- O czym chcesz pisać, Oluniu? – zapytał mnie dziś rano
Cezary, gdy powiedziałam mu, że zamierzam zabrać się za pisanie nowego posta.
- Nie wiem o czym. O niczym konkretnym. Ot, taka
zbieranina zdarzeń, refleksji z ostatniego czasu. Jak to przeważnie na blogu –
odparłam i na długo zastygłam w bezruchu nad klawiaturą. Wsłuchana w pełne
poezji pieśni wiedźmińskiego Jaskra( Z.Zamachowskiego), które bardzo współgrają
z moim jesiennym nastrojem zaczęłam się zastanawiać nad tym, co chciałabym
napisać i właściwie, po co?
Blog, co
stwierdzam coraz częściej, bezsprzecznie jest dla mnie rodzajem pamiętnika.
Pamięć ludzka bywa zawodna a moja i Cezarego, z wiekiem staje się wręcz
dziurawa niczym dojrzewający ser, dlatego dobrze jest móc sobie przypomnieć to
i owo posiłkując się czymkolwiek tylko się da. Prowadzimy z mężem tego bloga od
ponad jedenastu lat i choć wydawałoby się, że to niedługi kawałek czasu, to
jednak bardzo dużo się przez ten okres zdarzyło. I my oboje bardzo się zmieniliśmy.
Głównie zewnętrznie, ale i duchowo zauważyć można wiele różnic. Weźmy chociażby
nasz stosunek do tego, co dzieje się na arenie politycznej w Polsce i na
świecie. O ile jeszcze osiem lat temu pełni byliśmy wiary w zmiany na lepsze, o
ile był w nas radosny entuzjazm i pewien rodzaj dziecięcej nieomal naiwności,
to teraz mamy wrażenie, że gwałtownie dojrzeliśmy i znaleźliśmy się na przeciwległym
biegunie. Nie ma już w nas tamtej dawnej ufności. Pojawiło się zniechęcenie,
rozczarowanie, niemoc, gorycz i lęk, co do coraz dziwniej zapowiadającej się
przyszłości. Znacznie częściej zatem odwracamy się od tego, na co nie mamy
wpływu i skupiamy się na tym, co jeszcze od nas zależy. Na tym naszym malutkim
świecie, w którym żyjemy na co dzień, który też się zmienia, ale nie tak
drastycznie, jak zewnętrzny świat. A zmiany, których tu doświadczamy w większości
są pozytywne. I stanowią dzieło naszych własnych myśli i działań. Tylko tyle i
aż tyle…
Coraz częściej
też nasuwa mi się spostrzeżenie, że piszę bloga przede wszystkim dla siebie.
Nie dla poklasku, złudnej popularności, czy czyjejś chwilowej zazwyczaj
sympatii. Spotykanie na blogu ludzi z
całego świata jest bardzo miłe, rozmowy z Wami w komentarzach jeszcze bardziej,
ale nie to jest najważniejsze. Piszę, bo lubię i póki mi się chce pisać. Piszę,
choćbym miała pisać tylko dla siebie i Cezarego. Piszę, bo pragnę zachować umysł
w jako takiej sprawności. I jeszcze jedno. Zależy mi na tym by utrzymać tu jakiś przyzwoity poziom. Udowadniać samej sobie, że nadal potrafię tak pisać, by po czasie nie wstydzić
się tego, co napisałam. A co najwyżej zdumiewać w pozytywnym sensie, że udało
mi się w wierszach albo prozie nieźle
złapać, udokumentować daną chwilę. I cieszyć się, że napisałam, utrwaliłam jakiś moment tekstem, bo gdyby nie to uleciałby zapomniany jak wiele innych przed nim i po nim...
Wróćmy zatem do teraźniejszości... Końcówka września i początek października to w Jaworowie problemy
z Internetem a zaraz potem awaria mojego komputera. Oba te fakty uświadomiły mi
po raz kolejny, jak ważny jest dostęp do Internetu w obecnych czasach, jak
lubię poczytać sobie co dzień do porannej kawy wiadomości na ulubionych
portalach albo nowe teksty na Waszych blogach, posłuchać muzyki z YT, obejrzeć
jakieś filmiki. Jednocześnie jednak doszło do mnie, że gdy przez jakiś czas nie
mogę korzystać z tego wszystkiego, to świat absolutnie się nie zawala. Mogę bez
tego żyć a nawet więcej, całkiem dobrze mi się żyje. Mam wówczas więcej czasu
na inne formy aktywności. Chociażby na wędrówki z aparatem fotograficznym albo na czytanie książek.
A propos książek,
to przytrafił mi się niedawno niemiły wypadek z ich udziałem. Otóż po wizycie w gminnej bibliotece i po wytaszczeniu z niej ogromnej torby pachnących nowości położyłam
je na tylnym siedzeniu samochodu, gdzie miały podróżować z nami w rundce po
sklepach i by bezpiecznie powrócić do domu. Niestety! W jakiś czas potem przez bezmyślność
tuż obok płóciennej torby z książkami położyłam reklamówkę wypchaną kurzymi
korpusami dla psów. Niby te korpusy były w podwójnej folii, niby reklamówka
mocna, ale okazuje się, że wszystko ma swoją wytrzymałość a jak ma człowieka dopaść
pech, to dopadnie. W domu okazało się, że książka leżąca na samym dnie torby okropnie
upaćkana jest krwią cieknącą z owych kurzych trucheł (a był to pewien bestseller,
na który obecnie w mojej bibliotece trwają zapisy!). Także kolejna,
spoczywająca na tamtej książka była nieco ubrudzona. Płakać mi się chciało na
ten widok. I wściekałam się sama na siebie, że doprowadziłam do takich
zniszczeń. I to kto? Ja – była bibliotekarka i w ogóle maniaczka na punkcie
szacunku dla książek. Ileż to razy zdarzało mi się w tych bibliotekarskich
czasach znajdować w zwróconych przez czytelników książkach ohydne plamy po
kawie, barszczu, tłuszczu i innych, bardziej podejrzanych substancjach. Zawsze
wtedy stwierdzałam ze smutkiem, że ludzie albo nie przywiązują w ogóle wagi do
stanu wypożyczonych przez siebie książek albo nie zauważają i lekceważą
ewentualne zniszczenia albo też wstydzą się tego, co zrobili i milczkiem, jak
gdyby nigdy nic zwracają książki do biblioteki w nadziei, że nigdy nie zostaną wykryte
ich przewinienia. W moim przypadku nie było innej opcji, jak tylko odkupienie
nowych egzemplarzy owych dwóch dzieł a potem zwrócenie ich do biblioteki wraz z
przyznaniem się do winy i pokazaniem miłej pani bibliotekarce, rozmiaru
uszkodzeń. Tak się stało i owo zdarzenie będzie kolejną lekcją dla mnie bym
uważała na to, co wożę samochodem i bym umieszczała torbę z książkami w
najbezpieczniejszej jego części. I jeszcze jedno. Te dwie zalane krwią, ale
całkiem zdatne do czytania powieści (bo różowe plamy objęły tylko skraje kartek
nie docierając do drukowanego tekstu) mam teraz u siebie w domu na półce. Są
moje i na pewno nie raz jeszcze do nich sięgnę, bo obie są, moim zdaniem,
kawałkiem niezłej literatury. Być może pokuszę się w przyszłości o recenzję obu
tych powieści na blogu. W końcu od czasu do czasu lubię tu pisać także o ciekawych
książkach…
I co jeszcze u
nas słychać? Jesień nadal piękna, choć już wieczory i ranki
chłodne, wilgotne a i w kuchennym piecu zdarza mi się palić coraz częściej. Piekę w nim z
lubością drożdżowe ciasta z posypką a na płycie przeważnie pyrka jakaś zupa
cukiniowa, dyniowa, grochówka albo po prostu rozgrzewający wspaniale rosół. Robię
też soki i inne przetwory z ostatnich owoców z naszego ogrodu. Także nasz ogrodowy
grill nadal pracuje pełną parą. Teraz Cezary samodzielnie wędzi w nim pyszne,
domowe wędliny. Zrobione przez niego szynki, boczki i schaby, zapeklowane
porządnie, obsypane aromatycznymi przyprawami, mogą długo leżeć w lodówce i
nic złego się z nimi nie dzieje. Te sklepowe, obślizgłe już nazajutrz po
zakupie wyroby absolutnie się do nich nie umywają.
Coraz więcej
grzybiarzy pojawia się w naszym lesie. Pewnie więc i my niebawem wyruszymy na
jakieś grzybobranie. A póki co nadal mamy sporo pracy w ogrodzie i tylko
niekiedy znajdujemy czas by wybierać się na krótkie, widokowe przejażdżki po
okolicach. Już tyle razy oglądane i fotografowane wciąż nas bowiem te okolice
zachwycają. I coraz częściej stwierdzamy, że wcale nie trzeba wybierać się
nigdzie daleko, skoro tak blisko znaleźć można prawdziwe cuda. Cuda natury...
I to by chyba było na tyle dzisiaj, bo i tak za bardzo się już chyba rozpisałam. Słuchając wiedźmińskich piosenek gorąco pozdrawiamy Was oboje z Cezarym, za Waszą obecność tutaj serdecznie dziękujemy, dobrego, spokojnego czasu życzymy i …do napisania!:-)
P.S.
I jeszcze jedno. Od jakiegoś czasu czytuję bloga pisanego przez niezwykle utalentowana literacko osobę. To MaB z bloga "KrólestwoMab" https://maabkingdom.blogspot.com/ Zdecydowanie warto do niej zajrzeć. A szczególnie polecam jej teksty miłośnikom prozy Sapkowskiego oraz Wiedźmina. MaB pisze bowiem teraz powieśc w odcinkach w cudownym, wiedźmińskim klimacie! To własnie jej opowieść natchnęła mnie ostatnio do słuchania muzyki i piosenek z filmowej wersji "Wiedźmina".