Najpierw zapożyczył się w jakiejś kasie. Tej, co to w reklamach cuda nie widy obiecywała a następnie procentami ogromnymi od tej pożyczki przyduszała. Potem żeby grosza skombinować w jakieś przemytnictwo zaczął się bawić. Papierosy i wódkę zza wschodniej granicy przewoził. Z tamtejszą mafią w konszachty się wdawał. Jednak przez jakiś czas wydawało się, że wszystko idzie dobrze. Dług tatowy spłacił i nic już na gospodarce nie wisiało. Kasę pożyczkową też jakoś uciszył. Tylko te chłopaki z gangu przemytniczego spokoju mu nie dawały…A on skończyć z nimi chciał, bo się do żeniaczki szykował i na uczciwą, czystą drogę wejść zamiarował. Uczepiły się go jednak tamte męty, jak jakie rzepy uparte. Wciąż im musiał służyć, bo jak nie to szantażowały, że o wszystkim przyszłemu teściowi rozpowiedzą, narzeczoną mu skrzywdzą, no i nici będą z amorów oraz wesela. Takoż i nie dziwota, że zapętlony, ściśnięty bez miary się chłopiec poczuł i nie mogąc już tego wszystkiego zdzierżyć wziął i się obwiesił. A że na tym samym drzewie, co ojciec? To i co dziwnego, skoro gałąź na nim w sam raz do takich rzeczy!

- Ściąć by ją trzeba, co by innych do takich grzesznych czynów nie przywodziła – szeptały stare kobiety, wracając z porannych rorat i żegnając się wielokrotnie, gdy mijały bokiem pogrążony we mgle, cichy, Frankowy las.

- Ano, to już chyba taka będzie ponura tradycja w tej rodzinie! Ino patrzeć, jak Zośka dołączy i na klonie, jako ten sztandar załopocze!  - dowcipkowali pod sklepem spożywczym koledzy Wojtka z zawodówki. Gorzko im jednak było od tych niewybrednych żartów. A gorycz tę musieli spłukiwać coraz większymi ilościami najtańszego, znaczonego spirytusem piwa i wina patykiem pisanego…

   Tymczasem Zośka i Klementyna razem jakoś gospodarzyły. Rok już od śmierci brata minął a dziewczyna z choroby wylizać się nie mogła. Kasłała wciąż i kasłała. A zwykłe przeziębienie w jakąś chorobę płuc się przekształciło. Lekarze mówili, że to nic. Że to na tle nerwowym tylko. A zielarka Klementyna warzyła dzień w dzień najlepsze ziółka i swej podopiecznej do picia na rychłe ozdrowienie z mlekiem kozim podawała.

- Ty pij serdeńko i mi więcej nie choruj, bo przecież wszystkiemu tu sama nie podołam – dogadywała serdecznie stara szeptucha, troskliwie gładząc rozpalone policzki słabowitej Zośki.

  A gdy zapadał zmrok i dziewczyna wreszcie pogrążała się w niespokojny sen znachorka wychodziła do drugiej izby i dziwnie się uśmiechając w tajemnym swym zeszycie coś długo pisała. Sękate palce sztywno trzymały kopiowy ołówek. A w pożółkłym, grubym zeszycie powstawały kolejne, lakoniczne zapiski…

- Frankowe pole za górą warte 30 tysiączków.
- Dom z oborą coś z dwieście tysięcy.
- Wojtek na pewno gdzieś miał trochę grosza schowane. Trza dobrze poszukać w stodole.
- Franek lubił wódkę ziołową z opium i wrotyczem popijać. Wojtkowi dziurawiec z wilczą jagodą dobrze na spanie robił.
- Do mleka poza jaskółczym zielem trza jeszcze naparstnicy zacząć dodawać
- Na klonie już widać czerwone listki.
- Idzie pora…


   Powyższe opowiadanie napisałam w związku z kolejną, zorganizowaną przez naszą koleżankę blogową Panterę, zabawą literacką. Tym razem trzeba było stworzyć kryminał! Och, było to dla mnie duże wyzwanie, gdyż nieszczególnie przepadam za tym gatunkiem literackim. Długo nie miałam żadnego pomysłu, na którym mogłabym oprzeć swoją historię. Wątpiłam, czy w ogóle uda mi się cokolwiek spłodzić aż wreszcie...Wreszcie w czasie spaceru z kozami nagle przypomniałam sobie pewne tragiczne wydarzenie mające miejsce jakiś czas temu w moim lesie...Serce zabiło mi mocniej. Wiatr świsnął znacząco i bezlitośnie zakrył granatowo sinymi chmurami niebieskie jeszcze przed chwilą niebo. Zaraz potem zaczęło lać jak z cebra. Czym prędzej wróciłam więc do domu, włączyłam komputer i wzięłam się za pisanie a po kilku godzinach opowiadanie było gotowe. 
   Ku memu wielkiemu zaskoczeniu oraz ogromnej radości znowu moja opowieść zdobyła największą ilość głosów od czytelników. A wieść o pierwszej lokacie dotarła do mnie o poranku w pierwszy dzień Świąt, będąc tym samym wspaniałym prezentem świątecznym. I wiecie co? Zawsze lubiłam grudnie, ale tak cudownego grudnia jak ten, dawno już nie miałam! Kochanej Panterze jestem niezmiernie wdzięczna za organizowanie takich jak ta, zabaw literackich. Gdyby nie jej pomysłowość nigdy nie dowiedziałabym się o sobie tego, iż potrafię stworzyć jakiś horror czy kryminał! Panterko, jesteś czarodziejką!:-))♥
   Wszystkim czytelnikom dziękuję za pozytywny odbiór mojego pisania oraz za  niezmiennie uskrzydlającą mnie życzliwość i sympatię!Pozdrawiam Was kochani serdecznie!:-))***






poniedziałek, 22 grudnia 2014

Święta w naszej nowej kuchni...





   Od kilku tygodni trudziliśmy się we dwoje z Cezarym by mimo braku gotówki, umiejętności oraz nawracających ataków zmęczenia i lenistwa zrobić coś, co od czterech lat doczekać się nie mogło na zrobienie. Aby nasz dom miał nareszcie takie miejsce, gdzie miło byłoby wejść zaprzyjaźnionym sąsiadom i gościom. Usiąść i poczuć się tak dobrze by nie chciało się stąd wychodzić. By oko było na czym zawiesić. By było funkcjonalnie, ciepło, swojsko i przytulnie. I oto nareszcie wykuta ogromnym, wspólnym wysiłkiem, wytrwałością i wiarą w powodzenie na parterze naszego domu pojawiła się kuchnia z prawdziwego zdarzenia. Z piecem na drewno, z szerokim blatem, zlewem i kafelkami. Do tej pory egzystowaliśmy w prowizorce, czyli w pokoju na piętrze udającym kuchnię. Bez zlewu. Z wysłużonymi meblami i stareńką, rosyjską lodówką po poprzednim właścicielu. Kto u nas był, ten wie, jak to marnie wyglądało. 

   Ale oto teraz nastała tak totalna zmiana w Jaworowym domu, że uszczęśliwieni jak dzieci wciąż się do siebie uśmiechamy i momentami niedowierzamy, że to nasze nowiuteńkie, długo planowane pomieszczenie nie zniknie nagle jak senna zjawa, lecz będzie nam służyć na co dzień i od święta. Zostało nam wprawdzie jeszcze trochę prac wykończeniowych, ale najważniejsze, iż kuchnia nadaje sie już do użytku. Cały remont zrobiliśmy w niej sami i jesteśmy z siebie dumni, że nam się to tak udało! Wszelkie potrawy i wypieki świąteczne będę mogła zrobić już tutaj, dokładając tylko drewienek i chrustu do paleniska a nie martwiąc sie jak zwykle o zbyt duże zużycie gazu.


   No właśnie – święta! Ta kuchnia jest naszym wzajemnym prezentem świątecznym. To w niej będziemy spędzać teraz najwięcej czasu. Grzać się przy piecyku o wdzięcznej i skądś znajomej nazwie „Jawor”!:-)) Piec w jego piekarniku ziemniaki, jabłka i dynię. Gotować nasze ukochane zupy. Smażyć na płycie podpłomyki i proziaki. Zaparzać w imbryku herbatki ziołowe i dzięki trzymaniu ich na gorącym piecyku wciąż mieć je, gotowe do popijania na rozgrzewkę. Zajadać dżemy, konfitury, marynaty, musy, kiszonki, sosy i kompoty, których takie mnóstwo narobiłam jesienią, że moja spiżarnia wygląda niczym mały sklepik! 



   Przyjmować miłych sercu gości przy plackach ziemniaczanych oraz winie domowej roboty, naleweczce ze śliwek albo z pigwy. Słuchać ich opowieści. Śmiać się. Wzruszać. Śpiewać i szeptać. Składać sobie serdeczne życzenia…


   Kochani nasi czytelnicy i goście bloga „Pod tym samym niebem”. Pokazując Wam tutaj naszą nową kuchnię czujemy się trochę tak, jakbyśmy realnie zapraszali Was w nasze progi. Jakbyście mogli usiąść z nami przy kuchennym stole i podzielić się z dwojgiem osiadłych wędrowców – Olgą i Cezarym opłatkiem, życząc sobie wszystkiego najlepszego. A potem byśmy kosztowali prostych smaków zupy grzybowej, pierogów, barszczu i pierniczków a patrząc przez okno, poprzez firankę gałązek naszej starej lipy dostrzegali gwiazdkę, która zawsze świeci na tym samym niebie dobrym, przyjaznym sobie ludziom!


Dwoje odwiecznych wędrowców
Para łazików zmęczonych
Opłatek sobie daje
W domu pod lasem schronionym

A szli przez krainy zamglone
Biegali za złudą, za cieniem
Mylili swą drogę i stronę
Miast szczęścia znajdując cierpienie

 A teraz, choć skromny byt wiodą
To cieszą sie życia urodą
Dziękują losowi z wdzięcznością
Że przywiódł ich tutaj...Miłością

Wędrowcy na białym obrusie 
Składają serdeczne uczucie
Życzenia ślą w dale mroku
By lśniło dobro i spokój 

 By wszyscy strudzeni tułacze
Znaleźli swe miejsce jak z marzeń
I mogli odetchnąć nareszcie
Odczuwszy znów proste szczęście... 
   Wesołych Świąt kochani!:-))***


poniedziałek, 15 grudnia 2014

Małżeńskie dąsy...







Oto zgolił wąsy
By żona nie miała szansy
Nadawać stałych żalów koncert
Że się zapuścił, na niej nie zależy wcale mu

Ale miną dąsy
Gdy ona ujrzy, że w prążki
Ubrał dziś krawat najdroższy
By na miasto ją porwać

Pójdą na dancing, w świata czar
Znowu dostrzegą w sobie dar
Będą jak dawniej tańczyć w krąg
Słodko szeptać, że się chcą
Chcą, chcą, chcą..

Ruszą na molo w bryzy szał
Wiatr będzie ich w ekstazie brał
A ona będzie mówić wciąż
Jaki z niego cudny mąż,
Mąż, mąż, mąż…

Wzruszony, drżący
Znów widzi w niej swoje słońce
Ona nie patrząc mu podtyka kotlet, sos
Łzami polany jak octem

Nad nim przez okno zerka, cóż
Gdzieś tam jest świat tęczowych zórz
A ten tu mlaska, prycha, wieprz!
A jej się nie chce jeść, jeść, jeść, jeść

Podomka mocniej pije w brzuch
Tlenione włosy – sztuczny puch
A ten tu czegoś chce i w pąs
Wpada, widząc znów jej dąs, dąs, dąs

Rwie swój krawat – zobacz!
Na nic mi taka jest ozdoba
Na nic mi głupie marzenia
Kiedy już dawno nas nie ma!

A ona znów przeżywa wstrząs
W ściśniętym gardle więźnie głos
Taki to jej przegrany los
Beznadziejne życie, mąż, mąż, mąż

A co to, gdzieś Ty zgubił wąsy?
Czyś całkiem zgłupiał, żeś się tak ostrzygł?
I czego chcesz i po co krążysz?
Ach, te Twoje dąsy, dąsy, dąsy…

* Powyższy tekst napisałam do melodii popularnej teraz francuskiej piosenki "Derniere danse" śpiewanej przez Indilę. Starałam się by końcówki wersów brzmiały podobnie, jak w oryginale. Stąd te onomatopeje w stylu "dąsy" i "wąsy", podczas gdy u Indili były "dansy". We francuskiej wersji wszystko brzmiało słodko,poważnie i romantycznie. U mnie raczej tragikomicznie...
  W przystępie zadziwiającej jak na mnie śmiałości ( och, trzymajcie mnie wszystkie niedźwiedzie!) zdecydowałam się umieścić poniżej filmik w dwóch częściach, na których słychać jak osobiście śpiewam powyższą piosenkę!:-))


video


video

sobota, 13 grudnia 2014

Nigdy nie dość wschodów...





Nigdy nie dość wschodów, zachwytów i wzlotów
Serca czułych pieśni i gorących słów
Wszystko, co odczuwasz, to jedyny dowód
Że jesteś…Przeminiesz, ale teraz znów
Biegnij, śmiej się, zatańcz
Szlochaj, tęsknij, krzycz
Poddaj się jak trawa
Jak wiatrowi znicz
Nigdy nie dość wchodów, zachodów i nieba
Ziemi, co w ekstazie oddaje się słońcu
I momentów ciszy, gdy tylko potrzeba
Patrzeć i przeżywać, nie myśląc o końcu…


 




środa, 10 grudnia 2014

W ogródku szelestnym...



W ogródku szelestnym, obok spadłej gwiazdki
Wśród rudych paproci przyprószonych mrozem
Trwał anioł maleńki, niepozorny taki
I czekał na tę chwilę aż komuś pomoże

Bo dopiero wtedy skrzydła urastają
Bo dopiero wtedy ma się własne imię
Drżał tam anioł i czekał, obok przemknął pająk
Wcale nie zdziwiony, co listowie kryje

W sypialni na piętrze wzdycha ktoś żałośnie
Patrzy w ciemne okno, złakniony nadziei
Ale księżyc chmurą zakrył lico właśnie
A gwiazdy się schowały w niebiańskiej pościeli

W sypialni na piętrze lampkę ktoś zaświeca
Anioł szept posłyszał, bezradne wołanie
I jak bańka mydlana przez komin tam wleciał
Przysiadł na poduszce i zaczął szeptanie

O słonecznych łąkach, o trzmielach, zaskrońcach
O chabrach niebiańskich i o trawach czułych
O tym, że najwierniej, czuwają bez końca
Dobre myśli świata - przyjacielskie duchy

W ogródku północnym, cisza się niebieszczy
Nic już nie szeleści, na nic noc nie czeka
Bo ktoś zasnął wreszcie i anioł niech też śpi
Dobry, niepozorny opiekun człowieka...

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Urodzona zimą...





W tym dniu się urodziłam - za oknem wciąż śnieżyło
Oczy miałam zamknięte - bałam się zerknąć na świat
Cichutka i maleńka czekałam tak, by miłość
Rzekła mi: bądź szczęśliwa, to Twój życiowy start

I odtąd wciąż startuję, marzeniem rozgarniam mgłę
Jawą i snem chcę dotknąć, lecz czego? -  czas to wie
W tym dniu się urodziłam. Jak przyjąć mam ten fakt
Że trwam tak wciąż na starcie od tylu zim i lat...?

Zawsze w tym dniu zagubiona - światło mnie woła i cień
Co roku nowa odsłona, ten sam grudniowy dzień
Za oknem biała przestrzeń - więc oczy przymykam znów
I czekam,  czy dziś usłyszę to najpiękniejsze ze słów...


sobota, 6 grudnia 2014

Inny świat…






Wiedz o tym – jest inny świat
Ten wymarzony sen
Gdzie wkraczasz w mięciutką szadź
I wnikasz w najczulszą mgłę
Tu przynależysz zupełnie
Wita Cię łąka i las
A Ty tylko chłoniesz w siebie
Powietrze, przestrzeń i czas

Wiedz o tym – jest inny świat
Tu, całkiem blisko, za cieniem
Gdzie cisza się ściele, gra wiatr
Najsłodszym, ufnym nuceniem
Tam przynależysz prawdziwie
Wzruszenie Twe z mgłą się łączy
I idziesz przed siebie bez lęku
Że coś się nagle zakończy

Wiedz o tym – jest świat poza dzianiem
Mgła koi, oddala Twe żale
To Twojej duszy mieszkanie
Tu możesz siebie odnaleźć...






   Tu, na moim Pogórzu, na wysokości mniej więcej 420 m nad poziomem morza,  naprawdę jest inny, niezwykły świat. Tajemnicza mgła i szadź ozdabia trwajacy w ciszy, skupieniu i czystości grudniowy dzień. A wystarczy zejść zaledwie kilkadziesiąt metrów w stronę wsi by śladu nie było po tych cudach. Tam, w dole jest całkiem zwyczajnie. Z kominów unosi sie bury dym. Tam o niczym nie wiedzą. I chyba nawet nieciekawi by zobaczyć. Przecież w domu tak ciepło...Po co się szwendać po lodowatych bezdrożach? Po co się męczyć i guza szukać?A poza tym tyle jest obowiazków, problemów, frustracji, niemożności. Tyle obaw i smutków. Uwięzione w nich jak w pajęczynie tkwią domy, domki, chatki i dusze ludzkie... A tymczasem tutaj czary trwają ufnie i niewinnie, delikatnie malując wszystko misterną koronką mrozu i lodu...A tymczasem magiczne tchnienie zimy tworzy proste, czyste piekno. Na wszystkim co zwykłe i znajome. Na oddalach i bliskościach. To wszystko czeka i trwa przez parę grudniowych, cichutkich chwil...








   A po zmroku...? Komu by się chciało nos z ciepłych pieleszy wychylać by zaglądać w tę mroźną ciemność...? Lecz nocą, tuż za progiem domu świat jeszcze dziwniejszy, jeszcze bardziej nierzeczywisty. Czarodziej mroku przechadza się niewidzialnie po nadal mglistych, ciemnych przestrzeniach i tańcząc między płatkami śniegu , napełnia wieczorny, grudniowy ogród swymi tajemniczymi westchnieniami...


   Kochani! Te widoki, ten czar mgły oraz szadzi jest skarbem i darem dla mojej duszy, dla oczu. Mieszkam na Pogórzu Dynowskim już ponad cztery lata a jeszcze takich cudownosci nie widziałam! Każda zima zresztą przynosi mi tutaj coś nowego. Nowe zachwycenia, olśnienia, wzruszenia...Z nadzieją, że i Wam się to wszystko spodoba dzielę się tą magią z Wami! To taki mój prezent dla Was...Na Mikołaja!:-))*

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy blog Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przepis przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia