Na naszym końcu świata tak czasami bywa, że
się jest odciętym od świata! Dzieje się tak, gdy zimą śnieg nas zasypie albo
lód pozamienia drogi w tory wyścigowe dla panczenistów. Tego roku po orkanie
Ksawerym przyszła potężna śnieżyca z zawieją i dwie dróżki łączące nas z
cywilizacją po prostu przestały istnieć. Pług odśnieżający przejechał w
poniedziałek pod naszym domem z lekka fuszerując swą robotę, odgarniając zaspy
białego puchu tylko powierzchownie, nie dając nawet szkolnemu autobusowi szans
na bezpieczne dotarcie do centrum wsi. Autobus utkwił gdzieś w dolinie a
tutejsze dzieciaki by zdążyć do szkoły musiały przez kilka dni wyruszać z domu
jeszcze w szarówce wstającego dnia przed szóstą rano a wracać już w fazie
zmroku.
Chwilowa odwilż także nie poprawiła
sytuacji, gdyż to, co odmokło, natychmiast po zmierzchu zamarzło, zamieniając
się w twarde, śliskie wyboje, skały i lśniące jak arktyczne jeziora, skute
lodem płaszczyzny. A więc na dobre uwięźliśmy z Cezarym w naszym domku pod
bukowym lasem. Oboje przeziębieni, gorączkujący, kaszlący i smarkający, lecz
mimo wszystko starający się by nasze gospodarstwo działało jak gdyby nigdy nic.
Bo to kurki i kózki trzeba dwa razy dziennie nakarmić. Drew na opał z drewutni
i spod wiaty nanieść oraz śnieg spod domu i kurników odgarnąć. Ponieważ nie
dało się pojechać do apteki ani lekarza leczyliśmy się tym, co było w naszej
apteczce, czyli aspiryną, naparami z łąkowych ziół, konfiturami z czarnego bzu i aronii, spirytusową
nalewką sosnową oraz rozgrzewającą maścią. I poza tym, że nadal oboje, głównie
nocą pokasłujemy i nieco chrypiąc nie nadajemy się na śpiewaków operowych to właściwie
czujemy się nieźle. Obyło się bez wizyty u lekarza a domowe leczenie okazało
się nie takie bezskuteczne, jak się na początku wydawało. Wszystko wymaga
cierpliwości, wiary w powodzenie oraz pewnej dozy stoicyzmu.
Muszę przyznać, że bardziej niż
przeziębieniem martwiłam się w tym tygodniu tym, że nie będę miała, czym
przyjąć w domu imieninowych gości. No bo nie było przecież możliwości
wyruszenia na jakiekolwiek zakupy. Najbliższy sklep mamy około cztery kilometry
stąd. By się do niego dostać trzeba zjechać z bardzo stromej, wysokiej góry do
centrum wsi albo przejść piechotą górami przez ośnieżony las do sąsiedniego przysiółka.
Ani jedno ani drugie nie było możliwe. Samochód tylko tańczył na lodzie,
obracając się wokół własnej osi. A piesza wędrówka w naszym stanie zdrowia nie
byłaby wszak najlepszą rzeczą.
Tymczasem imieninowy czwartek zbliżał się
wielkimi krokami i coraz intensywniej rozmyślałam nad tym jak przyjąć gości,
bazując tylko na tym, co mam w spiżarni. A miałam niewiele, bowiem od
kilkunastu dni nie robiliśmy zakupów, wyjadając tylko stare zapasy. A przy tym
nie krzywdowaliśmy sobie, bo lubimy proste a nawet nieco monotonne, skromne
jedzenie. Ot, wystarcza nam do szczęścia gotowany co kilka dni wielki gar zupy
jarzynowej czy krupniku, śląska zupa z chleba wodzianka albo jakieś smażone z cebulką ziemniaczki, sałatki z
kiszoną kapustą, ogórkami i buraczkami, makaron z sosem czy ulubione placki
ziemniaczane. Koty i Zuzię karmimy zazwyczaj porcjami rosołowymi z makaronem
(zawsze staram się aby mieć ich w zamrażarce spory zapas) oraz suchymi
chrupkami czy też chlebem z pasztetową. I tak możemy żyć tygodniami, wyruszając
tylko co jakiś czas do miasteczka w celu uzupełnienia zapasów, opłacenia
pilnych rachunków oraz zakupu koniecznych do napraw i remontów śrubek, farb i
tym podobnych niezbędności.
Ale
spodziewaliśmy się gości, których wizyty nie sposób było przełożyć, gdyż w
tutejszym zwyczaju jest by nie zapraszać się oficjalnie na imieniny a po prostu
pamiętając o solenizancie przychodzić bez zapowiedzi. Czymże ich przyjąć? Tutejsze
imprezy to prawdziwy pokaz umiejętności kulinarnych utalentowanych, zaradnych
gospodyń. Stoły uginają się od wędlin, sałatek, ciast, skomplikowanych dań
obiadowych, alkoholi i napojów chłodzących. A u Oleńki tymczasem biedniutko! Co
poradzić?!
Przejrzałam wielokrotnie zawartość szafek
kuchennych i lodówek. Przypomniałam sobie czytywane w czasach siermiężnego socjalizmu
i stanu wojennego książki poradnikowe o tym, czym można przyjąć
niespodziewanych gości. I postanowiłam, że podejmę wyzwanie i zrobię trochę
inne niż zazwyczaj przyjęcie. Skromniejsze, ale wcale nie gorsze, gdyż Polka
potrafi! Wprawdzie Cezary powątpiewał czy to wystarczy, czy to wypada?! W
związku z tym w środę, czyli w przeddzień spodziewanego przyjęcia zrobił
kolejną próbę wydostania się stąd. Najpierw wykopaliśmy spod zwałów
skostniałego śniegu nasz podjazd. Z trudem otworzyliśmy przymarzniętą do podłoża
bramę. A potem? Cóż! Nasz dzielny samochodzik z ledwością opuścił teren
podwórza a potem boleśnie zabuksował w miejscu, chcąc wjechać na drogę wiodącą
w dół wsi. Zawołałam do Czarka by, o ile tylko się da, wracał pod dom i dał
sobie spokój z wyprawami. Nie będziemy się przecież zabijać po to tylko, by
sprostać własnej ambicji oraz przyzwyczajeniom tubylców (spodziewanymi gośćmi
mieli być nasi zaprzyjaźnieni, zamieszkali w promieniu kilku kilometrów
miejscowi i osadnicy)!
W przeddzień spodziewanego przyjęcia
zabrałam się za przygotowania. Upiekłam ciasto piaskowe z gruszkami oraz kruche
ciasteczka z makiem i sezamem. Ugotowałam ziemniaków i marchwi na sałatkę
jarzynową, namoczyłam suszone grzyby. A następnego poranka pełną parą miesiłam
ciasto drożdżowe, gotowałam barszcz z buraczków, kroiłam warzywa na sałatkę,
wypiekałam własnego pomysłu bułeczki - ślimaczki z plastrami wędzonego podgardla i smażoną
cebulką. A ponieważ poza mięsożercami odwiedzić nas mieli ściśli wegetarianie
zrobiłam dla nich bułeczki z grzybami.
Nadal jednak mieliśmy problem z brakiem
alkoholu, albowiem tutejsze przyjęcia nie mogą się obyć bez czegoś
mocniejszego. W barku było wino, za którym, niestety, poza mną nikt tutaj nie
przepada oraz słodka nalewka. Skończyła się nam też kawa, której braku nie
odczuwaliśmy z Cezarym, obywając się ziołowymi herbatkami oraz kawą zbożową. A
więc znowu mój uparty, ambitny mąż postanowił podjąć kolejną próbę dostania się
do sklepu.
- Czarek! –
przekonywałam – Nie trzeba! Jeszcze wpadniesz do rowu, uwięźniesz gdzieś w
dolinie a ja tu będę włosy z głowy rwać nie mogąc przyjść ci na ratunek.
- Nie jedź,
proszę! Przecież wystarczy nam tego, co mamy! A poza tym możemy wprowadzać na
naszej wsi nowe standardy biesiadowania. Kto powiedział, że u każdego musi być
tak samo?
- Pojadę Oluniu.
Trzeba jechać, bo mamy mało gazu w butli. Co zrobisz, jak skończy ci się w
najmniej spodziewanym momencie i nie będzie można nawet podać gościom gorącej
herbaty? – odrzekł Cezary, naciągając mocno czapkę na uszy i sprawdzając po
kieszeniach, czy na pewno wziął kluczyki od samochodu.
Na ten argument
nic już nie mogłam odpowiedzieć, bo rzeczywiście istniała obawa, że zabraknie
nam gazu. A więc westchnęłam ciężko i szybciutko spisałam na karteczce listę koniecznych
zakupów a potem otworzyłam mężowi bramę i z drżeniem serca obserwowałam, jak
ostrożnie wyjeżdża na drogę i oddalając się od domu powolutku pokonuje
zlodowaciałe przestrzenie.
Nie było go ponad
dwie godziny. Ale nie zauważyłam nawet tego upływu czasu, uwijając się w
kuchennej krzątaninie, szykując jak co dzień wielkie wiadro karmy dla kur,
gotując jedzenie dla psów i kotów oraz dokładając drew do pieca. Wreszcie
wrócił zmarznięty i głodny kupiwszy i załatwiwszy wszystko, co trzeba. Napoiłam
go gorącym barszczem i już razem wzięliśmy się za kończenie przygotowań do
przyjęcia.
Po zmroku rozłożyliśmy stół w pokoju
stołowym. Nakryliśmy go i zastawiliśmy mnóstwem przygotowanych przez nas
smakołyków. Ubraliśmy się odświętnie i pełni gotowości zaczęliśmy spoglądać
niecierpliwie przez okno, czekając na spóźniających się gości. Mijały długie kwadranse, godziny i nadal nikt nie pukał do naszych drzwi. Zaczynalismy sie poważnie niepokoić.
- Nie ma rady!
Trzeba zadzwonić i zapytać, co się dzieje? – westchnął wreszcie Czarek, podając
mi telefon, gdyż tak się to u nas utarło, że to ja zawsze załatwiam tego typu sprawy.
Odchrząknęłam,
odkaszlnęłam i zadzwoniłam do naszej najbliższej sąsiadki – przyjaciółki
Wandzi.
- Wandziu
kochana! Jesteście w domu? Wpadniecie do nas dzisiaj na ciasto? – zagadnęłam
niewinnie, nie chcąc oczywiście nawet napomykać o imieninach.
- Oluńku!
Skarbeczku kochany! Mój Władyś jest od wczoraj w szpitalu, więc nie wpadniemy.
Ale chciałabym ci złożyć najserdeczniejsze życzenia zdrowia, szczęścia i
spokoju – usłyszałam po drugiej stronie słuchawki. Natychmiast zaniepokojona
zaczęłam wypytywać o stan zdrowia sąsiada i odetchnęłam z ulgą, albowiem
okazało się, że to tylko kilkudniowe, kompleksowe badania kontrolne sprawiły,
iż znalazł się w przemyskiej lecznicy.
- To wobec tego
przyjdź sama! – poprosiłam – Po co będziesz siedzieć w domu i zamartwiać się?
Posiedzimy razem i szybko ci czas zleci.
Wandzia po chwili
wahania obiecała, że za około godzinkę postara się wpaść. Odetchnęłam z ulgą i
zadzwoniłam do następnych, mieszkających około kilometra stąd sąsiadów.
- Oleńko! Nie
martw się! Pamiętamy o was i wpadniemy, ale dopiero za około dwie godziny.
Teraz muszę jechać na próbę chóru kościelnego. Wiesz, z powodu choroby nie
mogłam uczestniczyć w ostatnich próbach a przecież w Pasterkę mamy występ. Nie
mogę więc ich zawieść, bo to ostatnie nasze przed świętami spotkanie! –
wyjaśniła Elżbieta, pozdrawiając nas serdecznie.
Dopiero więc
około siódmej zeszło się całe towarzystwo. Zebrało się nas przy stole dziewięć
osób. A Zuzia, która uwielbia gości krążyła między nimi, każdego po kolei
zaczepiając, liżąc, wciskając swój śliczny pysk na kolana.
I cóż się
okazało? Wszystkim najbardziej smakowały zrobione przez mnie domowe smakołyki.
Owe drożdżowe bułeczki ślimaczki, sałatka jarzynowa, ciasto, ogórki i grzybki
marynowane oraz chrupiące ciasteczka z makiem. Kupione przez Cezarego wędliny
leżały nietknięte do końca przyjęcia. A co z alkoholem? Nikt ze zgromadzonych
nie miał najmniejszej ochoty na wódkę. U jednych wynikało to z adwentowych
postanowień, u innych z niemożności picia spowodowanej zażywaniem antybiotyków
a jeszcze u pozostałych z braku upodobania do mocniejszych trunków.
Wypiliśmy tylko
po kieliszku wina za moje zdrowie i już. A największym powodzeniem cieszyła
się zaparzana raz po raz w dzbanku gorąca herbata oraz barszcz.
Dobrze było tak razem posiedzieć, pogadać o
gospodarskich i światowych sprawach. Pożartować, pośmiać się, popatrzeć
serdecznie w swoje oczy. Nieczęsto zdarzają nam się przecież okazje do takich
spotkań. Mieszkamy w oddalonych od siebie przysiółkach i zimą czasem ciężko jest
dotrzeć do siebie. A tutaj, przy jednym stole, w cieple i miłej atmosferze
spędziliśmy razem czas, odrywając się na chwilę od swojej codzienności,
jątrzących zmartwień i problemów.
Za oknem błyszczała na drodze tafla grubego
lodu. Gwiazdy migotały wyraziście na czarnym niebie, zapowiadając nazajutrz
piękną, słoneczną pogodę. Wielka, przepastna cisza rozpościerała się ponad
pogrążonymi we śnie lasami, łąkami, dolinami i ośnieżonymi górami. A tymczasem
w naszym domku pod bukowym lasem aż do późnej nocy było gwarnie, ciepło i
rodzinnie…
Kazda polska gospodyni nie wyobraza sobie wyprawienia imienin bez stolu uginajacego sie od jadla i napitku. A przeciez w gruncie rzeczy chodzi o cos zupelnie innego, o spotkanie dawno nie widzianych przyjaciol, nagadanie sie do syta, nacieszenie soba, zeby wystarczylo do nastepnego razu, posiedzenie w nastrojowej atmosferze, slowem: bycie razem, a nie objadanie i zapijanie sie do utraty tchu. Sama widzisz, ze najlepsze sa przyrzadzane sercem wlasne wypieki i salatki, a nie te kupione. Bo kupic moze sobie kazdy, a wlasna "tfurczosc" jest zawsze wyjatkowa i niepowtarzalna. Zazdroszcze Twoim gosciom, bo slinka mi ciekla od samego czytania, wiec dalabym wiele, zeby moc sprobowac wszystkiego. Alkoholu w ogole nie pijam, albo baaardzo sporadycznie, wiec zapijalabym pragnienie barszczykiem i herbata.
OdpowiedzUsuńNo a w ogole to spoznione zyczenia imieninowe, zdrowka i odsniezonych drog! :)))
I ja zawsze po fakcie dochodze do podobnych wniosków. Jednak przed wszelkimi imprezami biagam jak w ukropie i staram się jak moge, by sprostać tej własnej, nieznosnej ambicji. A tymczasem ludzie ciągnie przede wszystkim do ludzi, a nie do rozkoszy stołu...
UsuńTym niemniej wszystko wyszło pyszne. Nie miałam sie czego wstydzić! Szkoda, że nie mogę wirtualnie, poprzez bloga wyciągnąc ku Tobie tacy z owymi bułeczkami czy z ciastem i tak normalnie poczestować a potem spytać - no i jak Ci smakowało?!
Dziekuję za życzenia Panterko i pozdrawiam ciepło!:-))
Czym chata bogata:) Najważniejsza jest pamięć, szczere życzenia i obecność! Co z tego, że stół będzie się uginał pod ciężarem jadła, jak goście przyjdą tylko bo "tak wypada", a uśmiechy i życzenia nie będą szczere. Liczy się to, że spędzamy ważny dla nas dzień z bliskimi, którym na nas zależy, którzy się o nas troszczą i są naszymi prawdziwymi przyjaciółmi. A ciepłym barszczykiem i bułeczkami z grzybami na pewno ujęłaś każdego za serducho;)
OdpowiedzUsuńBarszczyk i bułeczki były prawdziwym strzałem w dziesiątkę! A przy tym goście mieli dobre humory. Rozmowni byli i rozluźnieni.A mnie było niezmiernie miło widząc, że dobrze sie czują w naszym domu.
UsuńWeroniko!Serdeczności Ci moc zasyłam!:-)
Ale pyszności przygotowałaś :) Może faktycznie czas na zmiany w świętowaniu? Widzisz, że u Ciebie wspaniale zdało to egzamin, impreza była fajna, goście najedzeni i ogrzani herbatą, barszczykiem i ciepłą atmosferą Waszego domu :)
OdpowiedzUsuńPostaram sie pamiętać o tym doświadczeniu i bazować w przyszłosci na takich prostych, domowych smakołykach. Ludzie pomału dośc mają kupnych wędlin i tortów z tłustym kremem. I ja sama goszcząc u kogoś zdecydowanie wolę to, co domowe, niz najbardziej nawet wyszukane sklepowe rarytasy.
UsuńŚciskam Cie Lidko serdecznie!:-)
najważniejsze, że przyjęcie sie udało...
OdpowiedzUsuńI ja tak uważam Agato!A było nam serdecznie i sympatycznie!A na dodatek smacznie!
UsuńPozdrowienia Ci ciepłę zasyłam!:-)
Wszystkiego najlepszego Olenko!!!
OdpowiedzUsuńWazna jest atmosfera i serce a nie zastawiony stol, ktory i tak poczynilas, bo przeciez jak moglo byc inaczej:)))
Serdecznie dziękuję Ci Star za życzenia (do czasu zamieszkania na wsi imienin nie obchodziłam, ale ponieważ tutaj jest to obowiązującym obyczajem, dostosowałam się)!:-)
UsuńA na stole rzeczysiście było sporo rzeczy i wygladał po prostu ładnie (szkoda, że nie przyszło mi do głowy zrobic mu zdjeć, ale zbyt byłam tym wszystkim zaaferowana, by mysleć o fotografowaniu!)
Serdeczności ciepłe Ci Zasyłam!:-))
Oby następne imieniny nie wzbudzały takich emocji, a stały się czasem radosnych spotkań z sąsiadami .
OdpowiedzUsuńPozdrawiam Was serdecznie. Życzę, żeby opuścił Was męczący kaszel.
I ja sobie tego zycze Zofijanko, ale taki już mam charakter, że wszystko za mocno przeżywam! Dopiero po fakcie, gdy emocje opadają, nabieram nieco rozumu. A sąsiadów mamy fajnych i zdaję sobie sprawę, że gdybym podałą im tylko ciasto, bułeczki i herbate też byliby zadowoleni!
UsuńDziekujemy za pozdrowienia i zyczenia i tez Was oboje ciepło pozdrawiamy!:-))
Olgo serdeczne życzenia: NIE kasłania NIE chorowania NIE smarkania ale wesołego podskakiwania. :)
OdpowiedzUsuńRoześmianych oczu dla zwierzaków i odbierania od nich czułych uczuć.
Serdecznie pozdrawiam i pytam czy może warto byłoby zakupić na kolejne zimy łańcuchy na koła?
To wynalazek wielgi bardzo :) Na córce wymusiłam gdy w Alpy w Lutym pognała. :) pomyślcie o tym bardzo proszę.
Elu! Gorąco dziekuję za Twoje piekne i ciepłe życzenia!
UsuńO łańcuchach juz pomyśleliśmy, tyle że w czasie gdy drogi są zlodowaciałe, to nawet one nie przydają się na wiele. Najlepszy byłby niedrogi i tani w eksploatacji samochód terenowy. Moze sie go znowu kiedyś dorobimy!
Ściskam Cię gorąco!:-))
Wszystkiego dobrego, Olu, a wiesz, że najprostsze potrawy najlepiej smakują? serdeczności ślę.
OdpowiedzUsuńSerdecznie dziękuje Marysiu za życzenia! A niedoścignioną mistrzynią domowych smakowitości jesteś Ty kochana dziewczyno! Nie raz podziwiam na Twoim blogu cudeńka od których ślinka ciecze!:-))
UsuńJakże sugestywnie oddałaś tę niepowtarzalną, wiejską atmosferę. Mnie, podobnie, jak Panterce, ślinka leciała na myśl o tych serwowanych przez Ciebie swojskich wspaniałościach. Barszczu, bułeczkach i tym gruszkowym cieście. Swoją drogą, tak, czy owak, zawsze masz, jak widać, solidny zapas produktów dla całego pułku wojska:-)). Świetnie jest mieć w swojej orbicie tylu oddanych przyjaciół.
OdpowiedzUsuńNajlepsze Życzenia, przede wszystkim powrotu do zdrowia.
Na takim końcu świata zapasy jakieś zawsze trzeba mieć. Jak sie ma w domu mąkę, kaszę, jakies warzywa i jajka to się z głodu nie umrze i zawsze mozna cos z tego upichcić.A ja lubie eksperymentowac niekiedy w kuchni i próbować co z czym pasuje. Czasem mi to wychodzi, czasem nie bardzo, ale zawsze da sie zjeść (najwazniejsze, że mąż niewybredny)!
UsuńTutejsi ludzie to w wiekszosci samotnicy, ale czasami chce się jednak z kimś spotkać, zasłuchać sie w czyjeś opowieści albo pozartować i posmiać się beztrosko.
Dziękuje Errato za Twoje życzenia i duzo ciepłych mysli Ci o poranku zasyłam!:-))
Najwazniejsze, aby bylo nam wszystkim na takim przyjeciu dobrze....
OdpowiedzUsuńSerdecznosci
Judyta
Też tak uważam. W sumie atmosfera przyjecia jest najwazniejsza i to by zgromadzeni ludzie lubili sie nawzajem, mieli o czym ze sobą pogadać i po prostu cieszyli sie swoim towarzystwem.
UsuńCiepłe pozdrowienia Ci Judyto zasyłam!:-))
Olu, najserdeczniejsze życzenia imieninowe. Obyś zawsze miała wokół siebie takich kochanych ludzi. Twój Cezary to Superman. Wygląda na to, że po moim Jaskóle, to drugi prawdziwy mężczyzna pod polskim słońcem:):):) no i Ty bardzo dzielna jesteś. Goście na pewno zauważyli Twoją pracę i ogromną chęć miłego ugoszczenia ich. Piszesz, że u Was zima, bo ślisko, śnieg. A u nas jest w miarę ciepło, a podobno na święta w ogóle mroziku nie będzie.
OdpowiedzUsuńPrzeziębienie dobrze jest leczyć zaparzonym majerankiem- chyba już to tu pisałam? Wzmacnia pęcherzyki płucne i przegania kaszel:):)
Spróbujcie- łychę majeranku zalać wrzątkiem do trzy czwarte szklanki, przykryć na 10 minut talerzykiem, odcedzić i pić- można słodzić miodem.
Zdrówka życzę:)
Mój Cezary uśmiecha się z zadowoleniem czytając o sobie, że jest odbierany jako supermen. Aleś mu zJaskółko robiła przyjemnośc od samego rana! Dziekuję w imieniu męża i swoim!
UsuńA to, że ja jestem supermenką to sie wie! Samą siebie tu wciaz zadziwiam i chyba nie przestanę tego robić póki sił w mięsniach i umysle starczy! Jak sie tu wprowadziliśmy to we dwójke nie umieliśmy podnieśc naszego materaca z łózka. Teraz sama dźwigam go bez trudu! A mała ze mnie kobitka (tylko wszesz sie stale rozrastająca, jak ta leszczyna nad potokiem!).
U nas znowu snieg popadał i w zwiazku z tym biało, ze hej! Moze to jaka Syberia czy ki pieron???
Dzieki za przypomnienie o majeranku! Lece go zaparzyć!
Całusy serdeczne i podziękowania za życzenia przesyłam!:-))
Podziwiam Cię gospodyni Olgo!
OdpowiedzUsuńW naszych okolicach nie ma tradycji imieninowych odwiedzin. Pamiętam, jakim zaskoczeniem było dla mnie "wpadanie" do nas o różnych dziwnych porach, zupełnie bez zapowiedzi. I zdumienie ludzi, z którymi umawialiśmy się telefonicznie, czy można do nich przyjść.
Olgo, wszystkiego najlepszego! Bardzo mi się podoba Twoje imię
Tak, na wsi jest inaczej. Pod pewnym względem naturalniej. Tu sie wpada do siebie, bo ludzi ciągnie do ludzi. Ot, parę słow zamienić, pożartować, odetchnąc od swoich spraw, nabrać innego spojrzenia dzięki rozmowie z sąsiadem. (Tyle, ze czasem chciałoby sie ubrać czapkę niewidkę, bo nie zawsze ma sie chęc na zbyt częste odwiedziny...Niekiedy samotnicza dusza w norce by tylko swojej siedziała i sie w tej ciszy osobnosci bezpiecznie mościła i swoje sny sniła!)
UsuńCieszę się, że podoba Ci sie moje imię Magdo! Mnie też, od kiedy zakochałam sie w nastoletnich czasach w postaci Oleńki Billewiczówny!:-))
I tego właśnie się bałam przenosząc się z miasta na wieś. Na szczęście mieszkamy w pobliżu drogi krajowej, która jest zawsze przejezdna.
OdpowiedzUsuńZaimponowałaś mi Olu.Jesteś gospodynią jak się patrzy.
To, ze czasem nie da sie stąd wydostać nie jest dla mnie zazwyczaj jakimś strasznym zmartwieniem. Do wszystkiego w zasadzie można przywyknąc i nauczyć sie obywać bez kontaktów z "wielkim światem" a nawet za nim nie tęsknić!
UsuńStaram sie być dobra gospodynią, ale gdzie mi tam do tutejszych niewiast, które maja tysiac i jeden umiejętności i talentów oraz siły niczym Xena, waleczna ksiezniczka!:-))
...Gości traktujesz po królewsku i słusznie, wszak "Gość w dom Bóg w dom"
OdpowiedzUsuńNawet nie wiesz jak mi się wspaniale czytało Twa opowieść, przenosisz mnie w inny, na pewno świat, który pamiętam z dzieciństwa...dom żył mnóstwem ludzi, co dzień, co wieczór...jakże mi tego brak...
Serdeczności:)
Tego typu przyjęcia odbywają sie w naszym domu dwa, trzy razy do roku. A poza tym często spotykamy się w mniejszym gronie z sąsiadami i siedzimy zazwyczaj w kuchni, bo tam zawsze najmilej, swojsko i ciepło. Wokół nóg pod stołęm uwijaja sie koty i psy. Popija sie herbatkę i zajada kanapki. A czas biegnie innym temperm. Na wsi ludzi ciągnie do ludzi i nie boją sie do tego przyznać. Żyje sie bez pośpiechu (szczególnie zimą) i jest jakby więcej czasu na takie towarzyskie spotkania niz w mieście.
UsuńCiepłe pozdrowienia zasyłam!
Ale bym się prawdziwego barszczu napiła, zagryzła Twoim wypiekiem, jem tu rzeczy dobre ale zasiałaś w mym sercu tęsknotę ... spodziewaj się więc małego, żarłocznego gościa z Hiszpanii ze spóźnionym imieninowym kwiatkiem, kiedyś przybędzie bez względu na stan drogi,może latem a może niedługo ....
OdpowiedzUsuńBardzo chętnie ugoszczę małego, żarłocznego gościa z Hiszpanii. A jesli ów miły gosc przybędzie niespodziewanie zostanie poczestowany pożywną zupką jarzynową z pajdą chleba - na codzień innych tu smakowitości nie uświadczysz!
UsuńŚciskam mocno Łusiu!:-))
Olenko, ja rowniez spoznina jestem ale z najpiekniejszymi imieninowymi zyczeniami przybywam. Wszystkiego najlepszego grudniowa dziewczyno!
OdpowiedzUsuńPomimo wielu przeszkod udalo Ci sie wszystko przygotowac, ja wybredna nie jestem wiec zadowole sie pajda chleba ze smalcem - buziakow sto.
Ataner kochana! Bardzo dziekuję za zyczenia i miłe słowa! Szkodza, że wczoraj nie mogłaś do mnie na swej cudownej miotle przyleciec - ulepiłam całą górę pierogów ruskich. Nie jestem specjalistką pierogową, ale tym razem wyszły mi dobrze. A odgrzewane jeszcze lepsze!Z masełkiem i cebulką. A smalec do chlebusia trzeba dopiero wysmazyć, bo sie skończył!
UsuńCałuję goraco!:-))
Grudzień to oczywiście Święta i Nowy Rok. Czas zastanowienia i refleksji nad tym co było i będzie a dla mnie również okres przygotowań do wyjazdu świąteczno-noworocznego.
UsuńDlatego już teraz składam życzenia Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku!
Ataner
Serdecznie dziekuje za życzenia i Tobie też życzę wszystkiego dobrego. Miłego, pełnego usmiechu i odpoczynku od codzienności wyjazdu. Tego, czego sama sobie życzysz.
UsuńŚciskam mocno Ataner!:-))
Gratuluję udanego spotkania :-)
OdpowiedzUsuńMy też głównie się leczymy domowymi sposobami i jak na razie żyjemy, oczywiście jak trzeba to się człowiek wybierze do lekarza.
U nas na szczęście śniegu nawet ani grama nie ma, owszem spadło go ze 2 do 3 cm raz czy dwa tej zimy ale zaraz topniał. Mi to nawet odpowiada bo jakoś za tą bielą nie tęsknię.
Pozdrawiam i aby do wiosny,
Tomek.
A u nas nadal snieznie i lodowo, bo to ocieplenie prawie wcale do nas nie dotarło a nocne mrozy nadal skuwają okolicę i sprawiają, ze pejzaż wciaz jak najbardziej zimowy.
UsuńCo do domowego leczenia, to trzeba po prsotu mieć sie czym leczyć.Jesli sie latem o to zadbało, zbierając po łakach i lasach, co sie da i przetwarzajac to w zioła, nalewki, maści, konfitury i soki to tym samym ma sie niexle zaopatrzoną apteczkę.I tylko w razie zupełnej ostatecznosci posiłkowac sie lekarzem i farmaceutykami, w których jest mnóstwo chemikaliów i trucizn.
Dziekujemy Ci Tomku za odwiedziny, serdecznei Cie pozdrawiamy i nadal tak łagodnej zimy zyczymy!:-)
Ode mnie też przyjmij idealna gospodyni, życzenia. Oby wena i dziecięca radość życia cię nie opuszczały!
OdpowiedzUsuńMigdałowe łzy poczytam raz jeszcze jak dostanę je na papierze. To będzie mój deser. :)
Anuśku! Żadna tam idealna gospodyni! O nie! Nie ma rózy bez kolców, a ja tych tych kolców tudzież zżółkłych listków całkiem sporo mam, tyle że staram sie nimi nie przejmować. Życie wszak jest tak krótkie!
UsuńDziekuję Ci z całego serca za ciepłę zyczenia (a utrafiłaś nimi w samo sedno moich potrzeb)!
Też czekam na papierowa wersje światecznych opowiadań, by usiaść sobie wygodnie w fotelu i zanurzyc sie w świateczną atmosferę.
Całusy o poranku zasyłam serdeczne!:-)
Oleńko przegapiłam Twoje Imieniny, przepraszam. Wszystkiego najpiękniejszego, najlepszego a przede wszystkim zdrowia. Po przeczytaniu zrobiłam się głodna, choć dopiero co jadłam. Tak smakowicie opisałaś. U mnie też grypowo było. Też domowymi sposobami leczyłam i udało się.
OdpowiedzUsuńSerdeczności zostawiam dla Ciebie i Cezarego.
Alinko droga! Nie napisałam tego posta w celu chwalenia się imieninami. Po prostu chciałam opisać tydzień z naszego życia, a że akurat trafiły sie w nim imieniny, to tak przy okazji. Tym niemniej dziekuję za piekne zyczenia!:-))
UsuńNajwazniesze, to zdrowym byc i w zgodzie ze sobą zyc, prawda?
Serdecznie Cie oboje pozdrawiamy!
Posiedziałam dziś przy kominku w domku na działce ogień nakarmiony nieomal mruczał. Zrobiłam z suszonych kwiatków małą dekorację przywlokłam do domu jutro sfotografuję i może na blog wrzucę.:)
OdpowiedzUsuńOlgo myślałam patrząc w ogień o ludziach co daleko od miast siedzą w swoich siedliskach, wyjdą widzą niebo rozgwieżdżone, lasy ośnieżone, ciszę słyszą, pozdrawiam was osadnicy niosący nowe w stare miejsca, niech wam się wiedzie w rozsiewaniu odmiennych spojrzeń na to samo niby dobrze znane życie.
Serdeczności dziś. :)
Tak Eluś! Zycie tutaj jest zupełnie inne niz w mieście. Trochę tu dziczejemy w oddaleniu od wielkiego świata i coraz mniej za tym światem tęsknimy.W sobie sie odnajduje całe światy i nieznane wcześniej przestrzenie. Pomaga w tym ta cisza i bezkres dookoła.
UsuńU nas (420 m. n.p.m.) wciaz jest mnóstwo sniegu. A jest on biały i skrzący diamentowo. Mroźno i lodowo.Tymczasem w dolinie świat prawie że wiosenny, zielony, ciepły, pełen roztopów.A dzisiejszy wschód słońca powalił mnie na kolana! Szalony pejzazysta nabrał na pędzel kilkanascie odcieni pomarańczu, żółci i rózu i w ekstazie pomalował nasze niebo...
Ciepłe myśli Ci dziś Eluś z tego podkarpackiego zakątka zasyłam!:-))
Olu, piękne przyjęcie naszykowałaś. Najlepiej smakują domowe specjały. Nie jest sztuką kupić gotowe, sztuką jest wyczarować coś z niczego.
OdpowiedzUsuńI goście potrafią docenić starania gospodyni, bo czują że to specjalnie dla nich poświęciła czas. Podziwiam Twoją zaradność :)
Ludzie są tutaj serdeczni i gościnni. Staram sie więc ich traktować podobnie. A poza tym mało nas tutaj. Tworzymy niewielką społeczność zaprzyjaźnionych ze sobą, szanujących się i kiedy trzeba pomagających sobie wzajemnie tubylców i osadników.Mam się więc od kogo uczyć zaradności i gospodarności, ale duzo mi jeszcze brakuje Beatko do poziomu wiekszości tutejszych gospodyń!:-))
UsuńWitajcie,jestem na Waszym blogu podziwiam zdjęcia i teksty,zaznajamiam się z Wami i pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńWitaj, Krysiu! Miło nam Cię tu gościć!:-))
Usuń