Od kilku dni
nareszcie króluje u nas błękitne niebo oraz życzliwe słońce. Ogród syci się namiętnie jego gorącymi promieniami,
przetwarza je na nową zieleń, kwiaty, pełne pasji i siły życie. Ziemia,
zamieniona przez majowe ulewy w grząskie bagnisko powoli dochodzi do siebie,
dając twardsze oparcie stopom i pewniejsze zakotwiczenie pokoleniom nowych
roślin. Człowiek wychodzi rano na zewnątrz i spogląda z zachwytem na tę bujność
wszelaką, zachłannie i bezwstydnie wyrastającą na każdym spłachetku ziemi.
Patrzy i sam chciałby być taką młodziutką roślinką, choćby najmniejszą trawką
czy kwiatkiem. Czuć tylko tę chwilę radosnego istnienia. Żyć nią bez reszty. Spijać
promienie słońca i cieszyć się nimi. Nie myśleć o tym, co przedtem i potem. Po prostu celebrować z całych sił swoje „teraz”.
I rzeczywiście, przez moment udaje się poczuć takie proste, nieomal
dziecięce szczęście. Moment bezcenny. Tak silny, że aż łzy z oczu wyciskający. Łapię
takie chwilki perłowe, nanizuję je na pajęczynę codzienności i przechowuję w
sobie jak długo się da. Zanim znowu stanę się zdanym na wiatr dmuchawcem…
Dmuchawce
Chyba lepiej
odlecieć stąd
Jak dmuchawiec
Wszak rzeczą dmuchawca jest odlecieć
A naszą rzeczą, nie płakać po nim
Wszak będzie tyle następnych dmuchawców
Z tego faktu płynie spokój i pociecha
Ale i smutek, bezradność bolesna
Bo choćbyśmy nie wiadomo co zrobili
I nie wiadomo jak byli ważni
I tak odlecimy jak dmuchawce…
Jak dmuchawiec
Wszak rzeczą dmuchawca jest odlecieć
A naszą rzeczą, nie płakać po nim
Wszak będzie tyle następnych dmuchawców
Z tego faktu płynie spokój i pociecha
Ale i smutek, bezradność bolesna
Bo choćbyśmy nie wiadomo co zrobili
I nie wiadomo jak byli ważni
I tak odlecimy jak dmuchawce…
Ale jeszcze nie
odleciałam… Jeszcze jestem częścią tej łąki życia i patrzę na wszystko, co jest dokoła, chłonąc sercem
co tylko się da. Słucham ptasich świergotów, których mnogość wielka teraz w
koronach drzew. Tu uwija się rodzina dzięciołów, tam szpaków, a jeszcze gdzieś
jaskółek i innych, nieznanych mi z nazwy skrzydlatych śpiewaków. Wszędzie coś się
dzieje. Zewsząd dobiegają nowe świergoty. Nawet w budynku gospodarczym zamieszkała
para jakichś maleńkich ptasząt, która założyła gniazdko między powałą a krzywo ściętym
słupem podporowym i codziennie donosi swym kwilącym pociechom komary, muszki i
dżdżowniczki. Łapiąc chwile wytchnienia
między koszeniem zbyt szybko rosnących trawników, cięciem i zwożeniem drewna opałowego albo plewieniem warzywnika i malinowego
chruśniaka przysiadam czasem na kanapie w cienistym, chłodnym wnętrzu budynku gospodarczego
i nasłuchuję tych piskliwych nawoływań, obserwuję maleńkie sylwetki pełnych
poświecenia, ptasich rodziców, którzy starają się jak mogą by wykarmić
żarłoczne potomstwo, dać im wszystko co mogą i nauczyć tego, co same potrafią...
Chodząc co rano z
Cezarym na poranny obchód naszych włości przyglądamy się z uwagą koronom drzew
owocowych. Już wiadomo, że w tym roku na pewno nie będzie takiego urodzaju jak
ostatnio. Ot, pojawi się może trochę jabłek, gruszek, śliwek, czereśni i wiśni.
Natomiast krzewy owocowe obwieszone są
niedojrzałymi jeszcze porzeczkami i agrestem. Także krzaki malin porosły
wyjątkowo bujnie. Kwitnie i pachnie niczym waleriana krzew kaliny. Obsypują sie różowym kwieciem dzikie róże. Bieleją
baldachy czarnego bzu.
Wtulam twarz w te maleńkie, bzowe kwiateczki, zaciągam się ich
gorzko-słodką wonią i znowu jestem Oleńką, która w dzieciństwie całe dnie
bawiła się ze swoją przyjaciółką, Adą w gęstwinie dzikich, osiedlowych bzów. A
byłyśmy wtedy niczym niewidzialne wróżki tej bzowej, oddychającej wolnością i
radością krainy. Czas nie miał dla nas żadnego znaczenia. Któż by się wówczas martwił tym,
jakie są jego zamiary? Któż by uwierzył w jego dziwaczne plany, pokrętne ścieżki, rzeki skomplikowanych
emocji i uczuć, oceany bólu i trosk? W ciemne kolory, które niepostrzeżenie wplotą się w tęczowy gobelin zwyczajnej codzienności...?
Być może uda mi się tego lata gościć u siebie
Adę. Oprowadzić między krzakami bzów i znaleźć dla niej w ich cieniu odrobinę magicznego
spokoju i upragnionego wytchnienia? Spacerować słonecznymi ścieżkami bukowego lasu, wspinać się zboczami zielonych
dolin albo zbiegać w dół, ku potokom i kępom gęstych paproci? Wędrować kwitnącymi łąkami? Iść prosto przed siebie, bez celu, bez pośpiechu? A wreszcie napotkać znów w sobie
i uściskać tkliwie te małe, pogodne dziewczynki, których czas się jeszcze nie
imał…?
Z dużą
przyjemnością słucham ostatnio włoskich utworów. A najbardziej podoba mi się
śpiewana przez Al Bano i Rominę Power piosenka pt. „Liberta”. Nucę ją podczas
pielenia, zwożenia drewna do drewutni, spacerów po lesie z psami, w czasie zachodu słońca,
gdy jest chwila na posiedzenie na leżakach w naszym ogrodzie, kiedy palimy ognisko wieczorem i rano, gdy witam
pokryty świeżą rosą ogród.
Jest na YT piękny wideoklip do tej pieśni. Pod jego wpływem
napisałam polskie słowa. I teraz tak oto śpiewam sobie o wolności…
Wolność
Wielkie nadzieje,
wielkie słowa a zostaje Ci w dłoniach pył
Tyle starania by od
nowa zrozumieć, że nie masz nic
Życie przemija i
zabiera ze sobą stracony czas
Dusisz się w złudzeń
śmiesznej bańce i nie wiesz, że…
Wolność Twa
Nadal żyje, w sercu
trwa
Jest jak wiatr
Co bez przeszkód w
bezkres gna
Nikt i nic
Nie zatrzyma biegu
fal
Więcej nic
Tylko Ty i dal
Wolność Twa
Ciągle żyje, w
sercu trwa
Więcej nic
Tylko Ty i wiatr…
Blaski, zachęty,
przyrzeczenia tym szczodrze Ci sypie świat
Kręci się znów
karuzela, wystarczy byś do niej wsiadł
Lecz Ty wciąż z
boku, wciąż z daleka spoglądasz, bo czujesz, że
Liczy się prawda,
święty spokój i prawo Twe
(By chronić wolność)
Wolność Twa
Nadal żyje, w sercu
trwa
Jest jak wiatr
Co bez przeszkód w
bezkres gna
Nikt i nic
Nie zatrzyma biegu
fal
Więcej nic
Tylko Ty i dal
Wolność Twa
Ciągle żyje, w
sercu trwa
Więcej nic
Tylko Ty i wiatr…
Kochani! Życzę
Wam pogodnego, życzliwego czerwca, w którym uda się znaleźć dużo pięknych, dających poczucie wolności chwil, które kiedyś będą mogły stać się Waszymi dobrymi wspomnieniami!:-))
























