Przekwitły już wrotyczowe łany, zbrązowiały
wiechcie wszędobylskiej nawłoci, dojrzały i opadły jeżyny. Zmiana goni zmianę i tylko upał nadal trwa po
staremu. Tylko deszczu mało, choć wilgoci w powietrzu mnóstwo. Rosa utrzymuje
się nieraz aż do południa a potem już około czwartej ogród znowu pokrywa się
kropelkami wody. W tej iście tropikalnej aurze dojrzewają obficie ostatnie
skarby lata: grzyby, pomidory, winogrona, dynie i buraki. A przede wszystkim dziki
bez.
Oj, dziki bzie,
jak cię kocham tak czasem mam cię już potąd. Ileż potu z siebie wylewam stojąc
po kilka razy w tygodniu od rana do wieczora przy kuchni i dokładając drew do
pieca, żeby z sokownika miarowym tempem mógł kapać twój ciemnobordowy sok albo
żeby zgęstniały w końcu twoje amarantowo-czarne dżemy, no i żebym mogła potem
te wszystkie słoiczki czy butelki należycie zapasteryzować. Wybaczam ci jednak
bzie ten mój obecny znój, bowiem wiem,
iż ty mi się wspaniale za moją robotę jesienią, zimą i wiosną odwdzięczysz zdrowiu
nie dając podupaść, obdarzając mocą, smakiem
i aromatem bzowego wina albo zachęcając do zjedzenia twych słodko-kwaśnych
owocków z delikatnej galaretki konfitur wydobytych. Wtedy o obecnym, parnym
utrudzeniu lata nie będę już pamiętać, a jeśli nawet, to wspomnę go z tkliwą tęsknotą, zwłaszcza gdy na zewnątrz śnieg będzie białą
pierzyną okrywał rzeczywistość a mróz pomaluje na szybach swe zawiłe,
srebrzyste wzory. Okutana w ciepłą kurtkę i szal, odziana w nieodłączne gumofilce
wyjdę z ciepłego domu i popatrzę z zachwytem na cichutko śpiący ogród, na
dziewiczą biel rozpościerającą się dokoła, na pobłyskujące wśród niej diamenty
lodu, na śniegowe czapy pokrywające bezlistne krzewy dzikiego bzu. I zdziwię
się, że przecież dopiero co bujne życie dokoła tętniło a konfetti żywych barw tańczyło
radośnie i migotliwie niby na obrazie Renoira. Ale przyszła zima i wszystko to
gdzieś zniknęło. Na długie, długie miesiące uparcie zastygło w biało-czarno-błękitnym
pejzażu Fałata…
Ale jeszcze jest
lato! Jeszcze zdążę się nim zachwycić i zmęczyć, za chłodem i deszczem
zatęsknić a potem znowu słońca wyglądać, gdy w końcu przyjdą dżdżyste, szare
dni jesienne.
A teraz królujcie wy, pomidory soczyste, słońcem
i cieniem pachnące, któreście się w tym roku żadnej zarazie nie dały (odpukać w
niemalowane!) i nadal jaworowym
gospodarzom stałego zajęcia dostarczacie. Mus was co dzień zbierać, zajadać i
przetwarzać jakkolwiek się tylko da.
I wy, buraki
coście w tym roku w nadzwyczaj wielkie, zdrowe bulwy porosły i też spocząć
Jaworom nie dajecie o kiszenie, konserwowanie i pasteryzowanie co i rusz się dopraszając.
I wy, kiście słodkich, fioletoworóżowych winogron, o zerwanie się aż proszące a potem aż do bólu brzucha
pałaszowane.
I wy, późne maliny
prosto z krzaka jedzone, lepsze niż wszystkie słodycze razem wzięte.
I wy, lasy
bukowe, co na grzybobrania wciąż zapraszacie, w zawody każąc iść z innymi grzybiarzami,
po kilku godzinach leśnych wędrówek kosze napełniając tymi wonnymi specjałami.
I wy, łąki przyzywające
cykaniem świerszczy i ptasich świergotów, pełne słodko-gorzkich aromatów, łaskotliwych traw
i przekwitających ziół, spowite wplatającymi się we włosy i serca niewidzialnymi
pajęczynami nostalgii.
I wy,
wzgórza dalekie, leciutką mgiełką okryte, widoki nowe obiecujące, do fotografowania
oraz wędrówek wciąż przywołujące.
I wy, świeżo uprane
pościele oraz łaszki-fatałaszki na słońcu swobodnie schnące, wiatrem pogodnym
pachnące, w które tak miło twarz wtulić.
I wy, przebarwiające
się na pomarańczowo i bordowo liście winobluszczu po ogrodzie się swobodnie rozpełzające,
furtkę pieszczotliwie obrastające.
I wy, pąsowe
owoce kaliny, powoli na krzewach dojrzewające, cierpko-walerianowy sok
zapowiadające.
I wy, fioletowe
kwiatki marcinków kolejne pokolenia os, trzmieli i motyli do siebie wabiące.
I wy, dumne
dynie pośród szmaragdu trawy jeszcze leżące, pyszniące się słoneczną żółcią
skórki i pomarańczowym, słodkim miąższem.
I wy, myśli pełne
nadziei, wraz z przepływającymi obłokami poprzez wrześniowe niebo za nowymi
wyzwaniami odważnie podążające.
To jeszcze jest
wasz czas. Czas dojrzałego lata.
P.S.
Ach! Byłabym zapomniała. Mam sporo konfitur i soku z
czarnego bzu. Gdyby ktoś z Was był chętny, to proszę o maila w tej sprawie (wanderers147@gmail.com)


















