Chłodno zrobiło
się na dworze i pada…Nareszcie porządnie pada. Ogród z wdzięcznością przyjmuje
każdą kroplę deszczu. Pije zachłannie, na zapas wchłaniając w siebie tyle
wilgoci, ile się tylko da, bo dobrze wie, że wkrótce znowu rządy przejmie
słońce a przygłuszona na chwilę susza od nowa zawładnie przyrodą . Jednak póki
co, wszechwładna magia deszczu sprawia, że pojawia się coraz więcej zieleni, jak
na drożdżach rośnie szczypior cebuli i czosnku, kiełkują buraczki, nabrzmiewają
pączki konwalii, coraz śmielej rozwijają się amarantowe liście winogron, niebieszczą
niezapominajki, fioletowieją obłoki kwiatów bzu, gęstnieją ligustrowe żywopłoty
i pnącza winobluszczu. Dopiero co wykoszona nisko trawa momentalnie porasta wysokim
i bujnym, ciemno szmaragdowym futrem. A w naszym maleńkim stawiku znowu pojawiła
się wyczekiwana tu od dawna woda. Wystrzeliły w górę kłącza tataraku i gałązki
wierzb – samosiejek. Spośród omszałych kamieni umiejscowionych na stromym brzegu
przebiły się młode podagryczniki, pokrzywy i mlecze, dając
w swym gąszczu schronienie licznym robaczkom i płazom. Pod wodą znikły kolejne
stopnie schodków wiodących do stawu. Niebo na dobre pociemniało. W oddali widać fale
nowych chmur i mgieł obiecujących następne opady. Zadowolone z takiego
stanu rzeczy żaby wylegują się na powierzchni wody albo pluszczą beztrosko w
szuwarach. Wieczorami słychać chóralne żabie kumkania i rechoty, zwyczajne ich
opowieści…
A skoro o
mieszkańcach stawu mowa, to przypomniało mi się, że dawno temu w tak pochmurny jak dzisiaj dzień napisałam bajkę
o pewnej żabce, która bardzo chciała być duża…
O małej żabce
Była sobie raz maleńka żabka, taka, która niedawno
przestała być kijanką. Nie zwracała na siebie niczyjej uwagi. Ciemna i lekka
niby zbutwiały kawałek drewna pływała wśród wodnej roślinności stawu.
W przedszkolu kijanek, mieszczącym się pod wielkim
liściem nenufaru trwała właśnie wspaniała zabawa. Maleństwa zbite w gromadkę
tworzyły ze swych ciał rozmaite kształty by po chwili rozproszyć się nagle
każde w inną stronę. A ileż było przy tym śmiechu i pisku. Ale nasza żabka nie
należała już do tego towarzystwa. Wyrosły jej przecież łapki, zanikł ogonek -
była za duża na takie zabawy.
Z zazdrością patrzyła na dorosłe żaby, skaczące
pięknym łukiem od jednego brzegu sadzawki do drugiego. Obserwowała żabie zawody w skokach
i sama próbowała tego samego. Niestety, nie udawało jej się to na razie.
Słuchała śpiewu oraz poezji żabiej i cierpiała, bo
nie umiała wydawać z siebie tak pięknych dźwięków, jak to robiły dorosłe
mieszkanki stawiku.
Postanowiła wobec tego, że zrobi coś niezwykłego,
coś, co wyróżni ją spośród innych żabek w jej wieku. Zapragnęła dostać się na
największy przy brzegu kamień i poprosić słońce o pomoc. Może słoneczko sprawi,
że urośnie i będzie mogła dotrzymywać kroku starszym?
Jednak wdrapanie się na wielki głaz było trudniejsze
niż sobie wyobrażała. Ześlizgiwała się wiele razy, ocierając z łapek delikatną
skórkę.
Wreszcie udało się i wyczerpana żabka usiadła na
wierzchołku kamienia. Do tej pory widywała tylko czasem, jak wieczorami
zasiadała na nim niby na tronie najstarsza z żab. Opowiadała wtedy młodszym,
jak blisko jest nieba i jak cudowne bajki gwiazdki szepczą księżycowi na ucho.
Nigdy jednak nie siadał na nim nikt w samo południe. Podobno wtedy rządziło tu
słońce i żaby aż do zmroku z respektem omijały kamień. Rzeczywiście, miały ku
temu powód. Był bowiem wówczas nieznośnie gorący i suchy. Promienie dotykały go
bezustannie aż jego szczyt bielał w słońcu i jaśniał jak prawdziwy diament.
I tam właśnie siedziała teraz żabka. Mimo, że dotyk
kamienia parzył ją w brzuszek a grzbiet wysechł niby zwiędły liść żabka wołała,
jak mogła najgłośniej:
- Pomóż mi słoneczko! Spraw bym urosła! Nie chcę już
być zwykłą żabką, na którą nikt nie zwraca uwagi!
I byłaby tam, biedactwo wyschła na wiórek, gdyby
nagle nie zdarzyła się rzecz niezwykła. Oto znienacka coś pochwyciło ją mocno i
wrzuciło do chłodnej, ożywczej wody. Przez chwilę była nawet z tego zadowolona,
gdy jednak chciała popłynąć - okazało się to niemożliwe. Ze wszystkich stron
otaczała ją nieprzenikniona, choć przeźroczysta ściana. Poprzez nią widziała z
przerażeniem jak oddala się od stawu, a nawoływanie żab stawało się coraz
bardziej odległe.
Spojrzała w górę, myśląc, że to może słońce
spełniło jej prośbę podnosząc ją tak wysoko i zabierając z kamienia. Jednak nie
zobaczyła jasnej kuli słońca, lecz tylko ciemny krążek, w którym ktoś wydłubał dziurki.
Prześwitywało przez nie niebo i napływało tamtędy trochę powietrza. Żabka nie
wiedziała o tym, że to po prostu mały chłopiec bawił się nad stawem w łapanie
żab do słoja i jedyną, którą udało mu się schwytać była właśnie ona. Niósł ją
teraz do swego domu. A ponieważ nie był złym dzieckiem, lecz tylko samotnym
chłopcem, ciekawym tajemnic przyrody postanowił, że będzie ją codziennie karmił
i patrzył, jak rośnie. To miało być jego zwierzątko. Nie miał psa ani kota. Z
powodu silnego uczulenia na sierść zwierząt nawet posiadanie chomika czy świnki
morskiej nie mogło wchodzić w rachubę. Ale żaba nie miała przecież sierści.
Mama, nie będzie chyba miała nic przeciw temu, że postawi ją w swoim pokoju, na
parapecie? Mama rzeczywiście zgodziła się na to. Prosiła tylko by zdjął za
słoja pokrywkę i nalał doń więcej wody, gdyż żabce będzie wówczas na pewno
wygodniej.
- I
pamiętaj Stasiu - dodała mama, bo chłopiec miał na imię Staś - Musisz jej dawać
jedzenie i codziennie czyścić słój, jeśli to ma być od dzisiaj twoje
zwierzątko.
Staś ucieszył się. A więc nareszcie ma coś własnego!
Posłusznie odkręcił słoik, odłożył na bok pokrywkę i dolał do niego wody z
kranu tak, by sięgała prawie do samego brzegu. Potem nawrzucał tam listków
sałaty i pietruszki a nawet trochę płatków kukurydzianych, które bardzo lubił,
myślał więc, że robi tym zwierzątku dużą przyjemność. Tak naprawdę, to nie miał
pojęcia co jedzą żaby i postanowił, że wybierze się po południu do biblioteki.
Tam pracowała ciocia. Poprosi ją o wyszukanie książki o życiu płazów.
Wkrótce chłopiec zadowolony pobiegł do ogrodu. Żal
było siedzieć w domu, gdy na dworze taka piękna, letnia pogoda. Żabka została w
pokoju Stasia sama. Nie rozumiała, co się z nią dzieje. Chociaż nie widziała
przed sobą żadnej przeszkody, to jednak było coś, co nie pozwalało jej popłynąć
dalej. Jakaś niewidzialna zapora uderzała w nią co chwilę zupełnie
niespodziewanie. Obolała i przestraszona rozpłakałaby się, gdyby umiała płakać.
Postanowiła odpocząć. Przycupnęła na dnie słoja. Wkrótce jednak poczuła, że nie
ma czym oddychać. Skoczyła wtedy najwyżej jak umiała i uchwyciwszy się listków
pietruszki wspięła na sam wierzch. Nareszcie zaczerpnęła powietrza. Siedząc na
brzegu słoika rozglądała się wokół. Meble w pokoju chłopca wydawały jej się
wielkie, jak góry. Granatowy dywan na podłodze podobny był do nieba. Żabka
otworzyła szeroko oczy ze zdumienia aż nagle zatrzęsła się przerażona i spadła
na leżącą obok, otwartą książkę. Z kąta pokoju coś jej się przyglądało. Miało
wielką, brązową głowę i nieruchome, błyszczące oczy. Ogromne łapy wystawiło w
jej stronę jakby chciało ją pochwycić.
Z mocno bijącym sercem wyskoczyła żabka przez
uchylone okno. Nic jej się nie stało, bo upadła na miękki trawnik. Obejrzała
się czy brązowy potwór nie goni jej. Nic się jednak groźnego nie działo. Tylko
gdzieś w pobliżu cykał świerszcz. Potem usłyszała głos chłopca: - Mamo! Przyniosłem
dla żabki trochę much do zjedzenia! - To Staś wchodził właśnie do domu. Pobiegł
od razu do swego pokoju. Wrzucając jednak, muchy do słoika nie dostrzegł w nim
żabki. Włożył doń całą rękę i grzebiąc między liśćmi powtarzał zaniepokojony: -
Żabuniu, gdzie się schowałaś? - Nikogo jednak w słoju nie było. Tylko na
otwartej książce, leżącej nieopodal zauważył dużą, mokrą plamę a rudy miś z
kąta pokoju patrzył zagadkowym wzrokiem w stronę okna, wyciągając przed siebie
puchate łapy.
- Uciekła! Mamo, ona uciekła! - zawołał chłopiec,
wyglądając przez okno i ocierając wierzchem dłoni mokre od łez oczy. Żabka
tymczasem, jak mogła najszybciej, skakała poprzez ogród. Nie czuła już bólu poobijanego
o ściany słoika ciała ani strachu przed potworem z mieszkania człowieka.
Podążała w kierunku, skąd dochodził ledwo słyszalny rechot żab. Wiedziała, że
gdzieś tam daleko jest jej dom - mały, leśny staw. Tam musi wrócić koniecznie.
I wróciła. Resztką sił wlazła prosto w przybrzeżny
muł. Poczuła znajomy zapach zgniłych liści. Otuliły ją miękkie, podwodne trawy.
Grupa kijanek przysunęła się do niej blisko, niczym do mądrej, starszej
siostry. A ona cicho opowiedziała im historię o przygodach małej żabki, która
bardzo chciała być duża i dlatego zrobiła wszystko by spełnić swoje pragnienie.
Kijanki słuchały opowieści z zapartym tchem.
Wkrótce zasnęły zgodnie, tuląc się do niej na liściu grążela. Woda wokół
nich szumiała leciutko a z nieba zaczęła kropić wiosenna, przyjazna mżawka. Stara,
mądra żaba, swoim zwyczajem siedząc na wielkim kamieniu przysłuchiwała się narastającemu
szumowi deszczu oraz cichnącej coraz bardziej rozmowie księżyca z gwiazdami.
Przypomniała sobie o dawnych swych pragnieniach by móc kiedyś dotknąć którejś z
tych gwiazd, zobaczyć jakie są naprawdę. Potem jednak usłyszała żałosny jęk,
jaki przez sen wydawała mała żabka-wędrowniczka i pomyślała, że czasem lepiej
jest chyba, gdy marzenia zostają tylko marzeniami….
... Już po bajce, deszcz wciąż pada
Coś tam dalej opowiada
Kto się wsłucha w deszczu baśnie
Pewnie smacznie sobie zaśnie…




















