czwartek, 5 października 2023

Zbieranina…

 


 

- O czym chcesz pisać, Oluniu? – zapytał mnie dziś rano Cezary, gdy powiedziałam mu, że zamierzam zabrać się za pisanie nowego posta.

- Nie wiem o czym. O niczym konkretnym. Ot, taka zbieranina zdarzeń, refleksji z ostatniego czasu. Jak to przeważnie na blogu – odparłam i na długo zastygłam w bezruchu nad klawiaturą. Wsłuchana w pełne poezji pieśni wiedźmińskiego Jaskra( Z.Zamachowskiego), które bardzo współgrają z moim jesiennym nastrojem zaczęłam się zastanawiać nad tym, co chciałabym napisać i właściwie, po co?





   Blog, co stwierdzam coraz częściej, bezsprzecznie jest dla mnie rodzajem pamiętnika. Pamięć ludzka bywa zawodna a moja i Cezarego, z wiekiem staje się wręcz dziurawa niczym dojrzewający ser, dlatego dobrze jest móc sobie przypomnieć to i owo posiłkując się czymkolwiek tylko się da. Prowadzimy z mężem tego bloga od ponad jedenastu lat i choć wydawałoby się, że to niedługi kawałek czasu, to jednak bardzo dużo się przez ten okres zdarzyło. I my oboje bardzo się zmieniliśmy. Głównie zewnętrznie, ale i duchowo zauważyć można wiele różnic. Weźmy chociażby nasz stosunek do tego, co dzieje się na arenie politycznej w Polsce i na świecie. O ile jeszcze osiem lat temu pełni byliśmy wiary w zmiany na lepsze, o ile był w nas radosny entuzjazm i pewien rodzaj dziecięcej nieomal naiwności, to teraz mamy wrażenie, że gwałtownie dojrzeliśmy i znaleźliśmy się na przeciwległym biegunie. Nie ma już w nas tamtej dawnej ufności. Pojawiło się zniechęcenie, rozczarowanie, niemoc, gorycz i lęk, co do coraz dziwniej zapowiadającej się przyszłości. Znacznie częściej zatem odwracamy się od tego, na co nie mamy wpływu i skupiamy się na tym, co jeszcze od nas zależy. Na tym naszym malutkim świecie, w którym żyjemy na co dzień, który też się zmienia, ale nie tak drastycznie, jak zewnętrzny świat. A zmiany, których tu doświadczamy w większości są pozytywne. I stanowią dzieło naszych własnych myśli i działań. Tylko tyle i aż tyle…










   Coraz częściej też nasuwa mi się spostrzeżenie, że piszę bloga przede wszystkim dla siebie. Nie dla poklasku, złudnej popularności, czy czyjejś chwilowej zazwyczaj sympatii.  Spotykanie na blogu ludzi z całego świata jest bardzo miłe, rozmowy z Wami w komentarzach jeszcze bardziej, ale nie to jest najważniejsze. Piszę, bo lubię i póki mi się chce pisać. Piszę, choćbym miała pisać tylko dla siebie i Cezarego. Piszę, bo pragnę zachować umysł w jako takiej sprawności. I jeszcze jedno. Zależy mi na tym by utrzymać tu jakiś przyzwoity poziom. Udowadniać samej sobie, że nadal potrafię tak pisać, by po czasie nie wstydzić się tego, co napisałam. A co najwyżej zdumiewać w pozytywnym sensie, że udało mi się w  wierszach albo prozie nieźle złapać, udokumentować daną chwilę. I cieszyć się, że napisałam, utrwaliłam jakiś moment tekstem, bo gdyby nie to uleciałby zapomniany jak wiele innych przed nim i po nim...





   Wróćmy zatem do teraźniejszości... Końcówka września i początek października to w Jaworowie problemy z Internetem a zaraz potem awaria mojego komputera. Oba te fakty uświadomiły mi po raz kolejny, jak ważny jest dostęp do Internetu w obecnych czasach, jak lubię poczytać sobie co dzień do porannej kawy wiadomości na ulubionych portalach albo nowe teksty na Waszych blogach, posłuchać muzyki z YT, obejrzeć jakieś filmiki. Jednocześnie jednak doszło do mnie, że gdy przez jakiś czas nie mogę korzystać z tego wszystkiego, to świat absolutnie się nie zawala. Mogę bez tego żyć a nawet więcej, całkiem dobrze mi się żyje. Mam wówczas więcej czasu na inne formy aktywności. Chociażby na wędrówki z aparatem fotograficznym albo na czytanie książek.



   A propos książek, to przytrafił mi się niedawno niemiły wypadek z ich udziałem. Otóż po wizycie w gminnej bibliotece i po wytaszczeniu z niej ogromnej torby pachnących nowości położyłam je na tylnym siedzeniu samochodu, gdzie miały podróżować z nami w rundce po sklepach i by bezpiecznie powrócić do domu. Niestety! W jakiś czas potem przez bezmyślność tuż obok płóciennej torby z książkami położyłam reklamówkę wypchaną kurzymi korpusami dla psów. Niby te korpusy były w podwójnej folii, niby reklamówka mocna, ale okazuje się, że wszystko ma swoją wytrzymałość a jak ma człowieka dopaść pech, to dopadnie. W domu okazało się, że książka leżąca na samym dnie torby okropnie upaćkana jest krwią cieknącą z owych kurzych trucheł (a był to pewien bestseller, na który obecnie w mojej bibliotece trwają zapisy!). Także kolejna, spoczywająca na tamtej książka była nieco ubrudzona. Płakać mi się chciało na ten widok. I wściekałam się sama na siebie, że doprowadziłam do takich zniszczeń. I to kto? Ja – była bibliotekarka i w ogóle maniaczka na punkcie szacunku dla książek. Ileż to razy zdarzało mi się w tych bibliotekarskich czasach znajdować w zwróconych przez czytelników książkach ohydne plamy po kawie, barszczu, tłuszczu i innych, bardziej podejrzanych substancjach. Zawsze wtedy stwierdzałam ze smutkiem, że ludzie albo nie przywiązują w ogóle wagi do stanu wypożyczonych przez siebie książek albo nie zauważają i lekceważą ewentualne zniszczenia albo też wstydzą się tego, co zrobili i milczkiem, jak gdyby nigdy nic zwracają książki do biblioteki w nadziei, że nigdy nie zostaną wykryte ich przewinienia. W moim przypadku nie było innej opcji, jak tylko odkupienie nowych egzemplarzy owych dwóch dzieł a potem zwrócenie ich do biblioteki wraz z przyznaniem się do winy i pokazaniem miłej pani bibliotekarce, rozmiaru uszkodzeń. Tak się stało i owo zdarzenie będzie kolejną lekcją dla mnie bym uważała na to, co wożę samochodem i bym umieszczała torbę z książkami w najbezpieczniejszej jego części. I jeszcze jedno. Te dwie zalane krwią, ale całkiem zdatne do czytania powieści (bo różowe plamy objęły tylko skraje kartek nie docierając do drukowanego tekstu) mam teraz u siebie w domu na półce. Są moje i na pewno nie raz jeszcze do nich sięgnę, bo obie są, moim zdaniem, kawałkiem niezłej literatury. Być może pokuszę się w przyszłości o recenzję obu tych powieści na blogu. W końcu od czasu do czasu lubię tu pisać także o ciekawych książkach…



   I co jeszcze u nas słychać? Jesień nadal piękna, choć już wieczory i ranki chłodne, wilgotne a i w kuchennym piecu zdarza mi się palić coraz częściej. Piekę w nim z lubością drożdżowe ciasta z posypką a na płycie przeważnie pyrka jakaś zupa cukiniowa, dyniowa, grochówka albo po prostu rozgrzewający wspaniale rosół. Robię też soki i inne przetwory z ostatnich owoców z naszego ogrodu. Także nasz ogrodowy grill nadal pracuje pełną parą. Teraz Cezary samodzielnie wędzi w nim pyszne, domowe wędliny. Zrobione przez niego szynki, boczki i schaby, zapeklowane porządnie, obsypane  aromatycznymi przyprawami, mogą długo leżeć w lodówce i nic złego się z nimi nie dzieje. Te sklepowe, obślizgłe już nazajutrz po zakupie wyroby absolutnie się do nich nie umywają.



   Coraz więcej grzybiarzy pojawia się w naszym lesie. Pewnie więc i my niebawem wyruszymy na jakieś grzybobranie. A póki co nadal mamy sporo pracy w ogrodzie i tylko niekiedy znajdujemy czas by wybierać się na krótkie, widokowe przejażdżki po okolicach. Już tyle razy oglądane i fotografowane wciąż nas bowiem te okolice zachwycają. I coraz częściej stwierdzamy, że wcale nie trzeba wybierać się nigdzie daleko, skoro tak blisko znaleźć można prawdziwe cuda. Cuda natury...




  

  




   

    I to by chyba było na tyle dzisiaj, bo i tak za bardzo się już chyba rozpisałam. Słuchając wiedźmińskich piosenek gorąco pozdrawiamy Was oboje z Cezarym, za Waszą obecność tutaj serdecznie dziękujemy, dobrego, spokojnego czasu życzymy i …do napisania!:-)



P.S.

I jeszcze jedno. Od jakiegoś czasu czytuję bloga pisanego przez niezwykle utalentowana literacko osobę. To MaB z bloga "KrólestwoMab"   https://maabkingdom.blogspot.com/   Zdecydowanie  warto do niej zajrzeć. A szczególnie polecam jej teksty miłośnikom prozy Sapkowskiego oraz Wiedźmina. MaB pisze bowiem teraz powieśc w odcinkach w cudownym, wiedźmińskim klimacie! To własnie jej opowieść natchnęła mnie ostatnio do słuchania muzyki i piosenek z filmowej wersji "Wiedźmina".


Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost