niedziela, 1 września 2019

Czas dojrzałego lata…





  Przekwitły już wrotyczowe łany, zbrązowiały wiechcie wszędobylskiej nawłoci, dojrzały i opadły jeżyny.  Zmiana goni zmianę i tylko upał nadal trwa po staremu. Tylko deszczu mało, choć wilgoci w powietrzu mnóstwo. Rosa utrzymuje się nieraz aż do południa a potem już około czwartej ogród znowu pokrywa się kropelkami wody. W tej iście tropikalnej aurze dojrzewają obficie ostatnie skarby lata: grzyby, pomidory, winogrona, dynie i buraki. A przede wszystkim dziki bez.



  Oj, dziki bzie, jak cię kocham tak czasem mam cię już potąd. Ileż potu z siebie wylewam stojąc po kilka razy w tygodniu od rana do wieczora przy kuchni i dokładając drew do pieca, żeby z sokownika miarowym tempem mógł kapać twój ciemnobordowy sok albo żeby zgęstniały w końcu twoje amarantowo-czarne dżemy, no i żebym mogła potem te wszystkie słoiczki czy butelki należycie zapasteryzować. Wybaczam ci jednak bzie ten mój  obecny znój, bowiem wiem, iż ty mi się wspaniale za moją robotę jesienią, zimą i wiosną odwdzięczysz zdrowiu nie dając podupaść, obdarzając  mocą, smakiem i aromatem bzowego wina albo zachęcając do zjedzenia twych słodko-kwaśnych owocków z delikatnej galaretki konfitur wydobytych. Wtedy o obecnym, parnym utrudzeniu lata nie będę już pamiętać, a jeśli nawet, to wspomnę go z tkliwą tęsknotą,  zwłaszcza gdy na zewnątrz śnieg będzie białą pierzyną okrywał rzeczywistość a mróz pomaluje na szybach swe zawiłe, srebrzyste wzory. Okutana w ciepłą kurtkę i szal, odziana w nieodłączne gumofilce wyjdę z ciepłego domu i popatrzę z zachwytem na cichutko śpiący ogród, na dziewiczą biel rozpościerającą się dokoła, na pobłyskujące wśród niej diamenty lodu, na śniegowe czapy pokrywające bezlistne krzewy dzikiego bzu. I zdziwię się, że przecież dopiero co bujne życie dokoła tętniło a konfetti żywych barw tańczyło radośnie i migotliwie niby na obrazie Renoira. Ale przyszła zima i wszystko to gdzieś zniknęło. Na długie, długie miesiące uparcie zastygło w biało-czarno-błękitnym pejzażu Fałata…



 Ale jeszcze jest lato! Jeszcze zdążę się nim zachwycić i zmęczyć, za chłodem i deszczem zatęsknić a potem znowu słońca wyglądać, gdy w końcu przyjdą dżdżyste, szare dni jesienne. 


  A teraz królujcie wy, pomidory soczyste, słońcem i cieniem pachnące, któreście się w tym roku żadnej zarazie nie dały (odpukać w niemalowane!)  i nadal jaworowym gospodarzom stałego zajęcia dostarczacie. Mus was co dzień zbierać, zajadać i przetwarzać jakkolwiek się tylko da.


   I wy, buraki coście w tym roku w nadzwyczaj wielkie, zdrowe bulwy porosły i też spocząć Jaworom nie dajecie o kiszenie, konserwowanie i pasteryzowanie co i rusz się dopraszając. 


  I wy, kiście słodkich, fioletoworóżowych winogron, o zerwanie się aż proszące a potem aż do bólu brzucha pałaszowane.


  I wy, późne maliny prosto z krzaka jedzone, lepsze niż wszystkie słodycze razem wzięte.


  I wy, lasy bukowe, co na grzybobrania wciąż zapraszacie, w zawody każąc iść z innymi grzybiarzami, po kilku godzinach leśnych wędrówek kosze napełniając tymi wonnymi specjałami.




   I wy, łąki przyzywające cykaniem świerszczy i ptasich świergotów,  pełne słodko-gorzkich aromatów, łaskotliwych traw i przekwitających ziół, spowite wplatającymi się we włosy i serca niewidzialnymi pajęczynami nostalgii.


   I wy, wzgórza dalekie, leciutką mgiełką okryte, widoki nowe obiecujące, do fotografowania oraz wędrówek wciąż przywołujące.


   I wy, świeżo uprane pościele oraz łaszki-fatałaszki na słońcu swobodnie schnące, wiatrem pogodnym pachnące, w które tak miło twarz wtulić.


   I wy, przebarwiające się na pomarańczowo i bordowo liście winobluszczu po ogrodzie się swobodnie rozpełzające, furtkę pieszczotliwie obrastające.


   I wy, pąsowe owoce kaliny, powoli na krzewach dojrzewające, cierpko-walerianowy sok zapowiadające.


   I wy, fioletowe kwiatki marcinków kolejne pokolenia os, trzmieli i motyli do siebie wabiące.


   I wy, dumne dynie pośród szmaragdu trawy jeszcze leżące, pyszniące się słoneczną żółcią skórki i pomarańczowym, słodkim miąższem.


   I wy, myśli pełne nadziei, wraz z przepływającymi obłokami poprzez wrześniowe niebo za nowymi wyzwaniami odważnie podążające.
   To jeszcze jest wasz czas. Czas dojrzałego lata.


P.S.
Ach! Byłabym zapomniała. Mam sporo konfitur i soku z czarnego bzu. Gdyby ktoś z Was był chętny, to proszę o maila w tej sprawie (wanderers147@gmail.com)
  
  

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost