piątek, 21 października 2016

Dla ciała i duszy...


    Tak się złożyło, iż kilka dni temu odwiedziliśmy odległy od nas o około 70 km Sanok. Pojechaliśmy tam aby kupić za pół ceny okap do kuchni a po złatwionym interesie trafiliśmy na sanocki zamek, gdzie otwarta jest stała ekspozycja dzieł Zdzisława Beksińskiego...On i jego rodzina są teraz bardzo na czasie, albowiem napisano ostatnio kilka książek o Beksińskich a w kinach tryumfy święci oparty na ich historii film pt. Ostatnia rodzina". Filmu jeszcze nie widziałam. Zobaczę pewnie, gdy będzie dostępny w Internecie albo i nie zobacze, bo nie film jest tu najważniejszy. Otóż Beksińscy - ojciec i syn interesowali mnie od dawna. Jako i moją Mamę oraz jeszcze kawałek rodziny. Dlatego nie mogłam przegapić owej wystawy. A tylko z jej powodu na pewno byśmy się do Sanoka nie wybrali. Za daleko to od nas a droga choć malownicza, to do najłatwiejszych nie należy. Staramy się zawsze łączyć przyjemne z pożytecznym, czyli robić coś dla duszy i ciała za jednym zamachem. Rok temu był to skansen w Sanoku i piła typu cyrkularka. Teraz znowu Sanok, odpowiedni dla nas okap kuchenny i ta wspaniała wystawa. Musiałam i chciałam ją obejrzeć w tych niełatwych dla mnie dniach żałoby szukając jakiegoś zajęcia myśli, jakiegoś światła fascynacji, poczucia wspólnoty oraz jakiegokolwiek ukojenia...


    Zdzisław Beksiński -  tytan pracy, erudyta, genialny malarz, rysownik, grafik, rzeźbiarz, a także fotograf. Zafascynowany tematem śmierci, destrukcji, smutku, tworzący dzieła w gatunku oniryczno-fantastycznym. Dzieła wciagające bez reszty. Oszałamiające bogactwem wyobraźni twórcy, dopracowanymi detalami, głęboką kolorystyką, nastrojem posępności i wychylającej się z nagła spośród tej mrocznej aury delikatnej jak błędny ognik nadziei, maleńkiej nadziei...


     Beksiński twórca i Beksinski człowiek osadzony tu i teraz. Na codzień pogodny, zwykły a często i rubaszny w obyciu. Nie dający się zaszufladkować. Aż dziw bierze słuchając jego rozmów z bliskimi, czy monologów (w necie natrafić można na filmiki jego autorstwa, którymi zwykł dokumentować znaną sobie codzienność, zostawił również po sobie bogatą fonotekę), że to tak wielki człowiek był. Lecz wielkość nie polega wszak na bezustannym tkwieniu na cokole i wygłaszaniu tam płomiennych, porywajacych tłumy mów. Wielkość  jest cicha, skromna, pełna delikatnych uczuć i zazwyczaj wcale nie pcha się na afisz. Trzeba się w nią wsłuchać, odnaleźc, wyłuskać, rozpoznać, dać się oczarować, ucichnąć, zaszlochać, nie przechodząc jak zwykle obojętnie. Rozgarnąć porośniętą bluszczem furtkę i wejść odważnie niby do tajemniczego ogrodu. Tam czekają róże, ale i towarzyszące im zawsze kolce. Piękno i cierpienie...Jednakże wielkość mości się także  w normalnej, pachnącej curry i kapuśniakiem codzienności. Potrzebuje do życia wsparcia bliskich, ciepła i powtarzalności. Choć czasem właśnie ta powtarzalność zdaje sie ją dusić, to jednak bez niej wszystko więdnie, schnie jak kwiat, wsadzony do suchej, nieprzyjaznej gleby...


     Druga postać - syn malarza - Tomek Beksiński...Dziennikarz muzyczny (w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku prowadził słynne trójkowe, nocne audycje muzyczne), tłumacz z języka angielskiego (jego dziełem jest m.in. wspaniałe tłumaczenie filmów Monthy Pythona, Bondów, westernów oraz licznych horrorów, którymi się fascynował).Człowiek nawrażliwy, neurotyczny, depresyjny a jednocześnie pełen życia, poczucia humoru i potrzeby by odnajdywać w danej nam egzystencji to, co warte jest odkrycia i dobrowolnego oddania temu siebie w jasyr. Czymś takim dla Tomka była muzyka rockowa, powieści i filmy grozy, a wreszcie miłość, która może odbudować, uleczyć duszę, ale i zniszczyć ją do reszty, gdy nie trafi się na odpowiednią osobę....




      Tomek Beksiński popełnił samobójstwo w wigilię 1999 roku. Jego ojciec został zamordowany niecałe sześć lat później we własnym mieszkaniu. Była rodzina, nie ma rodziny... Wydaje się, iż taki los był im pisany, że sami to przeznaczenie ukształtowali...Zostało po nich mnóstwo pamiątek (całe wyposażenie pracowni Zdzisława Beksińskiego zostało przeniesione do muzeum w Sanoku), obrazów, szkiców, ukochanej muzyki Tomka, jego felietonów, tłumaczeń. Są jak żywi na taśmach magnetofonowych i video. Nadal facynują, poruszają, skłaniają do zamyślenia i szukania sensu istnienia. Chętnie usiadłabym w cieple kuchni, w ich towarzystwie, przyrządziła warzywa na ostro z curry i pieprzem, pogadała o ważnych sprawach, popatrzyła im w oczy, wsłuchała się w kipiące w ich wnętrzach uczucia i pasje oraz lęki, bez żadnych obaw zwierzyła się ze swoich...


      Odnajduję w ich mentalności i zainteresowaniach dużo podobieństw. Widzę śmierć oswajaną, wyobrażaną, zgłębianą, jak coś co jest, będzie i niezależnie od tego jacy jesteśmy prędzej czy później pojawi się i zawłaszczy. I wszyscy zostawiamy po sobie wszystko. Naszą wielkość, ale i małość. Odchodzimy nadzy tam, gdzie nie ma żadnych zasłon...

                                      Dziennik zapowiedzianej śmierci - Tomasz Beksiński

   Oglądam teraz zrobione w sanockim muzeum fotografie dzieł Zdzisława Beksińskiego. Wpatruję się w tą pełną grozy, nagiej prawdy, ale i nadziei rzeczywistość, słucham wspaniałych ballad rockowych i miękkiego, pełnego tłumionych uczuć głosu Tomka. Odlatuję na chwilę w ten świat, gdzie można głęboko coś przeżywać, płakać, rozpaczać, bać się, przeczuwać,wspominać, a nawet rozdrapywać rany, nie wstydząc się tego wcale i nie ukrywając. Tego potrzebuję. Taki mam czas...


   A okap? Jeszcze leży grzecznie w oczekiwaniu na swój czas. Kiedyś wreszcie ten moment nadejdzie a okap zostanie zawieszony w naszej kuchni, gdzie dane mu będzie pewnego dnia zaszumieć by wchłonąć zapachy curry i kapuśniaku...


   link:  Do poczytania rozmowa z marszandem Beksińskiego

   A na koniec jeszcze do posłuchania przejmująca pieśń w wykonaniu Sinead O'Connor - "Nothing compares to You". Od kilku dni snuje się za mną ten utwór...
  

poniedziałek, 17 października 2016

Opowieść o Misi, czyli o tym jak słabość można przekuć w siłę…




   Kończąc poprzedni post obiecałam Wam opowieść o Misi, jednej z czterech córeczek Zuzi i Jacusia. Za chwilę podejmę ten wątek, ale na wstępie chciałabym zwierzyć się z czegoś… Otóż zauważyłam ostatnio, że paradoksalnie dzięki chorobie i śmierci mojej Mamy, przynajmniej na razie, nabrałam więcej odwagi by być sobą, by mówić i pisać o tym, co naprawdę myślę, by działać niesztampowo. Jej śmierć uświadomiła mi z całą mocą, jak kruche jest nasze życie, z iloma sprawami możemy nie zdążyć, jak wiele ominąć albo zupełnie niepotrzebnie z nich zrezygnować. Uważam, iż mam prawo żyć po swojemu bez przesadnego przejmowania się cudzymi opiniami i obowiązującymi, nierzadko stereotypowymi wzorcami zachowań. Mam prawo myśleć inaczej i nikomu się z tego nie tłumaczyć. Mam prawo nie wstydzić się swoich wyborów. Mam też, rzecz jasna, prawo do pomyłek i błądzenia.
    Zaczęłam na powrót prowadzić  bloga, choć jeszcze kilka miesięcy temu byłam bardzo od tego daleka. Potrzebowałam odseparowania od blogów, od tego na poły ekshibicjonistycznego odsłonięcia siebie. Chciałam tego czasu milczenia internetowego by uświadomić sobie znowu, czego chcę, jaka jestem, ku czemu dążę. Dzięki temu nie mam oporów by pisać na przykład o rodzinie naszych psów. Niczyje potępiające milczenie ani zupełnie jawnie wyrażone krytyczne opinie nie robią mi krzywdy, nie wyprowadzają z równowagi. Czuję, iż jestem silniejsza niż kiedyś i nie przejmuję się wszystkim tak bardzo. Razem z Cezarym robimy to, co uważamy za słuszne. A moja Mama, jeśli nadal czuwa przy mnie, jeśli mnie widzi, to na pewno jest zadowolona ze swej córki i uśmiecha się przez łzy, jak to zawsze zwykła robić, ilekroć opowiadałam jej o naszym tutejszym życiu, o naszych troskach i blaskach. Acha! I z pewnością patrzy ze wzruszeniem na Misię, swoją jaworową ulubienicę, psinkę, której w życiu prawdopodobnie będzie trochę trudniej niż innym psom, ale która mimo to potrafi być tak jak inne szczęśliwa i radosna.


   Misia, jak przystało na szczeniaka, urodziła się niewidoma. Jednakże, kiedy po dwóch tygodniach jej siostrzyczki bez ociągania otworzyły oczy i zamglonym, błękitnym spojrzeniem zaczęły spoglądać na otoczenie, Misia nadal miała zamknięte powieki… Pomyślałam wtedy, że pewnie są sklejone, że otworzy je z czasem, że mogę jej w tym dopomóc przemywając jej oczka kilka razy dziennie naparem z rumianku. Także Zuzia, czując najwidoczniej,  iż z jej córeczką jest coś nie tak wiele razy wylizywała z troską jej zamknięte oczęta… Ku memu ogromnemu zmartwieniu, nic to nie dawało i gdy Misia skończyła trzy tygodnie pojechaliśmy z nią do weterynarza by sprawdził, w jakim stanie są oczy białej psinki. Miła pani doktor spróbowała ostrożnie otworzyć jej powieki i zajrzeć pod nie. Nie dostrzegła tam niestety nic prócz przekrwionych, niewykształconych do końca gałek ocznych bez śladu tęczówek i źrenic… Spojrzała na nas ze współczuciem. Już wszystko zrozumiałam.


- Szkoda jej…Taka śliczna psina! – westchnęła wreszcie tuląc do siebie trzytygodniowe maleństwo.
- Niestety, dość często u psów zdarzają się takie wady rozwojowe, że brakuje im oczek. Nie ma szans by w przyszłości się one wykształciły. Pies już do końca życia będzie niewidomy, o ile oczywiście właściciele zdecydują, iż powinien w takim stanie żyć… Najczęściej podejmują decyzję o uśpieniu argumentując ją tym, by się pies w przyszłości nie męczył – dodała wręczając mi z żalem nieświadomą niczego, puszystą i niewinną niczym kulka śniegowa sunię.
- Nie będziemy teraz podejmować tej decyzji – odrzekłam, czując bolesną gulę w gardle i tuląc do piersi ciepłe, ufne ciałko. Cezary milczał, lecz na jego twarzy widać było ogromne wzruszenie i przykrość. Musnął dłonią główkę Misi i odwrócił się gwałtownie szukając kluczyków od samochodu w kieszeni obszernej kurtki.
- Pojedziemy jeszcze do innego weterynarza. Skonsultujemy się! Może jakimś cudem powie nam coś innego! – zdecydowałam w drodze powrotnej do domu.
- Dobrze, Oluniu, ale nie liczyłbym na wiele – stwierdził mój mąż obierając natychmiast kurs na gabinet weterynaryjny w odległym od nas o 10 km miasteczku.
- Oczywiście, nie ma co się zastanawiać! Trzeba ją uśpić! – orzekł kategorycznie zaprzyjaźniony z nami, stary weterynarz.
- Wiem, że pani żal psiny, że przykro. Współczuję, ale nie ma wyjścia. Proszę pomyśleć, jakie życie będzie miał ten pies. Ani pobiegać swobodnie, ani widzieć świata bożego. Biedna, nieszczęśliwa kaleka! – dodał gotowy by od razu zakończyć ten problem.
- Ja się jeszcze zastanowię! – szepnęłam, czując zbierające się pod powiekami łzy.
- Na razie jedziemy do domu, Czarek – wycofywałam się w stronę drzwi wyjściowych tuląc do siebie Misię tak mocno, że aż pisnęła.
- Ale proszę nie zastanawiać się zbyt długo! Piesek jest jeszcze mały i głupi. Niczego nie wie, nie rozumie. Potem będzie pani trudniej, bo zacznie się pani do tej ślepotki przywiązywać! – wołał jeszcze za mną stary doktor. Jednak ja siedziałam już w samochodzie i nie pragnęłam niczego innego niż to, by Misia mogła przytulić się do swej czułej mamy Zuzi i poczuć się przy niej jak zawsze pewnie i bezpiecznie. Chciałam także pogrzebać w necie i dowiedzieć się czegoś więcej na temat niewidomych psów. Czy ich życie naprawdę musiało być z góry przegrane?


   Skarbnica Internetu błyskawicznie pokazała mi ciekawe informacje z całego świata. Były to zdjęcia ślepych, ale całkiem szczęśliwych i dobrze radzących sobie zwyczajnych psów. Były to także historie psich przewodników i rehabilitantów. Szlochając czytałam na głos Cezaremu przejmującą opowieść o niewidomym od urodzenia, mieszkającym w Kanadzie golden retrieverze o imieniu Smiley, który potrafił dużo lepiej niż inne psy pomagać niedowidzącym czy starszym osobom, wczuwać się w położenie niepełnosprawnych dzieci, koić je swą czułą obecnością i delikatnym, rozumnym dotykiem. Spoglądałam na fotografie przedstawiające tego dorosłego już psa. Jak kroczy z dumą i pewnością siebie, jak biega, skacze, jak cieszy się i uśmiecha do swych opiekunów. Obejrzałam filmik, na którym inny niewidomy psiak biegał swobodnie po ogrodzie podnosząc przy tym łapy tylko nieco wyżej niż towarzyszący mu widzący pies.



                                                  Smiley - pies bez oczu



- Nie wiem, co Ty o tym wszystkim myślisz, ale ja nie zamierzam usypiać Misi. Przecież to córeczka naszej ukochanej Zuzi. Przecież to skóra zdjęta z Jacusia. Zobaczysz, jaka piękna i mądra sunia z niej wyrośnie. Ile będzie z nią radości! – cała drżąc szeptałam do męża, tuląc się do niego z całej siły.
- Czyli co? Poza Zuzią i Jacusiem zostawiamy sobie Hipcię i Misię? – upewnił się Cezary z miejsca aprobując moją decyzję. Co do Hipci oboje byliśmy od samego początku pewni, ze to właśnie ta sunia powinna z nami zostać jako kontynuacja rodu Zuzi i Jacusia, a także jako najbardziej przypominająca swą wspaniałą matkę psinka.
Po chwili milczenia ostatecznie próbując uporządkować sobie wszystko w głowie mój mąż zapytał:
- Tylko czy damy sobie radę z czterema psami?
- Damy, na pewno damy. Musimy dać!  – westchnęłam spoglądając przez okno, za którym widać było akurat, jak Zuzia z widoczną na pysku błogością karmi swoje cztery pociechy a Jacuś leżąc na studni przygląda się im z ciekawością…


c.d.n.

piątek, 14 października 2016

Pocieszanki...





   W ten trudny czas żałoby najbardziej pocieszają, uśmiech oraz poczucie spokoju i sensu budzą we mnie nasze zwierzęta. Dla nich przecież nic się nie zmieniło. Wszystko musi być po dawnemu. Ustalone ceremoniały, porządki, przyzwyczajenia. To ich życie. To moje, nasze tutejsze życie. Ciepło, wzajemna ufność i oddanie. Trzeba te zwierzaczki kochać, pielęgnować, ochraniać, pieścić, karmić, na spacery wyprowadzać, bawić się z nimi i cieszyć każdą beztroską chwilą. Mam tu na myśli głównie psy, bo to opieka nad nimi zajmuje nam teraz najwięcej chwil w ciągu dnia a i jest to bardzo intensywnie spędzany czas. Koty w ten chłodny czas głównie śpią i jedzą a więc jakby ich nie było. Kóz zostało nam sztuk dwie. To Brykuska i jej córeczka Kruszka. Z Popiołką i Szarką a także z capkiem Kleksikiem pożegnaliśmy się kilka miesięcy temu zdecydowawszy, że nie mamy już energii i ochoty na rozwijanie tej koziej hodowli, że wolimy poświęcić  siły i entuzjazm ukochanym psom. Dlaczego właśnie psom?





   Otóż mamy obecnie cztery psy. To Zuzia, Jacuś oraz ich potomstwo – dwie córeczki Hipcia  i Misia. Wierni naszym marzeniom i głębokiemu przekonaniu o tym, że Zuzia powinna chociaż raz w życiu zaznać radości i pełni macierzyństwa pozwoliliśmy jej i Jacusiowi na wiosenne, miłosne baraszkowanie. Potem przez dwa miesiące obserwowaliśmy postępujące zmiany w psychice i wyglądzie Zuzi. A dziesiątego lipca powitaliśmy w Jaworowie słodkie, psie maleństwa. W wyścielonym sianem boksie po Łobuzie Kurdybanku Zuzia powiła  cztery prześliczne córeczki. Dwie białe jak śnieg – po tacie i dwie szaro czarno beżowe po mamie. Przez dwa letnie miesiące cieszyliśmy się ich towarzystwem i radowaliśmy każdą ich nową umiejętnością, zauważaliśmy zmiany w ich charakterze oraz potrzebach. Piękny i niezapomniany był to czas. Czas, który utrwalaliśmy nieomalże co dzień okiem aparatu fotograficznego i kamery. Zuzia okazała się wspaniałą, czułą i bardzo oddaną matką. A Jacuś – z początku odpędzany przez nią od swych pociech w końcu zdołał się do nich zbliżyć i zaprzyjaźnić. Od tej chwili mogliśmy przyglądać się ich szalonym, wspólnym harcom, gonitwom, podgryzaniem i skokom. Rozczulać się panującą w tej psiej rodzinie harmonią i szczęściem.










   W połowie września pożegnaliśmy się z dwoma dzieciątkami Zuzi i Jacusia – bialutką, gładkowłosą Śnieżką oraz biało-czarno-brązową Bubą.  Ciężko było się rozstać, ale i nierozsądkiem byłoby zatrzymać u nas wszystkie maluchy. Buba i Śnieżka trafiły do bardzo dobrych domów. Do ludzi, którzy nieba gotowi im przychylić. Ciepłych, serdecznych i świadomych odpowiedzialności, która na nich spoczywa w związku z opieką nad młodymi pieskami. Do dzisiaj mamy kontakt z obiema rodzinami a na zdjęciach przesyłanych przez nie mamy możliwość podziwiania jak pięknieją i rosną psinki pochodzące z Jaworowa.




   A u nas, poza Zuzią i Jacusiem zostały dwie małe sunie… Dlaczego aż dwie? Bo jedna  - Hipcia jest bardzo podobna umaszczeniem i charakterem do Zuzi a druga… Ta biała jak śnieg i puszysta jak baranek Misia ma pewną szczególną cechę, która sprawia, że po prostu musiała u nas zostać i już…Obie małe sunie są mądre i kochane. Jednak o tej drugiej opowiem Wam więcej następnym razem…



niedziela, 9 października 2016

Dwie strony medalu...

   Znalazłam się nagle w takim punkcie życia, że napisany przeze mnie z innej okazji i opublikowany na tym blogu kilka lat temu wiersz nabrał nowej, jeszcze silniejszej wymowy. Na początku października umarła moja ukochana Mama.


Jądro


Są i takie wiersze, które się chowają.
Boją się pokazać i wyjrzeć z ukrycia.
Bo bolą zbyt mocno. Serce zahaczają.
Ostrym swoim szponem dotykają życia.


Jest miłość, co odeszła a miała trwać wiecznie.
Jest śmierć, która przyszła choć jej nikt nie spraszał.
Jest lęk w środku nocy i myśli zajęcze.
Jest wspomnienie bólu, co się nie rozprasza.


A gdzieś jeszcze głębiej, pod kolejną warstwą.
Kryje się dziewczynka, która ciągle tęskni.
I chce jeszcze wierzyć, że znajdzie lekarstwo.
A w jej okularach odbija się błękit.


Kolejne wcielenia. Następne stop-klatki.
W setkach przeistoczeń z poczwarki w motyla.
A jądro niezmienne, sedno tej zagadki.
Jak żyć, skoro życie to sen co przemija?...


Życie i śmierć. Dwie strony medalu, które przenikają się wzajemnie. Każdy jakoś musi  przejść przez ból związany z rozstaniem na zawsze. Nie ma przed tym ucieczki. Zazwyczaj przecież Rodzice odchodzą pierwsi...
A życie trwa dalej, co z jednej strony jest dużą pociechą a z drugiej rodzi bunt, rozpacz, żal. No bo jakże tak? Wszystko będzie trwać po dawnemu, gdy Jej już nie ma?! Tak, ale przynajmniej Jej ból już skończony. Nareszcie moja ukochana Mama nie cierpi. Ta myśl przynosi chwilową ulgę. Pozwala odrobinę odetchnąć. Znaleźć jakiś sens...

Mama bardzo lubiła kiedyś czytać tego bloga. Może dam radę znowu go prowadzić? Dla Niej, dla najbliższych, dla siebie, dla życia, które trwa i potrafi zwracać uwagę na różne strony medalu. Czas pokaże...

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy blog Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przepis przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia