Strony

wtorek, 3 marca 2026

Czy pani wie...

 


   Przeczytawszy niedawno u Pellegriny kopianieba.blogspot.com  ) ciekawego posta na temat kłopotów ze znalezieniem toalety w polskich miastach i miasteczkach stwierdziłam, że to problem mój i Cezarego a także zapewne wielu z nas i że absolutnie nie powinno się go zamiatać pod dywan. Wszak nic co ludzkie nie może nam być obce. Przecież niemożność skorzystania z przybytku, do którego król chodzi piechotą potrafi skutecznie zniechęcić do wędrówki po mieście a nawet sprawić, że człowiekowi zupełnie odechciewa się wychodzenia z domu. W pewnym wieku takie rzeczy stają się bardzo ważne. A zresztą nie tylko wiek ma tu znaczenie, ale także stan zdrowia, nawyki i zwyczajne potrzeby. Oboje z Cezarym, gdy wyruszamy gdzieś na zakupy albo w innych ważnych sprawach musimy być pewni, że będzie zawsze w pobliżu jakieś miejsce, gdzie będzie można sobie ulżyć. W naszym miasteczku to przychodnia, urząd gminy, sklep i stacja benzynowa. Miejskie szalety natomiast u nas nie występują. I w ogóle zdają się coraz bardziej być przeżytkiem, reliktem przeszłości i niepożądaną infrastrukturą. To dziwne...Wszak potrzeby ludzkie nadal są takie same...Natomiast jadąc w dalsze strony, do większych miast też zawsze na początku obczajamy miejsca, teoretycznie przyjazne dla zwykłych istot, takie jak supermarkety, urzędy, przychodnie. Ale czasem wszystko to znajduje się bardzo daleko od nas i wtedy bywa ciężko, oj, ciężko...




   Zainspirowana i namówiona przez Pellegrinę napisałam do znanej melodii „Chatanooga choo choo” zabawną (mam nadzieję!) pioseneczkę na temat kłopotów ze znalezieniem toalety w mieście. Słowa poniżej. Umieszczam tam także linka do instrumentalnej wersji owego utworu a także do filmiku na YT, gdzie ową piosenkę, z innymi polskimi słowami wykonują tańcując wesoło jakże młode jeszcze wówczas i piękne Ewa Kuklińska i Alicja Majewska. Ech, gdzież te czasy!:-))



Czy pani wie...


Czy pani wie, gdzie tutaj można zrobić siusiu?

Bo pilny mus odbiera już cały luz

Gdzie jest wc, gdy mocno człeku coś się chce

Gdzieś szalet znikł, chyba nie siusia tu nikt!


Olaboga, olaboga...


Człowiek w mieście, czuje szczęście

Wiosenny czar

Zjada lody, pije piwko

Bo wokół skwar

Lecz czar mija szybko

Gdy wizytę zwykłą

Chce wykonać w toalecie

Której brak


Tu promocje, tam obniżki

Tam coś za grosz

Może królem być zakupów

Mieć w sobie moc

Lecz gdy go przypili

I musi w tej chwili

Siąść na tronie, nie ma tronu

Nie ma nic


Może pan wie, gdzie tutaj można zrobić siusiu?

Pyta się w krąg, nie mogąc znieść już tych mąk

Wygląda że, ludzie jak duchy stali się

Nie sika nikt, a może to dla nich wstyd


Olaboga, olaboga...


Czy pani wie, gdzie tutaj można zrobić siusiu?

I jeszcze coś, z trzewi dobiega ten głos

Pyta się znów, gdy już nie może dłużej zdzierżyć

A wokół świat nie daje mu dobrych rad


Gdy turysta nie skorzysta

Z przybytku wnet

Wówczas pójdzie w byle krzaki

Albo za sklep

Więcej nie przyjedzie

Bo już będzie wiedzieć

Że to miejsce

Nie dla ludzi

Zwykłych jest


Nie spyta już, gdzie tutaj można zrobić siusiu

Pojedzie het, gdzie nadal czynny wucet

Bo każdy gość, prędzej czy później ma już dość

Bierze go złość, wyrusza w knieje lub w step...



P.S. 
Powyższy post nie bez powodu zilustrowałam zdjęciami kangurów. Otóż w Australii nie tylko w miastach czy w popularnych miejscach turystycznych, ale także w najgorszej głuszy, pośród wielkiej pustki, słowem - wszędzie, znaleźć można czyściutkie i pachnące, zaopatrzone w papier toaletowy toalety dla turystów. Niekiedy żartowalismy z Cezarym, że to chyba tylko dla kangurów, bo turystów tam tyle, co kot napłakał!:-) A inna sprawa, że człowiek nie raz pozazdrościć może zwierzętom ich swobody w załatwianiu się na łonie natury. Pozazdrościć, bo ile się czasem trzeba namęczyć zanim znajdzie się odpowiedni przybytek. A bywa niestety, że się go nie znajdzie i nie zdąży...

wtorek, 24 lutego 2026

W świecie idealnym...

 




   W świecie idealnym nie ma cierpienia, złości, chorób, nieszczerości i obmowy. W świecie idealnym wszyscy beztrosko uśmiechają się do siebie, bo nie ma żadnych powodów do zmartwień. Nawet pogoda zawsze jest piękna. Sielankowe życie upływa zatem na rozrywkach, przyjemnościach, hobby i zabawach...

   Czy chcąc żyć w świecie idealnym powinniśmy oddalać od siebie wszelkie złe wiadomości, smutki, zgryzoty i zmartwienia, udawać że ich nie ma? Czy to wystarczy? Czy niezagłębianie się w trudne tematy pozwoli nam ocaleć w jakiejś banieczce niezakłóconej niczym szczęśliwości? Jednak jeśli wszyscy odwrócą się od tych trudnych tematów, to kto je za nas załatwi, kto rozwiąże piętrzące się wszędzie problemy? A może same magicznie znikną?

   Mamy z mężem taki zwyczaj, że czytając poranne wiadomości i ciekawe teksty w necie dzielimy się spostrzeżeniami i uwagami. Jednak ponieważ od jakiegoś czasu złych wiadomości wydaje się być coraz więcej i coraz więcej dostrzegalnych gołym okiem absurdów często nie potrafimy już nawet tego wszystkiego skomentować. Poprzestajemy na porozumiewawczych spojrzeniach i przygnębionych westchnieniach. Bo coraz mniejsza w nas wiara, że będzie lepiej. I pojawia się pytanie: skoro nic sami nie możemy z tym zrobić, to czy w ogóle powinniśmy się w to emocjonalnie angażować? Zatem angażujemy się coraz mniej, choćby po to by nie psuć sobie humoru. Jednak nadal nie potrafimy przyjmować z obojętnością tego, co się dzieje, odwracać się od świata i zajmować się wyłącznie tym, co dotyczy nas samych oraz tutejszego życia. Choć przecież coraz bardziej podeszłe lata powinny nas do tego usposabiać. I tu polecam Wam interesujący artykuł do przeczytania traktujący o zmianach w zachowaniu i postrzeganiu problemów u starszych ludzi:

To nie „zdziadzienie” ani obojętność. Psychologia ujawnia, co naprawdę dzieje się w głowie seniora

   A wracając do marzenia o istnieniu świata i życia idealnego. Czy w ogóle możliwe jest gdzieś takie życie? Przecież nawet w baśniach prędzej czy później pojawić się musi jakiś negatywny bohater, jakieś smutne zdarzenie, groza, lęk i niesprawiedliwość. Musi, bo inaczej akcja utknęłaby w miejscu i byłaby to opowieść o niczym. Nudna, płytka, niewarta sięgnięcia po nią, bez happy endu i morału. Tak to przynajmniej wyglądałoby z boku, bo może dla bohatera tejże baśni byłby to upragniony scenariusz życia bez problemów i zmartwień. Dzień podobny do dnia. Powtarzalny, bezpieczny, przewidywalny, lecz jednocześnie nijaki...

   Od razu przypomina mi się książka A. Huxleya „Nowy, wspaniały świat” i film oparty na niej. Widać tam właśnie niby w soczewce takie sztucznie stworzone szczęśliwe społeczeństwo. Społeczeństwo, któremu w sukurs przybywa najwspanialszy wynalazek ludzkości: soma. Soma - cudowny lek uwalniający od wszelkich ewentualnych smutków i zwątpień. Narkotyk aktywujący w ludziach nowe pokłady zadowolenia z tego, co jest.




   Lecz czy członkowie takiego społeczeństwa przypominają jeszcze prawdziwych ludzi z krwi i kości? Ludzi potrafiących odczuwać coś mocniej i głębiej? Umiejących i chcących rozumieć innych, współczuć im, postawić się na ich miejscu? Nie. Takim jak oni wystarczy ślizganie się po powierzchni. Dla nich nie istnieją negatywne uczucia, takoż i nie ma w nich tych pozytywnych. Wszystko wydaje się jałowe, nieskażone głębszą myślą i uczuciem. Ludzie niczym cyborgi. Rzeczywistość tak idealna, że aż dystopijna. Każdy żyje osobno, lecz wszyscy są do siebie podobni. Tak samo radośni, tak samo puści. Związki międzyludzkie płaskie. Empatia, altruizm, umiejętność poświęceń to nic nieznaczące hasła. A jeśli ktoś śmie wyłamać się z tego schematu skazywany jest na banicję, na nieistnienie w nowym, wspaniałym świecie...

   Zachęcam Was do przeczytania następnego ciekawego artykułu zalinkowanego poniżej. 

Self-care weszło za mocno. "Umarł ci ojciec? Nie mam zasobów dla twojego smutku" | naTemat.pl

   Znajdują się w nim rozważania o tym, w jakiej kondycji psychicznej i moralnej znajduje się nasze społeczeństwo. Żyjąc tu na cichym Pogórzu Dynowskim, z dala od wielkomiejskiej cywilizacji nie obserwuję jeszcze w otoczeniu tak negatywnych, jak opisywanych w owym artykule zjawisk. Jeszcze tu nie dotarły tak nowoczesne wynalazki współczesnej ludzkości jak asertywność czy pozytywne wibracje. A być może już tu są, tylko ja ich jeszcze nie dostrzegam zanurzona w świecie starych, sprawdzonych znajomości, powtarzalnej i zależnej tylko od pór roku codzienności, pośród tradycyjnie pojmowanych ról społecznych i powinności wobec innych ludzi, wynikających chociażby z poczucia sprawiedliwości, solidarności, przyzwoitości a przede wszystkim katolickiego miłosierdzia.

   Czytając polecany powyżej tekst dowiedziałam się, że w ostatnich latach jako społeczeństwo oraz poszczególne jednostki społeczne bardzo zmieniamy się na niekorzyść. W imię ocalenia swojego kruchego szczęścia, nie chcemy się pochylać nad cudzymi sprawami, problemami, wikłać w czyjeś smutki i tragedie. Wszak z takim trudem zdołaliśmy osiągnąć jakąś harmonię, jakiś pozorny spokój. Dlaczego ktoś śmiałby go nam zakłócać swoimi niewesołymi zwierzeniami, obciążać nas nimi ? Dlaczego my mielibyśmy poświęcać dla kogoś swój drogocenny czas, myśli i uczucia? Krótkowzrocznie wolimy udawać przed samymi sobą, że da się żyć w oderwaniu od tych problemów, od trudnych tematów, że one nas nie dotyczą i dotyczyć nie będą. Wystarczy o nich nie słuchać, nie wiedzieć a wszystko będzie w porządku a piękny, dobry świat będzie nam dawał w prezencie tylko bajecznie kolorowe chwile...Wystarczy tylko o tym, co negatywne i niepokojące nie mówić, nie słyszeć, nie pisać, nie napełniać naszą energią niepożądanych zjawisk. A wówczas one znikną, jakby nigdy ich nie było. A całe zło przestanie istnieć. I nastanie raj na ziemi. Uśmiech już na stałe przylepiony do twarzy.



   Czy na dłuższą metę da się istnieć w ten sposób? A co będzie, gdy jednak w naszym życiu zacznie się coś sypać? Zdrowie, kontakty międzyludzkie, pozycja finansowa? Czy w naszym otoczeniu ostatnie się wtedy ktoś, kto będzie chciał nas wysłuchać, pomóc, skoro my wcześniej nie byliśmy skłonni do wysłuchania innego człowieka? Skoro egoistycznie odsuwaliśmy go od siebie niby zadżumionego? Może teraz nam nie będzie komu się zwierzyć, komu wypłakać i trzeba będzie szukać innego pocieszenia, wypełniacza naszej samotnej codzienności, czegoś, co choć na chwilę pozwoli odetchnąć, zapomnieć o smutku, pustce i beznadziei? Ach, gdzież jest owa upragniona soma? Jej okruchy, marne namiastki znaleźć można dzisiaj tylko w mediach społecznościowych, w grach komputerowych, w zakupoholizmie, operacjach plastycznych, w obżarstwie, alkoholizmie i narkomanii itp., itd....Ale pewnie w przyszłości pojawi się znacznie więcej takich pocieszaczy, czarodziejskich leków jakże potrzebnych w naszych dziwacznych czasach, w naszej samotności...




   Bo samotność wbrew wszelkim staraniom, modom i wynalazkom staje się coraz dotkliwsza...U starych i u młodych. Zainteresował mnie a nawet wstrząsnął obejrzany wczoraj na kanale zero felieton filmowy na temat degeneracji stosunków międzyludzkich, na temat malejącej ilości tradycyjnie pojmowanych romantycznych związków a zastępowania ich przez te nawiązywane między człowiekiem a sztuczną inteligencją... 


   Wynika z niego, iż dzisiejsza młodzież nie potrafi i nie chce się angażować. Woli mieć nieskończony, nieograniczony wybór między potencjalnymi, wyszukiwanymi w necie partnerami. Rosną wobec nich wyśrubowane wymagania. Coraz więcej jest singli, coraz mniej rodzin i dzieci. I narasta też smutek, bezradność, bo w tym sztucznym, cukierkowym świecie pozorów nie wypada się wychylać, nie wypada iść pod prąd. Pragnąć czegoś więcej, niż krótki niezobowiązujący small talk, błaha rozmowa o niczym, imponowanie sobie wzajemnie tym, co się posiada albo tym jak się wygląda. Jeśli nie potrafisz się dostosować, to cię zakrzyczą, wyśmieją, zadepczą a w najlepszym razie zamilczą. Lepiej już człowieku, gdy mimo wszystko jest ci źle, oddal się gdzieś, gdzie nikt cie nie zobaczy. Zwiń się w kłębek i wykrzycz się tam zdrowo albo popłacz sobie do woli. A w każdym razie nie pchaj się ze swoją toksyczną zgryzotą między tych pogodnych, pięknych ludzi. Nie niszcz im dobrego dnia aby tobie nikt go kiedyś nie zniszczył. Popłaczesz trochę i na pewno ci przejdzie. I zrozumiesz w końcu, że świat jest cudowny, wręcz idealny. To ty nie pasujesz do niego ze swoją ponurą miną. Ze swoim niepozbieraniem, zagubieniem, milionem pytań bez odpowiedzi. A jak ci i płacz nie pomoże, to odpal kompa i kup sobie nową sukienkę, kosmetyk, cokolwiek.... Albo wyślij migoczące serduszka do kogoś na komunikatorze. I ciesz się, jak takie same dostaniesz w zamian. No i będzie dobrze. Bo przecież musi być dobrze!




   Ech! Po co ja właściwie piszę ten tekst? Wszak nie ma w nim nic odkrywczego a poza tym na blogach bardziej ceni się pogodne, dające uśmiech i nadzieję teksty, niż te poważne i powodujące niepożądany dyskomfort? Przecież blogi to także ucieczka od problemów, to część świata idealnego, którego nie powinno się zaburzać. Jednak we mnie wciąż kołacze się nadzieja, że warto. Warto dzielić się myślami, nawet jeśli są niewesołe. Warto polecać ciekawe teksty do przeczytania albo filmy do obejrzenia i do wspólnego przedyskutowania. Warto, bo moim zdaniem trzeba robić wszystko by jakkolwiek opóźnić tryumfalne nadejście „Nowego, wspaniałego świata” A. Huxleya, o ile już nie jesteśmy w tym świecie...


czwartek, 19 lutego 2026

Pies i lis...

 

                                                                   lutowa odwilż w Jaworowie



- Dlaczego mnie gonisz spuszczony z uwięzi?

Zły warkot brzmi z twojej gardzieli

Wszak nasi dziadowie z tej samej gałęzi

I więcej nas łączy, niż dzieli

Skąd w tobie ta zazdrość o byle okruszek

O kurkę com zwędził tu wczoraj

Ciebie żywią ludzie a ja zdobyć muszę

Wszystko by przeżyć zdołać...


Tak do psa lis gadał zza płotu z daleka

Gdy poczuł, że nic mu nie grozi wcale

A burek z bezsilnej wściekłości zaszczekał

Bo za nic miał te lisie żale

- Ach, dopaść go, schwycić wnet w obłędzie

Oblizał się pies mocno ziając

- Aż kudły rudzielca fruwałyby wszędzie

Bo więcej wszak niewart, niż zając

- I gryzłbym go długo, szarpałbym nareszcie

Jak wczoraj szaraka polnego

Ach! To byłby tryumf pełny i szczęście

I mógłbym odpocząć od złego...


Lecz cóż to? Hen w płocie pies dziurę dostrzega

- Dopadnę go wnet! - serce dudni

Więc rusza, lisowi skręciła się noga

I wpadł raptem do starej studni

A tuż za nim psisko, leżą w dole mrocznym

Gdzie drapiąc się, gryząc zażarcie

Próbują wyjść na wierzch, ale nie ma po czym

Bo studnia ich więzi uparcie

Lodowatej wody sączy się strumyczek

Okrutnie podmywa im brzuchy

Coraz zimniej wokół, tylko granie kiszek

W krąg szemrze, że nie ma otuchy

Sami nie wylezą, zimno ich telepie

Bezradni wśród chłodu a złość gdzieś przepadła

W końcu się wtulili niby bracia w siebie

Pragnąc tylko ciepła, no i może jadła

Czas płynął a oni tam tkwili bez końca

Strwożeni, zmarznięci jak ślepe szczenięta

Stęsknieni promyka dalekiego słońca

O swarach niechcący pamiętać


Po dniach długich kilku, w głodzie i mokrości

Ktoś ich wreszcie znalazł w tym niechybnym grobie

Uwolnieni poszli cicho w swoje włości

Na odchodnym lekko kłaniając się sobie


Jak myślicie, czy długo potrwa zawieszenie broni?

Czy to rzecz możliwa by tam była zgoda?

Czas pokaże wszystko, niesnaski odsłoni

Ale żal mi pieska, no i liska szkoda...




   Jakiś czas temu przeczytałam w necie artykulik o zakończonej powodzeniem akcji ratowania psa i lisa, uwięzionych na dnie starej, nieużywanej od lat studni. Tekst ów dał mi sporo do myślenia i zalinkowałam go sobie wiedząc, że prędzej czy później coś na ten temat napiszę:

https://www.msn.com/pl-pl/wiadomosci/polska/pies-z-lisem-wpadli-do-studni-zwierz%C4%99ta-by%C5%82y-zzi%C4%99bni%C4%99te-i-wtulone-w-siebie/ar-AA1OLTqp?ocid=msedgntp&pc=U531&cvid=68f5c650df7b4c03932a5cb4de7602a6&ei=11

   Składając zaś gorzki w wymowie powyższy wiersz zastanowiłam się głębiej nad tym jak bardzo świat zwierzęcy i ludzki zdają się do siebie podobne. Jak wolimy się z sobą kłócić, obrzucać obelgami, gniewać się i poniżać wzajemnie, niż spojrzeć na sprawy z dystansem i darować sobie wszelkie prawdziwe czy urojone przewiny, a nawet spróbować zrobić wspólnie coś dobrego. Ostatnio okropny hejt wylewa się na Martę Nawrocką, wcześniej na jej córeczkę, bo przecież każda okazja jest dobra do hejtu, do zdobycia tym samym chwilowej popularności. Do chóralnego, pełnego pasji i pogardy nienawistnego obszczekiwania. Ach, ileż przyjemności i satysfakcji mają z tego ujadacze. Jak bardzo im ulży, gdy wypuszczą z siebie trochę jadu i złości a potem pójdą dalej udając niewinne baranki. Do czasu, rzecz jasna, gdy pojawi się nowa okazja do szyderstw i napaści. Druga strona sporu politycznego także nie pozostaje bezczynna. Zacierając z radości ręce bierze na tapetę tego czy tamtego polityka rządzącej koalicji albo też jego bliskich, bo nie istnieją żadne świętości. I znowu zaczyna się ostra jazda. Wszystkie chwyty dozwolone. Dokuczanie, obmawianie, oczernianie, podgryzanie, zwalczanie wszelkimi metodami. Wet za wet. Oko za oko...

   Czy to się kiedyś skończy? Ta wzajemna złość i zajadłość, ta nie przynosząca niczego dobrego plemienna wrogość? Być może żeby tak się stało musimy wszyscy wpaść do jakiejś głębokiej studni by zrozumieć, iż tak naprawdę wszyscy jesteśmy tacy sami, że w prawdziwej biedzie nie liczą się wzajemne animozje, ale zwyczajna ludzka bliskość, wsparcie, zrozumienie i pomoc...? Co mogłoby być taką studnią? Nawet nie chcę o tym dywagować, bo od razu najstraszniejsze rzeczy przychodzą mi na myśl. Ale wiecie co? Obawiam się, że nawet najokropniejsze położenie mogłoby nie być wystarczające by zakopać ów topór wojenny, by przynajmniej na chwilę nastała odwilż w naszych stosunkach. Bo jednak my, ludzie, mocno różnimy się od zwierząt, od psa i lisa. Niestety, na niekorzyść ludzi...





niedziela, 8 lutego 2026

Powroty w odcieniach sepii...

 




...Za oknem mglisto, chłodno, wilgotno. Natura otula się we wszystkie odcienie sepii. Trwa chwilowa, lutowa odwilż. Duże ilości ciężkiego śniegu zalegają jeszcze na polach i poboczach dróg, lecz coraz większe widać już połaci ubiegłorocznej trawy i błota. W domu ciepło od opalanego drewnem pieca, na którym powolutku pyrka zupa fasolowa na wędzonce. A ja doglądając jej od czasu do czasu siedzę przy kuchennym stole i czytam sobie nieśpiesznie, z lubością i tkliwością w duszy...




   Lubię wracać do książek po wielekroć już przeczytanych, tak jak do muzyki wiele razy już słuchanej czy też do filmów kiedyś oglądanych. Wracam do nich jak do starych, dobrych przyjaciół, po których wiem, czego się spodziewać, którzy dadzą mi w danej chwili to, czego właśnie potrzebuję. Wystarczy jakiś impuls, jakieś odżywające ni stąd ni zowąd wspomnienie, leciutka nutka wzruszenia czy tęsknoty szepczącej coś w duszy i oto sięgam znowu do dzieł, które nigdy mi się nie znudzą, które potrafią przenieść mnie wyobraźnią i emocjami tam, gdzie czułam coś mocno i wyraźnie. A czucie to oznaczało przeważnie spokój, wzruszenie, zamyślenie, oddalenie od tego, co jest a przybliżenie do tego, co chciałabym by było. Rzadko potrafią dać mi to obecnie czytane książki, nowo poznane piosenki , utwory muzyczne czy filmowe dzieła. Owszem, zajmują oczy, ducha i serce przez jakiś czas, ale większość po zapoznaniu się z nimi ulatuje gdzieś bez śladu jakby ich nigdy nie było. A te dawne są i będą niby góry, które chce się oglądać i podziwiać, na które wciąż i wciąż chce się w swoim tempie wspinać, pamiętając emocje towarzyszące wspinaczce oraz wspaniałe widoki rozpościerające się po drodze. Podobnie bywa też z ludźmi. Im jesteśmy starsi, tym bardziej doceniamy swoje stare znajomości i przyjaźnie. Są sprawdzone przez lata, dają pewność dobrych relacji i nie zapowiadają rozczarowujących zaskoczeń. Zatem zazwyczaj podtrzymujemy je myślą, słowem i czynem, bo stanowią dla nas prawdziwe, bezcenne bogactwo. Trwają niby schronienie, do którego miło się wraca by się ogrzać, odetchnąć, porozumieć nawet bez słów. Oczywiście bywa też tak z nowo poznanymi osobami. Niekiedy udaje się spotkać ludzi, którzy stają się nam prawie tak bliscy, jak ci znani od dawna. Jednak to raczej rzadkie sytuacje. Wyjątki potwierdzające ogólną regułę.




   Czy owa chęć powrotów do tego, co się już zna i lubi świadczy o starzeniu się, o skostnieniu umysłu, o tak częstej u starszych osób skłonności do zanurzania się we wspomnienia, bo tylko tam czują się swobodnie i bezpiecznie, tylko tam czas zatrzymał się dla nich w takiej formie jaką akceptowali, w jakiej czuli się na swoim miejscu? Być może...Wiele starzejących się ludzi lubi przenosić się myślami w przeszłość, a nieraz zamęczać otoczenie wspominaniem minionych czasów, opowieściami tyle razy już słyszanymi, że aby nie umrzeć z nudów wpuszcza się je jednym a wypuszcza drugim uchem. Jednak jeśli chodzi o mnie, to od kiedy tylko pamiętam, lubiłam sięgać po to, co już znałam i ceniłam, odnawiać starą znajomość oraz pogłębiać ją. Może zatem zawsze byłam taka młoda - stara...?




   Myślę, że każdy z nas ma takie swoje ulubione utwory, które nigdy się nie nudzą i w których mimo wielokrotnego czytania, oglądania albo słuchania poza spodziewanymi doznaniami zawsze można znaleźć coś nowego. Wraz z upływem lat patrzymy na te same treści trochę inaczej, bo sami się zmieniamy, bo po nowemu postrzegamy pewne rzeczy, bo nagle potrafimy ujrzeć i docenić coś, nad czym kiedyś nasza uwaga zbytnio się nie skupiała. Dlatego nie sądzę, iż stratą czasu jest sięganie do dawniej czytanych książek. A wręcz przeciwnie. To dla mnie dowód, że potrafię zrozumieć i odczuć więcej niż kiedyś, więcej oraz inaczej. A choć coraz częściej nawiedzają mnie ponure myśli o nieuchronnym starzeniu się i otępieniu umysłu, o objawach demencji czy z nagła pojawiającej się i długo utrzymującej mgły mózgowej, to owe nowe spostrzeżenia pojawiające się w trakcie lub po lekturze, owe świeże doznania i wzruszenia trochę owej degeneracji mózgu przeczą. Taką przynajmniej mam nadzieję. I desperacko staram się jej trzymać, bo czegoś przecież trzymać się trzeba.




   Ostatnio przytargawszy z gminnej biblioteki pokaźny stos nowych lektur odłożyłam je na regał bez większego zainteresowania. Jakoś odechciało mi się wgryzać w nowe historie, poznawać nowych bohaterów. Na samą myśl o tym odczuwałam znużenie i niechęć. Spojrzałam na te piękne, lecz nazbyt krzykliwe okładki obiecujące nie wiadomo jakie cuda w środku i westchnęłam z irytacją. Coś się we mnie najwidoczniej w tamtej chwili zacięło albo i znarowiło.

  • Jakoś nie mam chęci by wsiadać do tych kolorowych aut sportowych i w szaleńczej jeździe doświadczać ekscytacji na ostrych zakrętach dróg aby już nazajutrz pamiętać z tego raczej niewiele albo zgoła nic – pomyślałam.

  • Wszystko już było. A to co jest jakże często z tamtego się wywodzi, będąc zaledwie lichą kalką, imitacją, desperackim usiłowaniem bycia nietuzinkowym...

  • Tak niewiele zdarza się naprawdę chwytających za serce i dających do myślenia, ważnych, oryginalnych treści. Niestety! Większość to fast food. Ot! Zjeść, strawić i już za chwilę znowu czuć się głodnym, bo w tym sztucznym jedzeniu było wszak bardzo mało odżywczych składników – szepnęłam na widok owego imponującego stosu dzieł literackich z biblioteki.

  • Ale człowiek wciąż szuka...Naiwnie goni za mirażem. Nie traci nadziei, że znowu napotka prawdziwe olśnienie...

  • Jednak teraz tak naprawdę marzy mi się podróż w czasie... Wyjście na spotkanie mnie dawnej i skonfrontowanie ze mną obecną. Bo przecież wciąż się zmieniam. Czegoś nowego doświadczam. Lekcja życia trwa...

  • Dawno temu dotarło do mnie, że nie potrzebuję nigdzie daleko jeździć ani przenosić się cieleśnie gdziekolwiek, także i do dawnych czasów. Wszystko dzieje się przecież w głowie...W małej kropli wody mieszczą się całe światy. Wystarczy by moja wyobraźnia gdzieś mnie przeniosła. Jeszcze raz, jeszcze raz... - omiotłam uważnym spojrzeniem ustawione na regale książki – klasyki, stare, serdeczne przyjaciółki. Czułym wzrokiem prześlizgnęłam się po „Nocach i dniach”, „Lalce”, „Mistrzu i Małgorzacie”, „Ziemi obiecanej”, „Nad Niemnem”, „Zbrodni i karze”, „Annie Kareninie”, „Władcy pierścieni”... Nadal jednak nie odczułam w sobie wyraźnego odzewu. Nadal nie decydowałam się na wejście do magicznego powozu, po brukowanym trakcie mającym potoczyć się hen w wabiącą dal. Popatrzyłam zatem wyżej i uśmiechnęłam się, bo wreszcie dostrzegłam to, ku czemu serce mocniej zabiło. Lekko zawirowało mi w głowie i przeniosłam się w jakieś odmienne rejony istnienia. Otaczała mnie inna od mojej rzeczywistość w kolorach sepii. Uniosłam leciutko rąbek aksamitnej sukni. Poprawiłam woalkę przy kapeluszu oraz cieniutkie mitenki na dłoniach. A potem z ufnością wstąpiłam na pierwszy stopień karety mającej zawieźć mnie w głąb znanej i bliskiej sercu opowieści...

   Bo oto ona sama nie wiem jak delikatnie dała mi znak, zatem skwapliwie wyłuskałam ją spośród innych. A wyłuskawszy z miejsca zapragnęłam wrócić do tego grubego tomu, który od kilku lat ufnie stał na półce i pokrywając się kurzem cierpliwie czekał aż znowu nabiorę ochoty by się weń zanurzyć. Oprawiony w ciemny, skóropodobny materiał, bez żadnych ilustracji i zbędnych ozdób wabił nienarzucającym się, cichym i subtelnym urokiem staroświeckiej, niemodnej historii. I natychmiast przypomniało mi się, co jedna z jej głównych bohaterek – Marynia Pławicka mówiła o różnicy między pamięcią a wspomnieniem:

Bo pamięć to jest skład, w którym leży przeszłość, a wspomnienie ma miejsce wówczas, gdy się do tego składu schodzi, żeby coś wydobyć.




   Owym składem, do którego tak skwapliwie weszłam, ową karetą, którą miałam ochotę pojechać w bliskie duszy rejony była tym razem. „Rodzina Połanieckich”, powieść autorstwa Henryka Sienkiewicza wydana w 1894 roku. Tak, wiem. Dla wielu osób to niewarta lektury ramota, nudne, staroświeckie czytadło, pełne archaizmów, opisów przyrody i dziewiętnastowiecznych realiów. Rozwlekły romans podlany nieznośnym sosem ckliwości, romantyzmu, pozytywizmu a na dodatek odwołania do naiwnej idei panslawizmu oraz mesjanizmu chrześcijaństwa. Można na tę powieść popatrzeć w ten sposób, jednak dla mnie to coś znacznie więcej. To ogrom treści dających do myślenia, do porównania z czasami i ludźmi współczesnymi, do sposobności przejrzenia się w refleksjach bohaterów niczym w lustrze. To wejście do zaprzyjaźnionego, pełnego bliskich znajomych domu. To sposobność przeżycia czegoś, co człowieka czymś pozytywnym wypełnia, oddala od obecnych trosk i lęków. To niezwykła podróż w głąb siebie. A właśnie to jest dla mnie najważniejsze w każdej lekturze. Nie tyle dzianie, lecz owo wgłębianie się w psychikę bohaterów, a do tego wspólnota refleksji z nimi, bliźniaczych skojarzeń, wzruszeń, podobieństw niektórych doświadczeń...Książka obfituje w głębokie i ciekawe przemyślenia jej głównego bohatera, Stanisława Połanieckiego i to stanowi jej ogromną przewagę nad ekranizacją utworu Sienkiewicza, świetnym moim zdaniem serialem nakręconym w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Także i do tego serialu czasem wracam a muzyki W. Kilara mu towarzyszącej z upodobaniem i zachwytem słucham.




  Czy i Wy lubicie sięgać po stare, dobre czytadła? A jeśli tak, to po jakie? Ciekawa jestem jakie wywołuje to w Was emocje i uczucia? Jaka książka jest dla Was przyjaciółką, do której tęsknicie, gdy jej dawno nie odwiedzacie i do której po wielekroć wracacie...?


niedziela, 1 lutego 2026

Żeby ciepło było...

 




   Ta wyjątkowo mroźna zima uświadomiła chyba większości z nas jak ważne jest ciepło w domu, możliwość ogrzania się po powrocie z zimnicy, poczucie, że tego ciepła do końca sezonu nie zabraknie. Z tego, co czytam wiele nowoczesnych źródeł ogrzewania nie zdało egzaminu i nie dość, iż nie zapewniło wystarczającego ciepła, to jeszcze wywindowało rachunki za ogrzewanie do niebotycznych rozmiarów. Myślę, że tak sroga zima uświadomiła wielu z nas na czym naprawdę można polegać w tak mroźny czas. Jakie źródło ogrzewania rzeczywiście się opłaca i jest niezawodne a jakie jest nam wciskane przez różnych lobbystów i cwaniaków, ale potem nie spełnia naszych oczekiwań a wręcz przeciwnie – rozczarowuje. Pojawiają się różne artykuły, filmy i komentarze na ten temat. Niektóre wydają się szczere , obiektywne, zgodne z prawdą. Inne przekłamują, próbują przeinaczać rzeczywistość. Dlatego nie we wszystko można wierzyć. A najlepiej polegać na własnym doświadczeniu albo na opinii wiarygodnych, zaprzyjaźnionych osób.




   Niedawno obejrzałam filmik jakiegoś człeka, którego pompa ciepła mimo pracy na cały regulator i mimo ocieplonego domu prawie wcale nie grzała a zmarznięci mieszkańcy domu gromadzili się wokół kominka, gdzie ogień tańczył wesoło pośród rozgrzanych do czerwoności kawałków drewna. Dobrze, że nie rozebrali owego kominka, bo zostaliby tylko z ową nieszczęsną pompą oraz przywalonymi śniegiem panelami słonecznymi na dachu...Jednak z tego co wiem w niektórych częściach Polski (np. w Krakowie) palenie w kominkach jest zabronione. Co więc mają począć Krakowianie w takiej jak powyższa sytuacji? Zamarznąć w imię zielonego ładu? Zapewne są miejsca, gdzie pompa ciepła się sprawdza, ale przypuszczam, że dotyczy to nowo wybudowanych domów, nowocześnie ocieplonych, ze szczelnymi, trzyszybowymi oknami, z ogrzewaniem podłogowym i nie wiadomo czym tam jeszcze. A jak ogrzać starsze domy? Obawiam się, że bez totalnego remontu i przebudowy używanie nowych, polecanych jako ekologiczne źródeł ciepła jest prawie niemożliwe.




   Widziałam też inny filmik, gdzie kolejny nieszczęśnik pokazywał swoją zamarzniętą pompę i zarzekał się, że pewnie wiosną zdemontuje i wyrzuci owo dziadostwo a teraz i w kolejne zimy palił będzie w piecu na drewno. Przekonywał przy tym, mocno przesadnie, że do porządnego ogrzania domu wystarczą na cały dzień dwa polana drewna! Bzdura! Żeby ogrzać dom średniej wielkości potrzeba tego drewna znacznie więcej. Wiem to z naszego własnego, zdobytego przez szesnaście lat mieszkania na wsi, doświadczenia.




   Mamy w domu dwa piece. Kuchenny na cienkie szczapki i gałęzie oraz piec centralnego ogrzewania, także na drewno, tyle że znacznie grubsze. Jak wiecie z lektury naszego bloga zazwyczaj kupujemy w dużych ilościach metrowe bale buka, grabu, brzozy albo jesiona i sami je potem obrabiamy oraz suszymy przygotowując do sezonu zimowego. Oczywiście wymaga to sporej ilości pracy, ale to się nam opłaca i póki mamy jeszcze siły oraz zdrowie zapewne nadal tak będziemy robili. A kiedyś, gdy już owych sił zabraknie, a pewnie stanie się to wkrótce – zdecydujemy się na kupno już pociętego, suchego drewna, co wymagać będzie od nas tylko przewiezienia go do drewutni. A jeśli i to stanie się zbyt trudne...? O tym trzeba będzie także pomyśleć.



   Oczywiście zasięgnęliśmy wiadomości w sprawie tak popularnego obecnie programu rządowego „Czyste powietrze”. Wyobrażaliśmy sobie, że uda się porządnie ocieplić dom, wymienić dach, założyć na niego panele czy też wymienić piec na nowszy albo i porządną pompę ciepła. To sprawiłoby, że o wiele mniej mielibyśmy roboty z przygotowywaniem opału na zimę a może nawet nie mielibyśmy jej wcale. Ot, płynęłoby sobie ciepełko ze słonka i elektryczności a my siedzielibyśmy sobie jak jakieś paniska przed telewizorem i o nic nie musielibyśmy się troskać....Oj, naiwni! Otóż już na wstępie okazało się, że musielibyśmy bardzo dużo do tego interesu dopłacić a na to nas po prostu nie stać. „Czyste powietrze” nie jest dla każdego... Całkowity koszt doprowadzenia przeciętnego domu do wymaganych przez UE standardów wynosi ok. 300 tysięcy. Toż to jakieś abstrakcyjne kwoty absolutnie nie do zdobycia dla zwykłego człowieka. Do tego jak wszyscy widzimy opłaty za energię elektryczną wciąż rosną. I nie mam pojęcia jak sobie większość z nas poradzi, gdy w 2028 roku zaczną nas łupić podatkami związanymi z wprowadzeniem ETS2....





   Tak więc jest, co jest. Palimy jako zawsze drewnem, bo to się najlepiej u nas sprawdza. Koszt zakupu drewna dla takiego jak nasz domu wynosi obecnie około 4000 do 5000 zł. Na cały sezon grzewczy dla dwóch naszych pieców. Niekiedy dużo czasu zajmuje znalezienie odpowiedniej oferty sprzedaży drewna opałowego. Cena nie może być zbyt wysoka a drewno powinno być dobrej jakości. Tymi sprawami zajmuje się w naszym domu Cezary. A ponieważ ma do tego dobre oko i potrafi się targować w końcu zawsze coś korzystnego znajduje i znowu kolejna góra grubych bali na podwórzu czeka na naszą obróbkę.. .Dodam jeszcze, iż zgodnie z obecną wiedzą palenie drewnem jest ekologiczne, bo dym z takiego spalania drewna w sobie niewielką ilość pyłów w porównaniu z innymi materiałami opałowymi. Jest biały i prawie bezwonny. Większość naszych sąsiadów ma podobne piece i dlatego w naszych okolicach nie ma mowy o brudnym śniegu, o przykrym zapachu z komina i smogu. Przeciwnie. Powietrze jest tu zdrowe i krystaliczne. Wielu twierdzi, ze wręcz sanatoryjne.





   A wracając do naszych codziennych, zimowych realiów. Mniej więcej co dwa, trzy dni przywozimy do domu kupionym specjalnie do tego celu wózkiem ogromne ilości drewna opałowego. Wygląda to tak, że Cezary ładuje wózek a potem we dwoje pchamy go do domu i po schodkach, na których leżą prowizoryczne podjazdy ze sklejki wtaczamy go aż do kotłowni. Tam ja rozładowuję wszystko i układam porządnie w ogromnej skrzyni obok pieca a cieńsze kawałki odkładam do koszyka. Koszyk ów zanosi się potem do kuchni i tam owego cieńszego drewna pod piecem kuchennym od rana do zmierzchu się używa. Na tym piecu wszystko gotuję a w jego piekarniku piekę. Nawiasem mówiąc chleb upieczony w takim piecu, czy ciasto smakują zupełnie inaczej niż to z elektrycznego czy gazowego piekarnika. Do tego ów kuchenny piec znakomicie ogrzewa nam przyległy doń pokój, w którym przeważnie z psami przebywamy. Tak, że w piecu c.o. zaczynamy zwykle palić dopiero po południu. No chyba, że mrozy są trzaskające, wtedy robimy to wcześniej. Znaczenie ma tu ilość przygotowanego przez nas wiosną drewna. Jeśli mamy go dużo, tak jak teraz, to nie musimy oszczędzać. Wiemy, że w drewutni jest spory jego zapas. A na wiosnę znowu go powiększymy...





   I jeszcze jeśli chodzi o dowóz drewna, to po rozładowaniu odbywa się powtórka z rozrywki. To znaczy Cezary wyprowadza na dwór wózek, jedzie z nim do drewutni, wypełnia po brzegi a potem przychodzę ja i we dwójkę, pchając i ciągnąc co sił wprowadzamy go do domu. Taki załadowany wózek waży na pewno ponad dwieście kilo, zatem jeśli chciałabym poradzić sobie ze wszystkim sama musiałabym ładować do niego o wiele mniej drewna. I kiedy nie ma na dworze lodu i śniegu jest to całkiem łatwe. Natomiast tak jak teraz, gdy człowiek ślizga się na podwórku potrzebuje pomocy drugiej osoby. Dodać jeszcze muszę, że palimy w piecu c.o. przez cały rok z uwagi na to, że właśnie ów piec ogrzewa nam wodę. Tyle, że w trakcie ciepłych pór roku zakręca się grzanie na kaloryfery i dlatego potrzeba wówczas znacznie mniej drewna.




   A co do zimy...Nie mamy ocieplonego domu, dlatego niestety ciepło ulatuje z niego różnymi szparami i po całodniowym opalaniu rano znowu jest zimno. Jednak w trakcie palenia w piecach nie narzekamy wcale na chłody. Wręcz przeciwnie. A w kuchni niekiedy musimy rozbierać się do podkoszulków, bo od kuchennego pieca bije takie gorąco, że aż potem spływamy. Dlatego nie narzekamy wcale na obecne mrozy a przeciwnie, cieszymy się nimi, bo miło po wyjściu na dwór poczuć na twarzy te mroźne igiełki, fajnie popatrzeć na zimowe pejzaże, pobawić się z psami na śniegu, pomachać łopatą do odśnieżania, zrobić trochę zdjęć. A potem wrócić do domu i napić się gorącej herbaty z imbryka, który wciąż grzeje się na piecu...




   Mamy nadzieję, że to czym i jak palimy w piecach zawsze będzie mogło od nas tylko zależeć, że kolejne rozporządzenia unijne czy rządowe nie nakażą nam czegoś a nie zakażą czegoś innego. Na samą myśl o czymś podobnym płakać się chce i zgrzytać zębami. W końcu po to przecież wyprowadziliśmy się na wieś by móc czuć się tu wolnymi, niezależnymi i spokojnymi. Oby nikt nam tego nie zabrał, nie zaburzył, bo w dzisiejszych czasach wszystko, co do tej pory było dobre i niezawodne wydaje się upadać niby domek z kart...






sobota, 24 stycznia 2026

Lśnienie...

 




   Przed paroma dniami twarda skorupa powstała na śniegu pod wpływem siarczystego mrozu zamieniła się w lśniący lód. Pokryte tą szklanką drogi były śliskie i niebezpieczne. Chodzić trzeba było bardzo ostrożnie. A jeździć prawie się nie dało. A tymczasem dookoła na polach i łąkach rozciągały się lśniące, nietknięte ludzką nogą, nieprzebyte przestrzenie pokryte jednolitą warstwą lodu. Na wkroczenie w ten zmrożony ląd odważały się tylko nieliczne sarny, dziki, jelenie i lisy. Widać było niekiedy ich wyraźne ślady za płotem. Cóż. Także i w taką zimę zwierzęta muszą przecież znaleźć coś do jedzenia. Wygrzebać spod śniegu jakieś trawki, listki, robaczki i żołędzie albo dostać się do gospodarstw hodujących kury...



   Takoż i ja spróbowałam mimo wszystko wejść w ową lodowatą przestrzeń. Prowadziła mnie ciekawość i zew odkrywcy. Chęć zobaczenia z bliska a nawet dotknięcia tego dalekiego blasku, który delikatnie pełgał i nieustannie kusił spoza drzew oraz kęp suchych badyli.





   Wędrówka po tej lodowej skorupie była dziwnym, lecz ciekawym doznaniem. Stopa przebijała się z trudem przed twardą powierzchnię i z jeszcze większym trudem się wyciągała. Nie było nawet wiadomo jak dużo śniegu jest pod spodem. Szło się zatem ostrożnie, z namysłem. Noga zapadała się głęboko, aż uwolniony spod skorupy, zadziwiająco puszysty pod spodem śnieg dostawał się do butów. Chodząc tak miało się uczucie podobne do wędrówki po jakimś tajemniczym bagnisku. Wielka niewiadoma rozpościerała się dokoła. Biała, świetlista połać przyciągała, wabiła, wołała nieposkromionym lśnieniem. A jednocześnie coś mnie przed tym powstrzymywało. Nie chciałam niszczyć zwyczajnym chodzeniem owej wspaniałej płaszczyzny. Zaburzać swymi śladami tego idealnego trwania zimowej, lodowatej krainy. Pragnęłam owe przestrzenie uszanować, pozostawić nietkniętymi, jak do tej pory, niczym na obrazie, do którego widz nie ma realnego wstępu, lecz przecież może wędrować mocą wyobraźni....





   Udało mi się zrobić wówczas trochę zdjęć, zatem pokażę je teraz, bo obecna rzeczywistość wygląda już zupełnie inaczej. Tamto niezwykłe lśnienie zniknęło przysypane warstwą świeżego śniegu. Słońce schowało się za burzowymi chmurami i nie pozwala wydobyć z otoczenia tylu barw, błysków i tajemniczych cieni, co wówczas.





   Tak...Zima potrafi być co dnia inna. Zaskakiwać, przerażać, olśniewać, przyciągać albo odpychać. Ja fotografuję jej zmienne oblicza, bo tylko tyle mogę zrobić by zatrzymać choć przed chwilę to zmienne piękno, by pozwolić pamięci za jakiś czas wrócić do tych widoków, zastanowić się nad ową zmiennością, doszukać się w niej nowych znaczeń i przesłań.





   Podobno już wkrótce czeka nas przedwiośnie. Tak przynajmniej zapowiadają prognozy pogody. Czy tak będzie? Przekonamy się sami. Ale tym bardziej warto popatrzeć na ten zimowy spektakl, póki trwa, póki otwiera się ­przed nami kolejny jego akt.




   A propos zmian jakie zachodzą w naturze. Jesteśmy jej częścią, a więc i my tym zmianom podlegamy. Raz czujemy się tak a raz inaczej. Dzisiaj mamy wrażenie, żeśmy młodzi i silni, jutro czujemy, że starość zaczyna szarogęsić się w naszych ciałach i umysłach. Tak to jest i na nic bunty i zaprzeczanie. Na szczęście, czas malując na nas swoje piętno, nie zawsze tylko odbiera. Często też coś w zamian daje. Myślę, że to świadomość tego, co naprawdę w życiu ważne. To spokój wewnętrzny, który za tą świadomością idzie, bo zdajemy już sobie sprawę, że nie warto za wszelką cenę walczyć o uznanie opinii społecznej, nie warto się wszystkim przypodobać. Jedno co warto, to być sobą i cieszyć się sobą taką, jaką się jest. Doceniać to co jest. Widzieć w sobie i pielęgnować ten inny, niż kiedyś rodzaj lśnienia. Lśnienia, które pojawia się wraz z latami, z większą dojrzałością, z tym wewnętrznym uśmiechem i rodzajem pogodzenia z sobą samą, z innymi ludźmi, ze światem.




   Starzejąc się nadal potrafimy i czasem chcemy zaskoczyć czymś siebie i innych. Nadal lubimy pod zewnętrzną skorupą odkrywać w sobie i bliźnich nieznane dotąd głębie, przeglądać się w nich niby w kryształowych zwierciadłach. Nie zadowalać się tym, co widać na pierwszy rzut oka. Nie kostnieć w ustalonych raz na zawsze poglądach. Żyć, brać to życie z otwartymi oczami i z otwartym sercem. Patrzeć dalej, uważniej, wrażliwiej. Widzieć więcej, niż niegdyś. Nie dać się zwodzić pozorami. A gdy coś się w nas zamroczy uparcie wierzyć, że powróci owo cudowne lśnienie. To, za którym tak nieraz tęsknimy. To, którego nam brakuje, gdy coś nas boli, gdy się czegoś lękamy, gdy czujemy się bezradni. Tak dobrze jest wierzyć, że słońce schowane za chmurami jeszcze nie raz do nas powróci. I znowu ruszymy na wędrówkę po nieskończonych, pełnych tajemnic błyszczących połaciach życia...




   Przeczytałam niedawno artykuł o dziwacznej tendencji, obowiązującej dzisiaj wśród ludzi. To kult młodości. To obowiązek wyglądania młodziej, niż wskazywałaby na to nasza metryka. To konieczność ukrywania albo traktowania botoksem i operacjami plastycznymi swych zmarszczek i innych niedoskonałości pojawiających się wraz z wiekiem. Starość jest passe. Starość jest czymś wstydliwym, niechcianym, brzydkim. A przecież każdy dzisiejszy młody będzie prędzej czy później stary. Nie da się przed tym nigdzie uciec. No chyba, że w przedwczesną śmierć...




   Czy ta dzisiejsza niechętna postawa wobec starości wypływa z lęku przed nią? Czy może z nieumiejętności dostrzeżenia tego, co jest w życiu naprawdę ważne i kurczowego trzymania się pozorów? Z przykrością obserwuję niektóre celebrytki, piosenkarki i aktorki jak bardzo starają się kryć swój rzeczywisty wygląd, jak koniecznie chcą sprostać cudzym oczekiwaniom, modzie, presji otoczenia. Nie mają odwagi być sobą. Pokryte tonami makijażu, „poprawione”kolejnym zabiegiem wyglądają niestety jak karykatury samych siebie, jak pozbawione życia przerażające maski. I smutno mi, bo mam wrażenie, że niepotrzebnie sobie umniejszają, że postępując tak w pewien sposób ośmieszają siebie odnosząc odwrotny od zamierzonego efekt.




   Na szczęście wiele osób nie przejmuje się tym trendem kultu młodości i idealnego wyglądu. Żyją i biorą to życie jakim jest, godząc się z tym, na co nie mają wpływu i nie przejmując się tym, co sobie ludzie pomyślą. A przede wszystkim ciesząc się życiem takim, jakie ono jest. Tym nowym rodzajem lśnienia, które dostrzega się wraz z wiekiem. Blasku rodzącego się z doświadczenia życiowego, z głębszego zrozumienia innych ludzi, z dostrzeżenia ich wewnętrznego, niepowtarzalnego światła, a wreszcie z czasu, bezcennego czasu, który pozostał. Kimś takim była zapewne Małgorzata Braunek czy Magda Umer. Obie te cudowne kobiety miały w sobie w sobie nieprzemijającą urodę i prawdę. Cechy jakich próżno szukać u większości tych, którzy usilnie pragną być tacy jak dawniej....

   Poniżej link do artykułu o aktorce grającej niegdyś w serialu „Ptaki ciernistych krzewów” a obecnie ośmielającej się wyglądać na swoje lata...

https://www.msn.com/pl-pl/rozrywka/news/ma-68-lat-wyla%C5%82-si%C4%99-na-ni%C4%85-hejt-z-powodu-wygl%C4%85du-tak-odpowiedzia%C5%82a/ar-AA1UcZRl?ocid=msedgntp&pc=U531&cvid=69688a7cde5f495cb26c2def2b621141&ei=9




P.S.

   Hurra – dobra niespodzianka! Nasz biały piesek Jacuś czuje się o wiele lepiej. Wydaje się, że przełamał się w nim jakiś kryzys. Wrócił mu apetyt (znowu jest łakomczuszkiem, jak dawniej!). Ma więcej energii. Oczy mu błyszczą jakąś nową radością. I nie wygląda na to, by coś go bolało. Bardzo się tym cieszymy! Oby żył w zdrowiu jak najdłużej!:-)

   A ja zmuszona obfitym wypadaniem włosów ( po niedawnych stresach i licznych prześwietleniach) ścięłam je króciutko. Mam nadzieję, że to oraz stosowanie różnych odżywek pomoże im się wzmocnić. Ale nie biadam wcale nad tym ścięciem, bo nieźle się czuję z nowym wyglądem. Łatwiej o włosy teraz zadbać, umyć je i wysuszyć. Sprawić by lśniły czując w sobie dawno nieodczuwaną lekkość i moc!:-)