Przeczytawszy niedawno u Pellegriny ( kopianieba.blogspot.com ) ciekawego posta na temat kłopotów ze znalezieniem toalety w polskich miastach
i miasteczkach stwierdziłam, że to problem mój i Cezarego a także
zapewne wielu z nas i że absolutnie nie powinno się go zamiatać
pod dywan. Wszak nic co ludzkie nie może nam być obce. Przecież
niemożność skorzystania z przybytku, do którego król chodzi
piechotą potrafi skutecznie zniechęcić do wędrówki po mieście a
nawet sprawić, że człowiekowi zupełnie odechciewa się
wychodzenia z domu. W pewnym wieku takie rzeczy stają się bardzo
ważne. A zresztą nie tylko wiek ma tu znaczenie, ale także stan
zdrowia, nawyki i zwyczajne potrzeby. Oboje z Cezarym, gdy wyruszamy
gdzieś na zakupy albo w innych ważnych sprawach musimy być pewni,
że będzie zawsze w pobliżu jakieś miejsce, gdzie będzie można
sobie ulżyć. W naszym miasteczku to przychodnia, urząd gminy,
sklep i stacja benzynowa. Miejskie szalety natomiast u nas nie
występują. I w ogóle zdają się coraz bardziej być przeżytkiem,
reliktem przeszłości i niepożądaną infrastrukturą. To
dziwne...Wszak potrzeby ludzkie nadal są takie same...Natomiast jadąc
w dalsze strony, do większych miast też zawsze na początku
obczajamy miejsca, teoretycznie przyjazne dla zwykłych istot, takie
jak supermarkety, urzędy, przychodnie. Ale czasem wszystko to
znajduje się bardzo daleko od nas i wtedy bywa ciężko, oj,
ciężko...
Zainspirowana i namówiona przez Pellegrinę
napisałam do znanej melodii „Chatanooga choo choo” zabawną (mam
nadzieję!) pioseneczkę na temat kłopotów ze znalezieniem toalety
w mieście. Słowa poniżej. Umieszczam tam także linka do
instrumentalnej wersji owego utworu a także do filmiku na YT, gdzie
ową piosenkę, z innymi polskimi słowami wykonują tańcując
wesoło jakże młode jeszcze wówczas i piękne Ewa Kuklińska i Alicja
Majewska. Ech, gdzież te czasy!:-))
Czy pani wie...
Czy pani wie, gdzie tutaj można zrobić
siusiu?
Bo pilny mus odbiera już cały luz
Gdzie jest wc, gdy mocno człeku coś
się chce
Gdzieś szalet znikł, chyba nie siusia
tu nikt!
Olaboga, olaboga...
Człowiek w mieście, czuje szczęście
Wiosenny czar
Zjada lody, pije piwko
Bo wokół skwar
Lecz czar mija szybko
Gdy wizytę zwykłą
Chce wykonać w toalecie
Której brak
Tu promocje, tam obniżki
Tam coś za grosz
Może królem być zakupów
Mieć w sobie moc
Lecz gdy go przypili
I musi w tej chwili
Siąść na tronie, nie ma tronu
Nie ma nic
Może pan wie, gdzie tutaj można
zrobić siusiu?
Pyta się w krąg, nie mogąc znieść
już tych mąk
Wygląda że, ludzie jak duchy stali
się
Nie sika nikt, a może to dla nich
wstyd
Olaboga, olaboga...
Czy pani wie, gdzie tutaj można zrobić
siusiu?
I jeszcze coś, z trzewi dobiega ten
głos
Pyta się znów, gdy już nie może
dłużej zdzierżyć
A wokół świat nie daje mu dobrych
rad
Gdy turysta nie skorzysta
Z przybytku wnet
Wówczas pójdzie w byle krzaki
Albo za sklep
Więcej nie przyjedzie
Bo już będzie wiedzieć
Że to miejsce
Nie dla ludzi
Zwykłych jest
Nie spyta już, gdzie tutaj można
zrobić siusiu
Pojedzie het, gdzie nadal czynny wucet
Bo każdy gość, prędzej czy później
ma już dość
Bierze go złość, wyrusza w knieje
lub w step...
P.S.
Powyższy post nie bez powodu zilustrowałam zdjęciami kangurów. Otóż w Australii nie tylko w miastach czy w popularnych miejscach turystycznych, ale także w najgorszej głuszy, pośród wielkiej pustki, słowem - wszędzie, znaleźć można czyściutkie i pachnące, zaopatrzone w papier toaletowy toalety dla turystów. Niekiedy żartowalismy z Cezarym, że to chyba tylko dla kangurów, bo turystów tam tyle, co kot napłakał!:-) A inna sprawa, że człowiek nie raz pozazdrościć może zwierzętom ich swobody w załatwianiu się na łonie natury. Pozazdrościć, bo ile się czasem trzeba namęczyć zanim znajdzie się odpowiedni przybytek. A bywa niestety, że się go nie znajdzie i nie zdąży...
W świecie idealnym nie ma
cierpienia, złości, chorób, nieszczerości i obmowy. W świecie
idealnym wszyscy beztrosko uśmiechają się do siebie, bo nie ma
żadnych powodów do zmartwień. Nawet pogoda zawsze jest piękna.
Sielankowe życie upływa zatem na rozrywkach, przyjemnościach,
hobby i zabawach...
Czy chcąc żyć w świecie idealnym
powinniśmy oddalać od siebie wszelkie złe wiadomości, smutki,
zgryzoty i zmartwienia, udawać że ich nie ma? Czy to wystarczy? Czy
niezagłębianie się w trudne tematy pozwoli nam ocaleć w jakiejś
banieczce niezakłóconej niczym szczęśliwości? Jednak jeśli
wszyscy odwrócą się od tych trudnych tematów, to kto je za nas
załatwi, kto rozwiąże piętrzące się wszędzie problemy? A może
same magicznie znikną?
Mamy z mężem taki zwyczaj, że
czytając poranne wiadomości i ciekawe teksty w necie dzielimy się
spostrzeżeniami i uwagami. Jednak ponieważ od jakiegoś czasu złych
wiadomości wydaje się być coraz więcej i coraz więcej
dostrzegalnych gołym okiem absurdów często nie potrafimy już
nawet tego wszystkiego skomentować. Poprzestajemy na
porozumiewawczych spojrzeniach i przygnębionych westchnieniach. Bo
coraz mniejsza w nas wiara, że będzie lepiej. I pojawia się
pytanie: skoro nic sami nie możemy z tym zrobić, to czy w ogóle
powinniśmy się w to emocjonalnie angażować? Zatem angażujemy
się coraz mniej, choćby po to by nie psuć sobie humoru. Jednak
nadal nie potrafimy przyjmować z obojętnością tego, co się
dzieje, odwracać się od świata i zajmować się wyłącznie tym,
co dotyczy nas samych oraz tutejszego życia. Choć przecież coraz
bardziej podeszłe lata powinny nas do tego usposabiać. I tu polecam
Wam interesujący artykuł do przeczytania traktujący o zmianach w
zachowaniu i postrzeganiu problemów u starszych ludzi:
A wracając do marzenia o istnieniu
świata i życia idealnego. Czy w ogóle możliwe jest gdzieś takie
życie? Przecież nawet w baśniach prędzej czy później pojawić
się musi jakiś negatywny bohater, jakieś smutne zdarzenie, groza,
lęk i niesprawiedliwość. Musi, bo inaczej akcja utknęłaby w
miejscu i byłaby to opowieść o niczym. Nudna, płytka, niewarta
sięgnięcia po nią, bez happy endu i morału. Tak to przynajmniej
wyglądałoby z boku, bo może dla bohatera tejże baśni byłby to
upragniony scenariusz życia bez problemów i zmartwień. Dzień
podobny do dnia. Powtarzalny, bezpieczny, przewidywalny, lecz
jednocześnie nijaki...
Od razu przypomina mi się książka
A. Huxleya „Nowy, wspaniały świat” i film oparty na
niej. Widać tam właśnie niby w soczewce takie sztucznie stworzone
szczęśliwe społeczeństwo. Społeczeństwo, któremu w sukurs
przybywa najwspanialszy wynalazek ludzkości: soma. Soma - cudowny
lek uwalniający od wszelkich ewentualnych smutków i zwątpień.
Narkotyk aktywujący w ludziach nowe pokłady zadowolenia z tego, co
jest.
Lecz czy członkowie takiego
społeczeństwa przypominają jeszcze prawdziwych ludzi z krwi i
kości? Ludzi potrafiących odczuwać coś mocniej i głębiej?
Umiejących i chcących rozumieć innych, współczuć im, postawić
się na ich miejscu? Nie. Takim jak oni wystarczy ślizganie się po
powierzchni. Dla nich nie istnieją negatywne uczucia, takoż i nie
ma w nich tych pozytywnych. Wszystko wydaje się jałowe, nieskażone
głębszą myślą i uczuciem. Ludzie niczym cyborgi. Rzeczywistość
tak idealna, że aż dystopijna. Każdy żyje osobno, lecz wszyscy są
do siebie podobni. Tak samo radośni, tak samo puści. Związki
międzyludzkie płaskie. Empatia, altruizm, umiejętność poświęceń
to nic nieznaczące hasła. A jeśli ktoś śmie wyłamać się z
tego schematu skazywany jest na banicję, na nieistnienie w nowym,
wspaniałym świecie...
Zachęcam Was do przeczytania
następnego ciekawego artykułu zalinkowanego poniżej.
Znajdują się
w nim rozważania o tym, w jakiej kondycji psychicznej i moralnej
znajduje się nasze społeczeństwo. Żyjąc tu na cichym Pogórzu
Dynowskim, z dala od wielkomiejskiej cywilizacji nie obserwuję
jeszcze w otoczeniu tak negatywnych, jak opisywanych w owym artykule
zjawisk. Jeszcze tu nie dotarły tak nowoczesne wynalazki
współczesnej ludzkości jak asertywność czy pozytywne wibracje. A
być może już tu są, tylko ja ich jeszcze nie dostrzegam zanurzona
w świecie starych, sprawdzonych znajomości, powtarzalnej i zależnej
tylko od pór roku codzienności, pośród tradycyjnie pojmowanych
ról społecznych i powinności wobec innych ludzi, wynikających
chociażby z poczucia sprawiedliwości, solidarności, przyzwoitości a przede
wszystkim katolickiego miłosierdzia.
Czytając polecany powyżej tekst
dowiedziałam się, że w ostatnich latach jako społeczeństwo oraz
poszczególne jednostki społeczne bardzo zmieniamy się na
niekorzyść. W imię ocalenia swojego kruchego szczęścia, nie
chcemy się pochylać nad cudzymi sprawami, problemami, wikłać w
czyjeś smutki i tragedie. Wszak z takim trudem zdołaliśmy osiągnąć
jakąś harmonię, jakiś pozorny spokój. Dlaczego ktoś śmiałby
go nam zakłócać swoimi niewesołymi zwierzeniami, obciążać nas
nimi ? Dlaczego my mielibyśmy poświęcać dla kogoś swój
drogocenny czas, myśli i uczucia? Krótkowzrocznie wolimy udawać
przed samymi sobą, że da się żyć w oderwaniu od tych problemów,
od trudnych tematów, że one nas nie dotyczą i dotyczyć nie będą.
Wystarczy o nich nie słuchać, nie wiedzieć a wszystko będzie w
porządku a piękny, dobry świat będzie nam dawał w prezencie
tylko bajecznie kolorowe chwile...Wystarczy tylko o tym, co negatywne
i niepokojące nie mówić, nie słyszeć, nie pisać, nie napełniać
naszą energią niepożądanych zjawisk. A wówczas one znikną,
jakby nigdy ich nie było. A całe zło przestanie istnieć. I
nastanie raj na ziemi. Uśmiech już na stałe przylepiony do twarzy.
Czy na dłuższą metę da się
istnieć w ten sposób? A co będzie, gdy jednak w naszym życiu
zacznie się coś sypać? Zdrowie, kontakty międzyludzkie, pozycja
finansowa? Czy w naszym otoczeniu ostatnie się wtedy ktoś, kto
będzie chciał nas wysłuchać, pomóc, skoro my wcześniej nie
byliśmy skłonni do wysłuchania innego człowieka? Skoro
egoistycznie odsuwaliśmy go od siebie niby zadżumionego? Może
teraz nam nie będzie komu się zwierzyć, komu wypłakać i trzeba
będzie szukać innego pocieszenia, wypełniacza naszej samotnej
codzienności, czegoś, co choć na chwilę pozwoli odetchnąć,
zapomnieć o smutku, pustce i beznadziei? Ach, gdzież jest owa
upragniona soma? Jej okruchy, marne namiastki znaleźć można
dzisiaj tylko w mediach społecznościowych, w grach komputerowych, w
zakupoholizmie, operacjach plastycznych, w obżarstwie, alkoholizmie
i narkomanii itp., itd....Ale pewnie w przyszłości pojawi się
znacznie więcej takich pocieszaczy, czarodziejskich leków jakże
potrzebnych w naszych dziwacznych czasach, w naszej samotności...
Bo samotność wbrew wszelkim
staraniom, modom i wynalazkom staje się coraz dotkliwsza...U starych
i u młodych. Zainteresował mnie a nawet wstrząsnął obejrzany
wczoraj na kanale zero felieton filmowy na temat degeneracji
stosunków międzyludzkich, na temat malejącej ilości tradycyjnie
pojmowanych romantycznych związków a zastępowania ich przez te
nawiązywane między człowiekiem a sztuczną inteligencją...
Wynika z niego, iż dzisiejsza
młodzież nie potrafi i nie chce się angażować. Woli mieć
nieskończony, nieograniczony wybór między potencjalnymi,
wyszukiwanymi w necie partnerami. Rosną wobec nich wyśrubowane
wymagania. Coraz więcej jest singli, coraz mniej rodzin i dzieci. I
narasta też smutek, bezradność, bo w tym sztucznym, cukierkowym
świecie pozorów nie wypada się wychylać, nie wypada iść pod
prąd. Pragnąć czegoś więcej, niż krótki niezobowiązujący
small talk, błaha rozmowa o niczym, imponowanie sobie wzajemnie tym,
co się posiada albo tym jak się wygląda. Jeśli nie potrafisz się
dostosować, to cię zakrzyczą, wyśmieją, zadepczą a w najlepszym
razie zamilczą. Lepiej już człowieku, gdy mimo wszystko jest ci
źle, oddal się gdzieś, gdzie nikt cie nie zobaczy. Zwiń się w
kłębek i wykrzycz się tam zdrowo albo popłacz sobie do woli. A w
każdym razie nie pchaj się ze swoją toksyczną zgryzotą między
tych pogodnych, pięknych ludzi. Nie niszcz im dobrego dnia aby tobie
nikt go kiedyś nie zniszczył. Popłaczesz trochę i na pewno ci
przejdzie. I zrozumiesz w końcu, że świat jest cudowny, wręcz
idealny. To ty nie pasujesz do niego ze swoją ponurą miną. Ze
swoim niepozbieraniem, zagubieniem, milionem pytań bez odpowiedzi. A
jak ci i płacz nie pomoże, to odpal kompa i kup sobie nową
sukienkę, kosmetyk, cokolwiek.... Albo wyślij migoczące serduszka
do kogoś na komunikatorze. I ciesz się, jak takie same dostaniesz w
zamian. No i będzie dobrze. Bo przecież musi być dobrze!
Ech! Po co ja właściwie piszę ten
tekst? Wszak nie ma w nim nic odkrywczego a poza tym na blogach
bardziej ceni się pogodne, dające uśmiech i nadzieję teksty, niż
te poważne i powodujące niepożądany dyskomfort? Przecież blogi
to także ucieczka od problemów, to część świata idealnego,
którego nie powinno się zaburzać. Jednak we mnie wciąż kołacze
się nadzieja, że warto. Warto dzielić się myślami, nawet jeśli
są niewesołe. Warto polecać ciekawe teksty do przeczytania albo
filmy do obejrzenia i do wspólnego przedyskutowania. Warto, bo moim
zdaniem trzeba robić wszystko by jakkolwiek opóźnić tryumfalne
nadejście „Nowego, wspaniałego świata” A. Huxleya, o ile już
nie jesteśmy w tym świecie...
Jakiś czas temu przeczytałam w
necie artykulik o zakończonej powodzeniem akcji ratowania psa i
lisa, uwięzionych na dnie starej, nieużywanej od lat studni. Tekst
ów dał mi sporo do myślenia i zalinkowałam go sobie wiedząc, że
prędzej czy później coś na ten temat napiszę:
Składając zaś gorzki w wymowie
powyższy wiersz zastanowiłam się głębiej nad tym jak bardzo
świat zwierzęcy i ludzki zdają się do siebie podobne. Jak wolimy
się z sobą kłócić, obrzucać obelgami, gniewać się i poniżać
wzajemnie, niż spojrzeć na sprawy z dystansem i darować sobie
wszelkie prawdziwe czy urojone przewiny, a nawet spróbować zrobić
wspólnie coś dobrego. Ostatnio okropny hejt wylewa się na Martę
Nawrocką, wcześniej na jej córeczkę, bo przecież każda okazja
jest dobra do hejtu, do zdobycia tym samym chwilowej popularności.
Do chóralnego, pełnego pasji i pogardy nienawistnego
obszczekiwania. Ach, ileż przyjemności i satysfakcji mają z tego
ujadacze. Jak bardzo im ulży, gdy wypuszczą z siebie trochę jadu i
złości a potem pójdą dalej udając niewinne baranki. Do czasu,
rzecz jasna, gdy pojawi się nowa okazja do szyderstw i napaści.
Druga strona sporu politycznego także nie pozostaje bezczynna.
Zacierając z radości ręce bierze na tapetę tego czy tamtego
polityka rządzącej koalicji albo też jego bliskich, bo nie istnieją
żadne świętości. I znowu zaczyna się ostra jazda. Wszystkie
chwyty dozwolone. Dokuczanie, obmawianie, oczernianie, podgryzanie, zwalczanie
wszelkimi metodami. Wet za wet. Oko za oko...
Czy to się kiedyś skończy? Ta
wzajemna złość i zajadłość, ta nie przynosząca niczego dobrego
plemienna wrogość? Być może żeby tak się stało musimy wszyscy
wpaść do jakiejś głębokiej studni by zrozumieć, iż tak
naprawdę wszyscy jesteśmy tacy sami, że w prawdziwej biedzie nie
liczą się wzajemne animozje, ale zwyczajna ludzka bliskość,
wsparcie, zrozumienie i pomoc...? Co mogłoby być taką studnią?
Nawet nie chcę o tym dywagować, bo od razu najstraszniejsze rzeczy
przychodzą mi na myśl. Ale wiecie co? Obawiam się, że nawet
najokropniejsze położenie mogłoby nie być wystarczające by
zakopać ów topór wojenny, by przynajmniej na chwilę nastała odwilż w naszych stosunkach. Bo jednak my,
ludzie, mocno różnimy się od zwierząt, od psa i lisa. Niestety,
na niekorzyść ludzi...
...Za oknem mglisto, chłodno,
wilgotno. Natura otula się we wszystkie odcienie sepii. Trwa
chwilowa, lutowa odwilż. Duże ilości ciężkiego śniegu zalegają
jeszcze na polach i poboczach dróg, lecz coraz większe widać już
połaci ubiegłorocznej trawy i błota. W domu ciepło od opalanego
drewnem pieca, na którym powolutku pyrka zupa fasolowa na wędzonce.
A ja doglądając jej od czasu do czasu siedzę przy kuchennym stole
i czytam sobie nieśpiesznie, z lubością i tkliwością w duszy...
Lubię wracać do książek po
wielekroć już przeczytanych, tak jak do muzyki wiele razy już
słuchanej czy też do filmów kiedyś oglądanych. Wracam do nich
jak do starych, dobrych przyjaciół, po których wiem, czego się
spodziewać, którzy dadzą mi w danej chwili to, czego właśnie
potrzebuję. Wystarczy jakiś impuls, jakieś odżywające ni stąd
ni zowąd wspomnienie, leciutka nutka wzruszenia czy tęsknoty
szepczącej coś w duszy i oto sięgam znowu do dzieł, które nigdy
mi się nie znudzą, które potrafią przenieść mnie wyobraźnią i
emocjami tam, gdzie czułam coś mocno i wyraźnie. A czucie to
oznaczało przeważnie spokój, wzruszenie, zamyślenie, oddalenie od
tego, co jest a przybliżenie do tego, co chciałabym by było.
Rzadko potrafią dać mi to obecnie czytane książki, nowo poznane
piosenki , utwory muzyczne czy filmowe dzieła. Owszem, zajmują
oczy, ducha i serce przez jakiś czas, ale większość po zapoznaniu
się z nimi ulatuje gdzieś bez śladu jakby ich nigdy nie było. A
te dawne są i będą niby góry, które chce się oglądać i
podziwiać, na które wciąż i wciąż chce się w swoim tempie
wspinać, pamiętając emocje towarzyszące wspinaczce oraz wspaniałe
widoki rozpościerające się po drodze. Podobnie bywa też z ludźmi.
Im jesteśmy starsi, tym bardziej doceniamy swoje stare znajomości i
przyjaźnie. Są sprawdzone przez lata, dają pewność dobrych
relacji i nie zapowiadają rozczarowujących zaskoczeń. Zatem
zazwyczaj podtrzymujemy je myślą, słowem i czynem, bo stanowią
dla nas prawdziwe, bezcenne bogactwo. Trwają niby schronienie, do
którego miło się wraca by się ogrzać, odetchnąć, porozumieć
nawet bez słów. Oczywiście bywa też tak z nowo poznanymi osobami.
Niekiedy udaje się spotkać ludzi, którzy stają się nam prawie
tak bliscy, jak ci znani od dawna. Jednak to raczej rzadkie sytuacje.
Wyjątki potwierdzające ogólną regułę.
Czy owa chęć powrotów do tego, co
się już zna i lubi świadczy o starzeniu się, o skostnieniu
umysłu, o tak częstej u starszych osób skłonności do zanurzania
się we wspomnienia, bo tylko tam czują się swobodnie i
bezpiecznie, tylko tam czas zatrzymał się dla nich w takiej formie
jaką akceptowali, w jakiej czuli się na swoim miejscu? Być
może...Wiele starzejących się ludzi lubi przenosić się myślami
w przeszłość, a nieraz zamęczać otoczenie wspominaniem minionych
czasów, opowieściami tyle razy już słyszanymi, że aby nie umrzeć
z nudów wpuszcza się je jednym a wypuszcza drugim uchem. Jednak
jeśli chodzi o mnie, to od kiedy tylko pamiętam, lubiłam sięgać
po to, co już znałam i ceniłam, odnawiać starą znajomość oraz
pogłębiać ją. Może zatem zawsze byłam taka młoda - stara...?
Myślę, że każdy z nas ma takie
swoje ulubione utwory, które nigdy się nie nudzą i w których mimo
wielokrotnego czytania, oglądania albo słuchania poza spodziewanymi
doznaniami zawsze można znaleźć coś nowego. Wraz z upływem lat
patrzymy na te same treści trochę inaczej, bo sami się zmieniamy,
bo po nowemu postrzegamy pewne rzeczy, bo nagle potrafimy ujrzeć i
docenić coś, nad czym kiedyś nasza uwaga zbytnio się nie
skupiała. Dlatego nie sądzę, iż stratą czasu jest sięganie do
dawniej czytanych książek. A wręcz przeciwnie. To dla mnie dowód,
że potrafię zrozumieć i odczuć więcej niż kiedyś, więcej oraz
inaczej. A choć coraz częściej nawiedzają mnie ponure myśli o
nieuchronnym starzeniu się i otępieniu umysłu, o objawach demencji
czy z nagła pojawiającej się i długo utrzymującej mgły
mózgowej, to owe nowe spostrzeżenia pojawiające się w trakcie lub
po lekturze, owe świeże doznania i wzruszenia trochę owej
degeneracji mózgu przeczą. Taką przynajmniej mam nadzieję. I
desperacko staram się jej trzymać, bo czegoś przecież trzymać
się trzeba.
Ostatnio przytargawszy z gminnej
biblioteki pokaźny stos nowych lektur odłożyłam je na regał bez
większego zainteresowania. Jakoś odechciało mi się wgryzać w
nowe historie, poznawać nowych bohaterów. Na samą myśl o tym
odczuwałam znużenie i niechęć. Spojrzałam na te piękne, lecz
nazbyt krzykliwe okładki obiecujące nie wiadomo jakie cuda w środku
i westchnęłam z irytacją. Coś się we mnie najwidoczniej w tamtej
chwili zacięło albo i znarowiło.
Jakoś nie mam chęci by wsiadać
do tych kolorowych aut sportowych i w szaleńczej jeździe
doświadczać ekscytacji na ostrych zakrętach dróg aby już
nazajutrz pamiętać z tego raczej niewiele albo zgoła nic –
pomyślałam.
Wszystko już było. A to co jest
jakże często z tamtego się wywodzi, będąc zaledwie lichą
kalką, imitacją, desperackim usiłowaniem bycia nietuzinkowym...
Tak niewiele zdarza się naprawdę
chwytających za serce i dających do myślenia, ważnych,
oryginalnych treści. Niestety! Większość to fast food. Ot!
Zjeść, strawić i już za chwilę znowu czuć się głodnym, bo w
tym sztucznym jedzeniu było wszak bardzo mało odżywczych
składników – szepnęłam na widok owego imponującego stosu
dzieł literackich z biblioteki.
Ale człowiek wciąż
szuka...Naiwnie goni za mirażem. Nie traci nadziei, że znowu
napotka prawdziwe olśnienie...
Jednak teraz tak naprawdę marzy
mi się podróż w czasie... Wyjście na spotkanie mnie dawnej i
skonfrontowanie ze mną obecną. Bo przecież wciąż się zmieniam.
Czegoś nowego doświadczam. Lekcja życia trwa...
Dawno temu dotarło do mnie, że
nie potrzebuję nigdzie daleko jeździć ani przenosić się
cieleśnie gdziekolwiek, także i do dawnych czasów. Wszystko
dzieje się przecież w głowie...W małej kropli wody mieszczą się
całe światy. Wystarczy by moja wyobraźnia gdzieś mnie
przeniosła. Jeszcze raz, jeszcze raz... - omiotłam uważnym
spojrzeniem ustawione na regale książki – klasyki, stare,
serdeczne przyjaciółki. Czułym wzrokiem prześlizgnęłam się po
„Nocach i dniach”, „Lalce”, „Mistrzu i Małgorzacie”,
„Ziemi obiecanej”, „Nad Niemnem”, „Zbrodni i karze”,
„Annie Kareninie”, „Władcy pierścieni”... Nadal jednak nie
odczułam w sobie wyraźnego odzewu. Nadal nie decydowałam się na
wejście do magicznego powozu, po brukowanym trakcie mającym
potoczyć się hen w wabiącą dal. Popatrzyłam zatem wyżej i
uśmiechnęłam się, bo wreszcie dostrzegłam to, ku czemu serce
mocniej zabiło. Lekko zawirowało mi w głowie i przeniosłam się
w jakieś odmienne rejony istnienia. Otaczała mnie inna od mojej
rzeczywistość w kolorach sepii. Uniosłam leciutko rąbek
aksamitnej sukni. Poprawiłam woalkę przy kapeluszu oraz cieniutkie
mitenki na dłoniach. A potem z ufnością wstąpiłam na pierwszy
stopień karety mającej zawieźć mnie w głąb znanej i bliskiej
sercu opowieści...
Bo oto ona sama nie wiem jak
delikatnie dała mi znak, zatem skwapliwie wyłuskałam ją spośród
innych. A wyłuskawszy z miejsca zapragnęłam wrócić do tego
grubego tomu, który od kilku lat ufnie stał na półce i pokrywając
się kurzem cierpliwie czekał aż znowu nabiorę ochoty by się weń
zanurzyć. Oprawiony w ciemny, skóropodobny materiał, bez żadnych
ilustracji i zbędnych ozdób wabił nienarzucającym się, cichym i
subtelnym urokiem staroświeckiej, niemodnej historii. I natychmiast
przypomniało mi się, co jedna z jej głównych bohaterek –
Marynia Pławicka mówiła o różnicy między pamięcią a
wspomnieniem:
„ Bo pamięć to jest skład, w
którym leży przeszłość, a wspomnienie ma miejsce wówczas, gdy
się do tego składu schodzi, żeby coś wydobyć.”
Owym składem, do którego tak
skwapliwie weszłam, ową karetą, którą miałam ochotę pojechać
w bliskie duszy rejony była tym razem. „Rodzina Połanieckich”,
powieść autorstwa Henryka
Sienkiewicza wydana w 1894 roku. Tak, wiem. Dla wielu osób
to niewarta lektury ramota, nudne, staroświeckie czytadło, pełne
archaizmów, opisów przyrody i dziewiętnastowiecznych realiów.
Rozwlekły romans podlany nieznośnym sosem ckliwości, romantyzmu,
pozytywizmu a na dodatek odwołania do naiwnej idei panslawizmu oraz
mesjanizmu chrześcijaństwa. Można na tę powieść popatrzeć w
ten sposób, jednak dla mnie to coś znacznie więcej. To ogrom
treści dających do myślenia, do porównania z czasami i ludźmi
współczesnymi, do sposobności przejrzenia się w refleksjach
bohaterów niczym w lustrze. To wejście do zaprzyjaźnionego,
pełnego bliskich znajomych domu. To sposobność przeżycia czegoś,
co człowieka czymś pozytywnym wypełnia, oddala od obecnych trosk i
lęków. To niezwykła podróż w głąb siebie. A właśnie to jest
dla mnie najważniejsze w każdej lekturze. Nie tyle dzianie, lecz
owo wgłębianie się w psychikę bohaterów, a do tego wspólnota
refleksji z nimi, bliźniaczych skojarzeń, wzruszeń, podobieństw
niektórych doświadczeń...Książka obfituje w głębokie i ciekawe
przemyślenia jej głównego bohatera, Stanisława Połanieckiego i
to stanowi jej ogromną przewagę nad ekranizacją utworu
Sienkiewicza, świetnym moim zdaniem serialem nakręconym w latach
siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Także i do tego serialu
czasem wracam a muzyki W. Kilara mu towarzyszącej z upodobaniem i zachwytem
słucham.
Czy i Wy lubicie sięgać po stare,
dobre czytadła? A jeśli tak, to po jakie? Ciekawa jestem jakie
wywołuje to w Was emocje i uczucia? Jaka książka jest dla Was
przyjaciółką, do której tęsknicie, gdy jej dawno nie
odwiedzacie i do której po wielekroć wracacie...?
Ta wyjątkowo mroźna zima
uświadomiła chyba większości z nas jak ważne jest ciepło w
domu, możliwość ogrzania się po powrocie z zimnicy, poczucie, że
tego ciepła do końca sezonu nie zabraknie. Z tego, co czytam wiele
nowoczesnych źródeł ogrzewania nie zdało egzaminu i nie dość,
iż nie zapewniło wystarczającego ciepła, to jeszcze wywindowało
rachunki za ogrzewanie do niebotycznych rozmiarów. Myślę, że tak
sroga zima uświadomiła wielu z nas na czym naprawdę można polegać
w tak mroźny czas. Jakie źródło ogrzewania rzeczywiście się
opłaca i jest niezawodne a jakie jest nam wciskane przez różnych
lobbystów i cwaniaków, ale potem nie spełnia naszych oczekiwań a
wręcz przeciwnie – rozczarowuje. Pojawiają się różne artykuły,
filmy i komentarze na ten temat. Niektóre wydają się szczere ,
obiektywne, zgodne z prawdą. Inne przekłamują, próbują
przeinaczać rzeczywistość. Dlatego nie we wszystko można wierzyć.
A najlepiej polegać na własnym doświadczeniu albo na opinii
wiarygodnych, zaprzyjaźnionych osób.
Niedawno obejrzałam filmik jakiegoś
człeka, którego pompa ciepła mimo pracy na cały regulator i mimo
ocieplonego domu prawie wcale nie grzała a zmarznięci mieszkańcy
domu gromadzili się wokół kominka, gdzie ogień tańczył wesoło
pośród rozgrzanych do czerwoności kawałków drewna. Dobrze, że
nie rozebrali owego kominka, bo zostaliby tylko z ową nieszczęsną
pompą oraz przywalonymi śniegiem panelami słonecznymi na
dachu...Jednak z tego co wiem w niektórych częściach Polski (np. w
Krakowie) palenie w kominkach jest zabronione. Co więc mają począć
Krakowianie w takiej jak powyższa sytuacji? Zamarznąć w imię
zielonego ładu? Zapewne są miejsca, gdzie pompa ciepła się
sprawdza, ale przypuszczam, że dotyczy to nowo wybudowanych domów,
nowocześnie ocieplonych, ze szczelnymi, trzyszybowymi oknami, z
ogrzewaniem podłogowym i nie wiadomo czym tam jeszcze. A jak ogrzać
starsze domy? Obawiam się, że bez totalnego remontu i przebudowy
używanie nowych, polecanych jako ekologiczne źródeł ciepła jest
prawie niemożliwe.
Widziałam też inny filmik, gdzie
kolejny nieszczęśnik pokazywał swoją zamarzniętą pompę i zarzekał
się, że pewnie wiosną zdemontuje i wyrzuci owo dziadostwo a teraz
i w kolejne zimy palił będzie w piecu na drewno. Przekonywał przy
tym, mocno przesadnie, że do porządnego ogrzania domu wystarczą na
cały dzień dwa polana drewna! Bzdura! Żeby ogrzać dom średniej
wielkości potrzeba tego drewna znacznie więcej. Wiem to z naszego
własnego, zdobytego przez szesnaście lat mieszkania na wsi,
doświadczenia.
Mamy w domu dwa piece. Kuchenny na
cienkie szczapki i gałęzie oraz piec centralnego ogrzewania,
także na drewno, tyle że znacznie grubsze. Jak wiecie z lektury
naszego bloga zazwyczaj kupujemy w dużych ilościach metrowe bale
buka, grabu, brzozy albo jesiona i sami je potem obrabiamy oraz
suszymy przygotowując do sezonu zimowego. Oczywiście wymaga to
sporej ilości pracy, ale to się nam opłaca i póki mamy jeszcze
siły oraz zdrowie zapewne nadal tak będziemy robili. A kiedyś, gdy
już owych sił zabraknie, a pewnie stanie się to wkrótce –
zdecydujemy się na kupno już pociętego, suchego drewna, co wymagać
będzie od nas tylko przewiezienia go do drewutni. A jeśli i to
stanie się zbyt trudne...? O tym trzeba będzie także pomyśleć.
Oczywiście zasięgnęliśmy
wiadomości w sprawie tak popularnego obecnie programu rządowego
„Czyste powietrze”. Wyobrażaliśmy sobie, że uda się porządnie
ocieplić dom, wymienić dach, założyć na niego panele czy też
wymienić piec na nowszy albo i porządną pompę ciepła. To
sprawiłoby, że o wiele mniej mielibyśmy roboty z przygotowywaniem
opału na zimę a może nawet nie mielibyśmy jej wcale. Ot,
płynęłoby sobie ciepełko ze słonka i elektryczności a my
siedzielibyśmy sobie jak jakieś paniska przed telewizorem i o nic
nie musielibyśmy się troskać....Oj, naiwni! Otóż już na wstępie
okazało się, że musielibyśmy bardzo dużo do tego interesu
dopłacić a na to nas po prostu nie stać. „Czyste powietrze”
nie jest dla każdego... Całkowity koszt doprowadzenia przeciętnego
domu do wymaganych przez UE standardów wynosi ok. 300 tysięcy. Toż
to jakieś abstrakcyjne kwoty absolutnie nie do zdobycia dla zwykłego
człowieka. Do tego jak wszyscy widzimy opłaty za energię
elektryczną wciąż rosną. I nie mam pojęcia jak sobie większość
z nas poradzi, gdy w 2028 roku zaczną nas łupić podatkami
związanymi z wprowadzeniem ETS2....
Tak więc jest, co jest. Palimy jako
zawsze drewnem, bo to się najlepiej u nas sprawdza. Koszt zakupu
drewna dla takiego jak nasz domu wynosi obecnie około 4000 do 5000
zł. Na cały sezon grzewczy dla dwóch naszych pieców. Niekiedy
dużo czasu zajmuje znalezienie odpowiedniej oferty sprzedaży drewna
opałowego. Cena nie może być zbyt wysoka a drewno powinno być
dobrej jakości. Tymi sprawami zajmuje się w naszym domu Cezary. A
ponieważ ma do tego dobre oko i potrafi się targować w końcu
zawsze coś korzystnego znajduje i znowu kolejna góra grubych bali
na podwórzu czeka na naszą obróbkę.. .Dodam jeszcze, iż zgodnie
z obecną wiedzą palenie drewnem jest ekologiczne, bo dym z takiego
spalania drewna w sobie niewielką ilość pyłów w porównaniu z
innymi materiałami opałowymi. Jest biały i prawie bezwonny.
Większość naszych sąsiadów ma podobne piece i dlatego w naszych
okolicach nie ma mowy o brudnym śniegu, o przykrym zapachu z komina
i smogu. Przeciwnie. Powietrze jest tu zdrowe i krystaliczne. Wielu
twierdzi, ze wręcz sanatoryjne.
A wracając do naszych codziennych,
zimowych realiów. Mniej więcej co dwa, trzy dni przywozimy do domu
kupionym specjalnie do tego celu wózkiem ogromne ilości drewna
opałowego. Wygląda to tak, że Cezary ładuje wózek a potem we
dwoje pchamy go do domu i po schodkach, na których leżą
prowizoryczne podjazdy ze sklejki wtaczamy go aż do kotłowni. Tam
ja rozładowuję wszystko i układam porządnie w ogromnej skrzyni
obok pieca a cieńsze kawałki odkładam do koszyka. Koszyk ów
zanosi się potem do kuchni i tam owego cieńszego drewna pod piecem
kuchennym od rana do zmierzchu się używa. Na tym piecu wszystko
gotuję a w jego piekarniku piekę. Nawiasem mówiąc chleb upieczony
w takim piecu, czy ciasto smakują zupełnie inaczej niż to z
elektrycznego czy gazowego piekarnika. Do tego ów kuchenny piec
znakomicie ogrzewa nam przyległy doń pokój, w którym przeważnie
z psami przebywamy. Tak, że w piecu c.o. zaczynamy zwykle palić
dopiero po południu. No chyba, że mrozy są trzaskające, wtedy
robimy to wcześniej. Znaczenie ma tu ilość przygotowanego przez
nas wiosną drewna. Jeśli mamy go dużo, tak jak teraz, to nie
musimy oszczędzać. Wiemy, że w drewutni jest spory jego zapas. A
na wiosnę znowu go powiększymy...
I jeszcze jeśli chodzi o dowóz
drewna, to po rozładowaniu odbywa się powtórka z rozrywki. To
znaczy Cezary wyprowadza na dwór wózek, jedzie z nim do drewutni,
wypełnia po brzegi a potem przychodzę ja i we dwójkę, pchając i
ciągnąc co sił wprowadzamy go do domu. Taki załadowany wózek
waży na pewno ponad dwieście kilo, zatem jeśli chciałabym
poradzić sobie ze wszystkim sama musiałabym ładować do niego o
wiele mniej drewna. I kiedy nie ma na dworze lodu i śniegu jest to
całkiem łatwe. Natomiast tak jak teraz, gdy człowiek ślizga się
na podwórku potrzebuje pomocy drugiej osoby. Dodać jeszcze muszę,
że palimy w piecu c.o. przez cały rok z uwagi na to, że właśnie
ów piec ogrzewa nam wodę. Tyle, że w trakcie ciepłych pór roku
zakręca się grzanie na kaloryfery i dlatego potrzeba wówczas
znacznie mniej drewna.
A co do zimy...Nie mamy ocieplonego
domu, dlatego niestety ciepło ulatuje z niego różnymi szparami i
po całodniowym opalaniu rano znowu jest zimno. Jednak w trakcie
palenia w piecach nie narzekamy wcale na chłody. Wręcz przeciwnie.
A w kuchni niekiedy musimy rozbierać się do podkoszulków, bo od
kuchennego pieca bije takie gorąco, że aż potem spływamy. Dlatego
nie narzekamy wcale na obecne mrozy a przeciwnie, cieszymy się nimi,
bo miło po wyjściu na dwór poczuć na twarzy te mroźne igiełki,
fajnie popatrzeć na zimowe pejzaże, pobawić się z psami na
śniegu, pomachać łopatą do odśnieżania, zrobić trochę zdjęć.
A potem wrócić do domu i napić się gorącej herbaty z imbryka,
który wciąż grzeje się na piecu...
Mamy nadzieję, że to czym i jak
palimy w piecach zawsze będzie mogło od nas tylko zależeć, że
kolejne rozporządzenia unijne czy rządowe nie nakażą nam czegoś
a nie zakażą czegoś innego. Na samą myśl o czymś podobnym
płakać się chce i zgrzytać zębami. W końcu po to przecież
wyprowadziliśmy się na wieś by móc czuć się tu wolnymi,
niezależnymi i spokojnymi. Oby nikt nam tego nie zabrał, nie
zaburzył, bo w dzisiejszych czasach wszystko, co do tej pory było
dobre i niezawodne wydaje się upadać niby domek z kart...
Przed paroma dniami twarda skorupa
powstała na śniegu pod wpływem siarczystego mrozu zamieniła się
w lśniący lód. Pokryte tą szklanką drogi były śliskie i
niebezpieczne. Chodzić trzeba było bardzo ostrożnie. A jeździć
prawie się nie dało. A tymczasem dookoła na polach i łąkach
rozciągały się lśniące, nietknięte ludzką nogą, nieprzebyte
przestrzenie pokryte jednolitą warstwą lodu. Na wkroczenie w ten
zmrożony ląd odważały się tylko nieliczne sarny, dziki, jelenie
i lisy. Widać było niekiedy ich wyraźne ślady za płotem. Cóż.
Także i w taką zimę zwierzęta muszą przecież znaleźć coś do
jedzenia. Wygrzebać spod śniegu jakieś trawki, listki, robaczki i
żołędzie albo dostać się do gospodarstw hodujących kury...
Takoż i ja spróbowałam mimo
wszystko wejść w ową lodowatą przestrzeń. Prowadziła mnie
ciekawość i zew odkrywcy. Chęć zobaczenia z bliska a nawet
dotknięcia tego dalekiego blasku, który delikatnie pełgał i
nieustannie kusił spoza drzew oraz kęp suchych badyli.
Wędrówka po tej lodowej skorupie
była dziwnym, lecz ciekawym doznaniem. Stopa przebijała się z
trudem przed twardą powierzchnię i z jeszcze większym trudem się
wyciągała. Nie było nawet wiadomo jak dużo śniegu jest pod
spodem. Szło się zatem ostrożnie, z namysłem. Noga zapadała się
głęboko, aż uwolniony spod skorupy, zadziwiająco puszysty pod
spodem śnieg dostawał się do butów. Chodząc tak miało się
uczucie podobne do wędrówki po jakimś tajemniczym bagnisku.
Wielka niewiadoma rozpościerała się dokoła. Biała, świetlista połać przyciągała, wabiła, wołała nieposkromionym lśnieniem.
A jednocześnie coś mnie przed tym powstrzymywało. Nie chciałam
niszczyć zwyczajnym chodzeniem owej wspaniałej płaszczyzny.
Zaburzać swymi śladami tego idealnego trwania zimowej, lodowatej
krainy. Pragnęłam owe przestrzenie uszanować, pozostawić
nietkniętymi, jak do tej pory, niczym na obrazie, do którego widz
nie ma realnego wstępu, lecz przecież może wędrować mocą
wyobraźni....
Udało mi się zrobić wówczas
trochę zdjęć, zatem pokażę je teraz, bo obecna rzeczywistość
wygląda już zupełnie inaczej. Tamto niezwykłe lśnienie zniknęło
przysypane warstwą świeżego śniegu. Słońce schowało się za
burzowymi chmurami i nie pozwala wydobyć z otoczenia tylu barw,
błysków i tajemniczych cieni, co wówczas.
Tak...Zima potrafi być co dnia
inna. Zaskakiwać, przerażać, olśniewać, przyciągać albo
odpychać. Ja fotografuję jej zmienne oblicza, bo tylko tyle mogę
zrobić by zatrzymać choć przed chwilę to zmienne piękno, by
pozwolić pamięci za jakiś czas wrócić do tych widoków,
zastanowić się nad ową zmiennością, doszukać się w niej nowych
znaczeń i przesłań.
Podobno już wkrótce czeka nas
przedwiośnie. Tak przynajmniej zapowiadają prognozy pogody. Czy tak
będzie? Przekonamy się sami. Ale tym bardziej warto popatrzeć na
ten zimowy spektakl, póki trwa, póki otwiera się przed nami
kolejny jego akt.
A propos zmian jakie zachodzą w
naturze. Jesteśmy jej częścią, a więc i my tym zmianom
podlegamy. Raz czujemy się tak a raz inaczej. Dzisiaj mamy wrażenie,
żeśmy młodzi i silni, jutro czujemy, że starość zaczyna
szarogęsić się w naszych ciałach i umysłach. Tak to jest i na
nic bunty i zaprzeczanie. Na szczęście, czas malując na nas swoje
piętno, nie zawsze tylko odbiera. Często też coś w zamian daje.
Myślę, że to świadomość tego, co naprawdę w życiu ważne. To
spokój wewnętrzny, który za tą świadomością idzie, bo zdajemy
już sobie sprawę, że nie warto za wszelką cenę walczyć o
uznanie opinii społecznej, nie warto się wszystkim przypodobać.
Jedno co warto, to być sobą i cieszyć się sobą taką, jaką się
jest. Doceniać to co jest. Widzieć w sobie i pielęgnować ten
inny, niż kiedyś rodzaj lśnienia. Lśnienia, które pojawia się
wraz z latami, z większą dojrzałością, z tym wewnętrznym
uśmiechem i rodzajem pogodzenia z sobą samą, z innymi ludźmi, ze
światem.
Starzejąc się nadal potrafimy i
czasem chcemy zaskoczyć czymś siebie i innych. Nadal lubimy pod
zewnętrzną skorupą odkrywać w sobie i bliźnich nieznane dotąd
głębie, przeglądać się w nich niby w kryształowych
zwierciadłach. Nie zadowalać się tym, co widać na pierwszy rzut
oka. Nie kostnieć w ustalonych raz na zawsze poglądach. Żyć, brać
to życie z otwartymi oczami i z otwartym sercem. Patrzeć dalej,
uważniej, wrażliwiej. Widzieć więcej, niż niegdyś. Nie dać się
zwodzić pozorami. A gdy coś się w nas zamroczy uparcie wierzyć,
że powróci owo cudowne lśnienie. To, za którym tak nieraz
tęsknimy. To, którego nam brakuje, gdy coś nas boli, gdy się
czegoś lękamy, gdy czujemy się bezradni. Tak dobrze jest wierzyć,
że słońce schowane za chmurami jeszcze nie raz do nas powróci. I
znowu ruszymy na wędrówkę po nieskończonych, pełnych tajemnic
błyszczących połaciach życia...
Przeczytałam niedawno artykuł o
dziwacznej tendencji, obowiązującej dzisiaj wśród ludzi. To kult
młodości. To obowiązek wyglądania młodziej, niż wskazywałaby
na to nasza metryka. To konieczność ukrywania albo traktowania
botoksem i operacjami plastycznymi swych zmarszczek i innych
niedoskonałości pojawiających się wraz z wiekiem. Starość jest
passe. Starość jest czymś wstydliwym, niechcianym, brzydkim. A
przecież każdy dzisiejszy młody będzie prędzej czy później
stary. Nie da się przed tym nigdzie uciec. No chyba, że w
przedwczesną śmierć...
Czy ta dzisiejsza niechętna postawa
wobec starości wypływa z lęku przed nią? Czy może z
nieumiejętności dostrzeżenia tego, co jest w życiu naprawdę
ważne i kurczowego trzymania się pozorów? Z przykrością
obserwuję niektóre celebrytki, piosenkarki i aktorki jak bardzo
starają się kryć swój rzeczywisty wygląd, jak koniecznie chcą
sprostać cudzym oczekiwaniom, modzie, presji otoczenia. Nie mają
odwagi być sobą. Pokryte tonami makijażu, „poprawione”kolejnym
zabiegiem wyglądają niestety jak karykatury samych siebie, jak
pozbawione życia przerażające maski. I smutno mi, bo mam wrażenie,
że niepotrzebnie sobie umniejszają, że postępując tak w pewien
sposób ośmieszają siebie odnosząc odwrotny od zamierzonego efekt.
Na szczęście wiele osób nie
przejmuje się tym trendem kultu młodości i idealnego wyglądu.
Żyją i biorą to życie jakim jest, godząc się z tym, na co nie
mają wpływu i nie przejmując się tym, co sobie ludzie pomyślą.
A przede wszystkim ciesząc się życiem takim, jakie ono jest. Tym
nowym rodzajem lśnienia, które dostrzega się wraz z wiekiem.
Blasku rodzącego się z doświadczenia życiowego, z głębszego
zrozumienia innych ludzi, z dostrzeżenia ich wewnętrznego,
niepowtarzalnego światła, a wreszcie z czasu, bezcennego czasu,
który pozostał. Kimś takim była zapewne Małgorzata Braunek czy
Magda Umer. Obie te cudowne kobiety miały w sobie w sobie nieprzemijającą urodę i
prawdę. Cechy jakich próżno szukać u większości tych, którzy
usilnie pragną być tacy jak dawniej....
Poniżej link do artykułu o aktorce
grającej niegdyś w serialu „Ptaki ciernistych krzewów” a
obecnie ośmielającej się wyglądać na swoje lata...
Hurra – dobra niespodzianka! Nasz
biały piesek Jacuś czuje się o wiele lepiej. Wydaje się, że
przełamał się w nim jakiś kryzys. Wrócił mu apetyt (znowu jest
łakomczuszkiem, jak dawniej!). Ma więcej energii. Oczy mu błyszczą
jakąś nową radością. I nie wygląda na to, by coś go bolało.
Bardzo się tym cieszymy! Oby żył w zdrowiu jak najdłużej!:-)
A ja zmuszona obfitym wypadaniem
włosów ( po niedawnych stresach i licznych prześwietleniach)
ścięłam je króciutko. Mam nadzieję, że to oraz stosowanie
różnych odżywek pomoże im się wzmocnić. Ale nie biadam wcale
nad tym ścięciem, bo nieźle się czuję z nowym wyglądem. Łatwiej
o włosy teraz zadbać, umyć je i wysuszyć. Sprawić by lśniły
czując w sobie dawno nieodczuwaną lekkość i moc!:-)